Staram się dodawać nowe posty w niedziele. Staram się.



Zakończono tłumaczenie No.6.


Dziękujemy za wszystkie podziękowania. To był miły rok z hakiem. I późniejszy rok. I chyba jeszcze jeden. Te dwa późniejsze składały się z czytania Waszych komentarzy. I tak dzięki.

(Do pań profesor jeśli przypadkiem odwołam się do tego na maturze: przepraszam, ja naprawdę tłumaczyłam to w gimnazjum. Ale prawdziwa książka istnieje. Obiecuję.)


Wszystkie rozdziały można znaleźć w zakładce ,,No.6''/,,No.6 Beyond''.


Kup powieść i mangę w oryginale, wspomóż panią Asano.


Tłumaczenie: Kuroneko
Korekta: Ayo, Dżun

czwartek, 10 stycznia 2013

Dni Inukashi: Część 2


((Pierwszy raz od dawna dostałam rozdział przed czwartkiem i o nim zapomniałam, przepraszam ;-; W każdym razie, dzisiaj mamy resztę zabawy Inu, ciekawy (apteczkowaty wręcz) zbieg okoliczności i ropę w dużym paluchu, miłej zabawy~ >D))

Kontynuacja części 1

„Co to ma być? Ktoś tu mieszka?”
Znów zmarszczył nos. Tak jak poprzednio, niczego nie wyczuł. Inukashi zdjął z półki srebrne pudełko. Uniósł wieko.
Zanim się zorientował, gwizdał już z podziwem.
„Więc to tak. Niezły skarb przyniosę do domu”.
Pudełko okazało się być apteczką. Pełną bandaży, pincet, gazików, niezliczonych leków złożonych schludnie w środku. Był nawet skalpel. Podobnych rzeczy używało się w No.6. Inukashi nie miał pojęcia, skąd apteczka wzięła się w takim miejscu. W ogóle go to nie interesowało. Nie obchodziła go historia czy podróż srebrnego pudełka. Liczyło się jedynie to, co trzymał w dłoniach. Tylko to.
Na lekach wiele można było zarobić w Zachodnim Bloku. Wyjątkowo drogie ceny miały tego czasu środki dezynfekujące. Czasem maleńka buteleczka mogła kosztować aż dwie sztuki srebra.
Inukashi zbliżył nos.
„Zupełnie czyste, żadnych dodatków... dobry towar. Na pewno, aż kłuje w nos. Heh, co tam srebro — jeśli szczęście mi sprzyja, nawet i złotą monetę za to dostanę. Świetne znalezisko. Fortuna nareszcie mi sprzyja”.
Inukashi uśmiechnął się do siebie, zamykając pokrywę pudła. Miał je właśnie podnieść, gdy zauważył niewielki stolik, ukryty pod książkami.
Siedziała na nim maleńka myszka. Nie oddychała. Choć przypominała prawdziwego gryzonia pod każdym względem, bez wątpienia stworzyła go ludzka ręka. Inukashi zbliżył się nieco, wciąż ściskając apteczkę. Brzuszek myszy odwinął się, ukazując jej metalowe wnętrze.
„Robot?”
Inukashi miał już podejść jeszcze trochę, lecz zatrzymał się, gdy przeszedł go gwałtowny dreszcz. Czuł gęsią skórkę na plecach.
 — Nie ruszaj się — usłyszał. Tym razem zjeżyła się skóra na całym jego ciele. I to nie przez ostrze przyciśnięte do jego gardła. Przeraził go głos wyprany ze wszelkiego ciepła. Jakby wszystkie emocje jego właściciela zamarzły. Nawet Inukashi odczuł we własnych uczuciach ich chłodną aurę. 
Ten głos należał do mordercy.
Do kogoś, kto mógł odebrać ludzkie życie bez wahania, odsuwając na bok wszelkie uczucia.
„A... A do tego... on jest tuż za mną”.
Gdyby Inukashi miał wybrać, w czym jest najlepszy, zaklinałby się na swoją umiejętność wyczuwania ludzi. Jego szósty zmysł był równie ostry co u innych psów. Im bardziej ktoś był emocjonalny, tym łatwiej Inukashi potrafił odczuć na skórze jego osobę. Dzięki temu już wiele razy umknął niebezpieczeństwu. Jednak tym razem nie poczuł niczego. Nie był nawet w stanie stwierdzić, czy za jego plecami rzeczywiście znajduje się człowiek.
„Może to nie człowiek? Może trup wylazł z piekła? Demon? Duch jakiś?”
Zdawało mu się, że jego zęby nagle przestały do siebie pasować. Szczękały bez przerwy, tworząc dziwny, mechaniczny dźwięk. Odbijał się echem głęboko w jego uszach.
Kyk—kyk. Kyk—kyk.
Kyk—kyk. Kyk—kyk.
Inukashi zacisnął w końcu szczęki, łapiąc się za brzuch.
 — C-czekaj chwilę. Ja tylko...
 — Odłóż to.
 — J-jasne, jasne! Zrobię jak każesz. — Wciąż drżąc, Inukashi odłożył apteczkę na półkę.
 — P-proszę. Odłożone. To wystarczy, prawda?
 — Wystarczy? Żartujesz sobie? 
Ostrze poruszyło się płynnie. Poczuł ostry ból. Szamotał się sam ze sobą, by powstrzymać krzyk, próbujący przedrzeć się przez jego gardło. Ociekał potem.
 — Za kradzież się tu umiera. Nie powinieneś narzekać, że ktoś cię zabije.
 — T-taa, znaczy, nie mam jak narzekać, skoro już jestem trupem, nie? H-hej, a właśnie, mieszkam w ruinach... kojarzysz mnie? Kawałek drogi stąd są ruiny hotelu. To mój dom. Mieszkam tam z moimi psami. Nazywam się... eh, cóż, nie mam imienia. Wiesz, kto go potrzebuje w takim miejscu, co nie? Ludzie nazywają mnie Inukashi — Psiarz. Psy są częścią mojego biznesu. Ha ha, ale kogo obchodzi moje imię? Właściwie to nawet je lubię. Ha ha. Więc gdybyś kiedyś chciał mnie jakoś nazywać, mów mi Inukashi.
Inukashi mówił dalej. Zdawało mu się, że gdyby zamknął usta, zapadająca cisza przypieczętowałaby jego los i rozcięła mu gardło.
 — Hej, proszę. Błagam cię. Przepraszam, wybaczysz mi? Proszę? Przepraszam. Nigdy więcej tego nie zrobię — obiecywał żałośnie. — Nie zabijaj mnie. Klęczę na kolanach. Pomóż mi, proszę. Ja... Nie chcę jeszcze umierać. Naprawdę nie chcę. Przepraszam, tak bardzo przepraszam. Nigdy więcej nie tknę nawet twoich rzeczy. Obiecuję. Proszę, tylko mnie nie zabijaj.
Inukashi nie udawał. Naprawdę błagał o życie.
„Nie zabijaj mnie, proszę. Puść mnie”.
„Proszę, proszę, proszę, proszę, proszę, proszę”.
Nóż się uniósł. Nagle jego kark zrobił się znacznie lżejszy. Inukashi wypuścił długi oddech. Napięte przez cały czas mięśnie zaczęły go boleć. Rana na szyi szczypała lekko, kiedy przycisnął do niej dłoń, jednak nie krwawiła.
Ktokolwiek miał w dłoni nóż, naciął ledwie pierwszą warstwę skóry, by zmrozić ofiarę w strachu. Nie dość głęboko, żeby wywołać krwawienie, jednak wystarczająco, aby wywołać ból.
„Oczywiście. Facet za mną nie może być człowiekiem. To trup, demon, duch...”
Inukashi odwrócił się powoli, wciąż przytrzymując dłoń na szyi. Wprawdzie nie chciał się odwracać. Chciał jedynie uciec stamtąd jak najdalej. Zawahał się jednak; czuł, że gdyby zaczął uciekać, nóż zanurzyłby się głęboko w jego plecach.
Odwrócił się wreszcie, najwolniej jak mógł.
