Staram się dodawać nowe posty w niedziele. Staram się.



Zakończono tłumaczenie No.6.


Dziękujemy za wszystkie podziękowania. To był miły rok z hakiem. I późniejszy rok. I chyba jeszcze jeden. Te dwa późniejsze składały się z czytania Waszych komentarzy. I tak dzięki.

(Do pań profesor jeśli przypadkiem odwołam się do tego na maturze: przepraszam, ja naprawdę tłumaczyłam to w gimnazjum. Ale prawdziwa książka istnieje. Obiecuję.)


Wszystkie rozdziały można znaleźć w zakładce ,,No.6''/,,No.6 Beyond''.


Kup powieść i mangę w oryginale, wspomóż panią Asano.


Tłumaczenie: Kuroneko
Korekta: Ayo, Dżun

czwartek, 4 października 2012

Tom IX: Rozdział 1

((Wybaczcie timing, matki potrafią człowieka w kluczowym momencie skrzywdzić. Tak jak horriblesubs mnie czekającą na pierwsze odcinek K w godziwej jakości ._. ...może jak wrócę będzie ;-;))


Rozdział 1
Coś, co powiedzieć mogę, że widziałem

Panie, przychodzęć oznajmić
Coś, co powiedzieć mogę, że widziałem,
Ale sam nie wiem, jak powiedzieć.
Makbet, Akt V Scena V

Spadali. Spadali niemal prosto w dół.

Lecieli szybciej, niż Shion się spodziewał. Wiedział, że to niemożliwe, ale słyszał wiatr. Ten sam wiatr, co tamtej burzowej nocy.

To był 7 września 2013 roku - dwunaste urodziny Shiona. Bezpośrednio w Święte Miasto No.6 uderzył huragan. Deszcz wbijał się w chodniki, a wiatr ryczał. Drzewa w ogrodzie wyginały się tak mocno, że liściaste gałęzie łamały się, porywane w powietrze. Huragan był niesamowicie silny i dotkliwy z tych, których nie widziano od lat, jednak Shion był przekonany, że nikt w Chronosie nie czuł się ani odrobinę zagrożony czy niespokojny. Tak samo jak on i jego matka.

Takie było No.6. Utopia stworzona ludzką mądrością i rozwiniętą technologią. A w tej utopii Chronos uchodził za najwyższy rangą, gdy przychodziło do luksusowych rezydencji; dzielnica, w której wolno było mieszkać tylko wybranym. Katastrofy naturalnie nie miały prawa jej niepokoić.

Nikt nie miał co do tego wątpliwości. Nawet jeśli wolno im było wierzyć inaczej. 

„Tamtej burzowej nocy, otworzyłem okno”.

„Dlaczego?”
- zastanawiał się czasami. - „Dlaczego otworzyłem to okno? Dlatego że ekscytowało mnie szaleństwo natury, pobudzało mnie to, a może to był jedynie nagły impuls? Otworzyłem okno, by krzyknąć. Krzyczałem jakby wylewając z siebie całą swoją dzikość. Czułem, że gdybym nie wrzeszczał jej, rozpadłbym się na kawałki. Na własny sposób bałem się zostania złapanym w pułapkę i oswojonym przez No.6”.


„Mglisty strach - być może coś, czego nie znasz, Nezumi”.


„Zdawało mi się, że się duszę. Byłem przerażony. Chciałem krzyczeć”.


„To dlatego otworzyłem okno, prawda?”


„Nie”.


„To nie to”.


„Ty mnie wzywałeś”.


„Słyszałem ten wołający mnie głos - twój głos”.


„Przeczołgiwał się pod wiatrem, przedzierał przez deszcz, by do mnie dotrzeć”.


„Wzywałeś mnie, a ja byłem przez ciebie wzywany”.


„Dlatego otworzyłem okno na oścież”.


„Wyciągnąłem ramiona w poszukiwaniu ciebie”.


„Śmiałbyś się z tego? Ten zapierający dech w piersiach uśmiech pojawiłby się na twojej twarzy, wyśmiewałbyś mnie? Z rozdrażnieniem pokręciłbyś głową na ten swój pełen gracji sposób?”

„Co byś powiedział?„- Bezsensowne fantazje. Jesteś pewien siebie jak kiepski artysta po namalowaniu nowej pracy” - wyplułbyś mi te słowa w twarz? Pewnie tak. Śmiało, śmiej się. Możesz to mieć za moje urojenia; nie obchodzi mnie to”.


„Ale taka jest prawda”.


„Wezwałeś mnie, a ja cię wysłuchałem. Wyciągnąłem do ciebie dłoń, a ty ją chwyciłeś. Otworzyłem okno, by móc cię spotkać”.


„Taka jest nasza prawda, Nezumi”.


Hałas dzwonił mu w uszach. Nie przypominał wycia wiatru. Słyszał dźwięk zjeżdżania w dół plastikowej rury. Jednak  jeśli to nie był zsyp na śmieci, a tunel do piekła?

Nagle zaczął tracić świadomość. Wszystkie rany, jakie odniósł, rozsiane po całym ciele, pulsowały gorącem. Siły go opuściły. 


„Pójście do piekła nie brzmi tak źle, jeśli będziesz tam ze mną. Powinienem więc przestać się opierać? Dlaczego po prostu nie poddam się i nie przestanę walczyć, rzucać się, chcieć przeżyć?”

„Jeśli teraz odpłynę, uwolnię się od tego bólu i zmęczenia”.


Shion zamknął oczy. Ciemności wokół niego zblakły jeszcze bardziej.


„Po prostu... po prostu...”  


 - Ugh - jęknął cicho Nezumi. Jego głos wbił się w uszy Shiona. Niczym błyskawica rozświetlająca nocne niebo, rozdarł ciemności odbierające Shionowi świadomość.

„Cholera” - Shion przygryzł wargę, zadając sobie ból. 


„Ty kretynie, nad czym się jeszcze zastanawiasz? Nie możesz się teraz poddać. Żyj. Przetrwaj. Mamy dokąd wrócić i musimy się tam dostać w jednym kawałku”.

Przysiągł to sobie. Przysiągł, że będzie chronił Nezumiego aż do końca i że przetrwają razem. 
Jego dłoń się ześlizgnęła. Jej wnętrze znaczyła krew Nezumiego. Czarna myszka wyskoczyła z jego kieszeni, by popędzić w dół po ścianie szybu wraz z nimi. Nie spadała; zdecydowanie biegła.

„Tsukiyo, liczę na ciebie. Powiedz Inukashi, że żyjemy”.

Shion wbił stopy w ścianę, zaciskając zęby. Włożył w to całą siłę, jaka mu jeszcze pozostała. Jego kości zachrobotały. Szybkość z jaką spadali jakkolwiek zmalała. Czół, jakby jego kości krzyczały z bólu. 


„Cholera, nie poddam się jeszcze”. - Shion przygryzł mocniej wargę. Nie czuł smaku krwi. Jego język stał się już głuchy na metaliczny posmak.


„Inukashi... Inukashi, pomóż nam”.

„Inukashi!”

***

Rikiga kaszlał gwałtownie. Wreszcie doszedł do siebie, oddychając głęboko.

 - Inukashi, już nie mogę. To mój limit.

 - Limit czego? - zapytał krótko Inukashi.

 - Nie mogę oddychać. Masz zamiar mnie tak udusić?

 - Co mi dobrego przyjdzie z uduszenia cię, staruszku? Co, zostawisz mi jakiś gigantyczny spadek? Wszystko, co po tobie zostanie, to pewnie tylko sterta pustych butelek.

 - Hmf. Nawet tego bym ci nie zapisał.

Jednak pomimo narzekań, Rikiga nie próbował migać się od pracy. Wciąż przenosił materace pod otwór zsypu na śmieci. Z każdym kolejnym ułożonym na miejscu, Rikiga zaczynał kaszleć na moment, nabierał gwałtownie powietrza i świszczał, po czym narzekał od nowa.

Dym zalał pomieszczenie konserwacyjne. Miejsce zbiórki śmieci nie było wyjątkiem; niemal całkowicie pochłaniał je lepki, szary dym. Psy leżały na brzuchach, dysząc wyczerpane. Nawet małe myszki, piszczące wcześniej na siebie, siedziały teraz skulone w bezruchu.

Limit - Rikiga miał rację, ich limit się zbliżał. Inukashi krztusił się dymem, a powietrze nie chciało przecisnąć się mu przez gardło. Jego serce biło jak szalone.

„Boli”.


„Powietrze utknęło mi w gardle”.

Nie był jednak nieszczęśliwy. Nie pogrążał się w rozpaczy. Przeciwnie, część jego serca była przesiąknięta radością oczekiwania.

„Co jest z tym dymem? Czasami odczuwam powiew ciepłego powietrza? Czyżby chciał nas przed czymś ostrzec?” 

„Jasny zwiastun zniszczenia. Zakład Karny wznosi swój ostatni krzyk”.
Wiele razy Inukashi miał ochotę szczekać ze szczęścia. Wyć aż do zdarcia gardła. Za którymś razem otworzył usta, jednak zakrztusił się jedynie dymem, który się do nich wdarł.

Oblizał usta, przenosząc materac. „Skoro nie mogę szczekać, zostaje mi tylko oblizywanie się”. 
To, co miał za absolutne, kruszyło się na jego oczach.

„Spójrzcie tylko. Czy to właśnie jest życie, Nezumi? Shion? Jeśli tak, to wy chyba właśnie nauczyliście mnie, co to znaczy żyć. Nigdy nie wiesz, co się wydarzy. Nie ma nic absolutnego w ludzkich tworach”.

„Nie podziękuję wam; i tak mam przez was za dużo problemów. Nigdy nie usłyszycie ode mnie podziękowań”.


„Ale muszę was pochwalić. Będę wam prawić najlepsze komplementy, na jakie wpadnę. Jestem pod wrażeniem, że okazaliście się być tak przyzwoici jak moje psy. To naprawdę coś. Ukazaliście mi się w zupełnie innym świetle. Jestem pod wrażeniem - ale tylko odrobinkę”.

Dym atakował jego oczy, gardło, i nos. Łza spłynęła mu po policzku. To dym wbijał się pod jego powieki.

„Wracajcie, słyszycie mnie? Jeśli tego nie zrobicie, nie pochwalę was. Szybciej, szybciej, póki wciąż jeszcze mogę oddychać. Szybciej”.

„Inukashi!” - zawołał go ktoś. Rozejrzał się. Rikiga klęczał na podłodze. Trzymał biały kawałek tkaniny przy ustach, a kaszel garbił mu plecy.

 - Wołałeś?

 - ...Co?

 - Wołałeś mnie, staruszku?

 - Czemu miałbym... cię wołać? - zaświszczał Rikiga. - Mam ci... ostatni pocałunek złożyć, czy co?

 - Przestań. Nawet jak na żart, to się już zrobiło obrzydliwe.

 - Już dawno... przestało mnie obchodzić... co obrzydliwe, a co nie. Naprawdę, nie mogę... tego znieść...

 - Szkoda. Moje serce należy do ciebie, dziadku. Ale już trochę za późno na żale. Tak skorumpowany facet jak ty i tak ani o centymetr nie zbliży się już do nieba.

 - Cholera... ciągle... się ze mnie naśmiewasz?

Eksplozje. Dym zalewający powietrze. Pies w łaty uniósł głowę. Terror wypełniał jego oczy. Jednak żaden z psów się nie ruszył. Nawet nie próbowały uciekać.

„Czekają na moje rozkazy”.
- Walcząc ze strachem przed śmiercią, oczekiwały na polecenia Inukashi. Psy nigdy nie porzucały swego pana. Nigdy go nie zdradzały.

„Nie mogę ich tak zabić”.

 - Idźcie. - Inukashi wskazał na drzwi wyjściowe. - Uciekajcie sami.

Psy jednak nie ruszyły się z miejsc. Wciąż leżały na brzuchach, przyglądając się Inukashi.

 - Co? Każę wam iść. Wypad stąd, szybko. - Napotkał spojrzenie psa w łaty. Jego oczy były spokojne. Cień strachu, który przebiegł je kilka sekund wcześniej, zniknął całkowicie.

 - Ach tak... - „Nie ruszycie się, póki wasz pan tego nie zrobi”.

 - A mi to... nie powiesz? - Rikiga odkaszlnął i nabrał powietrza. - Mi nie powiesz... żebym uciekał?

 - Ci? Jak chcesz, wiej stąd, gdzie pieprz rośnie. I tak większego pożytku z ciebie nie ma.

 - Inukashi.

 - Czego?

 - Masz zamiar... tu umrzeć?

 - Umrzeć? Że niby po co?

 - Prawie nie ma szans... żeby ta dwójka... Shion i Eve... wrócili żywi. Jeśli będziesz polegać na tym cieniu nadziei... jeśli wybierzesz tu zostać... to jak samobójstwo.

„Nie ma mowy. Ziemia i niebo mogą zamienić się miejscami, ale ja nigdy się nie zabiję. To by było jak przegapienie najlepszego spektaklu w życiu”.
- Zniszczenie Zakładu Karnego było dopiero początkiem. Tylko prologiem. Po nim miała nadejść dewastacja No.6.
No.6 rozpadało się na kawałki.

„Zobaczę każdy moment na własne oczy. A ty mi mówisz, że mam zamiar umrzeć? Żartujesz chyba. Pokażę ci, że przeżyję was wszystkich, żeby zobaczyć ostatnie chwile No.6. Będę się cieszyć końcowym aktem”.

„Heh heh heh”.

Beztroski śmiech rozbrzmiał w jego uszach. Nie, nie w uszach - w głowie. Ktoś się śmiał. A był to lekki i radosny, a zarazem zimny śmiech.

 - Kto to?

Jego spojrzenie przeniosło się instynktownie, by wyłapać maleńki, przebiegający cień.

„Robak?”

Cień szybko zniknął połknięty przez dym. Śmiech ucichł. Czyżby to były tylko zwykłe halucynacje? „Nie ma mowy, żeby coś mogło latać w tym dymie”.

Dreszcz. Przeszedł go dreszcz.

Piii, Piiii, piii, piii!

Piii, piii, piiii, piiiii, piiii. Piii! 

Nagle myszy jakby się obudziły. Wzniosły razem piski, jednak znacznie wyższe, biegając w kółko po materacach.

Inukashi wstrzymał oddech.

Coś małego wypadło ze zsypu. To nie był śmieć. Tylko mała, czarna myszka.
 - Tsukiyo. - Spróbował ją zawołać Inukashi. Czarna mysz wyskoczyła w powietrze; prosto w jego stronę. Zahaczyła się mocno o jego wystawione ramię i zapiszczała zawzięcie.

Piii, piii, piii, piii, piii, piii! Piii, piii, piii, piii!

To był Tsukiyo; co do tego nie miał żadnych wątpliwości. Tej samej myszy Inukashi kazał wcześniej iść do Nezumiego. Jego krew przyspieszyła. Ciało stało się gorętsze.

 - Wstawaj, staruszku.

 - Eh?

Rikiga zamrugał zdezorientowany, wciąż siedząc na ziemi. Jego oczy były przekrwione i łzawiły. Na twarzy osadziła się sadza, włosy miał rozczochrane, a on sam zdawał się postarzeć o dobrą dekadę.

 - Wracają.

 - Eh?

 - Wracają. Trzymaj materace.

 - J-jasne. - Rikiga podniósł się wyjątkowo szybkim ruchem.

Wiatr wył.

Gdy Inukashi i Rikiga złapali materace, prawie natychmiast uderzył w nie ciężar. Materace rozsunęły się nagle z siłą, która omal nie posłała chude ciało Inukashi w powietrze. Zebrał jednak całą swoją siłę, by się ich uczepić.

Instynktownie zamknął oczy, jednak teraz otwierał je powoli. Ujrzał dwa niemal splecione ze sobą ciała.

 - Shion, Eve! - Krzyknął Rikiga, jeszcze zanim Inukashi zdążył przemówić. - Nic wam nie jest? Hej! Żyjecie?

 - Gh... - Ręka Shiona się wygięła. Część jego białych włosów ufarbowano szkarłatem. Krew spływała z jego ramienia i nogi. Ubrania podarły się, postrzępiły, zwisając gdzieniegdzie. Inukashi nie potrafił stwierdzić, czy ciemne plamy na jego ubraniach były krwią, czy resztkami śmieci ze zsypu.

„Okropne”. - Inukashi trzymał oczy szeroko otwarte, przełykając ślinę smakującą jak dym. - „Wy dwaj naprawdę wyglądacie jak samo nieszczęście. Chyba nawet martwi robiliby lepsze wrażenie po wstaniu z grobu”.

 - ...Inukashi. - Shion podniósł się i spojrzał na Inukashi. Na jego policzkach widać było ślady - od potu czy łez, tego nie wiedział, jednak zostawiły na skórze jasne odciski.

 - Shion, żyjesz. - „Wróciłeś żywy”.

 - Inukashi, ratuj Nezumiego...

 - Nezumiego? Co z nim? Co... - Inukashi ledwie powstrzymał się od krzyku, próbującego wyrwać się z jego gardła.

Nezumi leżał na materacu w kompletnym bezruchu. Jego ubrania od ramienia do piersi przesiąkała czarna wręcz czerwień, wydzielająca zapach krwi.

 - Nezumi, hej, co jest? - zapytał niepewnie Inukashi, jednak nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Na jego bladej, pozbawionej krwi twarzy, odznaczały się jedynie czerwone usta. Dla Inukashi w ogóle nie wyglądały jak ludzkie. Nezumi zawsze miał twarz wyglądającą jak z innego świata, jednak tym razem przypominał lalkę. Umiejętnie, skrupulatnie wykonane dzieło.

