Staram się dodawać nowe posty w niedziele. Staram się.



Zakończono tłumaczenie No.6.


Dziękujemy za wszystkie podziękowania. To był miły rok z hakiem. I późniejszy rok. I chyba jeszcze jeden. Te dwa późniejsze składały się z czytania Waszych komentarzy. I tak dzięki.

(Do pań profesor jeśli przypadkiem odwołam się do tego na maturze: przepraszam, ja naprawdę tłumaczyłam to w gimnazjum. Ale prawdziwa książka istnieje. Obiecuję.)


Wszystkie rozdziały można znaleźć w zakładce ,,No.6''/,,No.6 Beyond''.


Kup powieść i mangę w oryginale, wspomóż panią Asano.


Tłumaczenie: Kuroneko
Korekta: Ayo, Dżun

czwartek, 23 sierpnia 2012

Tom VII: Rozdział 4


((Drodzy przyjaciele, zanim powiem Wam coś o poniższym rozdziale, odśpiewajmy razem ,,Sto lat'' drogiej Ayo, która od dzisiaj legalnie może... em... wchodzić do klubów w Hiszpanii, chociaż raczej w najbliższym czasie raczej z tego prawa nie skorzysta. Najlepszego dla Ayo, bo nadaje się do czystego piszczenia nad perfekcją niektórych fikcyjnych bohaterów, nie ma za grosz poczucia własnej wartości i nie umie poganiać ludzi tak jak ja to robię. Ale to nie szkodzi, i tak wszyscy ją lubią. Tak, Ayo, wszyscy, nie musisz sobie urajać, że kiedyś o tobie zapomną. A teraz co do rozdziału... grupa z moją skromną osobą na czele nie odpowiada za żadne uszkodzenia psychiczne, zawały serca, odwodnienie przez wypłakanie większości płynów w ciele, ani inne urazy czy szkody na mieniu spowodowane przez stan psychiczny po przeczytaniu poniższego tekstu. Tak, to TEN rozdział. ROZDZIAŁ, NA KTÓRY WSZYSCY CZEKALI.))



Rozdział 4
Smucisz się?


 – Smucisz się?
 – Tak, smucę.
 – Wcale nie, prawda?
 – Prawda, wcale nie.
Hoshi Shinichi, „Bokko–chan”, Short Short 1001


Przebiegały tam dwie taśmy produkcyjne. Leżeli na nich ludzie. Ktoś ich tam położył.

Nie byli żywi. Mógł to bez problemu stwierdzić nawet patrząc zza szyby.

Ciała. Kilkadziesiąt, może nawet i setka na taśmach przejeżdżała. Przed nimi działało ogromne urządzenie w kształcie półksiężyca.

Zwłoki były wsysane jedne po drugich do dwóch kwadratowych otworów. Zdawało się, że szyba była dźwiękoszczelna, więc nie mógł usłyszeć niczego, co działo się po drugiej stronie.

Ciała przepływały bez przerwy po cichej scenie.

Mężczyźni, kobiety, dzieci i dorośli. Ubrani i nadzy. Ich postury, wiek i płeć wahały się gwałtownie.

 – Dlaczego ich głowy są... są... – słowa Nezumiego utknęły  w gardle. Stawały się przeszkodą, blokującą przepływ powietrza do jego płuc.

Czubek głowy u każdych zwłok został odcięty. Zamiast niego umieszczona została przeźroczysta, plastikowa kopuła. Mężczyźni i kobiety, dorośli i dzieci – wszyscy nosili plastik w kształcie miski od czoła w górę.

 – ...Próbki – odezwał się Shion, obniżając ramiona przy ciężkim oddechu. – To są próbki.

 – Co masz na myśli?

 – Mózgi... potrzebowali ludzkich mózgów jako próbek.

 – ...Więc wszystkie te ciała są pozbawione mózgów?

 – Tak... tak myślę. I wydaje mi się, że już swoje wysłużyły. Więc...

 – Więc?

 – Sprzątają je.

Tym razem to Nezumi ciężko przełknął ślinę.

Urządzenie w kształcie półksiężyca na drugim końcu pasa – czy służyło do pozbywania się zwłok? Czyżby paliło je natychmiast na popiół? A może używało jakichś specjalnych chemikaliów, by stopić ich aż do kości?

Ciała były zasysane.

Ludzie, którzy żyli jeszcze kilka chwil temu – ruszający się, mówiący, płaczący, kochający siebie nawzajem – byli sprzątani jak śmieci.

„Jak... Jak mogłeś... No.6, jak możesz być aż tak okrutne? Jak mogłeś stać się tak bezlitosne? ”

 – To nie są ludzie. – Głos Shiona dotarł do jego uszu.  To nie był szept. Był wyraźny i czysty. – To nie jest ludzki uczynek. – Jego pięść uderzyła we wzmocnioną szybę.

„To nie jest ludzki uczynek”.


Ale personel w białych fartuchach jeszcze chwilę temu stał tu rozmawiając. Popijali ciepły napój z kubków. Wcale nie ruszała ich własna praca.

„Oni wszyscy są potworami?”

W oko Nezumiego wpadła kolejna fotografia.

„Spójrz tutaj. No dalej, uśmiechnij się!”


„Tatusiu, teraz ja zrobię zdjęcie”.


„Kochanie, nie zapomnij wziąć małego”.


Niemal słyszał tą rodzinną rozmową – tak typową, a jednak tak drogą.

„Czy człowiek, który postawił to na swoim biurku też jest potworem?”


Poczuł cudzą obecność. Nadciągał wróg.

Nezumi czuł się, jakby ktoś zasadził mu siarczysty policzek. Szarpnął Shiona za rękę i wybiegł na korytarz.

„Musimy uciekać, Shion. Nie możemy pozwolić sobie tu umrzeć”.


Całe jego ciało poruszało się z instynktem przetrwania. Jego myśli, zmysły, końcówki palców, nawet każdy włos na głowie miały taką samą wolę życia.

„Nie możemy umrzeć”.


 – Prawo! – Spokojny rozkaz Shiona rozciął powietrze. – Trzydzieści metrów na prawo.

Trzydzieści na prawo. Nie było czasu myśleć o tym, co tam było. O dziwo bariery nie zjeżdżały na dół. Chociaż i nad tym nie miał czasu się zastanawiać.

„Biegnij. Zaraz, nieważne”.


Tuż przed nimi pojawili się żołnierze.

 – Na dół! Skul się! – Nezumi rzucił bombę w kształcie monety na podłogę i odpalił ją. Rozległa się okropnie głośna eksplozja. Rozbite szkło rozpadło się dookoła.

 – Przebijamy się!

Gdyby pozwolili się otoczyć, nie mieliby już możliwości ucieczki. Nie mieli żadnych szans przeciwko strzelającemu w nich oddziałowi. Mogli tylko dalej brnąć w błoto po kolana.

 – Masz być blisko mnie.

Zepsuty spryskiwacz rozlewał wodę na prawo i lewo. Nezumi wskoczył w grupkę mokrych żołnierzy.

Przesunął ostrze po gardle jednego z nich i dźgnął nożem kolejnego, gdy ten się obrócił. Gdy żołnierz zakrztusił się i padł naprzód, Nezumi wyciągnął nóż wojskowy z pasa na jego talii i rozciął nim nadgarstek kolejnego wroga wchodzącego w jego drogę. Broń upadła, uderzając mocno o ziemię pełną krwi zmieszanej z wodą.

Żaden z żołnierzy nie odezwał się słowem. Pozostali cicho, nosząc zarówno ciężkie, wojskowe karabiny jak i bronie laserowe, wciąż w stanie badań. Byli cisi, szybcy i precyzyjni w zabijaniu. Pewnie tak zostali wytrenowani.

„Ale, jeśli chodzi o noże, i tak ja jestem lepszy”.


W bezpośredniej walce zwykłe bronie byłyby znacznie bardziej efektywne niż te udoskonalone. A w niektórych sytuacjach, i zwyczajny nóż okazałby się pewnie użyteczniejszy niż najnowszy karabin. Zwłaszcza jeśli potrafił używać noża jak dodatkowej kończyny.

Po ujrzeniu śmierci ich towarzyszy w mgnieniu oka, reszta żołnierzy straciła płynność ruchów. Takiego odwetu się nie spodziewali. Sztywność była słabym punktem, a Nezumi szybko to wykorzystał. Wykręcił ramię żołnierza przed nim i przycisnął nóż do jego gardła od tyłu.

 – Nie ruszać się. – Oblizał usta i wydał rozkaz pozostałym żołnierzom.

 – Rzućcie broń, albo możecie go uważać za trupa.

Żołnierze natychmiast cofnęli się o krok.

„Pójdzie dobrze? Mogę załatwić sobie ucieczkę, używając tego gościa?”


 – Shion.

 – Co?

 – Żyjesz?

 – Taa. Ruszałeś się tak szybko, że żaden z nich nie miał szansy rzucić się na mnie.

 – Doskonale. A teraz użyję tego gościa jako tarczy i...

Rozległ się aplauz.

– Niesamowite przedstawienie. Ale tego już chyba wystarczy.

Żołnierze natychmiast się rozstąpili, jakby te słowa były dla ich sygnałem. Mężczyzna utorował sobie między nimi drogę. Stanął przed dwoma chłopcami i uniósł beztrosko prawą rękę.

 – Koniec zabaw i gierek. VC103221 i Shion, tak wam było?

Shion krzyknął.

 – Znasz go? – zapytał Nezumi. – Nie mów mi, że to jakiś twój wujek, czy coś.

 – To Oficer Śledczy z Ministerstwa Bezpieczeństwa, nazywa się Rashi.

 – Więc mnie pamiętasz – powiedział mężczyzna. – Cóż za honor. Szczęście zdaje się dość często stawiać nas przed sobą nawzajem, nieprawdaż? Zrobiłeś się twardszy, odkąd ostatnio cię widziałem. Nigdy bym nie pomyślał, że spróbujesz wedrzeć się do Zakładu Karnego. Prawdę mówiąc, jestem wręcz zszokowany. A jednak cieszę się, mogąc znowu cię zobaczyć.

 – Och, dziękuję – odpowiedział ostrożnie Shion. – Też się ciebie tu nie spodziewałem. I również jestem zaskoczony.

 – Tak, tak, co do tego. Prawdę mówiąc, moją prawdziwą pracą jest bycie wojskowym trenerem. Wybacz, że nie przedstawiłem się poprawnie ostatnim razem.

 – Weź od niego wizytówkę, Shion. Przyda się jeśli będziesz chciał zostać myśliwym.

Rashi wykręcił połowę ust w uśmiechu.

 – Obchodzisz się chłopcze ze słowami tak samo jak zawsze. Chociaż nożem posługujesz się nawet lepiej niż językiem.  Godne podziwu. Nigdy nie spodziewałbym się, że przejmiesz władzę nad moimi podwładnymi tak łatwo. Ach, po prostu genialne. Zasługujesz na pochwałę. Zastanawiałbym się nawet nad zrekrutowaniem cię.

 – Kusząca propozycja, ale muszę odmówić – powiedział Nezumi. – Co to za wojskowy trening, którym się tak wychwalasz, co? Ćwiczenie celu zakłada zaangażowanie więźniów?

Rashi zachichotał.

 – Tak, to też. Albo mamy sesje treningowe, w których pozbywamy się głupich szczurów, które wplątały się pod nogi.

Nezumi skręcił ramię żołnierza z jeszcze większą siłą.

 – Rzućcie broń i zróbcie nam miejsce – powiedział.

Rashi pokręcił głową.

 – Wy dwaj naprawdę jesteście genialni. Nie każdy może dojść tak daleko. Genialnie, doprawdy. Ale niestety, jesteście także młodzi.

Rashi powoli uniósł prawą dłoń.

 – Wasz plan nie jest do końca dobrze przemyślany.

Lufa broni została w nich wycelowana.

„Eh?”


 – Przestań! – Żołnierz przekręcił się desperacko. Nezumi puścił jego rękę. Nabój przebił żołnierza, gdy ten ruszył naprzód. Jego ranne ciało padło na ziemię. Woda oblała go z sufitu. Żołnierz uniósł twarz, wodząc wzrokiem w poszukiwaniu czegoś. A wtedy odezwał się.

 – Matko.

Głos dotarł do uszu Nezumiego.

„Zabić podwładnego tak łatwo...”


Dziki ból przebił jego ramię i nogę.

 – Nezumi!

Ręce Shiona złapały go od tyłu. Przez wodę poślizgneli się i obaj upadli na podłogę. Ból pulsował w całym jego ciele.

 – ...ts... – Nezumi zacisnął zęby. Pot pokrył jego ciało, a serce waliło gwałtownie.

 – No, no. Superfibra może być naprawdę niesamowita, ale najpierw musisz ją porządnie owinąć. Nie możesz już trzymać noża, prawda? Ani skakać i biegać dookoła. W końcu jesteś cicho. To była wspaniała zabawa, ale gierki się skończyły, 103221.

„Koniec? Tutaj to wszystko się skończy?”


Rashi uniósł brew i westchnął.

 – Nie spodziewałem się z tobą tylu problemów. Szkoda, naprawdę. Szkoda, że muszę cię zabijać, ale... nic na to nie można poradzić. Nie będę tego ciągnąć dłużej niż powinienem. Uszanuję twoje zasługi w walce i pozwolę ci odejść w spokoju. Kula na osobę powinna wystarczyć.

 – Litościwy jesteś... czyż nie? – odezwał się Nezumi.

 – Masz jakieś ostatnie słowa?

„Czy to już naprawdę koniec?”


Nagle spryskiwacze stanęły. Bariery zaczęły się obniżać. Iskra niepokoju przebiegła przez tłum żołnierzy. Nawet wzrok Rashiego zaczął błądzić.

To była ich szansa. Wykorzystaliby ten słaby punkt i wyrwali im bronie. Szansa, by wyrwać się z uścisku śmierci – ale jego ciało nie chciało się poruszyć.

 – Co jest?

 – Bariery zaczynają działać.

 – To absurd, dlaczego...

 – Uciekać! Zamkną nas!

W chwili, w której bariery opadłyby całkowicie, przez zamkniętą przestrzeń przebiegłby prąd o wysokim napięciu. Nikt by nie przeżył.

 – Uciekać! Trzeba stąd zwiać!

Żołnierze zaczęli biec z rannymi towarzyszami w ramionach.

 – Proszę dowódcy, bariery schodzą na dół. Proszę się pospieszyć! – Żołnierz zatrzymał się, obrócił i krzyknął. – Dowódco!

Ściany schodziły w dół – prosto na dół. Nezumiemu zdawało się, że jego ramię płonie. Przycisnął dłoń do otwartej rany i uśmiechnął się blado.

 – Wołają cię. Nie powinieneś już iść?

 – Kiedy już pozbędę się was dwóch.

Lufa broni była wycelowana prosto w serce Nezumiego. Ramię Shiona owinęło się wokół jego piersi, jakby próbował go chronić. Nezumi położył na nim swoją dłoń. Ręka Shiona pokryta była brudem i krwią.

„Ach tak. A więc umrę razem z tobą”.  


Oparł się plecami o Shiona i wypuścił długi oddech. Napięcie opuściło jego ciało.

Ale nie zamknął oczu.

Chciał widzieć świat przed nim stabilnym spojrzeniem, aż ostatniej chwili.

Shion zacieśnił swój uścisk.

„Nie zamknę oczu. Niezrobie tego aż... ”


Bum!

Usłyszał wystrzał za sobą. Był stłumiony, jakby znajdował się pod wodą. Czerwone kwiaty rozkwitły na koszuli Rashiego. Płatki padły wokoło.

„Co...?”