„Eh?”
Zamrugał. Wiedział, że usta ma szeroko otwarte.
Stworzenie stojące przed nim nie było żadnym trupem, demonem, czy duchem. Był to chłopiec w koszuli w kratę. Właściwie, mogła to być i dziewczynka. Nie, to chłopiec. Dziewczyna nie potrafiłaby wydać tak zimnego głosu. Chłopiec tylko ją przypominał.
Miał długie włosy, opadające na jego czoło i ramiona. Jego mała, biała twarzyczka była wręcz niewiarygodnie proporcjonalna. Inukashi wyobrażał sobie, że jego oczy będą błyszczeć chęcią mordu, zamiast tego unosił się w nich jednak tajemniczy spokój.
Jego oczy miały dziwny kolor.
Elegancki, ciemny odcień szarości. Inukashi po raz pierwszy widział coś takiego.
Chłopiec zdawał się być wyższy niż Inukashi. Zdawało się, że byli w podobnym wieku, chociaż Inukashi nie miał pojęcia, ile miał lat.
Chłopiec schował nóż, wciąż nosząc twarz pozbawioną emocji. Inukashi poczuł niesamowitą ulgę. Potem zastąpiła ją irytacja.
„Naprawdę groził mi ten chudzielec?” — Miał ochotę cmoknąć językiem z wściekłością.
 „Rany, jak ja mam to przeżyć?”
 — Mogłeś wybrać sobie lepszą koszulę. — Inukashi uśmiechnął się niemal szyderczo, unosząc podbródek.  Starał się sprawiać wrażenie spokojnego i niewzruszonego. — Chociaż wygląda na całkiem nieźle uszytą. W Zachodnim Bloku raczej takich nie ma.
 — Pożyczyłem ją. 
 — Pożyczyłeś? Skąd byś pożyczył taki dobry ciuch, co? Nie mów mi, że wyniosłeś go z No.6.
Powiedział to w żarcie, jednak gdy już usłyszał własne słowa, wydało mu się to jedyną możliwością. Koszula uszyta była z materiału najlepszej jakości, co do tego nie miał wątpliwości. Wyglądała na taką miękką, ciepłą i wytrzymałą. Apteczka, którą odłożył na półkę, również była bez wątpienia jednym z produktów wytworzonych w murach miasta.
 — Co z tobą, do diabła? Nie mów mi, że przyszedłeś z... — urwał Inukashi. Zobaczył właśnie chłopca, wyciągającego kawałek suszonego mięsa z kieszeni na piersi i odgryzającego jeden z końców.
 — Hej... nie mów mi, że to... — Inukashi złapał torbę zwisającą u jego pasa. Była pusta. Pamiętał dokładnie jak wkładał do niej suszone mięso, jednak teraz już go tam nie było.
 — Zabieram to — powiedział chłopiec. — Jako odszkodowanie za kradzież.
 — Ż-że co?! Kto tu teraz jest złodziejem? Oddawaj, to moje mięso! Oddaj!
„Heh”. Chłopiec się zaśmiał. Jego uśmiech był zarówno niewinny, jak i beztroski. 
 — Chcesz spróbować je odebrać, Inukashi?
 — Gh... — Inukashi przygryzł wargę. Nie mógł wygrać z nim jeden na jednego. Mówiły mu to wszystkie jego instynkty.
„Cholera, gdyby tylko były tu moje psy. Już dawno leżałby na ziemi”.
Jednak nie zabrał swoich psów. Inukashi był sam.
 — ...Niech będzie. Zatrzymaj to.
 — Dobry piesek. Powinieneś wiedzieć, kiedy posłuchać. To ci pomoże pożyć trochę dłużej.
 — Cholera, przestań robić sobie ze mnie jaja! — „Tylko patrz. Jeszcze się zemszczę”.
Inukashi wycofał się do drzwi. Złapał klamkę. Nie było żadnej potrzeby zostawać tam dłużej.
Chłopiec bez słowa usiadł na stosie książek. Wzrokiem śledził Inukashi. Otaczał spojrzeniem jego ruchy. Nogi i ręce Inukashi zesztywniały niezręcznie, odmawiając poruszania się płynnie.
 — ...Co z tobą, do diabła...? — powtórzył swoje pytanie sprzed kilku chwil. Tym razem znacznie poważniej. — Mieszkasz tu?
 — No.
Nie spodziewał się odpowiedzi.
 — Sam?
 — No.
 — Ten dom stał opuszczony całe wieki. Nikt od lat tu nie mieszkał — a przynajmniej nie powinien. Skąd się, do cholery, wziąłeś? I dlaczego masz koszulę i apteczkę z No.6? Ach, i ta mysia lalka — co to jest? Wygląda jak robot. Nie mów mi, że sam ją zrobiłeś?
Inukashi wiedział, że powinien uciekać tak szybko jak mógł, jednak nie był w stanie zamknąć ust. Pytanie po pytaniu uciekało spomiędzy jego warg.
 — Sporo gadasz, zauważyłeś? Niesamowite, że jeszcze nie odgryzłeś sobie przypadkiem języka. — Chłopiec pokręcił głową. Jego twarz rozjaśnił rozbawiony uśmiech.
Prawie zaczął mu się podobać. Serce zabiło mu szybciej.
„Ten koleś jest niebezpieczny. Znacznie groźniejszy niż morderca i w cholerę bardziej kłopotliwy” — to podpowiadał mu inny instynkt. Inukashi był pewien, że nie powinien mu zaufać. 
„Nie zadawaj się z nim. Uciekaj stąd i nigdy nie wracaj” — rozległ się w jego uszach głos ostrzeżenia. Inukashi zazwyczaj podporządkowywał się mu natychmiast, jednak tym razem zignorował polecenie, by zadać chłopcu pytanie.
 — Jak się nazywasz?
Chłopiec nieznacznie przechylił głowę na bok. — Nezumi.
Jego imię, wypowiedziane tak niespodziewanie i natychmiastowo, zdawało się być niezwykłe dla człowieka.
 — Co to za imię? Prawdziwe?
 — Można powiedzieć, że takie samo, jak twoje, Psiarzu. To też raczej nie jest normalne imię.
 — Hmf... cóż, masz trochę racji. Nezumi, hę. Przynajmniej łatwo zapamiętać.
 — Więc masz zamiar je zapamiętać?
 — Ehm... cóż... — Inukashi czuł, jakby się nim bawił. Wiedział, że jeśli szybko tego nie urwie, Nezumi wciągnie go w swoją grę. Niczym owad złapany w pajęczą sieć, nie mógłby się ruszać, a w końcu uschnąłby na wietrze.
„Niebezpiecznie, niebezpiecznie, niebezpiecznie”.
 — Cóż, na razie, Nezumi. Jeśli będziemy mieć szczęście, może się jeszcze zobaczymy.
 — Jeśli będziemy mieć szczęście.
„Do diabła ze szczęściem. Upewnię się, że nigdy więcej nie zobaczę cię na oczy”.
Inukashi prześlizgnął dłoń za siebie, otworzył drzwi, po czym wyszedł na zewnątrz. Gdy tylko opuścił pomieszczenie, wbiegł schodami na górę tak szybko jak tylko mógł. Stopy nagle mu zamarzły. Mniej więcej w połowie schodów, Inukashi obrócił się. Widział za sobą zardzewiałe drzwi.
 — Nezumi, hę — mruknął.
„Naprawdę dam radę nawiać i więcej na ciebie nie wpaść?”
„Jeśli będziemy mieć szczęście”.
Zdanie, które usłyszał kilka chwil wcześniej, wciąż rozbrzmiewało mu w głowie.
„Jeśli będziemy mieć szczęście”.
„Pewnie się jeszcze zobaczymy” — miał nagłe przeczucie. Uwierzył w nie, niemal jakby ktoś mu to obiecał. Pewnie jeszcze nieraz spotkałby tamtego chłopca. Zawiązałaby się między nimi więź.
Jego ciało prawie zwinęło się z obrzydzenia. Jednak w głębi tej odrazy, czaiło się coś odrobinę czułego. Mruknął znów pod nosem:
 — Nezumi, hę. 