„Ale lalki nie krwawią”.
 - Do szpitala... szybko! - krzyczał Shion, jakby wydzierając głos z własnego gardła. Eksplozje naruszyły filary budynku. Cały pokój trząsł się od ich siły. Dochodził do nich skądś przepływ powietrza, a dym rozrzedzał się nieznacznie. Jednak trzęsienie nie ustało.

 - Musimy się stąd wynosić! To miejsce zaraz się zawali! - wrzasnął Rikiga, wyrywając Nezumiego z ramion Shiona. Przełożył sobie chłopca przez ramię.

 - Shion, możesz sam biec?

 - Mogę.

 - Dobrze, to biegnij. Na zewnątrz.

Kolejny dźwięk, głośniejszy niż poprzedni, rozdarł powietrze, a drzwi do Zakładu Karnego zostały wyrwane.

 - Wiać, wiać! To miejsce długo już nie wytrzyma!

Rikiga zaczął biec, niosąc Nezumiego. Tsukiyo zanurkował do kieszeni Shiona, zaś dwie pozostałe myszy, Hamlet i Cravat, uczepiły się pleców jednego z psów.

 - Wynosić się stąd, do cholery! Wypad! - pokrzykiwał Rikiga.

Inukashi czuł niezwykłe ciepło na plecach. Odwrócił się, by ujrzeć płomienie wypełniające jego widok. Za wysadzonymi drzwiami, płonął Zakład Karny.

„Drzwi się rozleciały? Ta brama pomiędzy Zakładem Karnym a Pomieszczeniem Konserwacyjnym nie miała być z jakiegoś specjalnego materiału, którego nawet mały pocisk czy mała rakieta nie mogła spenetrować? I wysadziło je, jakby to nie było nic wielkiego?”

Przez krócej niż pół sekundy, stał jak wryty. Płomienie prześlizgnęły się. Potwór w kolorach ognia wił się po podłodze. Wyginał się i skręcał w stronę zwłok czarnego psa, by połknąć je w całości. Ten sam pies został zastrzelony chroniąc Inukashi, jednak ten nie miał szansy pochować go odpowiednio.

„Przepraszam”.

 - Inukashi, pospiesz się! - Shion złapał jego ramię.

 - Wynośmy się, wynośmy! Musimy stąd uciekać! - pokrzykiwał dalej Rikiga. Zdawał się zamieniać swoje krzyki w energię do dalszego biegu. Inukashi, pchany przez gorące powietrze zza siebie, dość dosłownie wypadł za drzwi. Świeże powietrze obiegło jego ciało.

„Och, w końcu mogę oddychać”.

 - Jeszcze nie. Nie możemy jeszcze stanąć. Biegnij dalej. - Uścisk Shiona wzmocnił się. Inukashi czuł szarpanie w ramieniu. Żwir chrupał pod jego stopami.

 - Ał! Shion, to boli! Przestań... - Inukashi zamknął nagle usta. Jego spojrzenie napotkało to Shiona.

Jego oczy, ciemne z odrobiną fioletu, były dokładnie takie jak zawsze. Niczym niezmienione. Przekrwione i napuchnięte, a jednak wciąż wiedział, że należały do Shiona. 

Mimo to Inukashi zamknął usta, czując jak jego ciało sztywnieje. Nie wiedział dlaczego. Chłopiec przed nim, każący mu biec dalej, zdawał się być kimś kompletnie obcym. Kimś, kogo Inukashi nie znał.

„Nie. To nie są oczy Shiona. Shion, co w ciebie wstąpiło?”
Jednak zmieszanie i złe przeczucie zniknęły w jednej chwili. Shion miał rację - nie mógł paść jeszcze na kolana. Wszystkie jego instynkty wołały ostrzegawczo. To fizyczne uczucie było znacznie bardziej wiarygodne niż odczyty jakiegokolwiek urządzenia.

„Wynoś się stąd, biegnij. Uciekaj”.

Inukashi odzyskał równowagę i pobiegł tak szybko, jak potrafił. Zza siebie słyszał ryk bestii. Tak, to już nie były zwykłe eksplozje. Potwora spuszczono z łańcucha. Rzucał się w szaleństwie.

„Wynoś się stąd, biegnij. Uciekaj”.


„Biegnij i przeżyj”.

Tsukiyo wygramolił się z kieszeni Shiona i wspiął się na jego szyję. Wyciągnął swoje maleńkie łapki tak szeroko, jak tylko mógł, wpatrując się w Inukashi.

„Jesteś całkiem słodki”.

Psie i mysie oczy były podobne, a wszystkie niewinne stworzenia zdawały mu się być naprawdę kochane. Inukashi pomyślał o Shionnie. Nie zapomniał o nim nawet na sekundę. Po prostu odsunął niemowlę w kąt swojego serca, by nie przypominać sobie o nim w tej trudnej chwili.

Shionn był uosobieniem niewinności. Był tak maleńki, a jednak tyle w sobie miał.

„Psy pewnie sobie radzą. Został z suką, która urodziła i wychowała tonę własnych szczeniąt. Poza nią, jest jeszcze kilka innych, które mogą się nim zająć. Pewnie śpi właśnie w otoczeniu swoich kochających opiekunek”.

 - Shionn, moje maleństwo - mruknął pod nosem. Dokładnie wtedy biegnący przed nim Rikiga zniknął. Usłyszał krzyk i dźwięk upadającego ciała.

 - Łaa! - Shion potknął się o leżące ciało Rikigi. A więc i stopy Inukashi zostały spod niego wytrącone przez Shiona, i obydwaj padli na ziemię. Ból przeszedł całe jego ciało.

Nie mógł mówić. Leżąc na brzuchu na ziemi, był w stanie czerpać jedynie płytkie oddechy. Czuł zmarzniętą ziemię pod policzkiem. Działała kojąco. Nie miała w sobie lodowatości zimy, a jedynie chłód niosący ślad ciepła i miękkości.

Wiosna nadchodziła. Późna wiosna zaczynała się w Zachodnim Bloku. 

No.6 zapełniło się już pewnie kwitnącymi kwiatami, a wzdłuż ulic pachniały drzewa wiśni, jednak w Zachodnim Bloku nie można było ujrzeć ani jednego drzewka w rozkwicie. Na szczęście chwasty rosnące po bokach dróg zawsze z wiarą otwierały swe pąki. Kwiaty zazwyczaj nie interesowały ani nie intrygowały Inukashi, jako że nie były jadalne, jednak raz na jaki czas wzbudzały w nim tkliwość.

Myślał wtedy: „O, udało mi się przeżyć kolejną zimę”. A potem, przez krótką chwilę, przelatywały mu przez myśl twarze tych, którzy zamarzli na śmierć - starej żebraczki, z którą czasem rozmawiał; mężczyzny, spędzającego sporo czasu w ruinach; kobiety tak wychudłej, że trudno było stwierdzić jej wiek - jednak wszystkie znikały równie szybko, co się pojawiały.

Nadchodziła wiosna. Czy kwiaty znowu zakwitłyby po boku drogi?

 - Nezumi - zawołał Shion. Podniósł się i przyczołgał do jego boku. - Nezumi, Nezumi. Słyszysz mnie? Nezumi...

Inukashi również się podniósł. Leżeli w cieniu jakiegoś krzaka. Czy to nie tam schował się, obserwując śmierć Getsuyaku?

Zdawało mu się, że to zdarzyło się kilka minut temu, a jednocześnie wieki temu.

 - Nezumi, otwórz oczy. Wydostaliśmy się. Udało nam się wydostać.

Głos Shiona brzmiał jak wiatr świszczący przez ruiny. Był pełen łez. Mroził serca i uszy tych, którzy się mu przysłuchiwali.
Inukashi spojrzał przez ramię Shiona na twarz Nezumiego, zaciskając usta.

„On nie żyje?”
- Oczekiwanie zaciskało jego wargi jeszcze mocniej, wstrzymując go od przełknięcia śliny. - „Shion, czy Nezumi nie żyje? A może po prostu gra? Kogo gra? Makbeta, Hamleta, czy jakiegoś innego dziwnego gościa, o którym kiedyś wspominaliście?”

„Hej, Shion. Nie mów mi, że Nezumi naprawdę...”

 - Gh... - powieki Nezumiego poruszyły się nieznacznie.

 - Żyje - krzyknął Shion, łapiąc Nezumiego w ramiona. - Żyje! Szybko, do szpitala!

„No pewnie, że żyjesz. Nie możesz mnie oszukać, Nezumi. Nie ma mowy, żeby tak łatwo dało się ciebie pozbyć”. 
 - Staruszku. - Inukashi zawołał wciąż jeszcze leżącego na ziemi Rikigę. Jego samochód stał zaparkowany za krzakami. Był zwykłym śmieciem, o krok od zostania kupą przetopionego metalu, jednak wciąż mógł przewieźć kilku pasażerów. W końcu żeby się tu dostać, użyli samochodu na benzynę.

 - Staruszku, pospiesz się.

 - ...wiem, ale...

Rikiga przyłożył dłoń co ust i wsadził głowę między krzaki. Dobiegł ich odgłos wymiotowania.

 - Idioto! Nie ma teraz czasu na rzyganie! DO diabła, pospiesz się!

Inukashi wyciągnął mężczyznę z krzaków za pasek od spodni. Niemal w odpowiedzi na to jeszcze większe płomienie buchnęły z okien Zakładu Karnego. Czarny dym utworzył gruby potok, wznoszący się do nieba. Kłębił się i przysłaniał gwiazdy.

„Widać ten ogień z No.6? Co myślą teraz ludzie z Zachodniego Bloku, widząc płomienie pożerające nocne niebo?”

„Spójrz tylko, upada. Miejsce zwane naszym piekłem się zawala. Zostanie zmiecione ot tak, po prostu, jeszcze szybciej niż nasz rynek”.

Rikiga podniósł się niestabilnie. Wytarł usta wierzchem dłoni i otarł brew z potu. 

 - Dlaczego musiałem... przez to przejść? Poza tym, wiesz, ja...

 - Wystarczy zrzędzenia - przerwał mu Inukashi. - I tak nikt nie słucha. Jak masz zamiar jęczeć i przeszkadzać, lepiej odpal samochód.

 - I gdzie go zawieźć? - warknął Rikiga. - No? Odpowiadaj, Inukashi. Gdzie masz zamiar zabrać kogoś tak rannego, że równie dobrze mógłby być martwy? Śmiało, chcę zobaczyć jak próbujesz coś wymyślić! Odpowiedz mi, szczeniaku, a zawiozę cię gdzie zechcesz.

Inukashi cofnął podbródek i pozostał cicho. Nie mógł odpowiedzieć.

Nic mu nie zrobił nagły wybuch Rikigi. Po prostu nie wiedział. Shion powiedział: „do szpitala”, ale w Zachodnim Bloku nie istniały żadne placówki medyczne. Było kilku doktorów-czarodziejów i aptek, którym ufać nie należało, jednak wszystko to prawdopodobnie zniknęło z powierzchni ziemi podczas Polowania. A nawet, gdyby byli jeszcze w pobliżu, na niewiele by się zdali.

Rikiga kontynuował swoją wściekłą tyradę.

 - Ktoś, kto stracił tyle krwi, potrzebuje porządnego sprzętu medycznego. Gdzie niby mamy go znaleźć, co? Bo tutaj na pewno nie. Możesz przekopać cały Zachodni Blok i nie znajdziesz cholernej strzykawki. Powinieneś wiedzieć to najlepiej, Inukashi. 

Inukashi spojrzał w dół na Nezumiego. Jego usta były lekko rozchylone. Oddychał. Ale...

„To już koniec?”
- Siła opuściła jego nogi i czuł się, jakby miał zemdleć. - „To koniec, Nezumi. Nic więcej nie możemy zrobić”.

- Jest. - Shion podniósł się. - Jest szpital.

Inukashi i Rikiga spojrzeli na siebie. 

 - Szpital...? Gdzie? - zapytał Rikiga zachrypłym, skrzypiącym głosem. Shion przesunął wzrok na bok. Spoglądał w stronę muru dzielącego ich od No.6, oświetlonego blaskiem płomieni.

 - W środku.

 - No.6!? - skrzyknęli się Inukashi i Rikiga.

 - Tak. Tam jest szpitali na pęczki.

 - To absurd! - wzburzył się Rikiga. - Jak niby mamy się dostać do środka? Mój samochód nie przedostanie się nawet przez bramy. Wezmą go za podejrzany pojazd i wysadzą parę metrów po wjeździe. Niemożliwe. Absolutnie niemożliwe. Zaraz, wiem! Shion, jak uciekłeś z No.6? Nie możemy tamtędy wrócić?

Inukashi niemal wtrącił się, by go poprzeć. „Skoro Shion tamtędy wyszedł, może udałoby mu się znowu użyć tej samej ścieżki. Staruszek myśli szybciej na trzeźwo”.

Jednak Shion pokręcił szybko głową.

 - Nie możemy tego zrobić. Nie ma na to czasu. Poza tym, Nezumi by tego nie wytrzymał. Mamy godzinę - w godzinę musimy dowieźć go do szpitala...

 - To co chcesz zrobić z bramami?
 - Absolutnie nic. 

 - Co?

 - Zakład Karny został zniszczony. Jego wszystkie systemy są martwe. Prawdopodobnie więc i bramy nie działają.

 - Masz zamiar dostać się do No.6 przez prywatne bramy Zakładu Karnego?

 - Tak.

 - Shion, ty... wiesz, gdzie są bramy Zakładu Karnego?

 - Nie mam pewności. Chociaż raz słyszałem, że są bezpośrednio połączone z Zakładem.

Gardło Rikigi poruszyło się, gdy przełykał ślinę. Inukashi zorientował się, że robi dokładnie to samo. Gardło piekło go od dymu.

 - Masz rację - głos Rikigi ochrypł jeszcze bardziej. - Masz absolutną rację. Są bezpośrednio połączone. Jakieś sto metrów za bramami, jest tylne wejście do Zakładu Karnego. Tam zabrali was dwóch podczas Polowania. Ale pewnie niczego nie widzieliście z ciężarówki, którą was przewozili.

Inukashi zauważył, że bezwiednie ściskał dłoń w pięść, przysłuchując się konwersacji Shiona i Rikigi.
Getsuyaku przechodził przez te same bramy. Inukashi niezliczone razy wysłuchiwał jego skarg, co do bycia traktowanym w taki sam sposób jak więźniowie. Inukashi odpowiedział mu wtedy od razu.

„ - Więźniów zabijają, gdy tylko zostaną złapani. Nigdy więcej nie przechodzą przez te bramy. A ty wchodzisz i wychodzisz przez nie codziennie. Nie wspominając, że ci za to płacą. Tym różnisz się od więźniów.

 - Cóż, chyba masz rację, teraz jak o tym wspominasz. Nie mógłbym wrócić do domu, gdybym był więźniem. - Getsuyaku wzruszył ramionami i uśmiechnął się z żalem”.

„Koniec końców, niczym się nie różnił. Zastrzelili go w mgnieniu oka, tak samo jak więźniów. Nawet gorzej - jak robactwo”.

Inukashi przypomniał sobie pełen żalu uśmiech Getsuyaku. Zacisnął pięść jeszcze mocniej.

 - Więc możemy pojechać stąd samochodem, prawda? - zapytał Shion.

 - Możemy, jeśli po drodze nie będzie żadnych przeszkód. Nikt poza tobą nie byłby na tyle szalony, żeby zbliżać się teraz do Zakładu Karnego.

 - Rikiga, pożycz mi proszę kluczyki do twojego samochodu.

Shion wyciągnął swoją obdrapaną, zakrwawioną dłoń. Twarz Rikigi wykręciła się wyraźnie. Głębokie zmarszczki pojawiły się między jego brwiami.

 - Co masz zamiar z nimi zrobić?

 - Odpalić silnik. Wy możecie zostać. Kluczyki, szybko.

 - Pieprzenie! - znów wściekł się Rikiga. - Oczy ci zaropiały i wypłynęły? Nie widzisz tych płomieni? Idioto!
Zakład Karny ledwie utrzymywał się w pionie, wypluwając obłoki czarnego dymu. Alarmy wrzeszczące tak głośno jeszcze niedawno, urwały się jakiś czas temu, pozostawiając jedynie dźwięk wiatru niosącego płomienie.

 - Ledwo się stamtąd wydostaliśmy w jednym kawałku, a ty masz zamiar się cofać? - zapytał z niedowierzaniem Rikiga. - Nie ma czasu na żarty. Ile żyć ci jeszcze zostało?

 - Nie mam zamiaru wchodzić do środka. Bramy są na zewnątrz.

 - Sto metrów dalej. Tylko sto metrów. Bramy też bezpieczną przystanią raczej nie będą.

 - Dlatego muszę jechać. Normalnie w życiu byśmy się przez nie przedostali, ale teraz to po prostu dziura w murze.

 - Samochód chodzi na benzynę. Jeśli przypadkiem wjedziesz w ogień i paliwo go załapie...

 - Podaj je - rozkazał Shion niskim głosem, ucinając krzyki Rikigi. Rozkazał. Tak właśnie zabrzmiały te słowa. Shion nie wrzasnął, ani nie odezwał się ostro. Przeciwnie, jego głos był cichy i ciężki.
Rikiga cofnął się o pół kroku.

 - Podaj mi kluczyki.
Ten głos należał do władcy, wydającego rozkazy poddanym - co do tego nie było wątpliwości.