Rashi cofnął się niestabilnie o kilka kroków, zanim oparł się ciężko o ścianę. Osunął się na ziemię. Szkarłatne płatki wysypały się także z jego ust.

Nezumi wziął oddech, ale nie mógł go wypuścić.

„To nie są płatki kwiatów. ...To krew”.


Krew pomalowała ścianę. Zupełnie jakby ktoś beztrosko wylał na nią czerwoną farbę. Rashi schylił głowę. Przerażająca ilość krwi rozlała się, barwiąc jego dolną połowę ciała.

„Co...? Co się właśnie stało?”


 – Dowódco!

Krzyk. A wtedy ściana ucięła go kompletnie. Przez moment brzmiało to jak bezdźwięczna próżnia. Pusty moment ciszy. Teraz mógł wypuścić powietrze i się podnieść.

 – ...Shion? – Obrócił głowę, by spojrzeć na ściskającego go chłopca. – Shion...

Mógł wypuszczać powietrze, ale żadne słowa nie wychodziły z jego ust. Jego serce biło coraz szybciej, mocniej i bardziej szalenie.

W dłoni Shiona spoczywała broń. Półautomatyczny pistolet małego kalibru. Był oficjalną bronią wojskową, mogącą przebić się nawet przez kamizelki kuloodporne. Jeszcze przed chwilą Nezumi sam wytrącił ją z ręki żołnierzowi i sprawił, że upadła na ziemię.

Dym z lufy unosił się w powietrzu. Ostry zapach prochu uderzył jego nozdrza. Pot ukłuł go w oczy. Usta zrobiły się suche, a język zesztywniał. Słyszał dźwięk tarcia, gdy próbował go ruszyć.

 – Shion... co ty...

Shion odsunął rękę od Nezumiego i wstał. Powoli podszedł do Rashiego.

 – Ngh... – jęknął Rashi. Uniósł twarz, a jego ciało zatrzęsło się lekko.

 – ...Ty amatorze... – ledwie słyszalny szept uciekł z jego ust wraz ze strumieniem krwi. – Chociaż... celuj... porządnie...

 – Muszę cię o coś zapytać – powiedział Shion wciąż z bronią w dłoni. Miał niski głos, obdarty z wszelkich emocji. – Dlaczego nie aktywowałeś barier od razu?

 – ...Nie chciały ruszyć...

 – A więc nie funkcjonowały.

 – ...Tak...

 – Dlaczego?

 – ...Nie wiem...

 – Ty i twoi ludzie zatrzymaliście system barier chwilę przed wejściem tutaj, na wszelki wypadek. Ale tym razem zaczęły się ruszać same... do tego miejsca, mam rację?

Rashi zaskrzeczał spoglądając na Shiona błagalnie.

 – ..Proszę. Pozwól mi odejść.

Łzy wylały się z jego oczu.

 – Odpowiedz mi – powiedział Shion.

 – ...Tak... poza kontrolą... przyczyna nieznana...

 – Poza kontrolą. Przyczyna nieznana... – powtórzył z zamyśleniem Shion.

 – Nic... nie wiem... Shion, błagam... pospiesz się... daj mi odpocząć... uratuj mnie...

 – Uratować cię? – ramiona Shiona przekręciły się nieznacznie. – Już słyszałem te słowa. W podziemiach tego budynku.

Nezumiemu w końcu udało się wstać. Krew spływała z jego ramienia i nogi, ale nie czuł bólu.

Musiał wstać. Musiał złapać rękę Shiona. Musiał go zatrzymać.

„Shion, co ty, do cholery, próbujesz zrobić?”


Jego nogi zaczęły się ruszać. Potknął się i wylądował na kolanach. Tuż za nim leżały zwłoki żołnierza. Był młodym człowiekiem. Miał czarne, niesforne włosy i nosił złoty naszyjnik. Błyszczał. „Matko” – zupełnie jakby ostatnie słowo nadal przyklejone było do jego ust.

 – Wy wrzuciliście go do podziemi. Był ofiarą Polowania. Nie mógł umrzeć, więc przyszedł błagać mnie bym go uratował. Mówił: „pomóż mi”. Kiedy on cierpiał w agonii, co ty robiłeś? Piłeś kawę? Kąpałeś się? Czytałeś?

 – ...Proszę... skończ ze mną... to boli...

 – Nie mogłem go uratować.

 – ...Pomóż mi...

 – Nikogo nie mogłem uratować.

Ręka Shiona uniosła się powoli.

 – Nie! Shion, przestań!

Rozległ się strzał.

Nezumi zamknął oczy i odwrócił się. Zapach prochu stał się silniejszy. Powietrze zmieszane z zapachem krwi, stało się ciężkie i lepkie. To był smród, do którego przywykł, niemal aż za bardzo, a jednak wciąż chciało mu się wymiotować. Nie mógł tego znieść.

Nie chciał otwierać oczu.

Gdyby to zrobił, musiałby stawić czoła rzeczywistości. Chciał trzymać oczy zamknięte i uciec do miejsca, którego nie było.

„Nie chcę tego widzieć”.



Szum.

Czuł bryzę.

Pachniały kwiaty. Ledwie wyczuwał ich zapach.

Szum.

Bryza dotknęła jego policzka i rozwiała grzywkę.

„O, to znowu to. To... to”.


Otworzył oczy.

Wbiło się w nie światło.

Tuż przed nim rozciągało się pole.

Pole dzikiej trawy. Wiatr był ostry i zimny, ale i promienie słońca miały swoją siłę. Małe, białe kwiaty rozkwitały wszędzie, tańcząc na wietrze i odbijając światło słoneczne. W oddali widział zamglone czubki gór. Czy to jeziora na zboczach, białe baseny odbijające światło?

Jeziora i bagna, zarówno małe, jak i duże, pojawiały się miejscami w krajobrazie. Niebo miało kolor indygo. Tak głęboki odcień lazuru, że wszystko inne wyglądało przy nim blado. Jednak kwiaty wciąż kwitły bielą na ziemi, a trawa zachowywała swą łagodną zieleń.

W niebie widział niebieski, na ziemi zielony, a przed nim stał las.

Za łąką widział las. Słyszał szum drzew. Niemal białe z jednej strony liście unosiły się na wietrze. Ptaki szybowały w górę, by znów opaść na dół. Futrzasta kulka przebiegła przed oczami Nezumiego.

Chciał ją gonić.

„Mogę ją gonić?”

Nezumi uniósł twarz, by spojrzeć w górę. Spojrzeć na...kogo?

 – Chodź tutaj.

Odezwał się łagodny głos, a jego ciało zdawało się unieść.

„Och, to znowu to”.




„Kradnie mi świadomość i zabiera duszę daleko”.

Czuł się jak małe dziecko. Był delikatnie niesiony. Jak małe, maleńkie dziecko.

Ostatnim razem było lato.

Czuł wtedy ciepło wznoszące się z trawy.

Czyżby teraz była wiosna? Sceneria wyglądała na bardziej przygaszoną. Wiatr, światło, zapachy, kolory, wszystkie delikatne i łagodne, obejmując Nezumiego uściskiem.

 – Nauczę cię piosenki.

Pokręcił głową.

 – Umiem to zrobić... Umiem ją zaśpiewać.

 – Umiesz zaśpiewać? Tę piosenkę?

 – Tak. – Nezumi wyprostował się i podniósł.

 – Ach, ukochana ziemio, wietrze i deszczu; O Niebiosa i światłości.
Zatrzymajcie  tu wszystko
i żyjcie w tym miejscu.
Niechaj w waszych ramionach odnajdę ukojenie.
Ach, duszo ma, me serce, o miłości i nadziei.
Powróćcie do mnie
i odnajdźcie ukojenie. 


Wiatr zatrzymał się.

„Słucha piosenki”
– pomyślał Nezumi. Wiatr opadł, a kulki futra zaczęły podążać jego śladem.

 – Rozumiem. A więc umiesz to zaśpiewać.

Jego włosy rozwiały się. Pogłaskano go delikatnie po plecach.

 – Zaśpiewaj jeszcze. Daj mi usłyszeć jeszcze trochę twojej pieśni.

 – Wiatr kradnie dusze, ludzie skradają serca.
Ale ja pozostanę.
Śpiewając.
Proszę,
poprowadź moją pieśń.
Proszę,
przyjmij moją pieśń.

Jego powieki opadły.

 – ...Jestem śpiący.

 – To zaśnij.

„Mógłbym tak po prostu zamknąć oczy i odpłynąć w sen?”


 – Idź spać, a ja zabiorę cię tam.

 – ...Dokąd idziesz?

 – Do lasu.

 – Do lasu?

 – Śpij. Nie myśl o niczym i pozwól sobie odpocząć.

„Naprawdę powinienem teraz zasnąć?”


Jego ciało zakołysało się w tył i w przód. Było mu wygodnie. Tak wygodnie...

 – Wracam! – usłyszał własny krzyk.

Musiał wrócić. Nie mógł sobie pozwolić odpłynąć w sen. Musiał wrócić do rzeczywistości, w której był Shion. Nic nie znaczyło to, co tam na niego czekało; nie mógł sobie pozwolić odejść.

„Shion”.


„Muszę do ciebie wrócić”.


Poczuł nadchodzące kaszlnięcie. Dym i smród krwi wniknęły głęboko w jego ciało. Zaczął kaszleć. Zakrył usta i wstał.

Widział Shiona stojącego do niego plecami. Chłopiec stał z obiema rękami zwisającymi bezwładnie z ciała. Pistolet nadal znajdował się w jego prawej dłoni.

 – Nikogo nie mogę uratować – powiedział Shion zdławionym głosem. Powtarzał to.

„Nikogo nie mogę uratować”.


 – ...Shion. – Nezumi spróbował wezwać jego imię.

„Shion, słyszysz mój głos?”


 – Nezumi.

Oczy Shiona skupiły się na Nezumim. Błyszczała w nich radość. Szeroki uśmiech zatańczył na jego twarzy. Broń wyślizgnęła mu się z ręki.

 – Całe szczęście, jesteś bezpieczny. Ale... strasznie krwawisz. Dobrze się czujesz? Musimy to chociaż opatrzyć.

Shion zdjął sweter i zaczął rozrywać rękawy.

 – To wszystko co mam, ale może posłużyć za bandaż. Pokaż ramię, opatrzę je.

To był zwyczajny Shion. Jego zwykły ton, zwykłe spojrzenie. Był naiwny i głupi, ignorancki, idealistyczny, niesamowicie szczery i ciepły.

Serce Nezumiego bolało. Czuł pieczenie z tyłu oczu.

 – Shion.

 – Co? Boli?

 – Obroniłeś mnie.

 – Eh?

 – Nie zapominaj tego. Ty... mnie obroniłeś.

 – Ja?

Shion zamknął usta i zamrugał kilkukrotnie. Jego wzrok przeniósł się i skupił na leżącym na ziemi pistolecie. Potem powędrował w stronę mężczyzny opartego bez życia o ścianę. Zabił go strzał między oczy.

„Właściwie to nawet coś”
– pomyślał przelotnie Nezumi.

Nabój przeszył mężczyznę dokładnie pośrodku czoła. Pomijając fakt, że był w wyjątkowo niewielkiej odległości od celu, precyzyjny strzał bez celownika nie był czymś łatwym dla amatora.

Oddech Shiona przyspieszył. Przybliżył dłonie do twarzy. Wpatrywał się w nie intensywnie, jakby były na nich wypisane jakieś starożytne litery. Jego dłonie, ręce, całe jego ciało się trzęsło.

 – Nezumi... Co ja zrobiłem?

 – Obroniłeś mnie. Ryzykowałeś dla mnie życiem...

 – Nie! – Krzyk Shiona wypełnił zamkniętą przestrzeń. – To nie tak! Nie tak! Nie tak!

 – Właśnie, że tak! – odkrzyknął Nezumi. – Byłbym martwy, gdyby nie ty. To byłbym ja, nie on.

Wskazał na Rashiego.

 – Ja bym tak wyglądał.

Złapał ramiona Shiona. Szarpnął nim z całej siły. Jego głowa odchylała się do przodu i do tyłu. Był jak marionetka wisząca na zerwanych sznurkach.

 – Słuchaj! Słuchaj tego, co mówię. Obroniłeś mnie, rozumiesz? Uratowałeś mnie. Shion.

„Słuchaj, Shion. Złap każde słowo. I w nie uwierz”.


 – Gdybym był na twoim miejscu, zrobiłbym dokładnie to samo. Na pewno bym to zrobił. To pole bitwy. Jeśli nie zabijemy, to sami zostaniemy zabici. Jesteś usprawiedliwiony.

Nezumi przygryzł wargę. Słowa wysypywały się i gniły, gdy tylko opuszczały jego usta.

„Nie to właściwie chciałem powiedzieć”.


„Więc co chciałem? Co naprawdę chcę teraz powiedzieć Shionowi?”


 – Nezumi... – mruknął Shion zachrypłym głosem. – Ja... go zabiłem.

Wstał i podniósł z ziemi broń.

 – Nie wiem, jak, ale bez żadnego wahania byłem w stanie po prostu... zabić człowieka.

Ich oczy się spotkały.

„Co mam mu powiedzieć?”


 – Czy to da się wybaczyć? Czy to coś... co wolno wybaczyć?

Ledwie 5,4 mm średnica lufy zdawała się jego oczom tak wielka.

 – Raz powiedziałeś, że ja i No.6 jesteśmy tacy sami. Powiedziałem ci wtedy, że się mylisz. Ale... może miałeś rację. Jestem jak to miasto. Nieważne, dlaczego to zrobiłem. Zimno i bezlitośnie wyrwałem człowiekowi jego życie. Nezumi...

Całkowita długość: 155mm. Waga: 460g. Liczba strzałów: 8. Gwintowanie: 4 rowki, zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara.

„Ile strzałów zostało?”


 – Można mi wybaczyć...?

Shion zamilkł i zamknął oczy.

„Shion? Co ty wyprawiasz?”


 – Przestań...!

Nezumi krzyknął. Nie głosem, a całym ciałem. Rzucił się na niego i uderzył go tak mocno, jak tylko mógł. Gdy Shion padł na ziemię, Nezumi usiadł na nim okrakiem.

 – Przestań pieprzyć!

Złapał go za kołnierz i uderzył w policzek.

 – Musisz... sobie ze mnie... do cholery, jaja robić?!

Czuł, jak jego dłoń uderza cudzą skórę raz po raz.

 – Ty dupku, za kogo ty się masz?! Zaszliśmy tak daleko, a teraz myślisz, że możesz uciec? Zostawić swoje nieszczęście za sobą?! Pieprzenie!

Shion pisnął delikatnie.

 – Ty zdrajco – warknął Nezumi. – Czy ty twierdzisz, że nie można ci wybaczyć zabicia kogoś innego, ale zabicie siebie to już tak? Wiesz, jeśli się zabijesz, technicznie będziesz już mordercą dwóch osób. Czemu tego nie pojmujesz?  – Jego ostatnie słowa zabrzmiały jak bolesne błaganie.

Tsukiyo wskoczył na jego ramię i zapiszczał głośno i uparcie. Zdawało się, że próbuje wedrzeć się między nich.

Shion w ogóle się nie opierał. Wyglądało na to, że nawet nie oddychał. Jego oczy były otwarte, ale pozbawione spojrzenia. Kącik jego ust był rozcięty i krwawił, a wargi miał oblepione zaschniętą krwią.

„Cały jest poraniony”.