***
 — Wzywałeś mnie?
Usłyszał niezwykle szorstką odpowiedź.
„Eh?”
 — Wzywałeś mnie, Inukashi?
Otworzył oczy. Było jasno.
Jego pokój, schowany pośród ruin, wypełnił się światłem. Za szklaną powierzchnią okna widział błękitne niebo pomiędzy chmurami.
Błękit wsiąkł głęboko w jego siatkówki.
Nezumi wpatrywał się w jego twarz. Ich oczy się spotkały. Jego wciąż miały ten sam elegancki, ciemnoszary odcień, co w dniu, w którym się spotkali.
 — ...Co... ty tu robisz...?
 — Eh? Co to za pytanie? To ty po mnie posłałeś. Kazałeś temu maluchowi mnie przyprowadzić, pamiętasz? — Brązowy pies pomachał ogonem za Nezumim.
 — P...posłać? Ja? Po ciebie? Pff, jasne, że nie. Przecież miał iść po...
 — No, kogo w takim razie wzywałeś?
 — Ja...
 — Inukashi, śpisz? — Biała głowa wychyliła się zza Nezumiego.
 — Shion.
 — No, to ja. Musiałeś sporo przecierpieć. Już w porządku. Zaraz się tobą zajmiemy. — Uśmiechnął się Shion.
Inukashi niemal wybuchnął łzami. Powstrzymał się od rzucenia Shionowi na szyję i wypłakania na jego ramię.
 „Shion, ogarnął mnie strach. Myśl, że umrę, nie chciała odejść. Przerażenie, samotność, nikt mnie nie nauczył, co zrobić, więc wzywam ciebie”. 
 — Masz, wypij to. — Shion podał mu wyszczerbioną miskę. Pływał w niej gęsty, zielony płyn. Jego błotnisty zapach uderzył go w nozdrza. 
 — Co do...
 — To zioła lecznicze. Znalazłem książkę o orientalnej medycynie na półce Nezumiego i pomyślałem, że mogę spróbować. Szukałem trochę w lesie i sporo znalazłem. To trochę uspokoi twoje mdłości i pomoże ci odzyskać siły.
 — ...Eh? Orientalnej?
 — To typ medycyny, używany kiedyś na wschodzie. Książka mówi, że napar powinien ogólnie poprawić twój stan. No dalej, spróbuj chociaż.
 — Zatkaj nos. Będzie bardziej znośne — odezwał się Nezumi. Inukashi zrobił, jak mu powiedział, po czym przełknął napar jednym łykiem. Nie spodziewał się, że będzie aż tak niedobry. Gorzki smak, spływający w dół jego gardła, zdawał się dodawać mu sił. Wypuścił długi oddech.
„Naprawdę do mnie przyszli. Dostali mój SOS. Odwiedzili mnie, chociaż nie mam dla nich nic w zamian”.
Shion położył dłoń na czole Inukashi. Była chłodna i kojąca. 
 — Lepiej zostań jeszcze na trochę w łóżku. Nie dostałeś zapalenia płuc, ale masz objawy przeziębienia. A do tego anemię...
 — Jeśli przykujesz mnie do łóżka, moje psy zdechną z głodu.
 — Coś na to poradzimy. Zajmę się ruinami, a Nezumi zapewni ci jedzenie. Dobrze?
Nezumi wzruszył lekko ramionami. — Pewnie, mogę coś z tym zrobić. Ale masz u mnie przysługę, Inukashi. Zapiszę ci to na kreskę.
Inukashi zdobył się na słaby uśmiech. Irytujące go zazwyczaj uwagi Nezumiego, brzmiały teraz niewiarygodnie łagodnie.
„Coś naprawdę jest ze mną nie tak. Jeśli się teraz rozbeczę, kto wie ile się ze mnie będą nabijać. Jeśli w ogóle mam zamiar płakać, to kiedy w pobliżu będzie tylko Shion. Powstrzymaj się. Nie pozwól łzom popłynąć”.
 — Powiedz, Inukashi — Shion uśmiechnął się jeszcze łagodniej. — Nie wydaje mi się, że powinniśmy się martwić o twoje przeziębienie, sądząc po twojej wytrzymałości. Ale rana na palcu to już inna historia.
 — Palcu? Ach, mój duży paluch u prawej stopy, tak? Bolał mnie od jakiegoś czasu. — Inukashi cały czas się kaleczył. Dopóki w grę nie wchodziła naprawdę duża rana, zazwyczaj po prostu ją wylizywał.
 — Ropieje. — Zauważył Shion. — Jeśli go tak zostawisz, nabrzmieje ropą i nie będziesz mógł chodzić. Więc...
 — Więc?
 — Potrzebujesz operacji.
Shion wyciągnął tę samą apteczkę. Nie wyglądała starzej niż w dniu, w którym Inukashi po raz pierwszy ja zobaczył. 
 — Shion, eh, co ty...?
 — Mam zamiar rozciąć ranę, wycisnąć ropę, zdezynfekować, a potem wszystko zszyć. To tyle. Skończymy w kilka chwil. 
Shion zakładał już gumowe rękawiczki i trzymał w dłoni skalpel. Maleńkie, srebrne ostrze wyglądało jakby mogło przeciąć wszystko. Inukashi poczuł chłodny dreszcz.
 — R-rozciąć? Czekaj, czekaj chwilę. Zatrzymaj się! C-co ze środkami przeciwbólowymi? Gazem usypiającym?
 — Nie mam. 
 — Jak to nie...
 — W porządku. Szybko będziesz miał to z głowy. Wybacz, Nezumi, mógłbyś go przytrzymać? Upewnij się, że się nie poruszy.
 — Z przyjemnością.
Nezumi złapał obiema dłońmi biodra Inukashi, całkowicie unieruchamiając dolną połowę jego ciała.
 — Myślę, że to może być dla ciebie coś nowego, Inukashi — Nezumi uśmiechnął się w dziwnie prowokujący sposób. — Ale Shion uwielbia zszywać ludzi. Może wyglądać niewinnie, ale jest prawdziwym sadystą.
 — Co... przestań! — wrzasnął Inukashi. — Boję się! Pomocy! — Nie był już nawet w stanie utrzymywać odwagi na twarzy. Był bliski płaczu.
 — Uspokój się. — Odezwał się z rozdrażnieniem Nezumi. — Po prostu zrób, co mówi. Poza tym, nawet ja widzę, że ta rana jest dość poważna. Możesz ryzykować życiem, jeśli ją tak zostawisz. Wiem, że Shion nie powiedział tego od razu, ale może to dlatego w ogóle się pochorowałeś.
 — Mam gdzieś, czemu choruję. Boli! Przestań — jęczał. — Niech mi ktoś pomoże! Shion, zlituj się!
 — Będzie w porządku. Nie ruszaj się — odpowiedział Shion. — O, widzisz? Tyle ropy nazbierało się pod skórą. Dziwię się, że mogłeś chodzić w takim stanie. Musiałeś znieczulić się na ból. Okej, szybko z tym skończymy. 
 — Ja to czuję — zawył Inukashi. — Ałałała, nie szyj tego! Boli!
 — Nie becz — powiedział Nezumi. — Dobry piesek. Dam ci nagrodę. 
Delikatna melodia popłynęła spomiędzy warg Nezumiego. Łagodnie przejęła serce Inukashi. Przez moment, chłopiec zmienił się na powrót w niemowlę, trzymane w czyichś ramionach. Uwolnił się od strachu przed cierpieniem. Znalazł się wśród spokojnego snu.
 — Dobry piesek. Nie myśl o niczym, tylko śpij. Ochronimy cię najlepiej jak potrafimy. Nikt nie odda cię grabarzowi, choćby cię wyrywał na siłę.
„Ochronimy cię najlepiej jak potrafimy”.
Inukashi otworzył oczy i spojrzał na Nezumiego. Potem przeniósł wzrok na profil Shiona, klęczącego przy jego stopach. Ich twarze nosiły grobowe wyrazy. Niezliczone krople potu spływały po policzkach Shiona, spadając z jego podbródka.
„Ochronimy cię najlepiej jak potrafimy”.
To nie było kłamstwo.
Cały świat pokrył się kłamstwami, jednak słowom Nezumiego zawsze mógł zaufać. Choćby wszystko, co znał, było iluzją, wiedział, że w jego słowa będzie mógł wierzyć.
Inukashi nie mógł znieść już więcej. Łzy popłynęły z kącików jego oczu. Wciąż płynęły. Jakby tonął we łzach.
„Durnie, doprowadzać mnie do płaczu”.
Inukashi przycisnął pięści do oczu i zapłakał cicho.
Błękitne niebo wciąż było za oknem.