Rikiga pogrzebał w kieszeni i wyciągnął z niej wysłużony już komplet kluczy. Jego palce drżały.

 - ...Przestań. - Odezwał się głos jeszcze niższy niż ten Shiona. Dla Inukashi brzmiało to jakby wydobył się z najgłębszych czeluści ziemi. Przeszedł go dreszcz. Nezumi podniósł się powoli.

 - Wystarczy tego. Przestańcie.

Inukashi doskonale słyszał jego słowa.

Głos Nezumiego. Nezumi potrafił używać dwudziestu różnych głosów, jednak to, co dotarło do uszu Inukashi, zdecydowanie było jego naturalnym tonem.

 - Nie... odchodź, Shion. 

Shion nie odpowiedział. Nawet nie próbował spojrzeć na Nezumiego. Zamiast tego pochylił głowę przed Rikigą.

 - Rikiga-san, proszę. Daj mi te kluczyki. - To nie był rozkaz, lecz błaganie. 

Tego Shiona Inukashi znał. Inteligentnego, łagodnego, ufnego, lekkodusznego i niezdarnego Shiona.

 - Po prostu mu je daj, staruszku - powiedział Inukashi z głębokim westchnieniem. Nie wiedział, dlaczego westchnął. Wiele rzeczy nie miało dla niego sensu. Nawet siebie samego nie potrafił zrozumieć.

 - Shion, pojadę z tobą. - Słowa wylały się z jego ust wraz z westchnięciem. Zaskoczyło go to.

„Spójrz na mnie tylko. Tak boję się ryzykować życiem, tak bardzo chcę przetrwać, a jednak stoję tutaj, mówiąc: „pójdę z tobą”. Czasem kompletnie siebie nie pojmuję. A najgorsze, że to nawet nie kłamstwo czy brawura. Ja naprawdę tak myślę. Co do diabła ze mną jest nie tak? Nie mogę się zrozumieć. Co się ze mną dzieje? Och, do diabła”.

 - Dobra - cmoknął językiem Rikiga. - Jeśli tego właśnie chcecie, i tak was nie zatrzymam. Pewnie nie jesteście tym typem co słuchałby starszych.

 - Nie wrzucaj mnie do jednego worka z tym beztroskim paniczykiem, dziadziu - zaprotestował Inukashi. - Chociaż, cóż, masz rację. Są dwa głosy do jednego. To tyle. Wybacz, Nezumi.

 - Trzy do jednego. - Rikiga ścisnął kluczyki w dłoni. - Też się przejadę.
Inukashi zamrugał i spojrzał na Rikigę. On również mrugnął kilkukrotnie oczami brudnymi od sadzy, kurzu i potu.

„Co ze mną nie tak? Czemu powiedziałem coś takiego? I jakim cudem mogę tak myśleć?”
- zdawał się mówić jego wyraz twarzy. Inukashi chciał się śmiać i płakać w tym samym momencie. Cóż za osobliwe uczucie. Był przerażony, a jednocześnie rozbawiony do łez. Ponury i optymistyczny. „Że też serce może się tak zachowywać”.

 - To mój ukochany samochód - powiedział Rikiga. - Nie będę tolerował myśli o was, zamieniających go w kupkę popiołu. Poza tym wątpię, że takie szczeniaki jak wy w ogóle umieją prowadzić. Dzisiejsze dzieciaki pyskują coraz lepiej, ale same z niczym nie umieją sobie poradzić.

Rikiga mruczał pod nosem skargę po skardze. Prawdopodobnie dlatego, że skończyłby wzdychając, gdyby się nie odzywał.

Samochód Rikigi był minivanem. Miał wgniecenia gdzie tylko mógł je mieć, a z lusterka z prawej strony ostała się tylko połowa. Ten stary model na benzynę mógłby zająć honorowe miejsce w jednym z muzeów No.6. 

Jednak solidnej ramy nie można mu było odmówić. Silnik również miał więcej mocy, niż wydawało się na pierwszy rzut oka. Posiadanie samochodu było w Zachodnim Bloku symbolem pewnego rodzaju bogactwa, toteż zawsze istniało niebezpieczeństwo zostania napadniętym przez złodziei na drodze. Inukashi pamiętał jak Rikiga o tym wspominał i jak powiedział, że właśnie dlatego wzmocnił samochód, by był wytrzymały jak czołg. 

Inukashi usiadł koło kierowcy, zaś Shion wgramolił się z Nezumim do tyłu. Psy weszły do samochody ostatnie.

 - Dlaczego musisz zabierać swoje psy? Zasmrodzą mi samochód.

 - I tak pachną lepiej niż twój alkohol. Moje psy są lojalne wobec swojego pana. Pójdą za mną wszędzie. Spójrz tylko, jak bardzo te małe myszki wierzą w swojego pana.

Myszy leżały stulone na siedzeniu. Nie wydawały żadnych dźwięków, jakby zapomniały, jak piszczeć.

 - Psy i myszy, hę. No to wiemy, gdzie jechać - do zoo. Och, co za przejażdżka nam się szykuje.
Rikiga przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik parę razy zagulgotał, a samochód zaczął się trząść.

 - W drogę. Pojedziemy na pełnym gazie, więc lepiej się trzymajcie.
Samochód popędził naprzód. Wciąż przyspieszał, zbliżając się do Zakładu Karnego.

 - Hej, hej, staruszku. Chyba trochę przesadzasz z tym brakiem rozsądku.

 - A jak mogę nie przesadzać? Spójrz, co ja wyprawiam. Cholera, gdzie ja, do cholery, jadę? Po co ja to niby robię?

 - Bo uwielbiasz Eve, no raczej.

 - Co?!

Tylne bramy Zakładu Karnego przestały istnieć. Być może jacyś ludzie zdążyli nimi uciec. Bramy, które do tej pory  były szczelnie zamknięte, odrzucające każdego, kto się do nich zbliżył, teraz były otwarte na oścież. Płomienie wspinały się za nimi, a budynek grał melodię zniszczenia. Inukashi ledwie mógł uwierzyć, że to nie była iluzja.

„To rzeczywistość?”

Bramy do Zakładu Karnego stały otworem, a mur rozpadł się na kawałki.

Działy się rzeczy, które nie miały racji bytu. Rzeczy, w które Inukashi nigdy by nie uwierzył - nie, w które po prostu nie miał prawa uwierzyć - ale to wszystko działo się na jego oczach. Nie było dobra ani zła. Sprawiedliwości czy niesprawiedliwości.

„To rzeczywistość”.

Samochód okrążył tylne bramy, niemal ocierając się o to, co z nich pozostało, i nabrał prędkości. Inukashi zobaczył przed sobą wyjście.

 - Co?! - krzyknął Rikiga. - Coś ty powiedział, Inukashi?

 - Na zabój kochałeś się w Eve. Dalej jesteś jego największym fanem, co nie? Bujasz się w nim po uszy. Inaczej nie mógłbyś tak lecieć z nim na plecach. Niezłe ruchy miałeś tam przed drzwiami. Brawo.

 - Przestań. Jak już dojedziemy do tego szpitala, zaszyję ci tę niewyparzoną gębę. I wszyję w nią na stałe twój zgniły język, skoro już będę miał igłę w ręku.

 - O, doskonale. Czeka mnie honor odbycia leczenia w klinice No.6.

 - Paplaj sobie co chcesz! - Rikiga szarpnął kierownicę. 

Inukashi otworzył oczy szeroko i skulił się w siedzeniu. Brama zbliżała się z zadziwiającą szybkością. Nadciągało No.6. 

 - Płonie - mruknął. Nie miał zamiaru wypowiadać tego na głos; powstrzymywał się od mówienia o czymkolwiek, co widział. Jednak nic nie mógł na to poradzić.

Bramy płonęły.

Otaczały ich płomienie. Małe eksplozje, nie tak wielkie jak te w Zakładzie Karnym, rozbrzmiewały dokoła. Odłamki szkła i metalu bezlitośnie uderzały w samochód. Za każdym razem, pojazd wydawał niepokojące dźwięki. Zupełnie jakby i on krzyczał.

„Boli. Boję się. Umrę”. 

 - Płonie. - Gdy już to wymówił, przerażenie ogarnęło całe jego ciało. Czuł się, jakby każdy włos na jego ciele stał w innym kierunku. Jednak poprzez płynącą w nim falę strachu, na wierzch wybiła się odrobina ciekawości, nie chcąc się od niego odczepić.

„Jak to może tak łatwo się rozpaść?”

Rozumiał, że Shion i Nezumi całkowicie zniszczyli rdzeń Zakładu Karnego. Był pod wrażeniem tego osiągnięcia. Jednak coś w tym wszystkim było nie tak. To działo się za łatwo, za szybko. „To zawsze było takie delikatne? To mogło się tak szybko zawalić?” Nie myślał już o No.6 jak o istnieniu absolutnym, ani jak o wszechmocnym władcy. Było takie samo, jak drzwi dzielące je od świata. Wygięte, zniszczone, leżące teraz na ziemi w kawałkach.

„Ale... ale mówimy tu o technologii No.6. O sztucznym mieście, urzeczywistnieniu ludzkiej inteligencji i nauki. Zakład Karny to drugie No.6, zajmujące się jego ciemnymi sprawami. To nienawistne dziecko No.6, zła iskra podsycana przez swego rodzica”.

Złe rzeczy często posiadały równie złe umiejętności. Czyżby tej na nic się one nie przydały? Czyżby tym razem zło miało upaść ot tak, bez żadnego wyboru?


„Heh, heh, heh”.

Znowu to usłyszał. Ten beztroski, przerażający śmiech, był znacznie straszniejszy. Nagle przed ich oczami ukazała się wielka ściana ognia.

Inukashi krzyknął. Rikiga również wrzasnął, niemal w tej samej chwili. Ogarnął ich strach, przed tym, co ujrzeli. 

 - Aaaaaaaa!

Wbili się w ścianę ognia. Psy bez przerwy skamlały. Inukashi nie zamykał oczu. Trzymał je otwarte, oglądając jak płomienie ich połykają. Nie miały jednorodnego koloru. Cynober wschodu słońca, szkarłat krwi, karmazyn kwiatów, wszystkie mieszały się razem. Błyskały złotem, by pogrążyć się w brudnej czerwieni. 

Rozpadła się część przedniej szyby. Gorące powietrze uderzyło ich prosto w twarze. Poczuł zapach palących się włosów. Ciepło odpierało wilgoć wszystkiemu dookoła, osuszając to i kurcząc.

„Och, a więc to tu zginiemy. Tak to się skończy” - pomyślał. - „Koniec końców i tak umrę. Przecież jestem tylko...”

 - Elyurias - odezwał się głos z tylniego siedzenia. Inukashi nie potrafił stwierdzić, czy należał do Shiona, czy do Nezumiego. Nie znał znaczenia słowa, które właśnie usłyszał. To był jakiś rodzaj inkantacji? Brzmiało zbyt dziwnie na czyjeś ostatnie słowa. „Chociaż ci dwaj byli przecież dziwni, osobliwi, śmieszni, od samego początku. Nie dziwi mnie to, tylko jakoś... zastanawia”.

„Elyurias? Co to, do cholery, jest?”
Jego włosy zaśpiewały. Skóra zaczynała się smażyć. Była gorąca. „Cholera, pali”.
Płomienie zachwiały się. Zamajaczyły, zdając się cofnąć odrobinę. Gorące powietrze również odeszło na moment, pozwalając mu oddychać odrobinę swobodniej.

„Eh? Dlaczego?”
- zamrugał Inukashi. - „Płomienie cofają się same? Nie ma mowy. To niemożliwe. Absolutnie niemożliwe”.

 - Wyjeżdżamy! - wybuchł śmiechem Rikiga. - Udało się! Żryj to, No.6! Jesteśmy cali! Ha, ha, ha ha ha ha ha ha! Proszę bardzo! Załatwione! Ha ha ha ha ha ha!
Głośny śmiech odbijał się echem w samochodzie.

Ha ha ha ha ha ha! Ha ha ha ha ha! Ha ha ha ha ha!

Przedarli się. Miał rację - zdecydowanie im się udało.

Ziemia wokół nich pozostawała naga, z kilkoma kępami trawy czy drzewami gdzieniegdzie. Nie różniła się niczym od tej w Zachodnim Bloku. Jednak wśród tutejszej pustki, przebiegała prosta, dwupasmowa droga. Na jej drugim końcu znajdował się pewnie gęsty las. W ciemności Inukashi mógł dojrzeć jedynie ciemną masę, jednak jego nos wyłapał piękny zapach drzew.

„Zadbane drogi i gęste lasy - nigdy nie moglibyśmy tego zobaczyć w Zachodnim Bloku”.
„Dotarliśmy do No.6. Po raz pierwszy w życiu jestem w jego murach”.
 - Spójrz tylko. To dopiero coś. Ha ha ha ha ha! Tylko wielkiego Rikigę na to stać! Teraz to jestem bohaterem. Ha ha ha ha ha, udało mi się! Udało! Hura Rikidze, hip-hip hura! Ha ha ha ha ha ha ha!

Głos Rikigi załamał się jeszcze bardziej, przechodząc teraz w pisk. Inukashi podniósł butelkę leżącą u jego stóp i uderzył nią w głowę Rikigi.

 - Ał! A to za co?

 - To nawet nie bolało. Nie masz rozbitej głowy, nie?

 - Kretynie! Nie baw mi się tu teraz w bohatera!

 - Przynajmniej już nie rechoczesz jak opóźniona foka. To był naprawdę smutny widok, staruszku. Już nawet myszy i moje psy są od ciebie spokojniejsze. Coś ty takiego wspaniałego zrobił, co? Po prostu cieszyłeś się bezmyślną przejażdżką i wpakowałeś nas prosto w ogień. To wszystko. Weź się wstydź.

 - Zamknij się. Czy mysz albo któryś z twoich psów pokieruje za mnie samochodem? Chciałbym to zobaczyć. Myślisz, że masz prawo mówić co tylko ci się podoba...
Gdy Rikiga skończył już wykrzykiwać swoje myśli, wydał głębokie westchnięcie.
 - Shion, gdzie teraz? - zapytał. - Nie mam pojęcia, jak wyglądają drogi w No.6. Nie było mnie tu dziesięć lat.

Inukashi poczuł, jak Shion porusza się w siedzeniu.//*zaspany* już dojechaliśmy?//

 - Utracone Miasto jest już niedaleko. Za lasem zaczynają się przedmieścia No.6, a dalej są centralne dzielnice. Las służy do ukrycia muru przed mieszkańcami.

 - Ach tak. Żeby mogli żyć bez przypominania sobie co chwila, że otacza ich ściana. 

 - Tak.

 - A co z tym szpitalem? Gdzie mamy jechać?

 - Prosto przez las. Dotrzemy na rozdroże i trzeba będzie skręcić w prawo, a dalej znajdziemy małą klinikę.

 - To wystarczy? Eve jest dość poważnie ranny, nie?

 - Postrzelono go z karabinu.

 - Nie potrzeba mu jakiegoś bardziej zaawansowanego miejsca do leczenia?

 - Może - odpowiedział Shion. - Ale ta klinika jest najbliżej. Mają salę operacyjną. Szpitale z pełnym wyposażeniem są głębiej w mieście. Nie mamy czasu tam jechać, a samochód może natknąć się po drodze na jakieś kontrole. Im bliżej do centrum, tym gorzej. Poza tym, do większości klinik potrzeba karty obywatelstwa.

 - Nie masz żadnej?

 - Wywaliłem ją.

Shion wziął oddech i kontynuował.

 - I tak byłaby bezużyteczna. Mieszkańcy Utraconego Miasta nie mają wstępu do większości szpitali w centrum. 

 - Nie mógłbyś do nich wejść?

 - Nie. Typ posiadanej przez ciebie karty, a właściwie twoja pozycja jako mieszkańca, określa gdzie możesz się leczyć, gdzie wolno ci mieszkać i czym będziesz jeździł; mieszkańcy Utraconego Miasta nie mają nawet wstępu do centrum, jeśli chcą zażyć droższej rozrywki czy kupić ubrania. Jeśli chodzi o miejsca z najlepszym wyposażeniem, liczba ich klientów maleje.

 - Ci to mają zasady - skomentował Rikiga. - Słyszałem już o tym oczywiście, w końcu miałem do czynienia z urzędnikami. Wiedziałem coś tam o tej całej niewygodzie w mieście i że hierarchia jest najważniejsza. Ale pomyśleć, że stosują tak przestarzały system... W życiu bym sobie tego nie wyobrażał. Co za niespodzianka.

 - Wysocy urzędnicy są bliscy szczytu hierarchii. Nie mają pojęcia, jak to wygląda na dole. 

Inukashi prychnął.

Rikiga miał rację. Był zaskoczony, czy może raczej utkwił w głupim zafascynowaniu. Złapała go ta informacja akurat, gdy spuścił gardę, więc tylko na to mógł się zdobyć.

„A więc to miasto, No.6, nie tylko dzieliło ludzi na mieszkających po różnych stronach muru, ale i sortowali własnych ludzi, tworząc między nimi coraz więcej maleńkich różnic?”

Bogaci i biedni; ci, którzy mieli i ci, którzy mieć nie mogli; wyżsi i niżsi; silniejszy i słabszy - No.6 wyrysowało niezliczone linie, nigdy formalnie nie istniejące pomiędzy ludźmi, okrajając ich i dobierając według upodobań

„Po co im taki system? Kto go w ogóle potrzebuje?” - Pech stawał się mordercą. Szczęście - wybawicielem. Linia między fortuną a przekleństwem była jedyną rzeczą, dzielącą ludzi w Zachodnim Bloku.