Byłoby lepiej, gdyby tam nie poszli? Nezumi wiedział dobrze, że w chwili wejścia do Zakładu Karnego, weszliby na pole walki. Wiedział to, a mimo wszystko zaciągnął tam Shiona.  Ratunek tej dziewczyny, Safu, był dla Nezumiego tylko wymówką. Potrzebował siły Shiona. Chciał jego umiejętności doskonałego zapamiętania wnętrza Zakładu i wydawania dokładnych rozkazów.  Chciał pożyczyć... nie, użyć siły Shiona do zniszczenia Zakładu Karnego, stworzenia rysy na rdzeniu No.6.  Shion był do tego dobrą bronią, a ten zbieg okoliczności był bardziej szczęśliwy, niż cokolwiek, co Nezumi mógł sobie wymarzyć.

„Tak, wykorzystałem Shiona”.


Ale jeśli rezultat miał być taki... właśnie taki, lepiej byłoby, gdyby tam nie poszli.

„Nigdy nie powinniśmy byli postawić tu stopy”.


Oczywiście, był przygotowany na brutalną walkę. Wiedział, że lekkomyślnie rzucają się na wojnę z mniej niż jednym procentem szans na przeżycie, a mimo to myślał, że wyjdą z niej zwycięsko; miał zarówno gorliwe serce jak i dość rozsądku. Do tego był przekonany, że to wszystko, czego mu potrzeba.

„I to my, nie No.6, kontrolowaliśmy stan rzeczy”.


Nie ma walki bez przygotowania. Nie ma zwycięstwa bez niezachwianej pewności.

Nic nie powinno być nie tak z jego sposobem myślenia. Był pewien, że nie zgubił się nigdzie po drodze.
Nezumi zacisnął szczęki. Czuł się jakby miał niemal ulec i paść na kolana przed stojącą przed nim rzeczywistością. Nigdy nie wyobrażał sobie, że to mogłoby się tak skończyć.

„Nie powinniśmy byli tu przychodzić. Nie powinniśmy tu być. Nie powinienem był wciągać Shiona w moją walkę”.


W końcu go to uderzyło. Ale było już za późno.

 – Shion. – „To ja powinienem pytać, czy można mi przebaczyć. To ja powinienem błagać o przebaczenie, nie ty”.

 – Weź to na siebie – wyszeptał. Słowa przedzierały się przez jego zaciśnięte zęby i wypływały z ust. Oczy Shiona poruszyły się powoli. Zwężały się nieznacznie, jakby skupiając na Nezumim.

 – Weź to na siebie... Weź to na siebie i żyj dalej. – Słowa te kierował do siebie, nie do Shiona.

„Znieś swój grzech i żyj”.



„Shion, przepraszam. Kazałem ci nieść tak wielki ciężar, że wykręca twój kręgosłup. Otrzymam kiedyś wybaczenie? Wybaczysz mi to, co ci zrobiłem?” 

Shion wypuścił długi oddech.

Wyciągnął dłoń w górę, a jego palce dotknęły policzka Nezumiego.

 – Pierwszy raz... widzę jak płaczesz.

 – Eh?

„Płakać? Kto?”


 – W porządku, Nezumi... nie płacz. Już łapię. Zrobię jak mówisz. Więc już nie płacz, proszę.

 – Idiota – odezwał się Nezumi zachrypłym głosem. „Naprawdę, jak bardzo możesz jeszcze zgłupieć? Ciągle przejmować się innymi, nawet w takiej sytuacji. Co jest „w porządku”? Nic nie jest w porządku. A poza tym nie płaczę. Nie jestem jak ty, nie daję po prostu moim łzom płynąć gdziekolwiek i kiedykolwiek zapragnę, bez wahania...”

Osiągnął swój limit. Nie mógł już dłużej się wstrzymywać. Ogarnęła go fala łez, wylewających się strumieniami z jego oczu. Były niesamowicie gorące. Spływały po jego policzkach, zbierały się na podbródku i lądowały na Shionie.

„Cholera, czemu te łzy... cholera.”


Pozwolił sobie utonąć na ciele Shiona, gdy wylewało się z niego zawodzenie.

„Cholera. Dupek. Dupek”.


 – Shion.

 – Mmm...

 – Nie wiem, jak mam zatrzymać łzy.

 – Mm–hmm – mruknął Shion.

 – Naprawdę... nie wiem. Jeśli dalej tak będzie, zrobi się... niedobrze.

 – Tak? – odezwał się łagodnie Shion.

 – Będzie. Pomyśl tylko – gdyby Inukashi mnie takiego zobaczył... śmiałby się ze mnie przez resztę mojego życia.

 – ...To na pewno. – Dłoń przesunęła się po plecach Nezumiego i poklepała go lekko.

 – Nezumi, chodźmy.

Tak. Musieli już iść. To nie był jeszcze finisz. Musieli ruszyć naprzód. Ale jak? Mieli jakąś możliwość ucieczki z tej zamkniętej przestrzeni?

 – Ach! – Nezumi zerwał się. Przerażona Tsukiyo wgramoliła się w koszulę Shiona. – Dlaczego?

 – Co dlaczego?

 – Dlaczego nic się nie dzieje? Nie powinni puścić prądu, kiedy bariery zejdą na dół?

 – Racja. – Shion też wstał. Skrzywił się z bólu, pewnie od jakiejś rany. Ale jego twarz szybko rozjaśnił słaby uśmiech.

 – To już prawie pięć minut, odkąd ściany całkiem opadły. Dość późno się zorientowałeś, nie sądzisz?

 – A to co, do cholery, miało znaczyć? – odpowiedział natychmiast Nezumi. I zamknął usta. Spojrzał na wysmarowaną krwią twarz Shiona.

 – To mówisz, że wiedziałeś? Wiedziałeś wcześniej, że nic się nie stanie?

Shion pokręcił głową.

 – Nie wiedziałem. Nie ma mowy, żebym wiedział. Po prostu...

 – Po prostu co? Zaszliśmy tak daleko. Nie zgrywaj teraz takiego niedostępnego.

 – Racja. Cóż, możesz się śmiać, ale czuję, że jesteśmy... zaproszeni przez kogoś.

 – Zaproszeni?

Shion oblizał usta i kontynuował swoim zwyczajowym, niezręcznym sposobem.

 – Właściwie to bariery powinny były się aktywować, kiedy tylko wpadliśmy do korytarza. Ale nie ruszyły. Włączyły się dopiero, kiedy zostaliśmy otoczeni przez żołnierzy. Chociaż właśnie wtedy powinny być wyłączone. To nie ma sensu. Dlatego byli tacy poruszeni.

 – Czekaj chwilę, nie wiem, do czego zmierzasz. Mówisz, że komputer nadzorujący system bezpieczeństwa się popsuł  i że wygodnie dla nas przestał działać? ...Cóż, nie wiem, czy można nazwać utknięcie tu wygodnym. Ale jesteśmy uratowani. Uratował nas przypadkowy błąd komputera, o to chodzi?

Komputer No.6 miałby mieć jakieś błędy? Nie, nie było możliwości, żeby coś takiego miało rację bytu.

Shion znowu pokręcił głową.

 – To nie przypadek. Bardziej wola.

 – Wola? Mówisz, że komputer ma własną wolę?

Trzecia odmowa posłuszeństwa.

 – Nie. Może być oparty na woli konkretnej osoby, ale maszyna nie może mieć własnej.

 – Shion, wyjaśnij mi tak, żebym zrozumiał. O czym ty mówisz? I co masz na myśli, kiedy mówisz, że jesteśmy „zaproszeni”?

 – Nie wiem – powiedział powoli Shion. – Nie mogę za dobrze ująć tego słowami. Ale tylko tak umiem to wyjaśnić. Ktoś nas wzywa...

 – I ten ktoś kontroluje komputer i uratował nas na własną rękę. To wymyśliłeś?

 – Tak.

 – To kto to może być? Ta twoja dziewczyna?

 – Safu... to mogłaby być ona? Ale... – Shion podszedł do ściany. Jej część miała inny kolor niż cała reszta. Była o odcień jaśniejsza.

 – To winda, tak?

 – Tak. Jedyna ścieżka prowadząca na szczyt.

Trzydzieści metrów na prawo. Shion chciał mu powiedzieć, by biegł w tamtym kierunku. Nigdzie nie było żadnych przycisków, mogących uruchomić windę. Pewnie nawet projekt nic takiego nie przewidywał. Prawdopodobnie aktywował ją sensor odpowiadający na specjalny czip identyfikacyjny.

 – To jak w to wsiądziemy?

Shion odwrócił się i wpatrzył się w coś. Nezumi podążył spojrzeniem za jego wzrokiem i napotkał ciało Rashiego.

 – Może mieć ten czip w ciele – powiedział szybko Nezumi. Wymówił to, co siedziało Shionowi w głowie. Nie chciał mu pozwolić wymówić żadnych słów związanych z tymi zwłokami. Shion odwrócił wzrok i wyciągnął dłoń w górę.

 – Nie... to nic nie da. Ten system aktywuje się tylko jeśli wyczuje oznaki życia. Czip jest bezużyteczny, dopóki nie znajduje się w żywym, oddychającym ludzkim ciele. Zwłoki się nie nadadzą.

„Ach tak”
– mruknął do siebie Nezumi i spuścił wzrok.

Szaleństwo, które doprowadziło Shiona niemal do roztrzaskania własnej czaszki, odeszło.

„Musi wyczuć życie”.


„Zwłoki się nie nadadzą”.


Nezumi wbił wzrok w stopy.

„Może nie tylko zmusiłem go wziąć to na siebie. Może przy okazji to wywlekłem – wywlekłem to, co do teraz w nim drzemało”.


„Shion, co się w tobie kryje? Jak naprawdę wyglądasz, Shion, ten ty, którego nie znam?”


Przeszedł go dreszcz. Rany na ramieniu i udzie zapulsowały bólem w odpowiedzi. Do teraz zupełnie nie pamiętał o tym, że został postrzelony.

 – Jest jakaś inna droga? – zapytał krótko i rzeczowo.

 – Myślę, że ktoś nas podrzuci – nadeszła równie krótka odpowiedź.

 – Podrzuci?

Usłyszał słaby, metaliczny dźwięk. Nadjeżdżała winda. Drzwi rozsunęły się niemal bezdźwięcznie.

Stały przed nimi dwie, cieniste sylwetki.

Nezumi napiął się na moment, a wtedy doszło do niego, że to ich własne odbicia. Ściany przed nimi były wielkimi lustrami.

 – Nezumi... wsiadasz, prawda?

 – Żartujesz sobie? Jasne. Nie jestem dość głupi czy nieuprzejmy, żeby odrzucić takie miłe powitanie.

 – Tak. Domyśliłem się.

Wziął jeden duży krok do windy. Tętnienie. Jego rany znowu się odezwały. Pewnie nie był już w stanie iść normlanie, biorąc pod uwagę to, ile stracił krwi. I, jak zauważył Rashi, nie mógł już używać noża tą ręką.

„Chociaż nie ma co się nad tym zastanawiać”.


Nie mógł przewidzieć, co miało na nich czekać po zatrzymaniu się windy. Nie potrafił widzieć przyszłości, więc miał tylko jedno wyjście – zetrzeć się z teraźniejszością.

Wodził wzrokiem dookoła. Nie widział niczego poza lustrem. Ściany były gładkie, bez ani jednej drobinki brudu. Nie było przycisków, przełączników czy dotykowych ekranów. Znajdowali się w sterylnej, jasnej, nieorganicznej przestrzeni.

Drzwi się zamykały.

Tuż przed sobą widział Rashiego z nogami na bokach i przechyloną głową. A także buty żołnierza, żołnierza wzywającego matkę w swym ostatnim momencie.

Palce Shiona przesunęły się na wysokość piersi.

„Złożą się razem w modlitwę?”
– zastanawiał się Nezumi.

Ale palce Shiona zacisnęły się jedynie w twardą pięść.

To było wszystko.

Drzwi się zamknęły.





==Koniec rozdziału 4==

((Przyznam się szczerze, że tłumacząc musiałam co jakiś czas robić przerwy i uderzać głową o ścianę, żeby ogarnąć uczucia.))

czwartek, 16 sierpnia 2012

Tom VII: Rozdział 3


((Ladies and Gentlemans~! oto mamy nowego rekordzistę w kategorii ,,najkrótszy rozdział''~ wyróżnia się faktem, że jest nad czym fangirlować. I to chyba wszystko, ale w końcu chłopcy wynagrodzą wszystkie niedogodności *^* a skoro jeszcze nie skończył się czwartek, to chyba warto było czekać na nowy rozdział, czyż nie?))


Rozdział 3

Głos rozsądku


...ale to on, będąc sprowokowany i zaszczuty przez szybki atak, powinien stać się głosem rozsądku. Sprzeciwiając się narastającemu w nim wściekłemu apetytowi zemsty. I dopiero,  gdy mu uda się zapanować nad wewnętrzny konfliktem, znacznie lepiej sobie poradzi z zaistniałą sytuacją. 

Montaigne, Próby, Księga 2, Rozdział XI 



Zasuwy zamknęły się.

Shion szybko się odwrócił. Przed nim rozciągał się długi ograniczony turkusowymi ścianami korytarz. Podłoga wyłożona błyszczącym, gładkim materiałem lśniła nieskazitelnym blaskiem, przypominając mu czystość szpitali.

Jednak w przeciwieństwie do szpitali, tam nie było żadnych drzwi ani okien.

Zdawało mu się, że został zamknięty w szczelnym pudełku. Nie, to bez wątpienia było bardzo szczelnie zapieczętowane pudełko. Pomiędzy miejscem, w którym się znajdował, a skrzydłem więziennym przed nim, znajdowały się jeszcze trzy bariery. Gdyby wszystkie opadły, pudełko podzieliłoby się na maleńkie części.

Części te zostały zaprojektowane do zatrzymania więźniów, jeśli nie do pozbycia się ich na miejscu.

Bariery, dalekie od bycia zwykłymi ścianami, przewodziły prąd pod wysokim napięciem. Ten piękny kolor, bliski barwnikowi indygo, był kolorem sali egzekucyjnej.

Alarm ucichł.

Bariery zaczęły schodzić w dół.

 – Nezumi, biegnij. Musimy przez nie przejść.

Nezumi odbił się od ziemi. Schylił się pod pierwszą barierą. Druga była w połowie osunięta; ostatnia pokonała już dwie trzecie drogi w dół.

 – Ech, czemu?

Shion i Nezumi dotarli do końca korytarza zanim trzecia bariera całkiem się zatrzasnęła.

 – Powiedz mi, Shion – zapytał Nezumi. – Czemu te bariery są aż tak powolne? Z taką prędkością bez większego wysiłku można przez nie przejść.

 – Może i... tobie... łatwo... – wydyszał Shion. Jego serce waliło w akcie sprzeciwu przeciw pokonaniu całego korytarza na jednym wdechu. Nie mógł oddychać. Zdecydowanie wyczyn ten nie był dla niego prosty – prawie osiągnął swój limit. Gdyby bariery zamknęły się o sekundę wcześniej, Shion zostałby złapany i przecięty na pół przez jedną z nich.

 – Ale taka prędkość naprawdę nie ma sensu. Co się stało?

 – Ten przypadek... to dzięki... temu bałaganowi ze smrodem...

 – Co masz na myśli?

 – Skopiowałem i wysłałem... sygnał alarmowy z komputera na trzecim piętrze... do systemu monitoringu na czwartym. Razem z sygnałem dezaktywacyjnym. A zaraz potem sensory nas wykryły... i jeszcze raz powiadomiły system o alarmie. Aktywacja, dezaktywacja i ponowna aktywacja...

 – Rozumiem. To musiało chwilę zająć. Ale nie pojmuję, jak mogłeś uwinąć się z tym w tak krótkim czasie. Trzecie i czwarte piętro mają inne systemy operacyjne, prawda?