==Koniec rozdziału== 

piątek, 4 stycznia 2013

Dni Inukashi: Część 1


Rozdział 1
Dni Inukashi

Sufit obracał się. Właściwie zdawało się, że wiruje.
,,Eh? Co jest?"
Inukashi chwiejnie padł na łóżko i zamknął oczy. Był przekonany, że się rozchorował. Nie dość, że kręciło mu się w głowie, to jeszcze go mdliło. Nabrał powietrza nosem, wpuszczając je do przepony, by powoli wypuścić wydech ustami.
Jeden, dwa, trzy razy...
Zwykle wystarczało to do wyleczenia każdej dolegliwości, fizycznej czy psychicznej - czy to jego skołatane serce, pulsujące bólem rany, czy głuchy ból głowy. Nikt mu o tym nie mówił; sam znalazł sposób nawet tego nie zauważając. Jednak wciąż co do pustego żołądka pozostawał bezsilny. Nieważne jak głęboko nabierał powietrza, by napełnić czymś brzuch, gdy tylko je wypuszczał, skóra znowu opadała. Niczego nie mógł zrobić z ciałem tracącym ciepło z głodu. 
,,Nienawidzę głodu. Jest przerażający'', zatrząsł się Inukashi. Głód przypominał mu demona. Ostrymi kłami i szponami wydzierał wszelką wolę przetrwania, każdą nadzieję na jutro.
Ale póki co miał się dobrze.
Oczywiście, wciąż był głodny. Inukashi już nie pamiętał, kiedy ostatnio miał pełen żołądek. Puste - takie już są brzuchy. Był o tym święcie przekonany.
Ostrożnie usiadł na łóżku. Nie kręciło mu się już w głowie, jednak mdłości nie chciały go opuścić. Czuł się ociężały, jakby ktoś obciążył jego ręce i nogi. ,,Zupełnie jakby przywiązali do mnie metalowe kule na łańcuchach, jak do jakiegoś więźnia''.
,,Jest źle''.
Znów się położył, cmokając w głowie językiem. Chorowanie w Zachodnim Bloku było jak zapraszanie śmierci do swego boku. Roiło się tam od szamanów wątpliwej natury, samozwańczych doktorów, jednak nie było nikogo, kto mógłby zaproponować porządne leczenie. A przynajmniej Inukashi nikogo takiego nie znał.
Miał ociężałe ciało. Leżąc tak z zamkniętymi oczami, przepełniało go wrażenie bycia zaciągniętym w najciemniejsze głębiny oceanu.
,,Muszę w takich chwilach myśleć o zabawnych rzeczach'' - powtarzał sobie. ,,Zabawa? Cieszyło mnie coś ostatnio?''
,,Tak. Wczoraj wieczorem, pamiętasz? Udało ci się uwolnić od głodu, tylko odrobinkę. Tak, widzisz, to było to. Ostateczne szczęście''.
Zjadł wtedy odrobinę mięsa. Znalazł kawał pośród pozostałości Zakładu Karnego. Nie były to żadne resztki. Piękny kloc mięsa, którego nawet nikt nie ugotował. Żadnych śladów obić czy zgnilizny. Gdy przyjrzał mu się bliżej, okazał się być wyjątkowo płaski. Być może kucharz z Zakładu Karnego upuścił go na ziemię, a ktoś inny na niego nadepnął.
 - Ej! Właśnie pozbawiłeś mnie dobrego kawałka mięsa!
 - Ach, przepraszam. Ale to pan je upuścił?
 - Cóż, i tak nic na to już nie poradzimy. Już mi się nie przyda.
Mięso wrzucono do metalowego śmietnika, w którym spoczywało zapomniane. W końcu dotarło do rąk Inukashi wraz z innymi śmieciami i jedzeniem - może tak wyglądała jego podróż. ,,Bez różnicy. Mam gdzieś skąd się wzięło i jak się tu dostało. Liczy się tylko to, że mam w rękach mięso''.
Cóż za niesamowite szczęście go spotkało.
Dosłownie tańczył z radości. Kiedy ostatnio natknął się na coś tak dobrego? Zapalczywie przekopywał wspomnienia, jednak nic nie mógł odnaleźć. Inukashi oblizał usta, trzymając lśniący tłuszczem kawał mięsa. Przełknął ślinę z głodem.
Nie wiedział z czego mięso pochodziło, jednak nie zwracał na to uwagi - tak długo, jak nie było z człowieka ani z psa. Inukashi, powróciwszy do swoich mrocznych ruin, natychmiast zabrał się za gotowanie. Wybrał warzywa i kości spośród resztek jedzenia, wrzucił je do gara i pozwolił się grzać. Tuż zanim zdjął zupę z ognia, podzielił kawał mięsa na części, by dorzucić je do wywaru. Zastanawiał się nad odłożeniem połowy na później czy na sprzedaż, ale w końcu zdecydował, że oba pomysły były złe. Inukashi był co prawda świadom, jak cenny towar stanowiło dobre jedzenie; wiedział również, że gdyby zabrał mięso na targ, dostałby za nie całkiem przyzwoitą sumę. ,,Ale chyba skończę cały kawał od razu''. Taką podjął decyzję. ,,Mogę sobie dogodzić raz na jakiś czas. Trzeba się cieszyć szczęściem, które mnie spotkało - fortuną, która spadła mi z nieba''.
,,To Zachodni Blok, nie mam pojęcia, co spotka mnie tu jutro. 
Nawet Bóg nikomu tu nie może zagwarantować niczego. Równie dobrze mogę się cieszyć dniem dzisiejszym bez myślenia o jutrze''.
Z garnka uniosła się para. 
Pyszny zapach dryfował w powietrzu. Zwabione przez niego psy, zebrały się w około.
 - Wiem, wiem. Wy też dostaniecie. Nie martwcie się.
Biały, czarny, brązowy, w łaty. Z długą sierścią, z krótką, z kręconą. Opadnięte uszy, sterczące jedno ucho. Inukashi trzymał dwadzieścia czy trzydzieści psów, od wielkich jak cielę do mniejszych niż kot. Z jakiegoś powodu liczba ta nigdy nie wzrastała. Co roku rodziły się szczeniaki, więc pewnie podobna liczba umierała czy odchodziła.
Wczoraj zdechła stara suka. Była wspaniałą matką, urodziła tak wiele szczeniaków i prawie połowę z nich wychowała.
,,Pamiętam jej dzieci oblizujące jej martwe, sztywniejące ciało''.
Psy były niezwykle lojalne. Ciepłe i łagodne. Potrafiły współczuć. Nigdy nie zdradzały przyjaciół czy rodziny.
,,Są znacznie bardziej przyzwoite i godne zaufania niż ludzie''.
 - Bardziej przerażający od głodu, od zamarzniętej ziemi są tylko ludzie.