 - To szpital, do którego jedziemy, nie wymaga Karty Identyfikacyjnej?

 - Wymaga. Nie ma w No.6 miejsca, do którego można się bez niej dostać.

 - Więc...

 - Lekarz z kliniki był klientem w sklepie mojej matki.

 - Karan? Jej sklepie... w piekarni, prawda?

 - Tak. Przychodził raz czy dwa razy w tygodniu po świeży chleb na drugie śniadanie.

 - Jak miał na imię?

 - Ja... nie wiem. Mówiliśmy do niego per: „doktorze”. To zwykle wystarczało. 

 -  Nie wiesz nawet jak się nazywa? - zapytał z niedowierzaniem Rikiga. - Jesteś pewien, że możesz mu zaufać? Jest dość dobroduszny, żeby zająć się kimś bez karty? Kimś spoza miasta?

 - Nie wiem. Ale to jedyna szansa. 

Rikiga ucichł. Nie było czasu na rozmyślanie czy wahania.

Im bardziej zbliżali się do lasu, bogaty zapach rodzącej ziemi stawał się coraz silniejszy. Z No.6 dało się dojrzeć płonący Zakład Karny, czy może  blokował go widok lasu?

„Jest taki spokojny”
- pomyślał o Shionie Inukashi. Słowa Shiona były opanowane i niezmącone. Jakby nie należały do zwykłego Shiona. Gdyby był taki jak zawsze, szalałby z niezdecydowania, walcząc desperacko z własnym sercem.

Kiedy nauczył się tłumić tak swoje emocje i zachowywać się spokojnie? Coś się w nim zmieniło, jak w zanurzonej w wodzie tkaninie, która traci kolor.

Inukashi polizał wierzch dłoni. Piekło go oparzenie.

Bał się odwrócić. Gdyby to zrobił i skupił wzrok w ciemnościach, ujrzałby zakrwawionego Nezumiego i tajemniczego Shiona. Wiedział, że to tylko jego wyobraźnia, jednak strach nie chciał go opuścić. Jego kark był tak napięty, że czuł jakby zaraz miał się złamać.

„Cóż, będzie źle, jeśli się zmieni”
- powtarzał bez przerwy w głowie, liżąc tworzące się na jego dłoni pęcherze. - „Shion to Shion. On się nigdy nie zmieni; a jeśli jednak, będzie naprawdę okropnie. Tak jak ja jestem, kim jestem, jak ja nigdy się nie zmienię, tak on też nie może się zmienić”.

Samochód wjechał do lasu.

 - Och...! - krzyknął delikatnie Shion. - Niebo... płonie.

Rikiga również wypuścił stłumiony wrzask, tonąc w siedzeniu. Samochód poderwał się na bok, niemal uderzając jedną z latarni stojących między drzewami. 

Niebo płonęło.

Firmament zamalowany czernią nocy rozświetlały płomienie. Na zakładzie Karnym się nie skończyło. Samo No.6 również pluło ogniem. W różnych miejscach miasta szalał ogień.

„Co jest?” - Inukashi obrócił się z wciąż na wpół otwartymi ustami. 

 - Hej, co się właśnie stało?

Shion siedział w bezruchu. Trzymał Nezumiego w ramionach, nawet nie mrugając. Jedynie jego usta poruszały się niepostrzeżenie.

 - ...Płonie.
Z daleka usłyszeli dźwięk wybuchu. Nadszedł zza nich, nie z przodu. Z miejsca, które przed chwilą opuścili.
 - Brama... - Inukashi nie miał już słów. Nie mógł wydukać nic więcej. Zamknął usta, nie mogąc uwierzyć własnym oczom.

„Co, do diabła, wisi w powietrzu?”
Nie był ani podekscytowany, ani ciekawy. Nie bał się. Rzucały nim emocje, których nie potrafił opisać.

Shion przemówił.

 - Niedługo wyjedziemy z lasu. Potem będziemy już w Utraconym Mieście.



==Koniec rozdziału 1==


Wykorzystano fragm. wiersza ,,Ofelia'' Artura Rimbauda w przekładzie Jana Kasprowicza.

czwartek, 27 września 2012

Tom VIII: Rozdział 4


((Ladies and Gentlemen~ oto i ostatni rozdział tomu ósmego >D od przyszłego tygodnia dosłownie wszystko się może zdarzyć~~ toteż cieszcie się tym niezbyt długim rozdziałem i żegnajcie swą pewność co do najbliższych wydarzeń >D))

Rozdział 4

Ku wiewom wieczornym



Smutna Ofelia, fantom cichy, biały,
Lat przeszło tysiąc falą płynie czarną;
Lat przeszło tysiąc rozkoszne jej szały
Słodko ku wiewom wieczornym się garną.

Artur Rimbaud, Ofelia



Nagle wszystkie dźwięki znikły. Upadek Nezumiego wyglądał jak w zwolnionym filmie. Przestarzałym, czarno–białym filmie...

Pusty ciężar uderzył w jego pierś. Shion złapał w objęcia jego ciało, wciąż czując ciepło. Nagle czarno–biały obraz odzyskał jaskrawe kolory rzeczywistości.

Nezumi wpadł w ramiona Shiona, zrzucając na niego cały ciężar swego ciała. Zapach krwi wbił się w jego nozdrza.

„Nezumi...”

Jednak żaden dźwięk nie opuścił jego ust. Nie rozumiał, co się stało. Po prostu nie był w stanie. „Co się dzieje? Co się stało?” Żołnierze celowali w nich z karabinów. Przyczepione do nich bagnety połyskiwały bielą. Jeden z żołnierzy wypuścił język spomiędzy warg.

Nowa fala więźniów wylała się potokiem po schodach. Stworzyli blokadę, oddzielającą żołnierzy od Shiona. Jeden z nich, wielki, łysy człowiek, pisnął krótko. Zachwiał się, ściskając swą pierś.

 – Cholera... doigraliście się. – Olbrzym postąpił o dwa, trzy kroki w stronę żołnierzy i nagle zawył. – Niech to!

Wielkolud rzucił się na żołnierzy. W tym samym czasie dobiegł ich dźwięk kolejnej eksplozji. Dym i płomienie wyłaniały się z pomieszczenia monitoringu niedaleko schodów. Shion zobaczył żołnierzy uderzających w ścianę wraz z odrzutem wybuchu. Biały dym zalał szybko korytarz. Niczym ogromny, biały wąż, spełzł po schodach i zwinął się w kłębek u ich stóp.

Shion podniósł Nezumiego i doszedł z nim na koniec korytarza. Biorąc pod uwagę niosący dym przepływ powietrza, wyjście musiało znajdować się na dole schodów. Jednak gdyby poszedł dalej, znalazłby się w Departamencie Higieny.

Departament Higieny. Shion z wyglądu w pamięci wywnioskował, że musiał do niego przylegać jakiś prosty gabinet lekarski. Przeszedł przez na wpół otwarte drzwi, po czym zamknął je, by do środka nie dostał się dym ani płomienie.

Potknął się. Ciało Nezumiego niemal wyślizgnęło się z jego uścisku. Shion spróbował chwycić go mocniej, jednak skończył upadając razem z nim. Instynktownie wystawił dłonie przed siebie, zostawiając szkarłatne odciski na podłodze. Po jego rękach spływała krew – krew Nezumiego.

 – Nezumi!

Mógł tylko wznieść głos. Słowa rozdzierały jego gardło, by wydostać się z ust.

 – Nezumi, słyszysz mnie? Nezumi!

Nezumi nie otworzył oczu, a jego ciało pozostało bezwładne. Krew rozchodziła się z jego ramienia, barwiła pierś, spływała po ręce i skapywała z palców.

 – Nie, jak... jak to może... – Wiedział, że nie powinien tracić zimnej krwi. Musiał zachować racjonalność. Musiał ze spokojem zrobić to, co do niego należało.

„Wiem. Oczywiście, że wiem. Ale nie mogę się ruszyć. Moja głowa i ciało zamarzły”.


 – Nezumi, Nezumi. Proszę, otwórz oczy. – Zacisnął zęby.

„Ty debilu”
– usłyszał w głowie karcący go głos. – „Jesteś beznadziejnym idiotą. Bezużytecznym, kompletnie do niczego. Odlatujesz co chwila, jesteś powolny i tchórzliwy”.
„Inukashi? To ty?”
„Nie możesz nawet ochronić kogoś, kto jest dla ciebie wszystkim? Umiesz jedynie ryczeć, nawet nie próbując go uratować? Co masz do pokazania po tym całym czasie, jaki z nim spędziłeś? Dalej jesteś dzieciakiem z wychowanej pod kloszem elity No.6?”

Nie mógł stwierdzić, czy głos należał do Inukashi, czy do niego samego, jednak ktoś dawał mu surową reprymendę.

„Shion, jesteś pewien? Nie ruszyłoby cię to, gdybyś stracił Nezumiego? Byłbyś w ogóle w stanie to znieść?”
Shion wziął głęboki oddech. Zapach krwi przepełnił jego pierś. Cienkie płomienie i dym wydobywały się spomiędzy klawiszy panelu pośrodku pomieszczenia. O ścianę opierała się szafka ze szklanymi drzwiami. Szkło się stłukło, a plastikowe butelki leżały porozrzucane wokoło. Niektóre straciły już swoje zakrętki, a ich zawartość wypływała na ziemię. Shion przysunął się do nich, nie wyczuł jednak żadnego dziwnego zapachu. Na ręcznie opisanych etykietkach przyklejonych do każdej butelki widniała nazwa leku. Normalnie, Shion uśmiechnąłby się na widok zaokrąglonego pisma. Uśmiechałby się uparcie na myśl, że ktoś ręcznie wypisał nazwy w tak nieludzkim miejscu jak Zakład Karny, zamiast użyć gotowych etykietek.
Ale teraz nie miał czasu na takie myśli.

Shion przejrzał wszystkie etykiety, jedna po drugiej. Zdławił pobudzone serce, powtarzając sobie niczym mantrę, że musi się uspokoić.

Dezynfekant; środek hemostatyczny; woda utleniona; uniwersalna strzykawka; zacisk ściągający; gaza; waciki... w kącie półki leżała przewrócona na bok, awaryjna latarka. Jak się spodziewał, znalazł adekwatną ilość leków i aparatury do prostego zabiegu.

Dałby radę coś z tym zdziałać? Powierzchowna rana nie byłaby problemem; ale czy potrafiłby poradzić sobie z raną tak głęboką, że spowodowała masową utratę krwi, a co za tym idzie utratę również przytomności?

Większość medycznej wiedzy Shiona była czysto teoretyczna. Nie miał prawie żadnego doświadczenia. Co więcej, jak w takiej sytuacji mógłby zorganizować nagłe leczenie? Poradziłby sobie? Czuł się jakby tuż przed jego gardłem trzymano bagnet.

„Możesz to zrobić?”


„Muszę. Nie ma czasu się wahać. Nie mogę po prostu usiąść i się nad tym zastanawiać. Nie mogę pozwolić tak łatwo odebrać sobie Nezumiego. Nie oddam go”.


 – Nezumi, słyszysz mnie, prawda? Wiem, że mój głos do ciebie dociera.

„Nie ma mowy, żebyś mnie nie słyszał. Nie ma mowy, żeby mój głos do ciebie nie dotarł. Nieważne kiedy ani jak, zawsze doskonale słyszałeś moje słowa. Słyszałeś mnie przez hałas, rozumiałeś, odpowiadałeś mi. Wróciłeś do mnie. Tym razem sam cię sprowadzę. Ściągnę cię tu siłą”.


 – Nezumi!

Shion rozdarł jego ubrania. Kula przeszyła go pod lewym barkiem, przez górną część ramienia. Gdyby strzał padł bliżej klatki piersiowej, nabój przebiłby jego serce, zabijając go na miejscu.

„Żyj. Trzymaj się życia. Niebiosa ci na to pozwoliły. Nie dam ci stracić takiej szansy. Ale na początek muszę zatrzymać krwawienie. Potem muszę go przenieść, żeby móc porządnie opatrzyć ranę. Szybciej, choćby o sekundę. Tylko to”.
Oświetlił latarką miejsce obrażenia. Nałożył na ranę środek dezynfekujący. Oczyścił ją najlepiej jak mógł i przyjrzał jej się gołym okiem. Tętnica nie była kompletnie rozcięta. Ucisnął obojczyk, by chwilowo kontrolować krwawienie. Jego palce drżały.

„Uspokój się, uspokój się, uspokój się. Muszę się uspokoić. Pozbyć się wszelkich emocji i skupić tylko na jego ranie”.

Ucisnął tętnicę zaciskiem, umieścił na nim gazę i przycisnął wacikiem. Ciasno owinął bandaż wokół rany.

„To wszystko, co mogę teraz zrobić”.


Zaczął się pocić, a krople spływały po jego twarzy. Wpływały do ust, zostawiając gorzki posmak na języku.

„Jak długo to wytrzyma? Trzy godziny... nie, bardziej dwie, biorąc pod uwagę ile stracił krwi. Jeśli Nezumi nie otrzyma porządnego leczenia w ciągu dwóch godzin, nie przeżyje”.


Limit czasowy: 120 minut.

 – Ugh... – jęknął cicho Nezumi. Jego powieki poruszyły się nieznacznie.

 – Nezumi! Słyszysz mnie? Nezumi!

 – ...Shion... – wymamrotał.

 – Jeszcze tylko trochę. Musisz mnie znieść. Zabieram cię do szpitala. Trzymaj się i zostań ze mną. – Wkładał tak dużo siły w słowa, jak tylko potrafił.

 – ...Shion... Nie mogę... się ruszyć...

 – Nie szkodzi. Zaniosę cię. – „Jestem tu. Jestem tuż przy tobie. Więc nic ci nie będzie”. Shion owinął ramię Nezumiego wokół swojej szyi i podniósł go. Położył dłoń na jego talii, by zabezpieczyć ich pozycję, po czym wyszedł na korytarz.

Dym wbił mu się w oczy. Odkaszlnął kilkukrotnie. Ból przeszedł jego gardło, a krtań się zatkała.

Nie wiedział niczego o sztuce przetrwania, miał jednak silną wolę i świadomość, że jego serce zniesie cokolwiek je czeka. O tym Nezumi sporo go nauczył.

Shion postąpił naprzód, ciągnąc za sobą niemal pełzającego Nezumiego. Ciepło i dym krążyły nad schodami. Zejście po nich było zbyt niebezpieczne. Z drugiej strony nie było czasu na rozważanie innych ścieżek ucieczki. Gdyby się zatrzymali, otoczyłby ich dym i udusiliby się.

„Co teraz? Co teraz?”


Jego narastający niepokój i wdzierający się do jego ciała dym pozbawiły go spokoju. „Nie panikuj. Cokolwiek robisz, nie panikuj. Zawsze jest sposób”.

 – Shion...

Nezumi poruszył się. – Uciekaj... szybem na śmieci...

Jego głos dotarł do Shiona we fragmentach. Słyszał, że Nezumi desperacko usiłował zachować świadomość. Gdyby już ją stracił, powrót byłby niemożliwy; Nezumi wiedział o tym aż nazbyt dobrze.

Szyb na śmieci. Racja, była taka opcja.

W przypadku niższych pięter, od pierwszego do trzeciego, szyb na śmieci umieszczony był po środku korytarza na każdym z nich. Wyglądało na to, że małe sprzęty wyrzucane były wraz ze zwykłymi śmieciami, przez co zsyp był dość szeroki. Gdy Shion zauważył go po raz pierwszy, przeszło mu przez myśl użycie go do zinfiltrowania Zakładu. Pomysł ten umarł jednak szybko. Niemożliwym było wspięcie się po niemal prostopadłym do ziemi szybie, pozbawionym oparcia dla stóp. Zwłaszcza, że zaprogramowany był, by wzniecać alarm, gdy cokolwiek dziwnego spróbuje otworzyć drzwiczki od wewnątrz. Wejście nim było niemożliwe. Wyjście jednak – jak najbardziej.

Rozmawiali już o tym z Nezumim wcześniej. Dwa dni przed Polowaniem.

Dzień Polowania był mroźny i zimowy, z wyjącym wiatrem. Jednak dwa dni wcześniej wciąż panowała ciepła, miła pogoda. Zamiast śnieżnych chmur, błękitne niebo rozciągało się ponad Zachodnim Blokiem, a promienie słońca ogrzewały tak bardzo, że trudno było uwierzyć, że zaczęła się zima. Ludzie zdawali się robić jak najlepszy użytek ze sprzyjającej pogody, uderzając wszyscy razem na targowisko. Starzy żebracy i głodujące dzieci oblegali ulice jak zwykle, jednak zdawali się oddychać wtedy znacznie lżej niż zwykle. Sprzedawcy, którzy zwykle odganialiby ich na złośliwe, niewybaczalne sposoby, zamykali oczy wystawiając twarze do słońca i pozwalali sobie na relaks. Nie posuwali się co prawda do oddawania towaru za darmo, ale skłonni byli przymknąć oko na żebraków dopóki nic nie kradli. Niektórzy nawet żartowali z tymi bliżej sobie znanymi.

Ilu z nich spodziewało się piekła, które rozpętało się dwa dni później? Ilu z nich udało się uciec ogniowi Polowania?

Nezumi i Shion jedli twardy chleb z targowiska, zamaczany co chwila w gorącej wodzie. Może to dzięki uśmiechowi Nezumiego; sprzedawczyni dała im do chleba trochę darmowego sera. Był wspaniały, pozbawiony pleśni.