 – ...Taa, cóż, udało mi się. – Shion nie spodziewał się, że pójdzie mu tak łatwo. Wymyślił to i spróbował ot tak, ale i jego zaskoczył fakt, że tak prosta taktyka zadziałała przeciwko zaawansowanemu, dobrze opracowanemu systemowi obronnemu.

„Zupełnie jakby przyłożyła się do tego Boska ręka”.

„Boska ręka?” 

„Czyżby ktoś wysłał nam pomoc?”

„To absurd, nie ma mowy, żeby zdarzyło się coś takiego. Ale...”

Shion.

„Słyszałem głos Safu, wzywający moje imię”.

„Safu?”

„Niemożliwe, musiało mi się przesłyszeć”.

Nezumi zmrużył oczy. Błyszczące w nich iskry poruszyły się.

 – No to, które teraz drzwi?

 – Z tyłu w rogu, po prawej.

Nezumi przejechał dłonią po ścianie.

 – Och, tu. – Niemal niemożliwym było odróżnienie jej od turkusowej ściany, ale z całą pewnością przebiegała po niej cienka szpara. – Nie ma żadnej klamki ani czujnika. Jak masz zamiar to otworzyć?

Faktycznie, nie było żadnej klamki ani czujnika. A gdy ukończono montaż systemu operacyjnego, te drzwi najwyraźniej wyszły z użytku i straciły swoje znaczenie.

 – Poszukaj staromodnego zamka – zasugerował Shion.

 – Ojej. To dopiero beztroskie z ich strony.

Nikt nie mógłby zajść tak daleko bez działającego chipu identyfikacyjnego. A nawet gdyby, nikt nie zwróciłby uwagi na te drzwi. No.6 był pełen kaprysów.

 – ...a więc może i da się to otworzyć całkiem łatwo. Ach... tak jak mówiłeś. Widzę dziurkę od klucza. Wygląda na to, że włamię się bez problemu.

 – Dasz radę to zrobić, Nezumi?

 – Prawdopodobnie. Nie mogę pozwolić, żebyś zagarnął dla siebie całe światło jupiterów. Ale przedtem chyba będziemy musieli zająć się tamtymi.

 – Eh? – Shion spróbował się odwrócić, jednak zamiast tego został pchnięty w ramię. Zesztywniał.

Świst.

Promień światła przebiegł przed oczami Shiona. Uderzył w ścianę, zostawiając na niej mały, spalony ślad.

 – No, no, no. Spójrzcie, co zrobiliście biednej ścianie, a była taka błyszcząca. Wisicie jej chyba przeprosiny, czyż nie? – Nezumi opuścił ramiona z fałszywym rozczarowaniem.

Stało przed nimi trzech uzbrojonych strażników. Wyglądali na wojskowych – nosili mundury w kolorze piasku i wysokie, mocne buty. Dwie lufy wymierzone były w Nezumiego, a jedna w Shiona.

 – Nie ruszać się! Ręce do góry!  – Mężczyzna w środku postawił krok naprzód z wycelowaną bronią.

 – Eh? – odezwał się Nezumi z udawanym zaskoczeniem. – Och, hej, zaczekałbyś chwilkę? Masz zamiar zastrzelić mnie tu na miejscu? Nie zapędzasz się lekko? Wolałbym najpierw wezwać adwokata.

Mężczyzna bez słowa położył palec na spuście.

 – Jesteś tego pewien? Jesteśmy cennymi próbkami.

Mężczyzna zatrzymał się w połowie ruchu. Zareagował na słowo „próbka".

 – Próbkami... mówisz?

 – No. Zbieracie próbki, co nie? Do projektu najwspanialszego burmistrza.

Mężczyźni poruszyli się niezręcznie, wymieniając przelotne spojrzenia. Przez ułamek sekundy byli całkiem bezradni.

Tsukiyo wybiegła spod ubrania Nezumiego, skoczyła w górę i ugryzła nos jednego ze strażników.

 – Ała! – Mężczyzna poleciał do tyłu. Nóż Nezumiego rozciął jego nadgarstek. Krew rozbryzgała się dookoła, znacząc ściany czerwonym wzorem. Wyrwawszy broń upadającemu napastnikowi, Nezumi wycelował od tyłu w drugiego z gromady i pociągnął za spust.

Postrzelił jednego w ramię, a drugiego w dłoń; obaj mężczyźni skulili się z bólu. Nezumi obrócił się na jednej nodze, jakby tańczył i strzelił laserem tym razem w ścianę. Potem ją kopnął. Tsukiyo wspięła się po jego ramieniu.

 – Otwarte.

Ukazała się im przestrzeń dość duża, by przecisnąć się nią kucając. W środku panowała niezmącona ciemność.

 – Uch... boli...

 – K–Ktokolwiek!

 – Pomocy... pomocy... – jęczeli mężczyźni. Shion słyszał już przyspieszone kroki. Więcej żołnierzy, każdy z bronią w dłoni, zbliżali się do nich coraz szybciej.

Tak jak przewidział, rozciągały się przed nimi strome schody, niemal przypominające drabinę. Shion zdjął swój fartuch i przywiązał jeden koniec do klamki, a drugi do poręczy schodów. Nie było to długoterminowe rozwiązanie, ale kupiłoby im trochę czasu.

Nezumi przerzucił broń przez ramię i wspinał się lekko po stopniach. Shion szedł za nim. Schody prowadziły w górę, wprost w ciemności.

Jego oddech stawał się cięższy. Pot kuł go w oczy. Stopy były o krok od poślizgnięcia się. Shion naciskał na siebie desperacko. Moment spóźnienia mógł go kosztować życie. Zagroziłby nie tylko sobie, ale i Nezumiemu. Chciał unikać stawiania go w niebezpiecznej sytuacji wszelkimi środkami. Wiedział, że od samego początku był dla Nezumiego wielkim ciężarem, ale nie chciał narażać go jeszcze w taki sposób.

Nezumi mruknął coś pod nosem.

 – Co? Nie słyszałem.

 – Nic. ...Po prostu dziwi mnie, że nawet nie wydziwiałeś.

 – Nie wydziwiałem?

 – Z tymi żołnierzami. Wiesz, było tam sporo krwi. Normalnie walnąłbyś jakiś wykład o tym, że nie można krzywdzić innych.

 – Och... – „Więc to miał na myśli”.

Krzyki rozbrzmiały w jego uszach. Nie należały do żołnierzy. Słyszał głosy ludzi, których życia wyrwano niesprawiedliwie w podziemiach Zakładu Karnego.

„Boli. Nie mogę oddychać. Pomocy”.

„O Boże, o Boże. Dlaczego muszę tak cierpieć?”

„Zabijcie mnie. Proszę, uwolnijcie mnie od bólu...”

„Pomocy, pomocy, pomocy, pomocy, ktokolwiek”.

Czym były ślady krwi na turkusowej podłodze w porównaniu z tą brutalnością i bezlitosnością? Żołnierze otrzymaliby opiekę medyczną od ich zbliżających się kompanów. Ale tamci ludzie...

Ci poświęceni w Polowaniu, ci zamordowani ludzie nie mieli nawet jak uciec od cierpienia w chwili śmierci. Ich jęki, oddechy, płacze, ich krzyki. Wszystko to odbijało się w jego uszach.

 – Nie mieliśmy wyboru – przemówił do pleców Nezumiego zza kurtyny mroku. – Nic na to nie poradzimy. Musimy pokonać wroga. Gdybyś ich nie zdjął, zostałbym zabity.

Nezumi stanął. Shion widział parę szarych oczu. Jego serce stało się niespokojne.

„Nawet w tych ciemnościach twoje oczy błyszczą elegancją”.

 – Nie mieliśmy wyboru... naprawdę tak myślisz?

 – Tak.

 – ...Rozumiem. – Nezumi znowu ruszył. Szedł szybko. Shion ledwie za nim nadążał.

 – Shion.

 – Hm?

 – Do tej pory nadal mogliśmy być dla nich łagodni, ale od teraz nie będzie już na to szansy. Masz rację: musimy pokonać wroga, albo zostaniemy zabici.

 – Tak.

 – Jeśli nam się nie uda... – Shion nie usłyszał reszty. Wytrzeszczył oczy w mroku.

 – Nezumi, nie słyszę cię. Mów trochę głośniej.

 – Nie... nieważne. – Nezumi odetchnął cicho w ciemności.

„Wzdycham”. 


Zamknął usta.

„ Nigdy nie wzdychaj z powagą".

To były ostatnie słowa staruszki, która uratowała go z płomieni pochłaniających ich las, wioskę i domy. Wychowywała go dopóki nie skończył pięciu lat.

„Przygryź wargi aż do krwi zanim pozwolisz sobie westchnąć. Odwróć się od bólu. Nigdy nie patrz w dół. Spoglądaj naprzód. I co najważniejsze...”

„Nigdy nikomu nie ufaj. Nigdy nie otwieraj serca. Pamiętaj o tym. Musisz wyryć te słowa w swojej pamięci, żeby przeżyć”.

Powtarzał to sobie bez przerwy. Nie to żeby zapomniał. Każde słowo, każda litera wyryła się głęboko w jego sercu – jak mantra, jak klątwa.

„ Wzdychanie otwiera wejście, pokazuje słabość. Jeśli chcesz się utrzymać przy życiu, trzymaj usta zamknięte. Nigdy nie pozwól nikomu dostrzec twoich słabych punktów. Nie pozwól sercu być ciepłym dla nikogo. Ufaj tylko sobie.”.

„Chociaż ty... Chociaż ty musisz przetrwać... chociaż ty...”

Złapał poręcz.

„Wybacz, babciu. Sprzeciwiłem ci się. Wzdychałem wiele razy dla kogoś innego. Uwierzyłem mu i otworzyłem na niego serce. Sam zakułem w kajdany własne nogi. Ale nie mógłbym zrobić inaczej. Nie mógłbym go odepchnąć”.

 – Nezumi – zawołał Shion. Tracił oddech. Pewnie zużył już większość swojej energii. – O czym myślisz?

 – Chcesz wiedzieć, o czym myślę? O dostaniu się na górę bezpiecznie. I może trochę zastanawiam się, co nas tam spotka.

„O tobie, Shion”.

„Myślałem o tobie”. 



„Powiedziałeś, że nie mieliśmy wyboru. Byli wrogami, więc musieliśmy ich zranić. Gdybyśmy ich nie zabili, sami zostalibyśmy zabici. Dlatego trzeba się ich było pozbyć.”

„Oto czym jest walka. Zabijamy, albo giniemy: tylko taki istnieje wybór. A w bitwie nie istnieje nic takiego jak sprawiedliwość czy moralność. Wiem o tym. Jestem tego świadom aż do szpiku kości. Ale Shion, czy ty... masz zamiar to zaakceptować? Jesteś w stanie to zrobić? Pozwolisz sobie na to?”

„ – Wszystko widzisz w czerni i bieli. Miłość albo nienawiść. Przyjaciel albo wróg. W murach albo poza nimi. I zawsze mówisz, że można wybrać tylko jedno”. 

„ – Nie wydaje ci się, że mogłaby być trzecia opcja?” 

„Wyśmiałem wtedy twoje słowa. Uznałem je za naiwną fantazję. Ale wiesz co? Tak naprawdę przeraziło mnie to trochę. Bałem się nie tylko twojej naiwności, ale i siły, z jaką mówiłeś o fantazjach, jakby były możliwe do spełnienia. Kiedy cię usłyszałem, tylko przez chwilę – krótką chwilę, przysięgam – widziałem to. Biała ścieżka wyrosła mi przed oczami”.


„Trzecia opcja”.


„Sposób na znalezienie wspólnego spokoju zamiast wściekłości?”


„Droga, na której wybiera się akceptację zamiast zemsty?”


„Coś takiego mogłoby w ogóle istnieć w rzeczywistości? Mogłoby istnieć w ludzkich sercach?”


„Myślałem o tym przez cały czas. Naprawdę nie chcę o tym myśleć, ale twoje słowa uparcie siedzą mi w głowie, ciągle mi przypominając. Mówią mi: „pomyśl o trzeciej opcji, nie odrzucaj jej, nie odwracaj się; wciąż myśl o tej jednej możliwości””.


„Nadal jeszcze nie znalazłem odpowiedzi. Dlatego wciąż się zastanawiam. Wciąż skupiam się na twoich słowach i analizuję je na wszystkie sposoby”.


„Więc o czym ty teraz mówisz, Shion?”


„Nie mamy wyboru”.


„Jeśli w przyszłości w końcu kogoś zabiję... nie, jeśli sam komuś zaszkodzisz – co wtedy? Nadal będziesz to powtarzał?”


„Nie mieliśmy wyboru”.


Byli już u szczytu schodów. W tak ciasnej przestrzeni, że ledwie mogli stać.

 – Shion, nie ma wyjścia.

Nigdzie nie było widać żadnej klamki czy przycisku. Tylko pusta ściana.

„Namieszaliśmy”.

Jego serce podskoczyło. Zimny pot spływał po jego plecach. Jeśli to był ślepy zaułek, nie było dla nich ucieczki. Nie mogli nawet obronić się przed wrogami nadchodzącymi z dołu.

 – W górę – krzyknął Shion. – Wypchnij sufit do góry!

Ciało Nezumiego zadziałało zgodnie z rozkazem Shiona.

Bum!

 Środkowa część sufitu otworzyła się niczym zapadnia. Nezumi odbił się od ziemi i wdrapał na górę. Dokładnie wtedy usłyszał hałas z dołu.

Otworzyli drzwi.

 – Są u góry! Celować w nich! – unikalny suchy dźwięk wystrzału rozdarł powietrze.

 – Shion! – Wyciągnął dłoń i poczuł jak Shion łapie ją mocno. Wciągnął go do góry.

 – Agh! – jęknął krótko Shion.

 – Dostałeś?

 – ...jest dobrze. Tylko draśnięcie.

Gdy już zamknęli drzwi, cały hałas ucichł, a wokół nich pozostała tylko pusta cisza. Shion wypuścił powietrze.

 – Boli?

 – Nie... to nic takiego.

 – Pierwszy raz, co?

 – Hm?

 – Pierwszy raz cię postrzelili. Wygląda na snajperkę, a to dość... stara broń. Ulizany wygląd, śmiertelna celność. Strasznej panience się spodobałeś.

 – Ach tak. Cóż, jak ładna by nie była, raczej nie chciałbym iść z nią na więcej randek – zaśmiał się cicho Shion, obwiązując łydkę.

Pewnie mocno się nadwyrężał. Ale to oznaczało, że wciąż było go stać na więcej, a rana nie była tak poważna, żeby nie mógł iść naprzód. Nie żeby to, jak poważna byłaby rana, w ogóle miało jakieś
znaczenie – musieli iść dalej. Nie mogli pozostać w jednym miejscu.

Dlatego o nic więcej nie pytał już Shiona. Nie martwił się o niego. Po prostu musieli razem iść przed siebie.

 – Shion, gdzie jesteśmy?

 – Część starego systemu wentylacyjnego. Wydaje mi się, że używali go zaraz po wybudowaniu budynku. Ale szybko dobudowali nowe, zewnętrzne, wzmocnione ściany. Dodali urządzenia filtrujące powietrze, a te przewody wyszły z użytku.

 – A więc przestali ich używać, kiedy Zakład Karny zamienił się w twierdzę. Czyli stare wentylatory muszą być... tu. – Nezumi wyciągnął dłoń wskazując prostokątny tunel.

 – Co jest tam na dole? – zapytał.

 – Pewnie ślepy zaułek. Chyba częściowo go zablokowali.

 – Tak myślałem. Domyśliłem się, że to raczej nie będzie tak proste jak dostanie się do wewnętrznego rdzenia wentylacją.