,,Pamiętam te słowa dziadka'' - Inukashi pokręcił szybko głową, mieszając w garnku drewnianą łyżką. ,,Dlaczego musiał mi się przypomnieć? Nie nakarmi mnie przecież. Chociaż, nie...'' - Pokręcił głową jeszcze zacieklej.
,,Muszę sobie go przypominać chociaż raz czy dwa do roku, należy mu się to. Muszę pamiętać i wspominać jaki był mi bliski. Wiszę coś temu staruszkowi. Nie zapominamy o tym, co zrobili dla nas inni; to kolejna zaleta nas, psów''. 
,,Nie wiem, jak stary był dziadek, ani dlaczego mieszkał z psami w ruinach, ani skąd przyszedł czy dokąd odszedł. Nie czuję nawet potrzeby wiedzieć, nie mam takiego zamiaru. Ale żyję tylko dzięki dziadkowi. Czuję jak wiele dla mnie zrobił w każdej dziedzinie''.
,,Zimą znalazł mnie dziadek''.
,,Pamiętam mroźny wiatr i biel śniegu tuż przede mną. A więc tak, to musiała być zima. Lata, lata temu''.
Nie pamiętał swojej matki, nie znał twarzy ojca; mimo to pamiętał dokładnie zimno wiatru i taniec śnieżynek. Przypominał sobie nadchodzące kroki, psi język na policzku, ciepło ludzkiej piersi; nawet uczucie lotu, w momencie gdy dziadek go podnosił.
,,Ile lat miało tamto dziecko? Może było jeszcze niemowlęciem? Pewnie tak, heh, pamiętam w końcu jak mama mnie karmiła. Dzieci pamiętają znacznie więcej niż nam się wydaje''.
Starszy człowiek mieszkający w ruinach hoteli przygarnął i wychował Inukashi. Choć może raczej on go jedynie przygarnął, zaś wychowała go suka.
Była jeszcze młoda, dopiero urodziła pierwszy miot. Inukashi pił z jej piersi i spał zwinięty przy jej brzuchu, razem z innymi szczeniakami. Dzięki niej uniknął śmierci głodowej i zamarznięcia na śmierć. Przeżył.
Ten inteligentny, dobrze wychowany pies, był dla Inukashi jedyną ,,mamą''.
 - Jesteś dziwnym dzieckiem... czy może raczej specjalnym. - Starzec powiedział to kiedyś, gdy Inukashi był już dość duży, by chodzić i walczył z innymi psami o jedzenie. Staruszek przemawiał ciepłym, refleksyjnym i łagodnym głosem. Inukashi to też zapamiętał.
 - Specanym?
 - To znaczy, że jesteś inny niż pozostali. Aż do teraz nigdy nie słyszałem o mniej lub bardziej wiarygodnym przypadku dziecka, które wyrosło na psim mleku. Kiedy cię wziąłem, prawdę powiedziawszy byłem przekonany, że nie przetrwasz trzech dni. I tak cię wtedy zabrałem, bo chciałem cię porządnie pochować.
 - Poować?
 - To znaczy wykopać w ziemi dół i cię w nim zakopać. Planowałem zrobić to z tobą gdybyś umarł. Nie mogłem się zmusić do zostawienia cię, żebyś się rozłożył na otwartej przestrzeni.  Nie chciałem, żebyś przechodził przez to, przez co większość dzieci w tej okolicy, gnił na środku ulicy, dziobany przez kruki, pożerany przez bestie. Normalne, po prostu bym... tak, najzwyczajniej bym cię tam zostawił. Przeszedłbym obok, udając, że cię nie widzę. Niczym by się to nie różniło od tego, co robię zwykle. Ale dlaczego zdecydowałem się ciebie zabrać... dlaczego chciałem cię pochować?
 - Czemu?
 - Nie wiem. - Starzec powoli, dwukrotnie pokręcił głową. - Naprawdę nie wiem. Sam tego nie rozumiem. Dlaczego podniosłem cię tamtego dnia i zabrałem do domu? Widziałem już tak wiele dzieci, dziesiątki, umierające na chodniku. Dlaczego zdecydowałem się po ciebie schylić? Nie umiem sobie tego wyjaśnić. Między innymi to miałem na myśli, mówiąc, że jesteś dziwnym dzieckiem.
Inukashi zadrżał. Wydał dziwny, zduszony głos, czując jak z jego ciała ucieka całe ciepło. Chłodny dreszcz przeszedł mu po plecach.
Był przerażony. Jednocześnie przytłaczała go chęć wybuchnięcia śmiechem. Chciał odrzucić głowę w tył i posłać echo swego śmiechu ku niebu.
Żył tylko dzięki szczęściu graniczącym ze zwykłym przypadkiem. Gdyby nie impuls staruszka, jego ciało, mięśnie i kości, stałyby się szwedzkim stołem kruków i bestii. Cóż to był za cud, cóż za szczęście. W jego sercu mieszała się burza strachu, ulgi i kującej chęci wybuchnięcia histerycznym śmiechem.
Do tamtej chwili Inukashi zdążył się już przekonać, jak żmudnym zadaniem było przetrwanie w Zachodnim Bloku. Czuł, że jego własna przyszłość pełna będzie mąk i boleści, niczym wspinaczka po stromym klifie gołymi rękami.
Jednak chciał żyć. Chciał żyć, przetrwać, przeciągnąć życie do jego limitów, choćby o minutę, o sekundę. Zrobiłby wszystko, żeby to osiągnąć, nieważne jak obrzydliwe, nieprzyzwoite czy gorszące by to było. Śmierć była prosta. Wystarczyłaby mu zwykła lina i drzewo o wytrzymałych gałęziach. Mógłby też zeskoczyć z klifu. Albo wbiec z krzykiem do Zakładu Karnego - też jakaś opcja. Żołnierze na patrolu przestrzeliliby jego pierś czy głowę bez chwili wahania.
Odszedłby szybko, bez względu, którą metodę by wybrał. Nie cierpiałby zbyt długo.
A przynajmniej tak mu się zdawało. Dlatego wiedział, że łatwiej byłoby wybrać śmierć. Oczywiste jak Słońce wschodzące na wschodzie.
,,Ale ja nie chcę'' - Inukashi zacisnął pięść, choć była wtedy jeszcze bardzo mała. - ,,Nie dam się tak łatwo wykończyć. Nie wybiorę śmierci z własnej woli. Zrobię wszystko, żeby przetrwać''.
,,Podejmę wyzwanie. Wyzwę przeznaczenie, które porzuciło mnie na ulicy Zachodniego Bloku; wyzwę świat, który czyni przetrwanie tak trudnym; wyzwę tych, którzy takim go stworzyli - i wygram. Właściwie to już wygrywam, w końcu nadal żyjąc''.
Jako mały chłopiec, Inukashi nie potrafił mówić. Nie miał w głowie dokładnie tych słów, które wiązał potem z tą chwilą, nie był wtedy bowiem jeszcze dość duży, by przekazać słowami, co podpowiadało mu serce. Jednak staruszek mimo to uśmiechnął się spokojnie, po czym położył dłoń na głowie Inukashi.