W podziemiach nie rozbrzmiewały żadne inne hałasy, poza głosami dwóch chłopców. O dziwo, nawet wycie północnego wiatru, który obudził się wraz ze świtem, nie znalazło drogi na dół. Czyżby wiatr na chwilę wtedy przysnął? Czy może to Shion był ta pochłonięty konwersacją, że do jego uszu docierał jedynie głos Nezumiego?

 – Shion, szyb na śmieci mógłby posłużyć jako droga ucieczki. Da się go wykorzystać? – zapytał Nezumi, obracając kubek wrzątku w dłoniach.

 – Szyb na śmieci... Ach tak, to jakby mieć ścieżkę prowadzącą prosto z trzeciego piętra na miejsce spotkania na parterze.

 – Tak. Z planu zgaduję, że sam szyb, poza drzwiczkami, nie należy do systemu wykrywania obcych obiektów. Heh, wygląda na to, że No.6 ma niezłe braki jak tylko przychodzi do sprzątania.

 – Masz rację – odpowiedział Shion. – I jest większy niż zwyczajny zsyp. Technicznie powinniśmy się przecisnąć.

 – Dokładnie. Nie cieszysz się, że obydwaj jesteśmy całkiem szczupli? Gdyby któryś z nas był wielkości staruszka Rikigi, utknęlibyśmy w połowie. To dopiero za duży śmieć.

 – To trochę ostre.

 – Nie ma za co. Po prostu mówię prawdę. Nie mów mi, że możesz sobie wyobrazić tego pijaka z piwnym brzuchem, spadającego w dół szybu, jakby to nie było nic takiego.

 – Cóż... chyba masz rację. – Obraz Rikigi z jego wyrośniętym podbrzuszem wyrósł w umyśle Shiona, niemal powodując u niego napad śmiechu. Przełknął go i zacisnął usta. Czuł, że nie powinien odpowiadać na słowa Nezumiego uśmiechem.

Ścieżka przez zsyp śmieci była dopuszczalna, czy może nie? Po kilku chwilach, Shion przemówił.

 – Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia czy naprawdę możemy to zrobić. Ale jest taka możliwość. To tylko teoria, żebyś wiedział – odpowiedział. Nezumi odłożył swój kubek i zatonął w krześle.

 – Możliwość, mówisz.

 – Tak.

 – Czyli to możliwe. – Nezumi skrzyżował nogi i zamknął oczy. Shion oparł się plecami o regał z książkami, przyciskając do piersi jedno kolano. Wtedy właśnie Shion po raz pierwszy usłyszał wycie wiatru. Skrzeczący dźwięk, podobny do cichych jęków staruszki.

Pokój słabo oświetlany przez świecę; profil medytującego Nezumiego; niski głos wiatru – czuł się jakby oglądał scenę ze sztuki.

Shion siedział na przedstawieniu, skupiony na żywym obrazie rozgrywającym się na przyciemnionej scenie tuż przed nim. Ciepła wygoda, tęsknota i uczucie bliskie trwodze, wraz z innymi, których nazwać nie potrafił, mieszały się w nim, wypełniając Shiona do granic.

„Gdyby tylko ten moment mógł trwać wiecznie. Gdyby tylko czas mógł się zatrzymać dokładnie na tej chwili. Gdyby tylko cały mój świat mógł zostać tym, co teraz widzę”
– życzenie pojawiło się nagle w jego sercu.

 – Życie jest tylko przechodnim półcieniem, nędznym aktorem... – kwestia z Makbeta równie niespodziewanie wyrosła w jego myślach.

 – Zgaśnij, wątłe światło.

 – Życie jest tylko przechodnim półcieniem.

Nezumi otworzył oczy. Jego spojrzenie napotkało oczy Shiona.

 – Co?

 – Eh? Nie, nic... – Shion poruszył się i odsunął odrobinę od lampy. Nie chciał, żeby Nezumi zobaczył jego policzki, świecące pewnie czerwienią.

 – Shion, wiesz o czym właśnie myślałem?

 – Ty? Cóż... chyba o zsypie na śmieci?

 – Oczywiście, że nie. Nie mam zamiaru bez przerwy myśleć o śmieciach. Poza tym ten problem już rozwiązaliśmy. Jest taka możliwość, czyli można spróbować. Mam rację?

 – Tak. – Nic nie znaczyło, że to tylko teoria. Fakt, że wciąż tylko spekulowali, niczego nie zmieniał; jeśli to możliwe, wbij sobie to do głowy – tego właśni uczył go Nezumi. Shion kiwnął powoli głową, na znak, że zrozumiał.

 – Dobrze. Chociaż gdyby to zależało ode mnie, wolałbym wyjście w chwale frontowymi drzwiami, ze wszystkimi możliwymi fanfarami. Ale ten luksus mnie raczej ominie.

 – Pewnie tak. Ostrzegłbym cię, żebyś nie spodziewał się vipowskiego traktowania. To skoro nie myślałeś o szybie, co ci chodziło po głowie? Inne drogi ucieczki?

Nezumi wyprostował nogi i westchnął ze smutkiem.

 – Myślałem o jedzeniu.


 – Eh?

 – Jedzenie. Je-dze-nie. Zastanawiałem się, co bym sobie zamówił, gdybym mógł dostać wszystko, co bym tylko chciał.

 – ...materialista z ciebie, hę? – skomentował Shion.

 – Jedzenie jest ważne. Czasem ciasto ugniecione przez starego piekarza jest bardziej znaczące niż uniwersalna prawda odkryta przez najznakomitszego filozofa. Oto natura życia. W każdym razie jestem teraz tak głodny, że zaczynam sobie współczuć. Chyba nie zasnąłbym, gdybym się teraz położył.

 – Dopiero jadłeś i to dwie bułki.

 – Stary, twardy jak kamień chleb, wrzątek i kawałek sera to raczej mało.

 – Nie bądź zachłanny – odezwał się srogo Shion. – Dzięki tej pani z piekarni dostaliśmy trochę dobrego sera. To był całkiem przyzwoity obiad.

 – Gdybyś tylko był trochę bardziej towarzyski, może i dostalibyśmy trochę wędzonej baraniny albo butelkę mleka. Szkoda.

 – Co? Co to ma ze mną wspólnego?

 – Jak to co? Wszystko. Powinieneś był widzieć, jak tamta kobieta na ciebie patrzyła. Myślałem już, że specjalnie ją ignorowałeś. Nie mów mi, że naprawdę nie zauważyłeś!

 – Nie miałem pojęcia.

Nezumi wykrzywił twarz i pokręcił głową. – Shion, musisz się za siebie trochę wziąć, poprawka, musisz się naprawdę wziąć – za swoje postrzeganie płci przeciwnej. Jeśli się nie pospieszysz, może zrobić się źle.

 – Co masz na myśli przez „źle”?

 – Tak źle, że nie mogę tego ująć słowami. A przynajmniej ode mnie tego nie usłyszysz. Nie, no ale z tobą jest naprawdę źle. Na samą myśl dostaję gęsiej skórki.

 – O czym ty mówisz? – zapytał Shion z podenerwowaniem. – Teraz mnie zaciekawiłeś. Pewnie nie mógłbym przez to zasnąć, gdybym teraz się położył. Między twoim głodem, a moją ciekawością rozegrałaby się niezła walka.

Nezumi wybuchł śmiechem, co było dla niego rzadkością. Powietrze niosło jego beztroski, zachwycający śmiech, zatapiając go w Shiona cicho i głęboko.

 – Nezumi.

 – Co?

 – Mógłbyś wyrecytować Makbeta?

 – Makbeta? Którą część?

 – Akt piąty, scena piąta, zaraz po tym, jak Makbet dowiedział się o śmierci jego żony.

 – Czemu Makbet?

 – Nie wiem – odpowiedział Shion. – Sam się zastanawiam. Tak jakoś chciałem usłyszeć z twoich ust Makbeta. Mógłbyś?

 – Cóż, nie mam nic przeciwko.

Hamlet i Tsukiyo wspięli się na ramię Shiona. Głos Nezumiego, spokojny, a jednak przesiąknięty smutkiem, dotarł do uszu Shiona.

 – Ciągle to jutro, jutro i znów jutro
Wije się w ciasnym kółku od dnia do dnia
Aż do ostatniej głoski czasokresu;
A wszystkie wczora to były pochodnie,
Które głupocie naszej przyświecały
W drodze do śmierci. Zgaśnij, wątłe światło!
Życie jest tylko przechodnim półcieniem...

Shion i myszy przysłuchiwali się oczarowani z zapartym tchem. Płomień lampy poruszył się, tak samo jak ich cienie. Cienie te również pochłonięte były przez głos i ekspresję Nezumiego, zaś Shion pozwolił im oderwać jego własną duszę od rzeczywistości i wznieść się w wyżyny niebios. Unosił się lekko w wieczystym spokoju. Jakże bogate, jakże sowite i piękne były te minione godziny.

Dwa dni przed Polowaniem, scena w tym pokoju zostawiła Shionowi wrażenie jak żadne inne w całym jego życiu. Co zdarzyło się chwilę wcześniej, zdawało się być odległe o kilka dni.

Popłynęły łzy.

Spowodował je dym, nie jego serce rozdarte nostalgią.

Pisk, pisk, pisk, pii, pii, pii. Tsukiyo pędził po podłodze, piszcząc bez przerwy. Superfibra spadła na ziemię. Shion zatrzymał się natychmiast, by ją podnieść. Siła opuściła ciało Nezumiego, a jego ciężar ucisnął ramię Shiona.

 – Nezumi, trzymaj się. Nie zasypiaj.

 – ...Wiej stąd... szybko...

 – Wiem. Nawet ja bym sobie tu pikniku nie urządził. Nezumi, już prawie jesteśmy. Zostań ze mną jeszcze chwilę.

 – Shion... nie możemy. Nie... we dwóch.

 – Eh? O czym ty mówisz?

 – Uciekaj... sam... biegnij.

 – Idioto! – krzyknął Shion. – Nie wciskaj mi czegoś takiego! – narastał w nim gniew. Wściekłość na Nezumiego. Zdawało mu się, że każdy z jego białych włosków prostował się w innym kierunku. Gorące powietrze nabierało temperatury nie tylko na zewnątrz, ale i w środku Shiona.

„Każesz mi iść bez ciebie? Mówisz, że mógłbym uciec sam? Nie wciskaj mi kitu. Nie waż się. Dlaczego patrzysz na mnie z góry? Za kogo ty mnie masz? Nie jestem tak słaby, by zostawić cię za sobą i przetrwać bez ciebie. Wiesz, mogę nas ochronić. Mam dość siły, by ochronić nas obu”.


 – Przestań mnie do cholery nie doceniać – powiedział z wściekłością.

Złość szybko zamieniła się w energię, pozwalającą mu przeć naprzód. Włożył siłę w ramiona i spojrzał przed siebie. Nigdzie nie było śladu ludzkiej obecności. Shion poczuł lekką bryzę. Płomienie zaczęły lizać sufit. Najwyraźniej jakieś chemikalia załapały ogień, gdyż rozległa się niewielka eksplozja, za którą podążył charakterystyczny, ostry zapach.

 – Tsukiyo, chodź.

Tsukiyo zanurkował do jego kieszeni. Wystawił z niej główkę i zapiszczał wysoko. Dla Shiona zabrzmiało to jak próba nawigacji myszki, która podniosła go na duchu. Musiał uciec choćby o sekundę szybciej, także dla tego maleńkiego stworzonka, które wciąż piszczało nawet pomimo utraty oddechu.

Potknął się o coś i niemal przewrócił. Ogromny więzień leżał twarzą do podłogi. Umarł topiąc ją w kałuży swojej własnej krwi. Shion przeszedł po nim i kontynuował swój marsz.

„Schody są tu, a więc zsyp musi być...”
– Przywołał w pamięci wszystkie detale planu wyrytego w pamięci. Namierzył w głowie cel. Znajdował się na rogu korytarza, gdzie teraz zbierał się dym. Wcisnął Tsukiyo z powrotem do kieszeni końcówką palca.

 – Nezumi. – „Idziemy”. Shion wstrzymał oddech i zanurkował w dym. Nie miał czasu ani sposobności, by sprawdzić drzwiczki szybu. Jego pole widzenia w tym zadymionym korytarzu było bliskie zeru. Odrobina wahania, a spotkałby śmierć przez uduszenie.

„Uwierz. Uwierz w siebie. Jeśli masz się czegoś uczepić, uczep się siebie”.

Jego stopy stanęły. Widział już otwarcie zsypu na śmieci. Żołnierz leżał o nie oparty, jakby specjalnie blokując im drogę. Jego szyja przekręcona była pod dziwnym kątem. Karabin, który najwyraźniej trzymał mocno odrzucony przez wybuch, spoczął na jego kolanie. Ten sam karabin postrzelił Nezumiego.
Shion nie czuł żadnych emocji wobec tego żołnierza. Nienawiści, gniewu czy żalu. Nie czuł nawet szacunku dla zmarłego. To, co przed nim leżało, nie było ludzkim ciałem; było jedynie przeszkodą. Shion musiał myśleć w ten sposób, by przetrwać. „To tylko przeszkoda”.

Kopnął żołnierza.

Jego ciało przeturlało się na bok, a szyja wygięła pod jeszcze dziwniejszym kątem. Drzwiczki ukazały się w pełni. „Boli. Nie mogę oddychać. Moje gardło pali. Potrzebuję powietrza”. Jego serce biło w piersi jak szalone. Siły zaczęły go opuszczać. „Cholera, zaszedłem tak daleko; nie mogę się teraz poddać. Zaszedłem tak daleko...”
„Nezumi. Co? Mógłbyś wyrecytować Makbeta? Makbeta? Którą część? Akt piąty, scena piąta...”

„Wiatr wył. Płomień tańczył. A ja desperacko chciałem usłyszeć jak recytujesz tą kwestię. Nie wiem, dlaczego. Może po prostu chciałem posłuchać twojego głosu i zatopić się w twoim oddechu. Słuchając Makbeta idącego ścieżką zniszczenia, czułem się uniesiony; byłem spełniony”. 


 – Zgaśnij, wątłe światło.

Życie jest tylko przechodnim półcieniem.

„Nezumi, wracamy do domu. Wracamy do tamtego pokoju. Nie możemy cofnąć czasu, ale możemy stworzyć go od nowa”.
Zazwyczaj zsyp na śmieci powinien być zaprogramowany, by otwierać się automatycznie, gdy tylko wyczuwał kogoś przed sobą. Oczywiście, tym razem wcale się nie poruszył. Gdy Shion położył już Nezumiego, złapał karabin i wystrzelał cały magazynek w otwarcie zsypu. Drzwiczki rozpadły się na kawałki.

Czarna, kwadratowa próżnia otworzyła przed nim swą paszczę. Jego ciało przeszył triumf.

„Nezumi, jesteśmy prawie na miejscu. Już prawie” – chciał wezwać imię Nezumiego tak głośno, jak potrafił, jednak nie mógł już mówić. Owinął Nezumiego płaszczem z superfibry. Miał zamiar ześlizgnąć się szybem razem z nim, jednak przejście było dość szerokie tylko dla jednej osoby.

Shion podniósł Nezumiego i wcisnął go do zsypu, stopami naprzód. Shion wszedł zaraz po nim, łapiąc się wejścia lewą dłonią, prawą zaś przytrzymując głowę Nezumiego na swoim brzuchu. Czuł wibracje wybuchu. Wiatr zaryczał.

Shion zamknął oczy i uwolnił uścisk lewej ręki. Dwa ciała zjechały w dół prostopadłego szybu.



***



 – Ał! – krzyknął Inukashi. Ugryziono go w ucho. – A to za co było? Bolało. Wy szczury jedne.

Z dłonią przy uchu, Inukashi spojrzał na dwie myszy ściśnięte bokami.

 – Nazywanie was szczurami to chyba nie jest trafna obelga. Co w rodzinie to nie zginie. Cholera, to boli.

Zdecydowanie za szybko zapadł w sen, rozłożony na biurku. „Ja to mam jaja, żeby zasypiać w takim momencie. Heheh” – dodał sobie w myślach odwagi, masując ucho. Tak naprawdę prawdopodobnie po prostu stracił przytomność z wycieńczenia, jednak nie miał wyrzutów sumienia przez takie prawienie sobie komplementów.

Usłyszał chrapanie. Rikiga skulił się na podłodze u jego stóp, rycząc głośno. Nawet mityczne potwory nie potrafiłyby hałasować w tak przerażający sposób.

 – Tsk, wygląda na to, że staruszek ma jeszcze więcej jaj – cmoknął językiem Inukashi. Małe myszki zbiegły po jego ramieniu.

 – Hej, przestańcie. To było tylko cmoknięcie. Nie chcę się z wami bawić. Ani nie mam nic do jedzenia. Hej, nie gryź mnie w ucho! Ja też chcę jeść!

Pisk, pisk, pisk. Pisk, pisk, pisk.


Piii! Piiii! Piiii!

Myszy wspięły się i popędziły po ramieniu Inukashi. Ich bieganiny i piski były zdecydowanie podejrzane.

 – Co jest? Coś się stało?

Poruszył nosem. Poczuł zapach spalenizny. Dym wdzierał się przez lekko uchylone drzwi. Płonęły wnętrzności Zakładu Karnego.

 – Cholera... – mruknął do siebie Inukashi.

Dym wypełniłby pokój w kilka chwil. Powinni uciec zanim, by się to stało.