 – Tak. Ale musimy zajść tak daleko, jak damy radę.

Miał rację. Nie było dla nich powrotu. Ale nie mieli innego wyjścia, jak tylko iść tak daleko jak mogli.

 – Shion, przytrzymam cię. Chodźmy.

 – Okej.

Shion zanurkował do dziury zwinniej niż Nezumi się spodziewał. Poczuł śliską krew pomagając Shionowi z nogą. Zacisnął dłoń w pięść.

 – Hej, to się otwiera. – Górna połowa ciała żołnierza wyjrzała przez otwór. Gdy tylko usadził się chcąc wyjść, Nezumi kopnął go w podbródek tak, że odchylił się do tyłu i odwrócił jego broń lufą w dół. Wsadził go z powrotem do otworu i przez szparę zaczął strzelać. Słyszał ciała zwalające się w dół schodów. Zamknął zapadnię i przetoczył nieprzytomne ciało żołnierza na bok.

 – Ma niezły piwny brzuszek. Posłuży za dobry obciążnik. – Nezumi przekopywał się przez jego kieszenie, niemal gwiżdżąc.

 – Nezumi, co ty robisz? Pospiesz się – wołał Shion.

 – Nie popędzaj mnie. Musimy wziąć wszystko, co znajdziemy – odpowiedział.

Wszedł do dziury. Była ciasna. Musiał leżeć płasko na brzuchu, żeby móc się w ogóle poruszać. Tsukiyo wydostała się spod jego ubrania i pobiegła przodem.

 – Tu jest jak w mysiej dziurze – stwierdził czczo Shion.

„Ciągle ma rozum” – pomyślał przelotnie. Chłopiec był spokojniejszy niż się spodziewał. Nie był to ignorancki rodzaj spokoju; Shion dostatecznie rozumiał swoją sytuację. Czuł niebezpieczeństwo i napięcie, a mimo to nadal potrafił zachować spokój.

„Ale dlaczego?”

 – Nie przeszlibyśmy tędy, gdybyśmy byli grubsi – powiedział z zamyśleniem Shion.

 – Cóż, rzeczywiście.

 – Inukashi zmieściłby się idealnie. Rikiga–san mógłby mieś problemy.

 – Rikiga? Mówisz o starym alkoholiku? Zacznijmy od tego, że w ogóle by tu nie doszedł. Przewróciłby się i zginął jeszcze kiedy biegliśmy korytarzem.

 – Więc do teraz...

 – Zostałaby z niego kupka popiołu. Mdli mnie na samą myśl o pieczonym staruszku.

Pisk, pisk, pisk.

Tsukiyo odpowiedziała za Shiona. Shion zaś zatrzymał się.

 – Ślepa uliczka?

 – Taa.

„Ślepa uliczka. Rozumiem. A więc to tak”.

 – To ślepa uliczka. Ale... – dłoń Shiona przejechała po ścianie. Coś kliknęło lekko, kiedy odpadła od niej jakaś część. Przez szparę przepłynęło światło.

 – Krata. Musi być zablokowane od naszej strony.

 – Co widzisz?

Shion przesunął się na bok, tworząc przejście. Nezumi spojrzał przez plastikowe okratowanie.

Czysty i duży pokój, przypominający laboratorium. Wprost przed nimi znajdowało się wielkie, szklane okno, przed którym kuliło się kilkoro naukowców, patrzących przez nie i rozmawiających z ożywieniem. Mężczyzna powiedział coś z majestatycznym gestem, a długowłosa kobieta uśmiechnęła się, wyszczerzając zęby. Oboje trzymali kubki, nad którymi unosiły się obłoki pary. Z daleka od nich stało kilkoro innych członków załogi, wpatrujących się w ekrany komputerów. Niedaleko stał również przygarbiony mężczyzna, przestępujący z nogi na nogę.

 – Wygląda na wygodny pokój – skomentował Nezumi. – Może daliby mi użyć prysznica, gdybym poprosił. Złóżmy im wizytę.

 – Co? Nie możemy przejść przez tak małą szparkę.

 – Jeśli jest za mała, trzeba ją tylko powiększyć.

 – Eh?

 – Odsuń się, Shion. Wycofaj się, nie przesuwaj.

 – Nezumi, co masz zamiar zrobić?

 – Po prostu patrz.

 – Czy to... miniaturowa bomba? – Shion przełknął ślinę.

 – No. A konkretnie mikrobomba w kształcie monety. Ma nawet timer i da się ustawić, jak wielka ma być eksplozja. To był dobry zakup.

 – Gdzie ją kupiłeś? Nawet nie zauważyłem.

 – Ty specjalnie udajesz debila? – powiedział Nezumi z irytacją. – Myślisz, że kiedy miałem to kupić, odkąd tu jesteśmy? Zwinąłem tamtemu grubasowi. Z resztą, mniejsza o to. Shion, odsuń się. Jeszcze trochę. I zabierz Tsukiyo.

 – O tu?

 – Doskonale. Zakryj głowę dłońmi. Wyskoczymy, kiedy tylko wybuchnie. Bądź gotów.

Bomba ustawiona.

Nezumi odwinął swój płaszcz z superfibry i zakrył nim głowę. Cofał się dopóki jego stopy nie dotknęły ramion Shiona.

 – Nezumi.

 – Co?

 – Teraz jest tak, jakbyś mnie osłaniał. Może i nic mi się nie stanie, ale tobie...

 – Debil. Kto, do cholery, przejmowałby się kto gdzie leży w takim miejscu? Przestań marnować oddech.

„Jak bardzo może jeszcze zgłupieć?”

„Co za idiota”. Ale to właśnie pasowało do Shiona. Niezależnie od sytuacji, nigdy nie zapominał o innych. Naprawdę, pasowało to do niego.

Ulga wykiełkowała na dnie jego serca.

Bum.

Eksplozja. I powiew. Powietrze przewiało ciasny tunel. Tsukiyo pisnęła z przerażeniem.

 – Shion! Nic ci nie jest?

 – Oczywiście. Ani mi, ani Tsukiyo.

 – Dobrze.

Nie było żadnego kurzu. Bomba była naprawdę silna i, chociaż Nezumi ustawił ją na najsłabszą eksplozję, wyrwała całkiem spory kawał ściany.

Zeskoczyli na dół. Krzyki rozległy się wokoło. Personel rozbiegł się po pomieszczeniu.

 – Kim jesteście?! – gruby mężczyzna wyciągnął broń spod białego kitla. Nezumi podbiegł do niego i uderzył szybko bokiem dłoni w podstawę szyi. Mężczyzna padł przed siebie na brzuch.

Rozległy się dzwonki alarmu.

„Biec tak dalej?”

Nie mogli zostać tam zbyt długo. W kilkadziesiąt sekund żołnierze pojawiliby się w pokoju. Nie miał innego wyboru, jak tylko biec. Ale dokąd?

 – Shion, co dalej? Daj mi rozkaz. Szybko.

Nie było odpowiedzi.

„Shion, co jest? Nie mów mi, że...”

Zimny pot spłynął po jego plecach.

Odwrócił się, by ujrzeć Shiona wpatrującego się w okno, przyglądającego się mu tak, jak wcześniej naukowcy. Słabe światło odbijało się od doskonale wypolerowanego szklanego panelu.

 – Co ty, do cholery, robisz? Rusz się!

Shion powoli odwrócił twarz do Nezumiego. Był kompletnie blady. Jego ruchy zesztywniały, jakby był drewnianą kłodą. Nezumi nigdy wcześniej nie widział go z takim wyrazem twarzy.

„Co się stało?”

Gdy tylko zaczął myśleć, doszło do niego, że nogawka spodni Shiona przesiąkła czerwienią. Rana od postrzału była głęboka.

„Mdleje od utraty krwi”. Taka była jego pierwsza myśl.

 – Shion, nic ci nie jest?

Para ust zatrzęsła się lekko na bladej jak ściana twarzy.

 – Nezumi... to... – uciął Shion i przełknął ślinę z trudnością. – Co to jest...?

 – Eh?

Nie było czasu na zatrzymywanie się. Wiedział o tym dość dobrze, ale wyraz twarzy Shiona skutecznie zatrzymywał go u jego boku. Zahaczył o coś stopą. To była drewniana ramka ze zdjęciem. Widniała na nim kobieta z chłopcem na ramionach, około dziesięcioletnim. Pewnie spadła z biurka któregoś z pracowników. Wyglądała na przestarzałą ramkę elektroniczną. Zarówno kobieta jak i chłopiec uśmiechali się ze zdjęcia z zakłopotaniem.

Uniósł wzrok i spojrzał na szybę przed nim.

Przestrzeń za nią znajdowała się kondygnację niżej, jakby zatapiała się w ziemię. Sufit zaś znajdował się proporcjonalnie wyżej. Pokój miał białe ściany.

 – Gh...

Odskoczył instynktownie.

„Co... to jest?”

==Koniec rozdziału 3== 

((Z tym ,,to chyba wszystko'' ściemniałam, jak się domyślacie .w. to jakie teorie na dzisiejszy wieczór? >:D))

czwartek, 9 sierpnia 2012

Tom VII: Rozdział 2



Rozdział 2
Gdyby ludzka dusza...

Gdyby ludzka dusza mogła kompletnie zniknąć, ludziom pewnie łatwiej byłoby znaleźć szczęście. Ale nawet jeśli to prawda, człowiek obawia się tego jak niczego innego. Och, myślą, jakże to okropne, bolesne i przerażające! Dla człowieka utracić ludzkie wspomnienia jest czymś strasznym.
Nakajima Atsusji, Sangetsuki

Obudziła się.
Safu ocknęła się, zrozumiawszy wszystko.
Wiedziała, co jej się przytrafiło.
„Coś ty narobił... Coś ty narobił... Coś ty narobił?”
 ‒ Doprawdy, Safu. Co się stało? Spójrz tylko na wahania twoich emocji. Jak długo masz zamiar być taka pobudzona? Cóż za kłopotliwe dziecko. Całe twoje piękno się zmarnuje ‒ zachichotał. ‒ Ach, nie, to tylko żart. Kiepski, swoją drogą. Nie zwracaj na mnie uwagi. Wciąż jesteś piękna, bardzo piękna. Wielki sukces. Wszystko idzie zgodnie z planem. I oczywiście w przyszłości także nie pozwolę na żadne pomyłki ‒ zaśmiał się ponownie.
Mężczyzna cicho pod nosem chichotał, stojąc za Safu.
„Diabeł”.
„A więc jesteś Diabłem”.
„Dlaczego... dlaczego... dlaczego musiałeś mi to zrobić?”
 ‒ Jesteś nie tylko piękna. A zarazem żywa. Jesteś moim ideałem, Safu, muszę ci to wyznać. W końcu nie mogę cię okłamywać. Cóż... na początku zebrałem cię, jako zwyczajny okaz i próbowałem traktować jak inne próbki. Och, mam nadzieję, że mi wybaczysz. Nie chciałbym żebyś mnie tak wspominała. Nie wiedziałem, że jesteś tak piękna i silna. Safu, urzekłaś mnie. Mógłbym powtórzyć to zdanie milion razy. Jesteś moim ideałem ‒ jesteś wszystkim, czego szukałem. Doskonałą egzystencją. Ty i ja, będziemy rządzić światem we dwoje. Jak to brzmi? Ekscytująco, czyż nie?
„Diabeł”.
„Jesteś Diabłem”.
„Nie zbliżaj się do mnie. Nie zbliżaj się do mnie!”.
Jednak głos Safu do niego nie docierał.
Mężczyzna mówił dalej frywolnie, jakby rzeczywiście był urzeczony. Jego policzki nabrały koloru, a on chodził w kółko, lekko pochylony do przodu.
Był jak ryba w akwarium. Kręcił się i kręcił w koło, pływając w zamkniętej przestrzeni. W koło i w koło.
Jego stopy stąpały cicho, gdy mówił. Prawdopodobnie swe słowa kierował bardziej do siebie niż do Safu.
 ‒ W końcu cię mam. Doskonały materiał. Och, Safu, nie wierzę w przeznaczenie. Nie wierzę w nic poza ludzką siłą, w żadne niebiosa kontrolujące nasze życia. Zawsze to wyśmiewałem, nazywając absurdem. Ale... proszę, nie śmiej się, Safu. Odkąd cię spotkałem, ja, cóż... Czuję, że mógłbym uwierzyć w to tak zwane przeznaczenie. Być może to i prawda. Być może i jest jakiś Bóg, próbujący obdarzyć mnie wszechmogącą siłą. Bo jeśli nie, jak wyjaśnić fakt, że cię spotkałem? Dlatego mam zamiar sprawić, że staniesz się boginią. Mam moc, by to zrobić. Och, tak. Wczoraj mówiłem ci, że nie będziesz potrzebowała imienia. Racja, oczywiście, oczywiście. Powinnaś odrzucić imię z przeszłości. Nadam ci nowe, pasujące bogini.
Stopy i język mężczyzny nie miały zamiaru się zatrzymać.
Nadal spacerował. Nadal mówił.
 ‒ Tak, co powiesz na... ‒ jego stopy zatrzymały się nagle. Uśmiech pojawił się na jego twarzy. ‒ Co powiesz na... Elyurias?
„Elyurias?”
Mężczyzna znowu ruszył. Błogi uśmiech tańczył na jego wargach.
 ‒ Wspaniałe imię, czyż nie? Zdecydowanie, to imię pasuje królowej. Być może zwłaszcza dla takiej jak ty.
„Ten człowiek...”
Safu spojrzała na niego. Po raz pierwszy miała okazję dobrze się mu przyjrzeć.
Jego chuda twarz na pierwszy rzut oka wyglądała łagodnie. Co do wieku... trudno było stwierdzić. W zależności od kąta padania światła, wyglądał albo bardzo młodo, albo dość staro. Mężczyzna, który odciął się kompletnie od zewnętrznego świata i pogrążył się we własnej rzeczywistości, wpatrywał się intensywnie w powietrze, wylewając swe uczucia w monologu.
Upajał się samym sobą.
Ten człowiek był kompletnie pochłonięty przez samego siebie. Wierzył, że jego zdolności miały boską moc. Uważał, że mógł zrobić wszystko i że wszystko byłoby mu wybaczone. Dlatego... Dlatego właśnie mógł to zrobić.
 ‒ Jeszcze tylko odrobinkę. Jeszcze tylko odrobinkę, a mój projekt będzie gotowy. Byłaś ostatnim kawałkiem układanki. Dzięki tobie, mam wszystkie potrzebne części. Są kompletne, nie pomyliłem się ani razu. Potrzebuję jeszcze tylko trochę czasu. Jeszcze troszkę więcej czasu. Jak się czujesz? Chcę, żeby było ci wygodnie i zrobię wszystko, żeby ci tą wygodę zapewnić. W końcu jesteś teraz jedną z najważniejszych rzeczy w moim życiu.
„Wypuść...”
 ‒ Co? Safu, mówiłaś coś?
„Wypuść mnie. Zmień mnie w tego, kim byłam. Pozwól mi go zobaczyć”.
Jej emocje wzniosły się wściekle. Wiatr ryczał w jej sercu, głośno wyjąc. Chciała krzyczeć aż do rdzenia jej ciała. Chciała płakać.
„Chcę cię zobaczyć”.
 ‒ Och, co się stało? Twoje odczyty wzrastają. Chyba masz problemy z zaaklimatyzowaniem się w nowym otoczeniu. Hmm, chyba przekaz powinien być szybszy. Och, nie, nie obwiniam cię o to. O nic bym cię nie obwinił. Jesteś moim skarbem. Pospałabyś jeszcze odrobinę? To powinno wszystko załatwić. Hm? Wygląda na to, że Matka zgadza się z moim osądem. Mówi, że poda ci jakieś stabilizatory. Ach, tak. Muszę ci opowiedzieć o Matce. Ty i Matka jesteście teraz bezpośrednio połączone, wiesz? Matka zawsze będzie monitorowała twój stan i zapewniała wygodę, żebyś miała jak najlepsze dla siebie otoczenie. I dlatego, no zobacz, teraz mówi, że musisz wypocząć...
Dzwonek rozdarł ostro powietrze. Zwężone końcówki jego brwi zbliżyły się do siebie.
 ‒ Co jest? Teraz, nagły telefon? Jak grubiańsko... Tak, to ja. Co się stało? Dziś Święty Dzień, nie powinieneś być zajęty własnymi... co? Co to? Co masz na myśli? W mieście? To się dzieje w mieście... nie, nie może być... dobrze, wyślij mi wideo. I próbki. Wszystko, co zebrałeś... tak, właśnie miałem zamiar... co? Już trzydzieści ciał? W przeciągu jednego dnia... a więc to się stało... rozumiem. Wystarczy. Sam się tam dostanę... tak, natychmiast. Natychmiast.
Cała krew odeszła z twarzy mężczyzny. Jego usta stały się suche, białe i popękane. Trzęsły się.
 ‒ To pomyłka. To musi być jakaś wielka pomyłka. To... to nie może się dziać. To po prostu niemożliwe ‒ wypluł praktycznie mężczyzna wychodząc z pokoju. Był wręcz nienaturalnie poruszony. Cały jego spokój i elokwencja wyparowały w ciągu jednej chwili.
„To się dzieje w mieście” ‒ powiedział wtedy mężczyzna. Czyżby coś stało się w No.6? Coś, czego nie przewidywał...?
„No.6, w którym się urodziłam i wychowałam. Ale zawsze coś kryło się pod tą powierzchnią. To było takie wygodne i piękne miejsce, a wszyscy zawsze zachowywali się tak ostrożnie... to nieustające uczucie, że w każdej chwili coś może się zdarzyć... a przynajmniej ja je miałam...”.