 - Czuję, że ci się to uda - mruknął.
Około rok później, na początku zimy, staruszek zniknął. Jego łóżko było już puste, kiedy Inukashi obudził się tego ranka, nie widział go też nigdzie w ruinach. Jednak i Inukashi nie włożył w poszukiwania zbyt wiele zapału. Gdzieś głęboko w sercu poddał się już na początku, wiedząc, że to bez sensu. Opuszczono go, ale nie był sam. Psy przy nim były. Dopóki je miał, nic mu nie było.
,,Dziadek pewnie i to przewidział. Dobrze to wiedział, kiedy odchodził. Wyczuł swój rychły koniec, czy może znalazł sobie w końcu miejsce? Bez różnicy, teraz i tak pewnie gdzieś leży, stał się częścią ziemi. Ludzie nie mogą zmienić się w gwiazdy na niebie, ale ziemia powita ich z otwartymi ramionami. Zawsze mogą pozostawić po sobie jeszcze wspomnienia''.
,,Dzięki, dziadku. Nigdy nie zapomnę, co dla mnie zrobiłeś. Raz na jakiś czas na pewno jeszcze sobie o tobie przypomnę. Ale wiesz, ostatnio trochę rozmazała mi się twoja twarz. Wciąż pamiętam małe rzeczy - twoją kującą  białą brodę; jak twoje łysiejące czoło lśniło różem; twoją wyjątkowo krzaczastą prawą brew; łagodny sposób mówienia. Pamiętam to dokładnie, ale twarzy nadal nie mogę sobie przypomnieć. Ciekawe dlaczego. Cóż, i tak wyszło na twoje. Przypomniałeś mi się dzisiaj. To wystarczy, prawda?''
Znów zamieszał w garnku łychą.
Pies w łaty zaszczekał. Inne psy dołączyły się do jego nawoływania.
 - Wiem, wiem. Okej, zacznijmy tę ucztę. Podejdźcie bliżej. Ale musicie zaczekać aż ostygnie. Jeśli się oparzycie i zjecie za szybko, zostanie wam w cholerę wolnego czasu i bolący język, ale jak kto woli.
Nim Inukashi skończył nalewać zupę do misek dla psów i siorbać własną porcję mięsnego wywaru, zdążył już kompletnie zapomnieć o staruszku.
Przeszłość miała tendencję do plątania się między nogi. Gdyby wciąż się odwracał, nie mógłby iść naprzód.
Inukashi zjadł kawałek mięsa, delektując się smakiem w ustach. Pomyślał, że to lekka strata go połykać; najchętniej żułby go wiecznie. Jednak maleńki kawałek zbyt łatwo uciekł do gardła, by wylądować w żołądku. W końcu jednak jeszcze zanim Inukashi skończył jeść bogatą, mięsną zupę, czuł ciepło aż w kościach. Wciąż nim promieniując, położył się do łóżka. Szczeniaki właziły po sobie nawzajem, by wspiąć się na niego i zacząć lizać go po twarzy. Wygodnie mu było z małymi, różowymi języczkami na policzkach.
Był szczęśliwy. Zdawało mu się nawet, że zagarnął całe szczęście świata dla siebie. Pogrążony w rozkoszy, Inukashi zasnął.
Czuł mdłości. Bał się, że sufit znów zacznie się kręcić, jeśli otworzy oczy.
,,Co ze mną?''
Część jego głowy zaczęła głucho pulsować. Ciało stało się jeszcze cięższe. Zaczynał się pocić. Ta nienaturalna gorączka niczym nie przypominała ciepła zeszłej nocy.
Irytowały go szorstkie języki szczeniaków na skórze; nawet to nie mogło mu pomóc. Nigdy wcześniej nie denerwowały go tak własne psy.
Żadna ilość głębokich oddechów nie zdawała się poprawiać sprawy.
,,Co jest ze mną?’’
Gdy tylko zadał sobie to pytanie, zimny dreszcz przebiegł jego plecy. Strach zatopił kły głęboko w sercu.
,,To więcej niż poważne''.
,,Co jeśli okaże się, że już się nie podniosę? Co jeśli nie będę mógł się nawet ruszyć?''
Okropną rzeczą była choroba w Zachodnim Bloku. Niewiele było trzeba, by zabić tamtejszych mieszkańców, pozbawionych przyzwoitego jedzenia i żyjących w brudzie. Mała rana wystarczała: głębokie nacięcie na małym palcu, długie zadrapanie na stopie. Tak samo było z niewielkimi dolegliwościami: zawrotami głowy, mdłościami, gorączką - wszystkim, co zatrzymywało człowieka w łóżku. Ktoś, kto jeszcze trzy dni temu definitywnie miał się dobrze, dziś mógł leżeć martwy na ulicy. Takie rzeczy zdarzały się codziennie.
,,Cholera''.
Inukashi przygryzł wargę, podnosząc się odrobinę. Oparł się o ścianę, po czym wypuścił długi oddech.
,,Czyli wczoraj była moja ostatnia kolacja? Cholera. To nawet nie jest śmieszne. Nie mam zamiaru dać się wziąć''.
Mocniej przygryzł wargę. Smak krwi rozszedł się w jego ustach. Mruknął pod nosem ,,cholera'' jeszcze raz, dla efektu. Jednak siła nie przybywała. Męczył się unosząc choćby jeden palec. Gdyby miał wstać, pokonałyby go zawroty głowy i mdłości. Znów opadł na łóżko.
Zaczął tracić świadomość.
Chłodny wiatr gwiżdżał przez szpary w oknie. Chłód przywrócił Inukashi do rzeczywistości. Chciał krzyczeć. Wołać o pomoc tak głośno, jak tylko potrafił.
,,Niech mi ktoś pomoże... ktokolwiek, proszę''.
Pies skulony w kącie pokoju obudził się i podszedł do niego. Przysiadł obok łóżka, spoglądając w górę na Inukashi. Był to wielki, brązowy pies, jeden z potomków jego matki. Odziedziczył jej inteligencję i głębokie, ciemne oczy.
Pies siedział nieruchomo z nastroszonymi uszami, jakby czekając na polecenie Inukashi.
 - ...Chcę żebyś... ich dla mnie sprowadził... - wskazał na okno.
Za nim rozciągało się zimowe niebo z ciężkimi, śniegowymi chmurami. Światło ledwie się przez nie przebijało, a jego resztki docierały na ziemię. Raz jeszcze dzień w Zachodnim Bloku miał się zakończyć równie mroźno, jak się rozpoczął.
Pies pchnął zniszczone drzwi, by opuścić pokój. Zardzewiałe zawiasy zaskrzeczały nieprzyjemnie. Choć Inukashi przywykł już do tego dźwięku, tym razem drażnił jego uszy, wzmagając mdłości.
 - Proszę. Wezwij ich...
,,Pomóżcie mi''.
Pies zbiegł po schodach. Szczeniaczki stuliły się razem, jęcząc żałośnie.