„To poważne. I niesamowite. Skoro dym dostał się aż tak daleko, pożar musi być naprawdę duży. Co z urządzeniami gaśniczymi? Nie zadziałały? Coś może nie działać w Zakładzie Karnym? To w ogóle możliwe?”
Inukashi przełknął ślinę. „To ich sprawka? Czyżby Nezumi i Shion zatrzymali wszystkie systemy? Naprawdę spełnili ten cud?”


 – Możesz działać cuda łatwiej niż myślisz, Inukashi. – „Mówisz mi, że nie kłamałeś wtedy, ani mnie nie naciągałeś?”
Dym rozprzestrzeniał się coraz szybciej, niosąc za sobą zapach spalenizny i ciepło. Stanął jak wryty. „Zaraz. Chwileczkę. Oni nadal tam są?”
Ten dym, ten zapach, ta temperatura. Nie mógł sobie wyobrazić, by ktokolwiek mógł to przetrwać. Jego ciało stało się jeszcze zimniejsze.

„Nezumi, lepiej żebyś wiedział, że można to nazwać cudem, tylko jeśli wrócisz żywy i to powtórzysz. Jeśli tam umrzesz, to nie żaden cud. Nawet grobu nie dostaniesz. Jeśli nie wrócisz po tym całym gadaniu, wyśmieję cię. Wyśmieję cię jak nigdy dotąd”.

Rikiga zakrztusił się dymem i zaczął kaszleć. Myszy zapiszczały. Zdawały się, że ryczały całą swoją siłą.

 – Co jest? Co mam zrobić? Co się stało waszym panom? – Inukashi też chciał krzyczeć. „Co, do jasnej cholery, mam teraz zrobić?”

Jedna z myszy – nie mógł stwierdzić, czy to Cravat czy Hamlet – wbiegła do miejsca zbiórki śmieci. Pędziła jak szalona pod szybem na śmieci z kwadratowym otworem. Druga dołączyła do niej, po czym obie obiegały okręgi wokoło.

„Zsyp na śmieci? Chwila, po co w ogóle Nezumi nas tu ściągnął? Zsyp na śmieci...”
Inukashi ocknął się i kopnął Rikigę w tyłek.

 – Pomóż mi, staruszku.

 – C–co? Co jest?

 – Wracają. Przydaj się.

W kącie pomieszczenia zbioru śmieci leżało kilka starych, znoszonych mat. Getsuyaku podkładał je, by zapobiec dalszym uszkodzeniom aparatury spadającej szybem. Im mniej dobra były uszkodzone, tym większą sumkę mógł za nie dostać. Getsutaku nieźle zarabiał na śmieciach, wypadających przez ten otwór.

W górach śmieci leżały odłamki szkła, a niektóre części podłogi odkrywały czysty beton. Gdyby chłopcy spadli w takim miejscu, ich kości zostałyby zmiażdżone siłą upadku. „Mogę dopuścić coś takiego, jeśli chodzi o niechciane maszyny, ale to są ludzie. Nie wolno mi pozwolić ich kościom się połamać”.
 – Pospiesz się, dziadku. Przestań się obijać.

 – R–racja – Rikiga przyczłapał do mat i złapał jedną z nich.

 – Musimy je tu ułożyć. Kładź to tu. Szybko!

 – Jasne... ale Inukashi, oni naprawdę tu wrócą? Jak niby...

 – Zamknij się i nabierz ruchów! Pospiesz się!

Inukashi nastawił uszu, przesuwając maty. „Wracaj, Nezumi. Wracaj, Shion”.

 – Inukashi, dym robi się gęstszy! – krzyknął Rikiga. Małe pomieszczenie pochłaniały opary.

„Po prostu wróćcie, Nezumi, Shion”.

„Proszę, po prostu wracajcie do domu”.
Słyszał, jak wiatr przewiewa szyb.

„Wróćcie”.

„Proszę, wracajcie”.

„Boże, miej ich w opiece”. Inukashi złożył dłonie w modlitwie i pomodlił się do Boga po raz pierwszy w życiu. „Boże, proszę...”




==Koniec rozdziału 4==


Wykorzystano fragm. „Makbeta” Szekspira w przekładzie Józefa Paszkowskiego oraz wiersza Artura Rimbauda pt. „Ofelia” w przekładzie Jana Kasprowicza.

czwartek, 20 września 2012

Tom VIII: Rozdział 3


((Nice to see you again~ pod poprzednim rozdziałem pobiliśmy rekord na najmniejszą liczbę komentarzy, ale tu coś się w końcu zaczyna się dziać, więc można się pobawić >D))


Rozdział 3

Wstrzymaj się i zaniechaj 
bratobójczej wojny



Bystroumny Odysie, zacny Laertiado!
Wstrzymaj się i zaniechaj bratobójczej wojny!
Mógłbyś Zeusa obrazić: on w pioruny zbrojny!
Homer, Odyseja


Drzwi windy odrobinę się otwarły. Nezumi zawiesił na nich rękę.

„Daj mi siłę. Proszę”. – Modlił się, jednak nie do boga. Modlił się do dziewczyny o przekornym spojrzeniu. – „Safu, daj nam siłę. Jeszcze trochę, tylko odrobinkę...”

Drzwi rozwarły się, jednak nie dość szeroko. Wciąż jeszcze nie mogli uciec. Nezumi słyszał za plecami ciężki oddech.

 – Shion...

Shion podnosił się na nogi. W ciszy wyciągnął ręce przed siebie, a jego palce złapały drzwi. Spojrzeli na siebie. Tsukiyo wystawił pyszczek spod fałd superfibry i zapiszczał głośno.

Pisk!

Nezumi i Shion uznali to za znak, by naprzeć na drzwi całą swoją siłą. Szczelina poszerzyła się na tyle, by jedna osoba mogła się przecisnąć z pewnymi trudnościami.

Winda zachwiała się. Jego stopy przesunęły się niestabilnie.

 – Szybko, wyłaź! – Nezumi wypchnął Shiona przez szparę, zanim sam się przez nią przecisnął. Winda zaskrzypiała irytująco, po chwili jednak skrzypienie zmieniło się w łomot. Winda spadła w dół, jakby czekała, aż ci dwaj z niej wyjdą.

Nezumi zamknął oczy na moment. „Jestem ci wdzięczny, Safu”. Pot spływał po jego policzkach. Rana na nodze pulsowała. Serce uderzało całą siłą.

Wszystko go bolało.

Zarówno siła fizyczna, jak i psychiczna ucichła, skuliła się, ledwie pozostając w jego ciele. Mógłby paść pod ciężarem przytłaczającego go bólu, jednak to właśnie ten ból, był dowodem, że żył. Jeszcze żył.
Otworzył oczy i rozejrzał się wokoło.

Korytarz był mokry, a ziemi leżało roztrzaskane szkło i dwóch martwych mężczyzn. Czarnowłosy żołnierz i Rashi wyglądali dokładnie tak samo, jak w chwili, gdy Shion i Nezumi ich opuścili.

Jeden leżał na ziemi umazanej krwią, drugi zaś spoczął tuż pod ścianą. Bariery zniknęły. Spryskiwacze były wyłączone. Nigdzie nie było ani śladu ludzkiej obecności.

Nic. Słychać było jedynie oddechy Nezumiego i Shiona, niemal zbyt głośne.

Bum. Coś eksplodowało. Odwrócił się, by ujrzeć dym wydobywający się z pokoju na końcu korytarza. Było to pomieszczenie, do którego wpadli po zniszczeniu otworu wentylacyjnego. Płomienie szybko wylały się za próg.

Wszystko płonęło.

Podobny dźwięk wybuchu wydobył się z piętra niżej. Słyszał poruszenie i krzyki ludzi.

Systemy komputerowe na każdym piętrze uruchamiały ten sam program, zmuszający je do wybuchu i utonięcia w płomieniach. Niczym lojalna służba, wszystkie urządzenia w Zakładzie Karnym szły sznurem za Matką.

Czyżby maszyny podążały krokami swego pana, pomimo że nie miały duszy? Nie; po prostu zostały tak zaprogramowane. Porażka matki oznaczała śmierć dla wszystkich systemów w Zakładzie Karnym. Skonfigurowano je tak, by wysadziły się w powietrze, gdy tylko sygnały od Matki zostałyby odcięte. Nie było to nic tak swobodnego, jak pozbycie się danych czy wyłączenie z operacji danego urządzenia. Na każdym z nich wymuszano wybuch.

A więc jednak szły do grobu za mistrzem? To było jednak wymuszone samobójstwo. System zakończył wszystko wraz z własnym istnieniem. Niczemu nie pozwolił przetrwać. Czyżby stwórca tego urządzenia podarował mu logikę dyktatora?

Płomienie wylały się na korytarz. Zaatakowała ich fala gorąca. Dym wypełnił powietrze. Nie działało już żadne urządzenie wentylacyjne. Ani te służące do odprowadzania dymu, ani te do oczyszczania powietrza. System potrafiący tak łatwo pozbywać się wszelkich niechcianych stworzeń, stał się bezużyteczny.

 – Shion, na dół. Musimy uciec schodami.

Zbiegli po schodach. Uderzało ich gorące powietrze. Personel krzyczał i rozbiegał się w popłochu.

 – Ogień! Pali się!

 – Nie, to eksplozja! W pewnej chwili  niczego się już nie dało kontrolować! Och, co za bałagan!
 – A niech to, moja ręka! Pomocy! Wezwijcie lekarza!

 – Musimy uciec, szybko!

 – Co się dzieje? Co się stało? Automatyczne drzwi się nie otwierają. Co ze światłami?

 – Pomocy ! Ta osoba krwawi!

 – Ten dym... duszę się.

 – Winda także nie działa. Schody... zostały tylko schody.

Prawdziwe pandemonium. Wszyscy zaczęli napierać na schody; każdy próbował wydostać się przed innymi. Niektórzy poślizgnęli się i upadli pod nogi innych. Kolejni próbowali pomóc przyjaciołom, ale następni przechodzili po nich nie zwracając na leżących uwagi; jedni płakali inni krzyczeli; gdzieś w oddali słychać było, że ktoś starał się ich poinformować o ścieżce ewakuacji. Kobieta pomogła wstać krwawiącemu mężczyźnie; ten zaś odepchnął ową chwiejącą się kobietę i przebiegł po niej. Każdy pokazywał swoją prawdziwą naturę wśród tej tragicznej scenerii.

Powietrzem wstrząsnęła jeszcze głośniejsza eksplozja.

Z całą pewnością musiała wybić gdzieś dziurę, bo dało się czuć powiew. Dym przerzedził się nieco w powietrzu. Nawet jeśli tylko przez moment, wciąż mogli złapać oddech.

Znowu, ten sam dźwięk i słaby ryk tłumu.

Nezumi odwrócił się, by potwierdzić, że dochodził ze skrzydła więziennego. Zamieszanie wybuchło wśród zamkniętych więźniów. Jednak jeśli całe to skrzydło było kontrolowane przez komputer, drzwi cel powinny się teraz otworzyć. Być może słyszał głos wiwatujących więźniów.

A jeśli tak...

Dotarli na trzecie piętro. Płomienie, dym i zamieszanie odznaczały się znacznie mniej niż na czwartym. Niektórzy ludzie łapali oddech na poręczach schodów, odzyskiwali rozsądek i pomagając sobie nawzajem, próbowali uciec z tego piekła.

„Możemy to wytrzymać i uciec?” – pojawiła się nadzieja. Jasny promień światła przebił mrok.
Wszystkie systemy zostały wyłączone. Zakład Karny stał się zwykłym budynkiem, pustą skorupą pozbawioną swej funkcji. Jednak przez więźniów chaos mógł się pogorszyć.

„A jeśli tak się stanie... może będzie to można wykorzystać do ucieczki”. Niewiele już stało im na drodze.

 – Shion, chodźmy. – Nezumi opanował swe przepełnione chęcią serce i złapał nadgarstek Shiona. Jednak on nie miał zamiaru sie ruszyć.

 – Shion! – zawołał natarczywie. – Co jest? Musimy się stąd szybko wydostać.

 – Dlaczego ją zabiłeś? – mruknął Shion, ledwie poruszając ustami. Zabrzmiało to niemal jakby po prostu zaczerpnął powietrza. Nezumi puścił jego dłoń, by napotkać spojrzenie Shiona. Poczuł, jak jego własna krew marźnie. Zamarzał od stóp do głów.

 – Nezumi, odpowiedz mi. Dlaczego zabiłeś Safu? – głos Shiona nie chciał przejść przez gardło, nabierając przez to nienaturalnie mrocznego tonu. Nezumi czuł się, jakby słuchał monotonnej muzyki ze starego głośnika.

 – My... Przyszedłem tutaj, żeby uratować Safu. Uratować ją... a nie zabijać. – Całe ciało Shiona zaczęło się trząść, jednak z jego twarzy nie dawało się odczytać jakichkolwiek emocji. Żadnego niepokoju, gniewu, smutku czy boleści.

 – Shion, spóźniliśmy się. Ona już...

 – Ona żyła. – Mroczny głos Shiona przebił go nagle. Poczuł się, jakby uderzono go w policzek. – Ona żyła i stała tuż przede mną.

 – To była iluzja. Sam powinieneś wiedzieć. To nie była ona. Tylko zwykła iluzja.

 – Nie! Nie! Nie! – krzyknął Shion. – Safu żyła. Żyła i tylko dlatego mogła się przede mną pojawić. Nezumi, nie obchodzi mnie, jaką przybrała formę. Safu żyła.

 – ...Nie obchodzi, hę.

 – Tak. Safu mogła stracić swoje ciało, ale żyła. Żyła i na mnie czekała. Miałem ją uratować. Powinienem był z nią zostać. Mylę się, Nezumi?

„Safu żyła”. Żyła? Naprawdę żyła? Nezumi zacisnął szczęki. Żyła i czekała na Shiona. Czekała, tylko na niego. Żyła jedynie po to, żeby jeszcze raz zobaczyć Shiona. I jej życzenie się spełniło.

„Safu, Shion pokonał wszelkie przeszkody na swojej drodze, by do ciebie przyjść. Mogłaś spotkać się z osobą, którą kochałaś najbardziej. Jednak twoim następnym życzeniem, było zniknięcie z jego oczu. Tak, to ty tego chciałaś”.

„Nie chciałaś, żeby Shion cię zobaczył”.

„Dlatego...”

 – Shion, nie mogliśmy jej uratować. Zdążyła połączyć się z Matką. I... I wybrała śmierć wraz z nią.

 – I to twój argument? Dlatego zabiłeś Safu?

 – To co miałem zrobić?! – krzyknął Nezumi. Jego krew, która powinna być teraz zmrożona, zaczęła gotować się, płynąc przez ciało. – Nie rozumiesz, jak się czuła? Przywołała nas, bo chciała cię zobaczyć. A... a ty nadal nie widzisz, że po prostu chciała się uratować? Nie mówię o ucieczce z Zakładu Karnego. Już wiedziała, że to niemożliwe. Dlatego chciała, żebyś uratował ją chociaż z tej cholernej sytuacji. Byłeś ostatnią osobą, która powinna ją tak zobaczyć. Naprawdę, nie czujesz tego? Rozumiesz, prawda?

Oddech Nezumiego stał się nierówny. Wyraz twarzy Shiona wcale się nie zmienił. Nie ruszył się ani o centymetr. Dym wbijał się w oczy Nezumiego.

„Musimy uciekać. Nie możemy tu stracić więcej czasu”. Jego myśli były jasne, jednak stopy nie mogły się ruszyć. Drżały przed spojrzeniem Shiona.

 – Shion, nie mogę o tym myśleć tak jak ty. Spóźniliśmy się. Safu już nie żyła. – To były jego prawdziwe myśli. – Odwracasz się od rzeczywistości. Nie dałoby się oddzielić jej od Matki. Sama nawet to powiedziała: nie miała ciała, a jednak ją uwięziono. Powiedziała, że ją to boli, że chciała, żebyś ją uwolnił. Chciała, żebyś uwolnił ją z tej klatki, od tego upokorzenia.

Nie mylił się. To Shion źle myślał. Nie był w stanie zaakceptować utraty Safu. Próbował odwrócić wzrok od prawdy.

 – Wykorzystałeś ją. – Niski, niski szept. Nezumi go nie dosłyszał.

 – Co?

 – Wykorzystałeś Safu do zniszczenia Matki. Mylę się? – Oczy Shiona poruszyły się powoli z prawej na lewą. Tsukiyo wyjrzał na chwilę spod superfibry, po czym znów sie schował.

 – Zniszczenie Zakładu Karnego od samego początku było twoim celem. Nigdy nie miałeś zamiaru ratować Safu, chciałeś tylko zniszczyć Zakład Karny i użyć go, jako bramy do zniszczenia No.6. Cały czas czekałeś na taką szansę. Dlatego nie wahałeś się co do zniszczenia matki. W ogóle się nie zawahałeś. Użyłeś jej dla własnych celów. Poświęciłeś ją.

Nezumi wpatrywał się w Shiona. „Wykorzystałem ją? W ogóle się nie wahałem? Poświęciłem ją? Shion, naprawdę tak myślisz?”

„Ale czy on się myli?”
Usłyszał pytający go głos. Nie należał do Shiona. To był jego własny. „Nie wykorzystałeś jej? Nie poświęciłeś jej? Nie postawiłeś własnych życzeń ponad cudzym życiem?”

„Nie zrobiłeś tego? Nie zrobiłeś tego? Nie zrobiłeś tego?”

Ryk.

Grupka ludzi w ciemnozielonych koszulkach zbiegła z krzykiem ze schodów. Byli więźniami. Ich głośne okrzyki radości uderzały ściany wokoło i odbijały się.

Ryk. Ryk. Uciekać. Uciekać.