Safu czuła jak jej gniew stopniowo opada.
Była śpiąca. Tak śpiąca, jakby miała się roztopić. Czyżby podano jej jakiś lek nasenny? Była połączona z Matką... co to niby znaczyło?
„Matka... och, jestem taka senna”.
Jej świadomość odpływała. Coraz trudniej było jej myśleć. A w takich momentach zawsze w jej głowie pojawiała się ta sama sylwetka.
„Shion”.
Spróbowała wezwać jego imię. Shion uśmiechnął się i skinął lekko głową. To nie była iluzja. Był tak wyraźny, tak prawdziwy, jakby stał tuż przed nią.
„Hej, Shion. Kiedy to właściwie było? Pamiętam, że słońce zachodziło. Wiatr lekko powiewał, prawda? Dzień wcześniej spadł pierwszy śnieg, więc ścieżka była mokra. Szliśmy obok siebie. Pamiętasz? Nie zapomniałeś, prawda?”
„I wezwałam twoje imię, prawda?”
„Shion”.
Ponownie go zawołała. A Shion znowu się do niej uśmiechnął.
 ‒ Co jest, Safu?
 ‒ Nie.. ja tylko...
 ‒ Tylko?
 ‒ Tylko chciałam wypowiedzieć twoje imię. Zastanawiałam się trochę i doszło do mnie, że „Shion” to naprawdę ładne imię. To kwiat.
 ‒ Musiałaś się nad tym zastanawiać? 
Zachichotała.
 ‒ Więc jakim kwiatem jest ten „shion”?
 ‒ Eh... to wieloletnia roślina z rodziny Asteraceae, o ile dobrze pamiętam. Łodyga dorasta do 1,5 metra wysokości, a pąki rozkwitają fioletowymi kwiatami... 
 ‒ Shion, nie chcę żebyś mi opisywał ten kwiat. Takie informacje sama sobie mogę znaleźć.
 ‒ To co chcesz wiedzieć?
 ‒ Coś, czego sama nie mogę się dowiedzieć.
 ‒ Coś, czego nie możesz się dowiedzieć... hmm, to prawie jak zagadka. Jeśli nie chcesz słuchać o astrachto... nie, nie mam pojęcia. O czym chcesz usłyszeć, Safu. 
„Chcę usłyszeć o tobie, Shion”.
„Chciałabym móc cię lepiej  poznać. Kto cię tak nazwał? Podoba ci się? Kiedy po raz pierwszy zwróciłam się do ciebie po imieniu? I kiedy ty po raz pierwszy zwróciłeś się tak do mnie...? 
„Shion, wciąż nic o tobie nie wiem”. 
„Znam twoje nawyki, wiem jakie lubisz jedzenie, jak się wyrażasz, jaki jesteś łagodny i silny... tak, wiem o tym. Wiem bardzo, bardzo dobrze. Ale Shion...”

„Za kim goniłeś? Przy kim chciałeś być? Za kim tęskniłeś? Kto stoi przed twoimi wyciągniętymi palcami? Czy to nie mogłam być ja? Czy to musiała być ta osoba? Niczego nie wiem. Więc mi opowiedz. Chciałam, żebyś to zrobił, Shion”.
„Shion”.
„Safu”.
Usłyszała głos. Iskry wybuchły w mgle pozostałej z jej świadomości. Szkarłatne kwiaty rozwarły płatki. Wiatr rozwiał mgłę sprzed jej oczu, w ten sam sposób roztaczając przed nią całą scenerię i przywracając Safu świadomość. Głos ponownie ją wezwał.
„Safu”.
„Kto to? Kto mnie woła?”
To nie był głos Shiona. Ani jej zmarłej babci, czy rodziców. Był to głos, którego nigdy wcześniej nie słyszała... nie, dźwięk? Melodia? Bryza traw i delikatny szum wody, uderzenia kropel deszczu ‒ to brzmiało całkiem podobnie. A jednak się różniło. Po raz pierwszy słyszała coś takiego. 
„To piosenka...? Piękna, brzmi jak jakaś pieśń...”
„Safu”.
„Kto to? Kto mnie woła?”
„To ja, Safu”.
„Kto? Kim jesteś?”
„Nazywam się Elyurias”.
„Elyurias...”

***

 ‒ Shionn, przestań się rzucać! ‒ Inukashi cmoknął językiem, wkładając dziecko do wielkiego garnka pełnego ciepłej wody. Dziecko uśmiechnęło się. Zamachało rękami i nogami, piszcząc z radością. Woda pryskała wszędzie, oblewając koszulę Inukashi.
 ‒ Przestań wierzgać. Rany, naprawdę okrągły jesteś, co nie?
Dłonie i stopy dziecka, jego brzuszek i całe ciało było pulchne i miękkie. Każdy paluszek, każdy włos kipiał energią.
Rodzaj dzieci, do jakiego przyzwyczaił się Inukashi, zawsze ciągnął za sobą śmierć, gotową zabrać je w każdej chwili. Ich życia były im odbierane jeszcze zanim miały okazję się obronić. Takie były dzieci, które znał. Niedożywienie, plagi, mroźne powietrze; posłania niewiele lepsze niż zwykłe śmietniska. Ile to procent dzieciaków z Zachodniego Bloku dawało radę skończyć pięć lat? Pięćdziesiąt procent? Nie, Inukashi spotkał wiele, których jedynym przeznaczeniem po przyjściu na świat była śmierć. Przez krótki czas zarabiał nawet grzebiąc niemowlęta. Chociaż jego „pochówki” polegały dosłownie jedynie na wykopaniu dziury i zakopaniu dziecka. Niczym nie różniło się to od chowania psa. Był przekonany, że dzieci, po których żałobę miał sam ojciec albo sama matka, wciąż miały niesamowite szczęście. Bardzo często Inukashi był jedynym żałobnikiem, odsyłającym dziecko na tamten świat. Nikt nawet się nie modlił, nie zostawiał żadnego kwiatu na prostym grobie, wzniesionym z góry brudu z kamieniem na szczycie. Z czasem ludzie zapominali nawet, że to w ogóle był jakiś grób.
Dzieci zwykle umierały z lekko otwartymi ustami. Czasem przez niedomknięte powieki dało się dostrzec parę niemożliwie czystych oczu, wpatrujących się w niego bez przerwy.
„Oczywiście. Nie mogły nawet stanąć na własnych nogach. Nie miały jak zostać skalane. Wciąż były niewinne”.
Jego serce nigdy nie bolało, gdy przykrywał ziemią maleńkie zwłoki. Nigdy nie doświadczył przez to smutku ani nie uronił łzy.
„Dobrze, że umarłeś wcześnie. Szczęściarz. Nie musiałeś wycierpieć niczego więcej” ‒ tylko to im mówił.
„Hej, maluchu, ile sobie pożyłeś? Dwa miesiące? Trzy? Przeżyłeś chociaż pół roku? No, to powinno wystarczyć. Nawet nie myśl o reinkarnacji. I tak lepiej by ci nie było. Chociaż, jeśli tak bardzo chcesz, wróć jako trawa rosnąca po bokach ścieżek, albo szczeniaczek. Będziesz sto razy szczęśliwszy. Jednak nigdy, przenigdy nie ródź się jako człowiek” ‒ to także im mówił.
Tak właśnie, na własny sposób, Inukashi odsyłał zmarłych.
Nezumi by zaśpiewał. Pewnie znalazłby jakąś pieśń odsyłającą duszę, która odeszła wciąż będąc niewinna ‒ Inukashi nie miał pojęcia, czy istniała, ale wiedział, że Nezumi by ją zaśpiewał.
„Ale wiesz co, Nezumi? Martwi nie potrzebują piosenek. Umierający ‒ może, ale martwi nie”.
„Martwi wracają do gleby i obracają się w popiół. Tak robią dzieci, i tak będzie z nami”.
Inukashi pokręcił szybko głową, gdy doszło do niego, że nieświadomie pomyślał o Nezumim. Skrzyżował swój lewy środkowy palec z serdecznym. To był jego talizman przeciw demonom. 
Dla Inukashi Nezumi był naprawdę bliski bycia demonem. Zdawał się być wstrętniejszy niż śmierć.
„Da się unikać śmierci przez pewien czas, dopóki nie spuści się gardy. Można ją odwlec, można oszukać. Ale co z nim? Dla niego przypieranie ludzi do muru jest niczym. Wciąga cię w niebezpieczeństwo. Ma gdzieś twoją wygodę i twoje własne sprawy. Wykorzysta nawet psie gówno, jeśli tylko będzie miał okazję. Jest przebiegły, przerażająco dokładny i może owinąć sobie ciebie wokół palca w sekundę. Ech, wystarczy. Gdyby Nezumi nie miał tego swojego głosu, w życiu w nic by mnie nie wciągnął. Nigdy. Osz... cholera, znowu o nim myślę. Poświęcenie choćby sekundy więcej na roztrząsanie charakteru tego gościa, ściągnie na mnie jakąś klątwę. To powinno być oczywiste... co jest nie tak z moją głową?''
 ‒ No dalej, Shionn. Też zrób krzyżyk. Wtedy ten demon cię nie dopadnie. Nie będzie dla ciebie nadziei, jeśli skończysz jak twój tatuś, na każde jego skinienie. Zobacz, paluszki złóż o tak.
 ‒ Babuuuu, buuu‒buu! ‒ Shionn zawył radośnie ze swojej wanienki. Był dziwnym, niewątpliwie bardzo dziwnym dzieckiem. Nawet cień śmierci nie klęczał u jego stóp.
W ich pokoju w ruinach hotelu zawalały się ściany, szyby były potłuczone, a zimno zawsze dostawało się do środka. Było tam niewiele lepiej niż na zewnątrz. Rikiga był w stanie zapewnić im trochę mleka, ale ledwie go wystarczało. Inukashi to, czego nie miał, zastępował psim mlekiem i bulionem z warzyw.
To dziecko miało pewnie więcej szczęścia niż większość tych z Zachodniego Bloku, co nie zmieniało jednak faktu, że jego warunkom daleko było do znośnych.
A mimo to Shionn zawsze był szczęśliwy, machał rękami i nogami, śmiał się i bełkotał do Inukashi. Jego skóra miała zdrowy połysk, był pulchny, okrągły i pełen energii. Inukashi mógłby nawet przysiąc, że podrósł w ciągu ostatnich dwóch, trzech dni. 
Te oczy błyszczały życiem, skóra była gładka, a głos silny. Zupełnie jakby to niemowlę miało jakąś niewidzialną tarczę, chroniącą je przed wieloma niebezpieczeństwami i toksynami świata.
Dziwne dziecko.
 ‒ Hej, Inukashi ‒ wezwał go zdławiony głos. Głęboki, błotniście brzmiący głos.
„Rany. Już nawet nie proszę, żebyś zrobił coś z tym pyskiem, ale nie mógłbyś chociaż w głos włożyć klasy?”
 ‒ Co ty, do cholery, robisz? Przestań! ‒ źródło dźwięku ciągnących się kroków wtoczyło się do pokoju i wyrwało Shionna z rąk Inukashi. Garnek zachwiał się, a woda się ulała.
 ‒ Masz jakiś problem? ‒ zawył Inukashi.
 ‒ Żartujesz sobie ze mnie. Przestań! ‒ Rikiga przytulił nagie dziecko, cofając się odrobinę. ‒ Inukashi... posuwasz się za daleko. To nie jest coś, co robią ludzie.
 ‒ Eh?
 ‒ Nie wstydzisz się za siebie? Jasne, może i jesteś bardziej psem niż człowiekiem. Ale to nie znaczy, że nie powinieneś mieć chociaż trochę zdrowego rozsądku.
 ‒ Rozsądku? Nic mi po tym, nie sądzisz? Chociaż i tak pewnie mam go trochę więcej niż ty, staruszku.
Rikiga wygiął swoją pijaną twarz z groźnym spojrzeniem i cofnął się o kolejny krok.
„Co, do cholery, ten staruszek odwala?” 
 ‒ Myślałem że będziesz miał więcej przyzwoitości jak na psiego chłopca. Inukashi, nie wiem, jak bardzo możesz być głodny, ale jeść dziecko? Musisz być potworem. Odrzuciłeś nawet ludzkie serce?
 ‒ Eh? O czym ty, do cholery, gadasz? 
 ‒ Nie rżnij głupa. Ty... próbowałeś ugotować Shionna i go zjeść!
Inukashi wgapiał się w Rikigę przez chwilę. Nawet nie mrugnął. Czuł jak śmiech narasta, rozsadzając mu klatkę piersiową.
 ‒ Co cię tak śmieszy? Nieludzki drań.
Po tym jak Inukashi skulił się ze śmiechu przez dobrą chwilę, wytarł usta wierzchem dłoni.
 ‒ Jednak można śmiać się tak długo, że się oślinisz. Ach, staruszku, przegapiłeś coś niezłego. Gdybyś przyszedł za jakieś pół godziny, dostałbyś niezły rosół z dzieciaka. O ile dałbyś radę go tknąć.
 ‒ J‒jakbym w ogóle chciał coś takiego zjeść! Wolałbym umrzeć z głodu! Poza tym, co ty...
 ‒ Kąpiel.
 ‒ Eh?
 ‒ Shionn właśnie się kąpał.
 ‒ W garnku?
 ‒ Tak. Używam go do gotowania dla moich psów. Ma najlepszy rozmiar, jeśli by się chciało wykąpać dziecko. Oczywiście, jeśli nalegasz na dostarczenie mi wysokiej jakości wanienki, staruszku, nie będę narzekać.
 ‒ Uch... ja, cóż...
 ‒ Chociaż muszę przyznać, że to jak bardzo przejmujesz się Shionnem trochę mnie zdumiewa, staruszku. Można by pomyśleć, że jesteś miły tylko dla swoich pieniędzy, gorzały i lasek. Cóż za niespodzianka.
 ‒ Oczywiście, że się przejmuję ‒ powiedział natychmiast Rikiga. ‒ Nie jestem jak wy. Ja jeszcze mam ludzką duszę. Nie porównuj mnie z wami.
 ‒ Z wami? Też jestem częścią jakiejś grupy?
 ‒ Ty i Eve. Kto jeszcze?
Inukashi wzruszył ramionami.
 ‒ Okej. Skoro tak się troszczysz, to go zabierz.
 ‒ Eh?
 ‒ Zawiń dzieciaka w płaszcz i zabierz go do domu. Już sobie wyobrażam, jak dorasta wychowany przez takiego łagodnego staruszka jak ty. Normalnie drugi taki naiwniak jak Shion, którego tak kochasz.
Rikiga pokręcił szybko głową.
 ‒ Nie da się. Nie mogę tego zrobić. Wybacz, Inukashi. Nie jesteś nieludzkim draniem. Przykro mi, że wrzuciłem cię do jednego worka z Eve, tym podstępnym lisem. Przepraszam. Naprawdę. Cóż musi być ze mną nie tak. Hahaha... Rozumiem, tak, kąpiel. Dzieci lubią kąpiele, prawda? Czy to nie miło, Shionn, nie cieszysz się, że przygarnęła cię taka miła osoba? Ty szczęściarzu.
Rikiga potarł policzek o ten Shionna. Dziecko wybuchło płaczem. Otworzył szeroko usta i wciągnął sztywno ręce i nogi. Stary pies śpiący pod stołem podniósł głowę i zmrużył podejrzliwie oczy.
 ‒ Och... hej, no już, nie płacz. Nie rzucaj się! Bo cię upuści.
Dziecko nie przestawało płakać. Zawodziło, wyciągając ręce do Inukashi. Ten niemal odruchowo porwał je w ramiona. Owinął ciasno rękami maleńkie ciałko. Płacz natychmiast ustał.
 ‒ Rany, zaraz się przeziębi. Jeśli się rozchoruje, to będzie twoja wina, staruszku. Ty zapłacisz rachunki za lekarstwa. Musiało ci być zimno, prawda, Shionn? Wsadzę cię z powrotem do kąpieli. No, trzeba cię ogrzać.
Pulchna rączka wyciągnęła palce i dotknęła policzka Inukashi.
 ‒ Mama.
Łzy zostawiły błyszczące ślady na jego gładkich policzkach.
 ‒ Mama.
Inukashi poczuł, że jego serce się skręca. Coś poruszyło się w jego ciele. Niemal przestał oddychać przez to wielkie, wrzące, narastające w nim pokręcone uczucie.
 ‒ Mama.
„Taa, wiem, Shionn. To był tylko żart. Słaby, głupi żart. Wybacz mi. W porządku, jestem tu. Nie oddam cię takiemu pijakowi jak on... Nie, nie oddam cię nikomu. Obiecuję. Przysięgam”. 
Rikiga wlepił oczy w ciężar w rękach Inukashi i westchnął smrodem alkoholu.
 ‒ Mama ‒ powtórzył.
  ‒Co? Tęsknisz za mamusią, staruszku?
 ‒ Moja matka wącha kwiatki od spodu i to od dłuższego czasu. Wlazła do grobu jak miałem dziesięć lat i nadal nie ma zamiaru wyleźć.
 ‒ Musi jej tam być naprawdę wygodnie ‒ rzucił Inukashi. ‒ Pewnie i tak nie chciałaby zobaczyć jak jej syn się stoczył. Raczej błagałaby, żeby nikt nie kazał jej wychodzić. 
 ‒ Kto niby się stoczył? W każdym razie, co do Shionna...
 ‒ No co z nim?
 ‒ Nazwał cię mamą.
 ‒ Ano nazwał.
 ‒ Czemu „mama”, co?
 ‒ Nie wiem.
 ‒ Mama.
 ‒ Widzisz, znowu to zrobił.
Inukashi włożył Shionna z powrotem do wody, ogrzewając go. Shionnowi musiało się to bardzo spodobać, bo jego twarzyczkę rozjaśnił zrelaksowany uśmiech. Jego ciepło rozświetlało wszystko ‒ piękne rzeczy, odświeżające i ekscytujące rzeczy.
„Kto by pomyślał, że dzieci to takie cudne stworzenia”.
 ‒ Dlaczego mówi „mama”, Inukashi? ‒ naciskał Rikiga.
 ‒ Dla dzieci wszystko jest „mamą”, staruszku. Trudno w to uwierzyć, ale nawet ty beczałeś za mamą parę dekad temu. Wtedy też przestawałeś, jak ktoś ci pomachał złotem przed oczami?
 ‒ Od ciebie tego nie chcę słyszeć ‒ odpowiedział Rikiga. ‒ Jesteś tak samo przywiązany do pieniędzy jak ja. Przyganiał kocioł garnkowi.
 ‒ Hah, przymknij się.
„Są takie cudne. Kto by pomyślał”.
Wszystkie dzieci Inukashi pochował bez uczuć ‒ w zmarzniętej ziemi; w spalonej, suchej glebie; w błocie sezonu deszczowego ‒ a teraz po raz pierwszy Inukashi poświęcił każdemu z nich chwilę zastanowienia.
„Może to nie tylko Shionn . Czyżby każde dziecko było takim cudnym istnieniem? Skoro to jest, to czemu nie inne? Jeśli tak, cóż... nie powinny były tak umrzeć. To nie ma sensu. To nie ma sensu, że musiały umrzeć takie chude, ze skórą pomarszczoną jak u starych bab. Zabrać im ich ostatni oddech, gdy jeszcze miały takie niewinne oczy, zanim zdążyły kogoś znienawidzić, zanim w ogóle miały szansę dowiedzieć się, czym jest nienawiść. Jak to pochowane w wiciokrzewie, albo to w czerwonej glebie, albo to owinięte w szmaty, albo tamto, czy tamto, czy tamto, czy tamto ‒ wszystkie powinny zaznać trochę więcej szczęścia. Nie powinny musieć umierać w taki sposób”.