Śnił. Śnił o bardzo dawnych czasach. ,,Ile lat wstecz?''
Staruszek już dawno zniknął. Inukashi był sam - tylko z psami. Wreszcie nauczył się zapewniać sobie resztki jedzenia, a także jak je gotować czy sprzedawać.
Schodził po schodach. 
A były to betonowe stopnie prowadzące pod ziemię, nie tak zniszczone jak te w norze Inukashi. Budynek był raczej ruiną, jednak część podziemna zdawała się być względnie nienaruszona. Gdy Inukashi dotarł już na dół, napotkał drzwi. Wyciągnął ciekawsko dłoń, by złapać klamkę.
Budynek mieścił się nieopodal wejścia do Zachodniego Bloku. W okolicznych laskach roiło się od baraków. Niedaleko majaczyło Święte Miasto, No.6. A właściwie jego zewnętrzny mur. Był on zrobiony z wytrzymałego materiału, świecącego złotem z daleka. Ściana ta tworzyła jasny podział na ,,tu'' i ,,tam'', niebo i piekło. W murach miasta niczego nie brakowało - ciepłe łóżka, pyszne jedzenie, wysoko zaawansowana medycyna, wygodne rezydencje. Nic nie zagrażało tam życiu mieszkańców, mogli oni żyć nie wiedząc nawet, czym jest głód czy zimno. Inukashi słyszał nawet, że strach czy cierpienie tam nie istnieją.
Utopia, warta swego tytułu Świętego Miasta.
Inukashi niewiele słyszał o No.6 w Zachodnim Bloku. Wszyscy cichli i odmawiali zbliżania się choćby do tematu, zupełnie jakby sama nazwa miasta stanowiła tabu.
,,Śliska sprawa'' - myślał Inukashi - czy może raczej czuł.
Utopie i Święte Miasta po prostu nie istniały w takim świecie. No.6 było miastem-państwem zbudowanym przez ludzi. Dopóki ludzie stanowili jego część, coś musiało być nie tak. ,,Wasz ideał nie jest moim, a to, co dla was szczęściem, dla mnie może być nie do zniesienia. Taki jest ludzki świat. Człowiek nie może stworzyć utopii. Może jedynie posprzeczać się, powalczyć, ukryć za kimś innym, a potem iść na kompromis. Tak to już jest''.
,,No.6? To miejsce jest tak podejrzane, że aż włosy się na karku jeżą. Najmądrzejszym wyjściem jest trzymanie się od niego z daleka''.
Dlatego Inukashi nigdy nie zapuszczał się w jego okolice. Nienawidził oglądać ścian No.6. Gdyby zebrał tamtego dnia coś porządnego, być może wcale nie podszedłby aż tak blisko. Jednak cały dzień wałęsania się po Zachodnim Bloku przyniósł mu jedynie dwa nadgryzione warzywa i pasek suszonego mięsa. Ledwie wystarczyłoby to dla niego, co dopiero dla psów. Inukashi nie wiedział wtedy jeszcze, jak zorganizować sobie stałe zaopatrzenie w resztki jedzenia. Mógł jedynie ściskać pusty brzuch i zwędzać co popadło. Na bazarze powitało go kilka siarczystych obelg od rzeźnika; w tawernie zwyzywała go kierowniczka, jednak on szedł dalej niewzruszony. Inukashi już dawno przywykł do przemocy, zniewag i fizycznego bólu.
,,Muszę coś zrobić z tym głodem''.
Kiedy się zorientował, stał już pośród drzew. Zdawało się, że nieświadomie zawędrował w tę okolicę, zdeterminowany znaleźć choćby pojedynczy orzech. Tam właśnie odnalazł walący się, opuszczony budynek. Oparłszy się o kawał ściany, odsunął go na bok bez żadnego oporu, odnajdując schody do piwnicy.
Inukashi pociągnął nosem. Zmrużył oczy i nadstawił uszu.
Żadnym ze zmysłów nie wyczuwał niczyjej obecności.
,,Zupełnie pusto. Heh''.
Ostrożnie zszedł na dół, stopień po stopniu.
Wiedział, że dziwna staruszka i chłopiec (jej wnuk, jak przypuszczał) tutaj mieszkali. Widział ich wcześniej dwa razy. Kobieta miała ostre spojrzenie, jakby nigdy w życiu się nie uśmiechnęła.
,,Wiem, wiem. Pamiętam''.
,,Ta starsza pani była pokręcona. Zaatakowała kogoś ważnego z No.6... burmistrza, czy prezesa, czy kogoś tam. Do tego sama z siebie. Kuśtykała w jego stronę z nożem i zastrzelili ją na miejscu. Zaraz... a nie aresztowali i zastrzelili? Co za różnica, w każdym razie skończyła szybko. Niespodzianką to to nie jest, haha''.
Inukashi zadrwił z niej w myśli. Była to zwykła plotka, którą usłyszał na bazarze. Nie mógł mieć pewności co do tej informacji.
Zaburczało mu w brzuchu. Zupełnie jakby żołądek wołał o pomoc.
,,Nie zniosę już tego. Dajcie mi jeść. Szybko, szybko, szybko, szybko, szybko''.
,,Cholera, nie ma tam nic? Twardy chleb, gnijące mięso, mam gdzieś co. Cokolwiek byle mój brzuch się zamknął''.
Złapał klamkę. Drzwi były otwarte. Odrobinę ciężkie, ale gdy je popchnął, otworzyły się bez większego oporu.
 - Ho! - dźwięk niezbyt przypominający oddech czy słowo uciekł z jego gardła. -  Co to niby ma być?
Gdzie się nie obejrzał spoczywały góry książek. Tu, tam, wszędzie rosły stosy tomów, a woluminy walały się beztrosko po podłodze. Samej podłogi nie dało się dostrzec. Pokój zdawał się być złożony tylko i wyłącznie z książek.
W tamtej chwili nastąpiło pierwsze spotkanie Inukashi z książkami. Znał słowa; umiał też pisać te, które nie były zbyt trudne. Staruszek go tego nauczył. Jednak Inukashi nie posiadał absolutnie żadnej wiedzy dotyczącej książek. Nigdy nie usłyszał słowa ,,książka'', ani nie miał pojęcia, że odnosiło się ono do tych skrawków papierów zadrukowanych zdaniami z góry na dół. Nie miał pojęcia, jak zacząć je rozumieć. Natychmiast stwierdził, że nie nadawały się do zjedzenia. Tylko żeby się upewnić, podniósł książkę z najbliższego stosu i ugryzł. Wybrał ją ponieważ jabłko na białym tle widniejące na okładce wyglądało pysznie.
,,Okropne''.
Inukashi otarł usta wierzchem dłoni i odrzucił książkę na bok. ,,Twarde, suche, a do tego kompletnie niejadalne''.
Posunął się naprzód, kopiąc każdą napotkaną książkę. Zdawało się, że nic innego nie było w tym miejscu.
,,Tsk. Cała robota na marne'' - Inukashi cmoknął językiem i miał już odwrócić się na pięcie, kiedy jego serce wybiło inny rytm. Znalazł coś, co nie było z papieru. 
Leżało na półce (wypełnionej książkami) - kilka tomów zrzucono, by zrobić na to miejsce. Małe, srebrne pudełko, leżące na ręczniku. 