 – Stać! Powiedziałem stać! – Rozkazy Urzędnika Ministerstwa Bezpieczeństwa pochłonął zgiełk. Nagle rozbrzmiał strzał. Mężczyzna, próbujący wyprzedzić Nezumiego, zachwiał się w tył i padł na podłogę korytarza. Strzał trafił go w głowę.

 – Stać! Stać albo będę strzelać!

 – Uciekać! Trzeba się stąd wydostać! – krzyczeli więźniowie. – Nie stawajcie! Uciekać! Szybko, zwijajmy się stąd!

Wszyscy więźniowie mieli przekrwione oczy. Niektórym piana płynęła z ust. Każdy z nich, biegnąc, ryczał jak bestia.

Zostanie więźniem Zakładu Karnego oznaczało śmierć. Winny czy nie, niezależnie od rangi popełnionej zbrodni, gdy tylko trafiało się do więzienia, stawało się w kolejce do egzekucji.

„I tak zostaniemy zabici, więc czemu nie chwycić się tego cudu? Trafimy szansę jedną na milion i będziemy wolni”.


„Do zewnętrznego świata. Do zewnętrznego świata. Biec w stronę światła”.

Strzały. Rozbryzgi krwi. Białowłosy więzień wypadł za poręcz. Strzały, eksplozje, dym, ogień.

 – Shion, tu jest niebezpiecznie! – Nezumi złapał ramię Shiona i szarpnął je. Nie spotkał żadnego oporu. Shion zachwiał się i uderzył barkiem o ścianę. Osunął się na ziemię, wciąż się opierając.

 – Nezumi... przepraszam. – Skomlenie wylało się z jego suchych ust. – Przepraszam. Ja... ja... – Shion ukrył twarz w dłoniach i wziął kilka głębokich oddechów.

 – Wiem – powiedział Shion. – Wiem, że nie mieliśmy innego wyboru. Spełniłeś życzenie Safu... Nie mam powodu ani prawa cię obwiniać. To byłem ja... To ja powinienem był to zrobić. To moim zadaniem było uratowanie Safu. Ale nie mogłem. Bałem się... i nie mogłem tego zrobić. Znowu się tobą wysłużyłem, zrzuciłem wszystko na ciebie, wykorzystałem cię do brudnej roboty. Nie chciałem przyjąć do wiadomości mojego tchórzostwa, więc obwiniłem ciebie...

Nezumi spojrzał w dół na śnieżnobiałe włosy Shiona. Pomimo tak spartańskich warunków, nie straciły ani odrobiny swojego blasku. Każdy włosek lśnił elegancko.

 – Wciągnąłem cię w to, a nawet Rikigę–san i Inukashi... a koniec końców... Nezumi, nie przyszliśmy tu, żeby niszczyć. Przyszliśmy na ratunek. Ale...

 – Przyszliśmy tu niszczyć.

Shion uniósł twarz. Była wysmarowana potem i krwią.

 – Masz rację. Miałem tylko jeden cel i było nim zniszczenie Zakładu Karnego. Od samego początku w ogóle nie planowałem ratować Safu.

 – Nezumi...

Nezumi spojrzał w bok. Nie był w stanie znieść wzroku Shiona.

 – Potrzebowałem cię. Wiedziałem, że bez twojej pamięci i oceny sytuacji, nie mógłbym dostać się do Zakładu. Byłeś moim ostatnim i najlepszym asem. Zastanawiałem się przez dłuższy czas, jak mógłbym cię użyć... a oto odpowiedź. Safu była tylko wymówką. Po prostu... wykorzystałem was oboje dla własnych celów.

„Tak, Shion, nie mylisz się. Zdradziłem cię. Cały czas się z tobą bawiłem. Nie wciągnąłeś mnie w to; było dokładnie odwrotnie. Zastawiłem sprytną pułapkę”.

 – Mój plan poskutkował. Spójrz na to całe zamieszanie. Zakład Karny się wali. Shion, ja... ja pokierowałem wszystkim tak, jak było mi wygodnie. Chociaż nie spodziewałem się, że pójdzie tak dobrze. Spisałeś się milion razy lepiej, niż przypuszczałem. Byłeś dla mnie... naprawdę użyteczny.

Shion podniósł się niestabilnie.

 – Nezumi, o czym ty mówisz?

 – Nigdy nie wierzyłem, że Safu mogłaby być bezpieczna. W momencie , w którym ją złapano, jej szanse ucieczki spadły do zera. Shion... uwolnienie Safu nigdy nie miało dla mnie znaczenia. Kiedy umieściłem bombę w Matce, myślałem jedynie o zniszczeniu jej i nawianiu tak szybko, jak tylko się dało. To wszystko.

Płaszcz z superfibry zsunął się z jego szyi i opadł na stopy. Czyżby nieświadomie pochylał głowę? Nezumi schylił się, by podnieść materiał i spojrzał na stojącego przed nim chłopca.

 – Nie proszę cię, żebyś mi wybaczył. To nie jest coś, za co mogę przeprosić i myśleć, że mam spokój.
 – O czym ty mówisz? – powiedział głośno Shion. – Nic nie rozumiem.

„Naprawdę? Naprawdę niczego nie pojmujesz?”


„Jesteś kłamcą, Shion. Wiesz, o czym mówię. Rozumiesz każde słowo. I nigdy mi nie wybaczysz. Stracisz we mnie wiarę i mnie przeklniesz. A może nawet...”

Pisk!

Tsukiyo zaskrzeczał ostro. Nezumi poczuł jak jego kręgosłup się prostuje. Zdawało mu się, że wbijają się w niego niewidzialne strzały. To była chęć mordu.

Odwrócił się. Stał tam celujący w niego mężczyzna. Nie był urzędnikiem Ministerstwa Bezpieczeństwa. Należał do żołnierzy pod rozkazami Rashiego.

Nezumi zauważył go za późno.

 – Shion, w dół! – odepchnął Shiona tak mocno jak mógł. Natychmiast przyszedł impakt. Promień światła zdał się przebić całe jego ciało.

Palił go.

Próbował krzyczeć.

„Uciekaj, Shion. Szybko!” – myślał, ale nie słyszał swojego głosu. Gdzieś – gdzieś w jego ciele, coś płonęło. Było gorące.

 – Nezumi!

Widział, jak Shion wytrzeszcza oczy. Widział czysto jego otwierające się w krzyku usta, jego zbliżającą się dłoń, kształt jego palców. Obraz był tak czysty, że zdawał się być wręcz nierealny.

Wyraźna scena zachwiała się, zamykając w mroku.

Wszystkie kolory wyblakły.


***


Ciche piśnięcie.

Czarny pies padł na ziemię. Jego kończyny trzęsły się, gdy z pyska wylewała się piana. Urzędnik Ministerstwa podniósł się, trzymając swoją broń. Pies przestał się w po chwili ruszać. Pomimo swojej agresywnej natury, kochał drzemać na słońcu. Często wylegiwał się w ciepłych promieniach, prawie tak jak teraz, wyciągając nogi za siebie. Miał problemy z temperamentem, ale był lojalny Inukashi.

„Przepraszam”.

Inukashi spojrzał na psa i przeprosił go szczerze w sercu. „Przepraszam, że musiałeś przez to przejść. Wybacz mi”.

Widział lufę broni. Widział zapadnięte policzki mężczyzny o chudej twarzy, który ją trzymał. Nie zatrzymał się. Moment wahania, moment zastanowień mógł kosztować go życie. Gdy zaczął się już ruszać, nie mógł przestać. Stojąc twarzą w twarz z wrogiem, nie miał prawa stchórzyć.

Wycelował broń i wystrzelił ślepo w furii.

„Cholerne dranie! Mordercy! Wszyscy jesteście okrutnymi, brudnymi złodziejami. Oddajcie wszystko, co nam ukradliście. Zdzieraliście z każdego w Zachodnim Bloku przez cały ten czas. Zabijaliście wszystkich po kolei. Wy zimnokrwiści mordercy. Miejcie trochę wstydu. Dokładnie. Bezwstydni, podli ludzie. Cholera”.

W głowie ciskał w nich tyle obelg, ile tylko znał. Nie mógł jednak wymówić ich na głos. Gdyby tylko jego gniew mógł zmienić się w naboje i roztrzaskać tą niebiesko–szarą broń.

„Boże, nie możesz raz na jakiś czas zesłać nam tu cudu? Szybko ci poszło odwrócenie się od Zachodniego Bloku, jak matka porzucająca niemowlę pod śmietnikiem. Nie słyszałeś nigdy o czymś takim jak moralność? To daj mi cud, chociażby tylko po to, żeby się z tego wydostać. Podrzuć nam coś, żebyśmy mogli to przetrwać”.

Jego stopa się poślizgnęła. Stracił balans i wylądował na tyłku. Kule odbiły się blisko jego stóp. Gdyby nie upadł, zostałby trafiony.

„Fiu, ciągle zostało mi jeszcze trochę szczęścia”.

 – Nie ruszać się, brudne szczurzyska. – Urzędnicy Ministerstwa wycelowali w nich bronie. W tym samym momencie rozbrzmiał denerwujący bas.

 – Zaraz się was pozbędziemy.

„Brudne szczurzyska? Nie waż się nawet stawiać mnie na poziomie tych niskich zwierząt”.

Inukashi spróbował pociągnąć za spust, jednak doszło do niego, że skończyła mu się amunicja. Spojrzał na miejsce ukrycia Rikigi.

„Staruszku, co ty tam, do cholery, robisz?” – Barytonowe dudnienie wylewało się z, cokolwiek komicznego, szerokiego końca armatki dźwiękowej. Przygotowania zdawały się być zakończone.

„Co? Nie ma opcji. To wszystko?” Przewiał go mroźny wiatr. „To już koniec? Umrę tutaj? To się nie może dziać. Żartujecie sobie ze mnie. Nezumi, to nie to, co obiecałeś. Całe przedstawienie zostanie zrujnowane jeszcze zanim główni aktorzy wejdą na scenę. Co, do diabła, ja mam teraz zrobić? Zrób coś, cokolwiek, Nezumi!”

Nagle światła zgasły. Rozbrzmiał alarm.

 – Co to? Co się dzieje?

 – Nie wiem. Coś się stało w budynku.

 – Hej! Słyszałeś eksplozję?

 – Eh? Teraz jak o tym wspominasz...

Inukashi czuł wyraźnie niepokój urzędników.

 – Nie widzę! Nic tu nie widzę!

Piskliwe krzyki, niemal wrzaski, rozbrzmiewały w ciemnościach. „Tak samo było ze smrodem. Są naprawdę, naprawdę słabi”. Inukashi uśmiechnął się do siebie.

Ludzie z No.6 byli niewiarygodnie słabi, niemal wzbudzając w nim śmiech politowania, gdy tylko coś przestało iść zgodnie z planem w ich małym, czystym środowisku. Może i nawet żołnierze byli mniej odporni. Jednak urzędnicy Ministerstwa Bezpieczeństwa tchórzyli, jawnie okazując swą delikatność.

„Spójrzcie tylko na siebie. Najpierw zbudowaliście tą swoją morderczą broń ze spokojem na twarzach, a teraz boicie się ciemności. Obrzydliwe”. Inukashi rzucił w nich obelgą, wciąż siedząc na ziemi. Powstrzymał się od skoczenia na nich.

 – Jeszcze nie. Nie spiesz się – powiedział sobie.

Alarm rozbrzmiał jeszcze głośniej. Okropny hałas napierał na jego bębenki.

„Alarm. Powtarzam, alarm”.


„Zagrożone na poziomie piątym”.


„Wszyscy pracownicy mają natychmiast opuścić budynek”.


„Poziom 5. Powtarzam, Poziom 5”.

 – Poziom 5? Co jest, co się dzieje?

 – Nie wiem, ale powinniśmy się ewakuować. Musimy się stąd wynieść, albo będziemy w niebezpieczeństwie.

 – Hej, znowu. Słyszałem to. Coś co chwila eksploduje i to wszędzie. Trzeba stąd zwiewać!

 – Ja... chciałbym, ale jest tak ciemno... dlaczego zapasowe oświetlenie nie działa?

 – Tu sortują śmieci. Naprawdę myślisz, że mieliby zapasowe oświetlenie?

„Teraz!” – Inukashi pchnął maszynę, używając całego swojego ciała jako dźwigni. „Mi nie przeszkadza ciemność. Teraz zobaczycie, jak bardzo się różnimy”.

 – Dranie! – Krzyknął przekładając broń. Uderzył nią o coś. Psy rzuciły się na to. Inukashi zaczął wyrywać wszystkie rurki i kable przyczepione do, jak się okazało, armatki.

„Dranie. Dranie. Robić takie cholerstwo. Stworzyliście potwora, dobrego jedynie w zabijaniu ludzi”.


„Poziom 5. Poziom 5”.


„Nakaz ewakuacji. Nakaz ewakuacji”.

 – Na zewnątrz! Idź na zewnątrz! Tu jest niebezpiecznie!

 – Tak, trzeba uciekać! Mamy się ewakuować!

Inukashi stał, oddychając ciężko. Pot oblewał całe jego ciało. Drżał. Jednak nie mógł przestać. Zazgrzytał zębami. Jego serce biło tak szybko, że trudno mu było złapać oddech.

Padł na kolana, gdy opuściły go siły. Natychmiast pojawiły się przy nim psy. Jeden, o futrze w łaty, pchnął go nosem. Inukashi uczepił się jego włochatego karku i ukrył twarz w miękkiej sierści. Pachniała tak przyjemnie. Znał ten zapach odkąd tylko pamiętał. Nosiła go jego matka, jego rodzeństwo i jego przyjaciele. Był słodszy niż woń jakichkolwiek kwiatów.

Łzy same popłynęły. Spływały jedna za drugą. „Jesteśmy uratowani. Uratowano nas”. Pies zlizał łzy z jego policzków. „Jest ciepły. Och, jaki ciepły. Ja nadal żyję”.

 – To tylko dzięki wam. Dziękuję. Naprawdę dziękuję.

 – Inukashi... – Rikiga wygramolił się przez drzwi pokoju zbiórki odpadów. – Wygląda na to, że uciekli.

 – Rany, staruszku – westchnął długo. – Teraz w dobrego gościa się bawisz? Poszedłeś sobie zakupy zrobić, czy co?

Delikatnie otarł łzy, by Rikiga ich nie zobaczył. Ten wzruszył ramionami i zaśmiał się lekko w ciemnościach.

 – Mówiłem ci, jestem filantropem. I dobrze wychowanym gentlemanem. Nikt bardziej ode mnie nie pasuje do unikania zabijania. Cokolwiek by się nie działo, ja nigdy nie byłbym w stanie rzucić się tak jak ty.

 – Cóż, w takim razie możesz się obrócić i nigdy nie wracać. Jesteś tylko bezużytecznym pijakiem, nawet kiedy nie ma cię w pobliżu. Spowalniałbyś mnie tylko.

 – Nie musisz się od razu wściekać – odpowiedział z lekkością Rikiga. – Ach, ale muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem walki. Gdybym był dziewczyną, poleciałbym na ciebie1. Brawo, brawo.

Inukashi zmarszczył nos na aplauz Rikigi.

 – Już się we mnie bujasz, staruszku? Straszne. Dostaję gęsiej skórki. Ledwo udało mi się wyjść z pola bitwy, jasne? Naprawdę, byłoby świetnie, gdybyś przestał. To złe dla mojego serca. Ostatnim, czego chcę, jest zawał serca.

Rikiga puścił mimo uszu obelgi Inukashi. Okrążył dłonią ucho i nasłuchiwał w skupieniu. Alarm uciął się równie nagle, jak się włączył.

Inukashi również zaczął nasłuchiwać.

Słyszał coś w rodzaju odległego szumu morza czy błyskawicy.

„Co jest? Co to za hałas?”

 – Coś się dzieje w  Zakładzie Karnym – powiedział Rikiga ospałym głosem. – I to nie tylko eksplozje... Słychać jeszcze krzyki. Tak, słyszę je.

Drzwi połączone z Zakładem Karnym wciąż pozostawały otwarte i przez nie właśnie mogli słyszeć, co działo się w środku. Dwie przestrzenie, szczelnie dotąd oddzielone, połączyły się.

 – Hej, Inukashi. Zaczyna się? Czy to już początek? – Jego głos drżał, urywając się. Inukashi nie widział jego twarzy, ale przypuszczał, że Rikiga zarumienił się z ekscytacji. Nawet nie musiał tego widzieć. „Moja twarz też pewnie jest teraz takiego koloru” – pomyślał. – „Ekscytuję się. Nosi mnie”.


„To początek. Nareszcie początek. W końcu początek”.


„Nezumi, Shion, naprawdę to zrobiliście. Nie wiem, do cholery, jak  wam się to udało, ale udało się. Odcięliście alarmy w całym Zakładzie Karnym. Poziom 5. Czy to najwyższe piętro? Jeśli tak... hah, robi się interesująco. Będzie zabawa”.


„To muszą być wystrzały broni w oddali”.

Inukashi nieświadomie oblizywał usta.

„Nezumi, ten cholerny oszust, tym razem nie zakończył na gadaniu. Zrobił, co obiecał”.

 – Myślisz, że teraz Zakład Karny się zawali? – mruknął Rikiga wciąż drżącym głosem.

Nagle światła się włączyły. Zgasły po chwili, a pokój znów pogrążył się w mroku. Drzwi zamknęły się i otworzyły, i próbowały zamknąć się ponownie, jednak stanęły, wysunięte na około dwie trzecie szerokości.

 – Co jest? Ćwiczą taniec? – rzucił słabym żartem Rikiga. Inukashi nawet nie uznał tego za zabawne.