„Shionn, ani się waż umierać. Żyj. Naucz się nienawidzić i dawać szczęście”.
 ‒ Muummmuuu.
Inukashi wyciągnął dziecko i ubrał je z powrotem. Czarna suka wstała, jakby czekała na swoją kolej. Mata, na której leżała, pełna była dziur w obdartej, bawełnianej powłoczce, przez które wydostawała się z niej wata. Inukashi wyłowił ją wśród śmieci na bazarze. Kolor zblakł, wyglądała na mocno już wykorzystaną i bardziej zniszczoną niż cokolwiek innego. Jednak, gdy przyjrzeć się bliżej, widać na niej było słodki wzorek w kurczaczki. Może i dziecko podobne Shionnowi używało jej wcześniej. Może w dniu Polowania spało sobie na tej starej macie, porwane we śnie.
 ‒ Jest cały twój ‒ powiedział do psa Inukashi. Gdy Shionn leżał już za psem, natychmiast przyssał się do jego brzucha. Pił chętnie, gulgocząc w gardle.
 ‒ Dość owłosiona ta jego opiekunka.
 ‒ Mamy tyle owłosionych dziewcząt ile tylko dusza zapragnie ‒ powiedział Inukashi. ‒ Czarne włosie, białe, rude, w łaty. Zostaniesz na noc z tą, którą sobie wybierzesz?
Rikiga zignorował sarkazm Inukashi i westchnął.
 ‒ Ludzkie dziecko wychowane na psim mleku... to dopiero coś. Ale w porządku tak robić? Bóg wie, co będzie, jak zacznie ci jeszcze szczekać.
 ‒ Przed chwilą powiedział „mama”, nie pamiętasz?
Rikiga spojrzał na Shionna i westchnął po raz kolejny.
 ‒ Staruszku.
 ‒ Co?
 ‒ Przygotowania zakończone?
Twarz Rikigi obróciła się powoli w stronę Inukashi.
 ‒ Tak. ‒ Podniósł leniwie rękę i wskazał czarną torbę na stole.
 ‒ Dobrze. No to chodźmy ‒ Inukashi podniósł torbę. Czuł w rękach jej ciężar. Rikiga zmarszczył brwi z niechęcią na twarzy.
 ‒ Inukashi... dlaczego po prostu tego nie rzucimy?
 ‒ Rzucić?
 ‒ Tak, zapomnijmy o całej sprawie.
 ‒ Zapomnimy, i co wtedy?
 ‒ Wczołgamy się do swoich dziur i będziemy siedzieć cicho. Nie wydaje ci się, że... tak byłoby lepiej?
 ‒ Oczywiście.
„Byłoby lepiej, staruszku. Czuję to sto razy mocniej niż ty. Chcę o tym wszystkim zapomnieć i wrócić do mojej nory”.
Tej nocy byłoby zimno, ale nie dość, by zamarznąć. Gdyby Inukashi miał ze sobą psy, mógłby zapomnieć o chłodzie. Jeszcze chwilę temu wypełniałby ich brzuchy suchymi ciastkami i zupą z warzyw. Tak było dobrze. „Czyli teraz obowiązki mam mniej więcej wypełnione. Gdyby tylko można było położyć się dziś z moimi psami i zapaść w głęboki, głęboki sen...”
„Z pewnością byłoby miło”.
 ‒ Prawda? ‒ kontynuował Rikiga. ‒ Dlaczego tego nie zrobimy? Masz Shionna. Musisz go chronić. Jeśli coś ci się stanie, kto się nim zajmie? Pomyśl o tym.
 ‒ Są jeszcze psy. Wychowają go nawet beze mnie. Tak, jak moja mama.
 ‒ Tak, ale... Inukashi, będę z tobą szczery. Cenię swoje życie, tak samo jak ty. Nie chcę robić nic niebezpiecznego. Więc ‒ powiedział z wahaniem ‒ wycofajmy się z tego. Zapomnijmy, że to się w ogóle wydarzyło, hm?
 ‒ A co z Nezumim i Shionem? Chcesz ich porzucić?
 ‒ Ta dwójka jest już martwa. Nie ma mowy, żeby nadal się ruszali. I tak nie przeżyliby samego polowania. Wiesz o tym tak samo jak ja. Dlatego to bezużyteczne. Zaraz mamy ryzykować życia dla czegoś, co nie ma sensu. No już, po prostu przestańmy. Tak będzie najlepiej.
 ‒ Staruszku.
Rikiga uniósł podbródek, gdy zobaczył spojrzenie Inukashi.
 ‒ ...Co?
 ‒ Koniec jęczenia.  Już prawie czas. Chodźmy.
 ‒ Inukashi!
 ‒ Ja idę. Jeśli chcesz się wycofać, staruszku, śmiało. Mam to gdzieś. Ale torba idzie ze mną.
 ‒ Inukashi, dlaczego? Dlaczego tak się upierasz przy wypełnianiu ich ostatniej woli? Zawsze działałeś sam. Tak jak ja. Zrozumiałbym, że dla Shiona, ale iść tak daleko dla kogoś takiego jak Eve...
 ‒ Jest jednym z nas.
 ‒ Eh?
 ‒ Są częścią grupy. Nie mogę ich porzucić.
Ciemne oczy Rikigi zerwały się na te słowa. Usta wykręciły się z niesmakiem, jakby ktoś właśnie siłą nakarmił go czymś gorzkim. Poruszył z wściekłością końcem podbródka.
 ‒ Nie mogę się nawet zmusić do śmiechu z twojego żartu ‒ powiedział zjadliwie Rikiga. ‒ Nie masz za grosz smaku. Mdli mnie od samego słuchania.
 ‒ Nie no, wiesz, twój brzuch to pewnie i tak jedna wielka papka od tego całego chlania. Radzę ci odstawić gorzałę dla własnego dobra, chociaż i tak dla ciebie już pewnie za późno. Heheh, ale musisz przyznać, że to zabrzmiało całkiem nieźle, co nie?
 ‒ Kretyn. Nie wierzę, że mogłeś wygłosić którąkolwiek z tych zawstydzających kwestii, jakbyś rzeczywiście tak myślał. Może masz potencjał, żeby zostać tak dobrym aktorem jak Eve. Jaja sobie robisz – splunął. ‒ jeden lis to aż nadto.
Inukashi obnażył kły w wulgarnym uśmiechu. Wyraz twarzy Rikigi stał się jeszcze cięższy.
 ‒ Jedyni członkowie twojej „grupy” to twoje psy ‒ stwierdził. ‒ Masz tyle zaufania do ludzi, co do złamanego paznokcia. Kłam tak dalej, a któregoś dnia twój język zaropieje i odpadnie. 
 ‒ Ooch, tego nie chcę ‒ powiedział sarkastycznie Inukashi. ‒ Okej, karty na stół. Ty pierwszy.
 ‒ Ja... ‒ zaczął Rikiga. ‒ Cóż, jak mówiłem, chcę wracać do domu. Powtarzam to od samego początku.
 ‒ I szczerze tak myślisz?
 ‒ Jestem szczerym człowiekiem. Nie kłamię. 
 ‒ Nawet nie jestem w stanie się z tego śmiać. Zapomnij o języku. Tobie zaraz penis zaropieje i odleci. Ile kasy wydałeś na to, co jest w tej torbie, staruszku? Pewnie dostałeś od Nezumiego tony złota, ale żeby pokryć różnicę musiałeś i ze swoich wyłożyć... może przepuściłeś tyle, że za parę dni pójdziesz na dno ze swoim biznesem. Jeśli wleziesz z powrotem do swojej dziury, stracisz sporo pieniędzy. Naprawdę to zniesiesz? Oczywiście, że nie. Jesteś tym rodzajem człowieka, który straty przyjmuje na klatę i idzie dalej? Chyba nawet takie czyste i niewinne dziecko jak ja nie będzie w stanie w to uwierzyć.
Inukashi zagwizdał. Kilka psów leżących obok ścian podniosło się. Zagwizdał ponownie, tym razem odrobinę wyżej niż poprzednio.
Psy otoczyły Rikigę. Bez żadnego warknięcia utworzyły koło, zamykając go w środku.
 ‒ Nie myśl, że to po prostu trochę wyrośnięte kundle ‒ powiedział Inukashi. ‒ Były trenowane na psy obronne odkąd się urodziły. Przeszły mój własny trening, więc, jak widzisz, to nie są po prostu jakieś tam psy. Można by je nazwać... tak, elitarnym oddziałem wytrenowanym do ataku. Zagryzą człowieka w sekundę ‒ ba, nawet i tygrysa by zagryzły. Szkoda, że nigdzie tutaj nie ma żadnych tygrysów. Za to ludzi na pęczki.
Rikiga położył dłoń na swoim gardle i cofnął się nieznacznie. Szczery strach malował się w jego przekrwionych oczach. 
 ‒ Inukashi... przestań już, to głupi żart. – Jednak wiedział, że to nie był żaden żart. Głos Rikigi załamywał się, a strach w jego oczach pogłębiał.
Inukashi zdławił emocje, by nadal przemawiać płaskim tonem. Zimny, nieprzenikniony głos był znacznie straszniejszy niż wściekły i agresywny. Nauczył się tego od Nezumiego.
 ‒ Tylko Nezumi dał radę im uciec. Cudem. Wgryzły mu się w ramię. Dość głęboko. Nawet nie pisnął, ale raczej musiało go zaboleć.
 ‒ Ten Eve, co... to dopiero osiągnięcie.
 ‒ Hmf ‒ Inukashi pociągnął nosem z niesmakiem. ‒ Jeśli ruszasz się szybciej niż Nezumi, staruszku, może i tobie się uda. Jeśli nie...
 ‒ Żebym jeszcze umiał wyślizgiwać się jak Eve. Samo wspinanie się na schody mnie ostatnio wykańcza, co dopiero coś takiego. ‒ Rikiga westchnął głęboko i zdjął dłoń ze swojego gardła. ‒ Dobrze, Inukashi. Przegrałem. To w końcu twoje królestwo. Mógłbym się rzucać ile bym chciał, a i tak bym nie wygrał.
 ‒ Teraz chce ci się iść?
Rikiga przyjrzał się uważnie twarzy Inukashi, jakby chciał wybadać jego nastrój.
 ‒ Coraz bardziej zaczynasz przypominać Eve. Nie daj mu się zatruć. Nic dobrego ci z tego nie przyjdzie. Chociaż może i już nie ma dla ciebie żadnej nadziei.
 ‒ To była chyba najbardziej przydatna rada, jaką w życiu dałeś, staruszku. Dzięki. Ale nie musisz się martwić. Jak tylko z tym skończymy, żegnam się z nim na dobre.
Taki miał zamiar.
Inukashi nie lubił być w pobliżu Nezumiego. W ogóle nie mógł go przejrzeć, ani nawet tknąć go choćby palcem. Jednak mimo to Nezumi miał w sobie jakiś dziwny magnetyzm. Inukashi zaplątał się w jego sieć zanim się spostrzegł. Tak jak to ujął Rikiga, był przez niego zatruwany.
„Niebezpiecznie, niebezpiecznie. Trzeba się pożegnać”.
 ‒ Chwila, żegnasz się? Opuszczasz to miejsce? ‒ zapytał Rikiga.
 ‒ W życiu. To moje królestwo, nigdy go nie opuszczę. Nawet cała armia No.6 by mnie stąd nie ruszyła. Może i to ja będę się żegnać, ale nie ja odejdę. To będzie Nezumi. 
 ‒ Eve?
 ‒ Nom. Oszukańczy aktor. ‒ Inukashi polizał usta. Były suche. Pies zajmujący się Shionnem ziewnął.
 ‒ To włóczęga. Pojawił się tu znikąd i postanowił zostać. Pewnie znowu pójdzie się włóczyć. Jest jak kapryśna chmura. Trochę się wypada a potem zniknie w górach. 
 ‒ Rozumiem. Więc to o nim myślisz.
 ‒ Spodziewam się, że tak zrobi.
„Mogę przeżyć resztę życia w tym miejscu. Ale on pewnie zniknie”. 
Wiedział to z czystego instynktu. Nie miał na to żadnego dowodu. Niczego nie usłyszał od Nezumiego. Po prostu Inukashi czuł, że stanie się coś takiego. I był przekonany, że nie mógł się mylić, a przynajmniej nie w zbyt dużym stopniu.
„Tak jak chmury podróżują po niebie niesione przez wiatr, jak płatki kwiatów w rzece, i on zniknie nam z oczu”.
„Nie mogę się doczekać”.
 ‒ No, dość o Nezumim. I dość o mnie. Czyli zostajesz ty, staruszku. Więc? Dlaczego próbowałeś mnie od tego odciągnąć? Po co odstawiać jakąś debilną szopkę?