=koniec części 1= 

=część 2=

 ((Ktoś widział Strażników Marzeń? Trzeba to obejrzeć w 3d dla pełnej radości, czy 2d spokojnie wystarczy?))

Prolog




Wciąż jeszcze o nich pamiętam.
Kroniki ich żyć są prawdopodobnie
jedynymi wartymi opowiedzenia.

* * *

Możemy znów w pełni uwierzyć w ludzi?

* * *

Pozwólcie, że przekażę wam opowieść. Znaną mi opowieść. Opowieść? Nie... ludzie pewnie nazwaliby ją raczej rzeczywistością. Uznaliby ją za prawdę, wyrytą w historii ich gatunku.

Jednak dla mnie cała ta historyczna plątanina nie jest niczym innym jak tylko zwykłą opowieścią. Czasem komedią, czasem tragedią; chwilami przewidywalną, chwilami męczącą - nic tylko iluzje.
Tak, ludzie zawsze są tylko aktorami głupoty.
Odstawiają farsy, tańcząc na litości własnej chciwości, miłości i emocjach. Są głupcami, ignorantami, skąpcami... Niszczą to, co zbudowały ich własne dłonie. Chcą rządzić innymi, stając się jedynymi panami całego świata.
Ciekawe dlaczego?
Dlaczego tylko ludzie nie potrafią żyć w zgodzie z prawami natury, pozostawić wszystkiego tak, jak być powinno? To takie dziwne stworzenia.
W historii, którą mam zamiar wam opowiedzieć, główny bohater również jest człowiekiem... nie. Głównym bohaterem jest właściwie miasto. Miasto-państwo. Ludzie nazywali je No.6. Słyszeliście kiedyś już może tę nazwę? Nosiło ją najpiękniejsze, a zarazem najstraszniejsze dzieło ludzkich rąk. Warte głównej roli w farsie, jak sądzicie?
Jednak... to dziwne, ale z jakiegoś powodu czuję jakiś rodzaj miłości do tego miasta, do No.6. Ujęła mnie zarówno jego baśń, jak i dusze jej bohaterów. Czy to sprawia, że mam ,,duszę''?
Znam dwójkę młodych chłopców.
Noc i dzień; światło i ciemność; ziemia i wiatr; ten, który obejmuje wszystko, i ten, który próbuje wszystko odrzucić. Są tacy różni, a zarazem tak podobni. Obaj głęboko zaplątali się w historię No.6. Ich życia splotły się z miastem.
Co? Kiedy to było, pytacie?
Kto wie. Zdaje się jakby to było wczoraj, a jednocześnie jakby minęło już tysiąc lat. Nie odczuwam czasu w ten sam sposób co ludzie.
Nie czuję żadnej różnicy między momentem, a wiecznością.
Jednak wciąż o nich pamiętam.
Czasem czuję, że kroniki ich żyć są prawdopodobnie jedynymi wartymi opowiedzenia.
A teraz podejdźcie tu.
Opowiem wam historię.
Historię dwóch chłopców i No.6.