Rikiga zmarszczył usta tak, jak to często robił Shionn. Gest, który u pulchnego dziecka wyglądał przesłodko, w wypadku alkoholika w średnim wieku stawał się raczej odrażający. Inukashi odwrócił wzrok.
 ‒ Źle na to patrzysz ‒ nalegał Rikiga. ‒ Ja po prostu bałem się o swoje życie. Możesz powiedzieć, że zacząłem tchórzyć. Byłem po paru drinkach i im dłużej o tym myślałem, tym bardziej zaczynałem się bać. Mogłem myśleć tylko o tym, jak bardzo nie chcę umierać, i że nie mogę tego znieść... Nie wiem, czy to przez alkohol, ale czuję ostatnio, że jak tylko zaczynam myśleć, moja głowa przestaje działać. Po prostu, co chwilę wpadam do rowu. Wiesz, Inukashi, może po prostu dużo czasu już mi nie zostało.
Rikiga opuścił ramiona z przygnębieniem. Jego oczy stały się żałosne, jak u mokrego szczeniaczka. Inukashi współczuł nieraz szczeniętom i niezliczone razy brał je pod swoje skrzydła. Ale nie wziąłby człowieka. Jeszcze mniej go to obchodziło, gdy człowiek miał jakiś bagaż emocjonalny. 
Inukashi pstryknął palcami. Wielki, czarny pies, stojący wcześniej przed Rikigą, przyjął pozę ofensywną.  Pokazał kły i warknął nisko. Jego wzrok skierowany był prosto na gardło Rikigi.
Ten wydał zdławiony pisk.
 ‒ Hej, przestań.
 ‒ Nie mam czasu na twoją kiepską grę, staruszku. Wystarczy. Mam dosyć. Po prostu odpowiedz na moje pytanie. Kiedy będziesz miał już rozdarte gardło, nie będziesz mógł, nawet jeśli będziesz chciał.
 ‒ P‒przecież odpowiadam.
 ‒ Staruszku, mówiłeś to wcześniej ‒ dzień przed Polowaniem. Próbuję się wycofać, a ty mnie zatrzymujesz. A dzisiaj mówisz, że żadne z nas nie powinno mieć z tym nic wspólnego. To dopiero przemiana wewnętrzna, nie sądzisz?
 ‒ Często zmieniam zdanie. Zawsze tak miałem.
Czarny pies kłapnął szczękami, otworzywszy je na pełną szerokość. Jego ostre kły błysnęły, a ślina spadła na podłogę. Niemal słychać było jak miarowo spływa z jego paszczy.
Rikiga cmoknął językiem.
 ‒ Tsk. Zestarzałem się, żeby mi taki psi dzieciak groził. Dobrze, powiem ci. Ale sam tego chcesz, jasne? Niech będzie. Cholera, wkurza mnie to.
Rikiga wyciągnął małą butelkę whiskey z kieszeni kurtki i pochłonął jej zawartość jednym łykiem. Wypuścił z ust obrzydliwe beknięcie.
 ‒ Wybacz mi mój brak manier, Wasza Wysokość ‒ powiedział sarkastycznie. ‒ No więc, Inukashi, co do dziwnych incydentów zdarzających się w No.6. Wygląda na to, że to prawda. Wszystko praktycznie wybuchło jednego dnia. Nie spodziewałem się takiego obrotu wydarzeń. Nie mogłem tego nawet przewidzieć. 
 ‒ Co wybuchło jednego dnia?
 ‒ Mieszkańcy miasta padają na prawo i lewo.
 ‒ Mieszkańcy Świętego Miasta?
 ‒ Tak. Dzisiaj był, jak go tam zwą, Święty Dzień, czy jakiś festiwal czy coś, świętowali założenie miasta, nie? Ludzie którzy zgromadzili się na festiwalu zaczęli padać jak muchy. Nikt nie przetrwał. Wszyscy zginęli. Każdy jeden z nich.
 ‒ Czy to... przypadek? Jak wyciek trującego gazu czy coś...
 ‒ To by spowodowało masową śmierć, ale w jednym miejscu. Wygląda na to że zamieszanie jest w całym mieście.
 ‒ To co... terroryści?
 ‒ Terroryści? Widziałeś kiedyś organizacje terrorystyczne w No.6? To najlepiej monitorowane państwo‒miasto jakie w życiu widziałem. To miasto wyrżnie wszystko, nawet karaluch się nie ostanie. To niemożliwe.
 ‒ To co się dzieje?
 ‒ Nie wiem. Po prostu zebrałem wiadomości z No.6. Słyszałem głównie, że coś stało się w środku ceremonii i spowodowało śmierć cywili. Ceremonię odwołano w połowie.
 ‒ A to, że padają na prawo i lewo skąd wiesz? Jesteś pewien, że nie wyciągasz po prostu pochopnych wniosków, staruszku?
Rikiga zwinął wargi w pełen samozadowolenia uśmiech.
 ‒ Miałem dość długi związek z tym miastem, wiesz. Mam własną, inteligentną sieć. Ale, cóż... nie wszyscy z nich są godni zaufania. W każdym razie, jeśli media w mieście mówią o „kilku śmierciach”, można być pewnym przynajmniej kilkudziesięciu. Kiedy mówią, że przyczyna jest niejasna, znaczy, że nie mają pojęcia, co to. Ale to No.6. To miasto jest domem najlepszych naukowców. Co niby może się dziać, że nie mają pojęcia, o co chodzi?
„Co się dzieje?” ‒ Pewna myśl przemknęła mu przed oczami, jednak wciąż była mglista. Nie mógł z niej nic wyciągnąć.
 ‒ Znasz odpowiedź, staruszku?
 ‒ Ja? Oczywiście, że nie. Gdybym mógł się dowiedzieć, raczej nie siedziałbym tu teraz otoczony przez twoje psy. Ale... pomyśl, Inukashi. To wielkie i potężne miasto otacza się murem, a nie jest w stanie poradzić sobie z tym, co się za nim dzieje. Czy to cię nie ekscytuje?
 ‒ Cóż, tak... ‒ powiedział z powątpiewaniem Inukashi.
Uśmiech Rikigi poszerzył się. Zdawał się być rzeczywiście szczęśliwy. Inukashi wiedział że jego psy wyglądają podobnie kiedy dostają wieprzowe żeberka.
 ‒ To pierwszy raz, czyż nie, Inukashi? No.6 nigdy nie miało takich problemów... to pierwszy raz. Może i skończy się tak, jak powiedział Eve. No.6 dłużej nie pociągnie. Zawali się od środka.
 ‒ Taa...
 ‒ Wiesz, nigdy nie brałem słów tego cholernego aktora poważnie. Ty pewnie też.
 ‒ Rzeczywiście.
 ‒ Ale tym razem może nawet sobie z nas nie żartował. Miasto może się rozpaść, dokładnie jak to przewidział Eve. Wszystkie znaki już się pojawiły. Po prostu się nasilają i nawarstwiają. A jeśli to prawda... to niedługo nadejdzie ostateczny wstrząs...
Rikiga złożył głośno dłonie, jakby chciał zgnieść coś niewidzialnego.
 ‒ ...i je zniszczy.
 ‒ Ach, teraz rozumiem ‒ powiedział Inukashi. ‒ Wierzysz Nezumiemu, staruszku. Uwierzyłeś, że Święte Miasto się rozpadnie. I że z Zakładem Karnym będzie tak samo. Może to rzeczywiście się zdarzy i na bajkach się nie skończy. A więc zarówno złoto w podziemiach Zakładu Karnego jak i myśl, że położymy na nim łapy, zrobiła się znacznie bardziej prawdopodobna. Możliwości robi się coraz więcej.
Inukashi wskazał palcem sufit. Rikiga obrócił się na bok.
 ‒ Ale wtedy zrobiłeś się niechętny ‒ kontynuował Inukashi ‒ co do podzielenia się ze mną. Im bardziej o tym myślałeś, tym bardziej nie chciałeś oddać mi mojej części. Więc żeby dostać całe złoto, odstawiłeś tę kiepską szopkę. Jesteś do niczego, staruszku. Zapomnij o alkoholu, ta chciwość pewnie już dawno wypaliła ci resztki mózgu. 
 ‒ Sam nie jesteś lepszy. To ty chciałeś złota. Już zacierałeś ręce, nie zaprzeczysz.
 ‒ Tak, to prawda, chcę go. I ślinię się na samą myśl. Ale powiedzmy sobie szczerze, aż do teraz nie było pewności. Tylko podejrzenia, że w podziemiach Zakładu Karnego może jest jakieś tam złoto. Ale jeśli masz zamiar zachowywać się tak tylko po to, żeby zgarnąć całość... hehe, chyba właśnie zaczynam w to wierzyć. Dostałeś te informacje od tej dziewczyny, Suru, tak?
 ‒ Tak. Urzędnicy z No.6 są jej najlepszymi klientami. Kiedy facet opowiada prostytutce historyjkę w łóżku, zazwyczaj można jej ufać.
 ‒ Rozumiem. A więc No.6 zniknie, a my będziemy bogaci. Brzmi nieźle. Tak dobrze, że chyba jakieś kwiaty mi wyrosną na głowie.
 ‒ Jeśli wszystko pójdzie dobrze.
 ‒ Co? Nie rujnuj mi tu marzeń. Już dość mam tego twojego teatrzyku.
 ‒ Nie o to chodzi ‒ Rikiga podszedł do parapetu. Psy cicho podążyły za nim.
 ‒ Inukashi...
 ‒ Co? ‒ kłapnął. ‒ Musimy się zbierać, albo...
 ‒ Naprawdę myślisz, że zostanie zniszczone? ‒ rozległo się stłumione mruczenie. ‒ Czy No.6 naprawdę całkowicie zniknie?
 ‒ Kto wie. ‒ To była jedyna odpowiedź, jaką miał. Rikiga nadal mamrotał, patrząc przez okno. Odpowiedź Inukashi pewnie nawet do niego nie doszła.
 ‒ Ale... jeśli to naprawdę się stanie... co pojawi się na jego miejscu?
 ‒ Eh?
 ‒ Świat bez No.6... kiedy to coś już zniknie, co się stanie? Co pojawi się zamiast niego?
Inukashi czuł się jakby ktoś potrącił go mocno w ramię. Nabrał powietrza. Zdawało mu się, że wdycha maleńkie odłamki szkła. Jego pierś poruszyła się z bólem.
Świat bez No.6 i co dalej?
Nigdy się nad tym nie zastanawiał.
Nie mógł sobie tego nawet wyobrazić.
„Co by się pojawiło?”
Zacisnął uścisk wokół torby.
 ‒ Nie mam pojęcia. Ale jedno wiem na pewno.
Rikiga odwrócił się do niego i zamrugał.
 ‒ Pieniądze to pieniądze. No.6 może zniknąć jutro, a może przetrwać jeszcze tysiąc lat. To nie ma znaczenia. Nie ma znaczenia, co się pojawi. Złoto to cholerny skarb i to się nigdy nie zmieni.
 ‒ Rozumiem ‒ Rikiga pokręcił głową z uśmiechem. ‒ Twardy jesteś. Może nawet twardszy niż Eve. Powinienem patrzeć na psa, nie na lisa, co nie?
W jego tonie nie było już niejasności, a twarz Rikigi wróciła do swojego normalnego, podpitego stanu, który znał Inukashi. Oblicze chciwego, choć tchórzliwego człowieka, kochającego zarówno alkohol jak i kobiety, żyjącego bez marzeń, tylko okrutną rzeczywistością. Inukashi poczuł przez to jakąś ulgę.
 ‒ Zbierajmy się, staruszku.
 ‒ Tak ‒ tym razem Rikiga odpowiedział jak powinien i zaczął iść. Inukashi pstryknął palcami, a część psów wyprzedziła Rikigę i wyszła z pokoju.
 ‒ Je też bierzesz?
 ‒ Tak. Będą milion razy bardziej użyteczne niż to, co jest w tej torbie.
Shionn zaczął się denerwować. Suka odwróciła do niego głowę i zaczęła lizać małe ciałko delikatnym, ciepłym dotykiem. To też Inukashi pamiętał. Dziecko powinno niedługo zasnąć.
„Na razie, Shionn. Czekaj tu. Bądź dobrym chłopcem. Pilnuj domu i psów, kiedy mnie nie będzie”.
„Wrócę”.
„Któregoś dnia wrócę”.
„Czekaj na mnie”.
 ‒ Mama… ‒ zawołał Shionn, gdy mieli już wyjść z pokoju. Inukashi zamknął oczy i powoli zamknął pokój.

==Koniec rozdziału 2==