 – Potańcz sobie z drzwiami, staruszku. – Znowu oblizywał usta. „To nie jest taniec. To ostatnie spazmy. Trzęsie się zanim wypuści z siebie życie. Zupełnie jak mój czarny pies, Zakład Karny oddaje się w ręce śmierci”.

– Nie mów mi, że teraz cały budynek się zawali. – Podekscytowanie zaczęło znikać z twarzy Rikigi, a w jego głos wstępowała niepewność.

 – Wszystko będzie w najlepszym porządku, jeśli się zawali – odpowiedział Inukashi. – Gdy tylko to miejsce stanie się kupką gruzów, będę pierwszą osobą, która posadzi tu drzewko na pamiątkę. – „Posadzę jedno dla Getsuyaku, dla mojego psa i dla niezliczonych ludzi, którzy zostali tu zamordowani. Drzewo, które urośnie ogromne i zakwitnie białymi kwiatami”.

 – Wcześniej brzmiałeś szczęśliwie, życząc temu miejscu upadku, staruszku – dodał.

 – Tak tylko mówiłem. Nie przeszkadza mi upadek samego Zakładu Karnego, ale mam problem z budynkiem stającym się kupą gruzów.

 – Dlaczego?

 – Inukashi, pomyśl o tym chwilę. Jeśli budynek się zawali, złoto w podziemiach zostanie pochowane wraz z nim. Będzie cholernie dużo roboty z wydobyciem go stamtąd.

Inukashi spojrzał na Rikigę. Jego twarz wyrażała absolutną szczerość.

 – Staruszku... naprawdę w to uwierzyłeś?

 – W co?

 – W tą historię ze złotem. Naprawdę wierzysz, że jest tam na dole?

Rikiga odwrócił wzrok. Jego gardło się poruszyło.

 – Inukashi, żartujesz sobie teraz? Oczywiście, że tam jest. Moje informacje są godne zaufania. Nie ma miejsca na wątpliwości.

 – Okej, skoro tak mówisz. – Powiedział Inukashi obojętnie. – To kto był tym twoim źródłem? Ann, czy Onn, coś takiego, nie?

 – Sulu, ruda piękność. Usłyszała to bezpośrednio od wysokiego urzędnika No.6, gdy byli razem w łóżku. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. To nie jest niewypał.

 – Tak myślisz?

 – Tak. Możesz tego nie rozumieć, bo jesteś wstrętnym dzieciakiem, który ma do czynienia jedynie z psami. Chodzi o to, że mężczyzna nie potrafi skłamać kobiecie w łóżku. Żonie to co innego, ale nigdy nie kłamią kobietom, które kupują. Nie muszą.

 – Dlatego zdarzy im się wygadać o czymś ściśle tajnym, o czym normalnie nikomu by nie powiedzieli.

 – Dokładnie. A więc jednak rozumiesz.

 – A tej kobiecie, Sulu, możesz ufać?

 – Oczywiście, że mogę. Nawet nie wiesz, jak długo ją wypytywałem, żeby się upewnić, że to prawda. Sulu powiedziała, że na pewno właśnie to słyszała. Ona jest pewna, więc i ja jestem.

 – Jesteście razem, staruszku?

 – Nie twoja sprawa, smarkaczu. To nieodpowiedni temat dla dziecka. Jako szanujący się dorosły, odmawiam odpowiedzi. Bez komentarza.

 – Każde twoje słowo jest nieodpowiednie, staruszku – odciął się Inukashi. – Wszystkie twoje dobre intencje, do teraz już pewnie zżarł alkohol. Jesteś tak nieprzyzwoity, jak to tylko możliwe. Nikt nie chciałby cię w pobliżu swojego dziecka.

 – Wracając do tematu – powiedział niecierpliwie Rikiga. – Co mają moje stosunki z Sulu do tego, o czym rozmawiamy?

 – Nie owijając w bawełnę, powiem jedynie, że między tobą a Nezumim, raczej to Nezumiemu łatwiej byłoby dotrzeć do dziewczyny. Tak, myślę, że dziewięćdziesiąt dziewięć na sto... nie, właściwie cała setka chętniej przespałaby się z Nezumim, niż z tobą. I nie wydaje mi się, żeby Sulu była wyjątkiem.

Rikiga uniósł teatralnie brwi.

 – Inukashi, co ty sugerujesz? Miałeś nie owijać w bawełnę, a to właśnie robisz. Zrób mi przysługę i powiedz, co chcesz powiedzieć.

 – Co chcę powiedzieć, mówisz? Cóż, niewiele tego będzie. Powiedzmy, że ja jestem Sulu, uwielbiam oglądać sztuki i lecę na cholernie przystojnego aktora, zwanego Eve. Gdyby wyszeptał mi coś do ucha tym swoim zniewalającym głosem, co bym zrobiła? Myślę, że nie miałabym nic przeciwko wciśnięciu fałszywej informacji pewnemu podstarzałemu pijakowi, nieważne czy z nim byłam, czy nie. Tak tylko myślę – powiedział od niechcenia Inukashi.

Rikiga przełknął ciężko ślinę. Otworzył usta i zaczął oddychać ciężko jak pies w upalny dzień.

 – Jak... nie... dlaczego Eve miałby kazać Sulu zrobić coś takiego? N–nie ma żadnego powodu...

 – Żeby cię zmanipulować, staruszku. Właściwie, może ja też jestem częścią jego planu. Chciał nas tu zwabić jakimś cholernym złotem. To najprostszy i najefektywniejszy sposób. Brzmi jak coś, o czym by pomyślał, nie sądzisz? Nie da się go pobić, kiedy przychodzi do sprytu. Jest niesamowicie bystry. W sumie chyba nawet jestem pod wrażeniem.

Rikiga stał jakiś czas nieruchomo, pogrążony w milczeniu.

 – Inukashi... Kiedy się połapałeś?

 – Kiedy? Nie wiem. Chyba w momencie, w którym powiedziałeś mi, że masz info od jakiejś laski, Nezumi przyszedł mi na myśl. Hah, to chyba znaczy, że wiem o nim trochę więcej niż ty, co? Chociaż nie ma się czym chwalić.

 – Skoro wiedziałeś, dlaczego przyszedłeś? Dlaczego stawiasz na szali własne życie?

 – Bo dostaniemy złoto.

 – Eh?

 – Właściwie nie mam pojęcia, dlaczego nie leżę teraz cichutko w swoim gnieździe. Naprawdę nie wiem. Po prostu... coś, co nigdy nie miało być zniszczone, upada. Coś, co miało być wieczne i stabilne, właśnie wywraca się do góry nogami. To prawie jak góra złota. I z tym cudem Bóg nie ma nic wspólnego, za to ludzie tak. Naiwny chłopiec i oszust stulecia. Nie dostajesz dreszczy? Bo ja tak. Dlatego ja też mam zamiar coś zrobić. Nie mogę czekać aż ktoś wszystko pozmienia. Chcę się do tego przyłączyć. Chcę myśleć, że mam swoją rolę w zmienianiu świata. Nezumi i Shion podarowali mi taką możliwość. Jakby powiedzieli: „Jak długo masz zamiar tak siedzieć i udawać, że niczego nie widzisz”, i rzucili przede mną przynętę. Przynętę większą niż złoto.

 – A ty wszedłeś w to, wiedząc, że cię oszukują.

 – Chyba można tak powiedzieć.

 – Rozumiem... więc przyłączyłeś się i mnie też oszukałeś. Cóż za okropny dzień dla Wielkiego Pana Rikigi. Dałem się oszukać bandzie bachorów. Zestarzałem się. To naprawdę przygnębiające, że moje życie dotarło już do takiego stadium.
 – Hej, staruszku, nie musisz się tym aż tak martwić. To tylko ja tak zgaduję. Chociaż mam 99% pewność. Zawsze jest możliwość, że Sulu naprawdę się podobasz i podarowała ci trochę niezłych informacji.

 – Naprawdę podobam, hę... niemożliwe. – Rikiga wydał wielkie westchnięcie i opuścił ramiona. Zgodnie ze swoimi słowami, wyglądał teraz jakby postarzał się o sto lat. – To co teraz masz zamiar zrobić? – spojrzał na Inukashi, znowu wydychając powietrze.

 – Ja? Poczekam.

 – Na Eve i Shiona?

 – Tak. Nezumi kazał mi tu czekać. Co innego mogę zrobić?

 – Jak lojalny pies czekający na pana.

 – Bardziej jak lis przyczajony na polną mysz.

 – Którędy wrócą? Tymi na wpół otwartymi drzwiami?

 – Kto wie? Przyszłości to ja nie widzę. Nie wydaje mi się, żeby nawet sam Nezumi ją znał. Lecą po wszystko albo po nic – nie ma mowy, żeby mogli to przewidzieć. W końcu najlepiej, żeby punkt kulminacyjny pozostał tajemnicą. A ty co masz zamiar zrobić, staruszku?

Rikiga znowu westchnął. Jego zgarbione plecy i postura rzeczywiście zdawały się należeć do staruszka, choć Inukashi nie wiedział, czy przypadkiem nie robił tego specjalnie.

 – Zaczekam – odpowiedział. – Jak lojalny pies.

 – Nawet jeśli złoto było kłamstwem? – Inukashi był trochę zaskoczony. Był niemal pewien, że Rikiga odejdzie, gdy tylko dowie się, że złoto było iluzją.

„Zobacz, nawet nie wiesz, co się za chwilę zdarzy. Nie ma opcji, żeby ktoś zgadł, jakie nadchodzi niebezpieczeństwo i kiedy ono nadejdzie”.


„Każdy z odrobiną rozumu wiałby stąd, aż by się kurzyło i wracał do domu. Ale Rikiga nie jest głupi. Może być skłonny do zboczenia ze swej ścieżki, oślepiony przez chciwość, ale posiada rozum potrzebny do przetrwania. Gdyby nie to, nie byłby w stanie wzbogacić się w miejscu takim jak Zachodni Blok”.

Rikiga angażował się tylko w to, co przynosiło mu zyski. Emocje i poczucie obowiązku nie należały do jego kryteriów podjęcia działania – liczyły się tylko potencjalne korzyści. Taka była jego życiowa filozofia i Inukashi się z nią zgadzał. Dlatego go to zaskoczyło.

 – Dlaczego chcesz czekać, staruszku? – zapytał szczerze. Był naprawdę ciekawy.

 – Bo nie mogę się ruszyć.

 – Nie możesz? Nie wygląda mi, żebyś był ranny.

 – Nie mogę oddychać, a serce wali mi jak szalone. Moje nogi i plecy są pogruchotane. Nie mam wyboru jak tylko siedzieć tutaj. Poza tym nie ma żadnego dowodu, że masz stuprocentową rację. Sulu mogła powiedzieć prawdę.

 – Czyli pan Góra Złota siedzi na tyłku tuż pod naszymi stopami.

 – Tak. Wierzyłem w to cały czas. Nie ma mowy, że odejdę stąd z niczym. Jeśli będę musiał, zabiorę z Zakładu Karnego wszystko, co będzie wartościowe. A ty i Eve mi pomożecie. Za darmo. Skargi nie do mnie.

Inukashi wzruszył ramionami i odwrócił się na bok. Nie był przekonany, że Rikiga mówił prawdę. Na co czekał? Po co zostawał? Inukashi nie był nawet pewien, czy sam Rikiga znał odpowiedź. Wiedział jedynie, że zdecydowanie nie było nią walące serce, krótki oddech czy złoto, będące zwykłą iluzją.

„Koniec końców nawet staruszek wierzy, że wrócą”. Inukashi miał zamiar pociągnąć nosem, ale skończył zaciskając usta.

„Coś się zmienia w Zakładzie Karnym. To już prawie czas. Już prawie wracają”.

W ciemnościach Inukashi cicho zacisnął dłoń w pięść.


***


– To jest przepyszne – westchnęła Renka. – Nie miałam pojęcia, że gorąca herbata może smakować tak dobrze.

 – Więcej cukru? Podobno słodka herbata ożywia, kiedy człowiek jest zmęczony. – Karan postawiła cukierniczkę przed Renką. Kupiła ją sobie w prezencie na otwarcie piekarni. Była mała i tania, a jednak Karan miała ją za swoją ulubioną.

Renka potarła kąciki oczu.

 – Karan... dziękuję ci. Tak się cieszę, że tu jesteś. Dziękuję.

 – Och, Renka, nie płacz. – Karan położyła dłoń na jej kolanie i dodała siły do głosu. – Masz Riri. Nie płacz. Bądź silna.

Przyglądająca się matce z troską Riri, złapała mocno kubek obiema rękami. Karan wiedziała, jak ciężko było doprowadzać Renkę do porządku i mówić jej, żeby była silna, gdy tak bardzo przytłaczały ją niepewność i wyczerpanie. „Bądź silna”; „weź się w garść”; „daj z siebie wszystko” – czasami słowa, które powinny dodawać sił, raniły cudzą duszę bardziej niż najbardziej brutalne obelgi.

„To mój limit. Jak niby mam starać się bardziej?”

Karan sama była bliska krzyku. Jakże bezlitosne, płytkie, surowe były te sztuczne słowa. „Wiem. Ale muszę je wymówić”.

 – Renka, masz Riri i dziecko w swoim łonie. Jesteś matką – musisz być silna. Możesz płakać kiedy indziej. Ale teraz nie czas na dopuszczanie uczuć do głosu, prawda? Musisz wziąć się w garść.

Renka zamrugała i przełknęła oddech. Wyprostowała plecy.

 – Tak, masz rację.

 – Dobrze, że rozumiesz. Uważaj następnym razem.

 – Oczywiście.

Spojrzenie Riri majaczyło pomiędzy Karan a jej matką.

 – Ta pani jest mamusi ważna?

Renka delikatnie przysunęła swoją córkę bliżej.

 – Tak, jest moim mentorem życiowym. Chciałabym, żeby nauczyła mnie jeszcze wielu rzeczy.

 – Pani musi być naprawdę stara.

Karan i Renka spojrzały na siebie i naraz wybuchły śmiechem.

 – To niemiłe, Riri – wygłosiła Karan. – Poza tym to nieprawda. Od twojej mamusi jestem tylko... osiem lat starsza. Och, chyba jednak jestem dość stara.

 – Och, Karan! – Renka zaśmiała się i wytarła łzy z oczu. – Nie, Karan, jestem naprawdę wdzięczna. Kto wie, co by się stało, gdybym była teraz sama. Pewnie umierałabym ze zmartwienia.

 – Nie jesteś tak słaba – powiedziała z przekonaniem Karan. – Zebrałabyś w sobie matczyną siłę nawet beze mnie. No i... wiesz, Renka, może to i poprawi sytuację tylko na chwilę, ale czemu by nie zaczekać na Getsuyaku–san trochę dłużej? Czuję, że to za wcześnie, by tracić nadzieję.

Może i rzeczywiście było to chwilowe rozwiązanie, coś odwracającego uwagę od prawdy. Jednak czasami potrzeba było czegoś, co zaślepiało, co ukrywało okrutną prawdę. Jak łyżeczka cukru w gorzkiej herbacie.
Renka odłożyła filiżankę i kiwnęła powoli głową.

 – Tak, tak... masz rację. Jeszcze za wcześnie, żeby tracić nadzieję... masz absolutną rację. Zaczekam na niego jeszcze trochę dłużej. Może wróci jutro.

 – Właśnie. – Karan niemal westchnęła. Dopóki Ranka nie mogła potwierdzić bezpieczeństwa Getsuyaku, musiała czekać na swojego męża, a ojca Riri.

Było jeszcze za wcześnie, by tracić nadzieję. Jednak nadzieja bez kierunku była bolesną rzeczą.

Karan poczuła,b jak Renka łapie jej dłoń. Palce Renki były ciepłe i miękkie.

 – Karan, nie dam się pokonać. Nawet jeśli z jakiegoś powodu... Getsuyaku nie wróci do domu... my dwoje.. nie, troje będziemy żyć dalej. Urodzę dziecko Getsuyaku. Urodzę je i wychowam jak powinnam.
Siła błysnęła w spojrzeniu Renki. Nie było już śladu po jej łzach.

 – Mam ludzi takich jak ty, którzy mnie wspierają, więc nic mi nie będzie. Zrobię co muszę zrobić. W końcu jestem matką.

 – Renka! – Karan otoczyła ramionami chudą szyję Renki. – Jesteś niesamowitą matką. Najlepszą.

„Spójrz na nas, fatum. Spójrz jakie potrafimy być silne. Nie damy się połknąć. Będziemy trzymać się ziemi i żyć dalej. O, fatum, No.6, nie poddamy się; nie damy się zdławić”.

 – Karan, właściwie jest pewna osoba, o którą się martwię. – Ton Renki stał się ociężały.

 – Chodzi o Yominga, prawda?

 – Tak, jest moim bratem... Zastanawiam się, co próbuje zrobić. Mam po prostu dziwne przeczucie, że... przyszedł tu?

 – Tak, przyszedł.

 – Był jakiś inny?

 – Cóż, pomyślmy... zdawał się być czymś bardzo zajęty.

W tym momencie usłyszały krzyk. Dochodził z zewnątrz; sprzed wejścia. Ciągnął za sobą dźwięk upadającego ciała. Karan wstała i pospieszyła do drzwi. Spojrzała przez judasza. Grupa mężczyzn leżała pod lampą uliczną. Pyzata kobieta ściskała w ramionach jednego z nich. Pamiętała ją. Nazywała się Koka i prowadziła tawernę. Młody człowiek w jej rękach wyglądał jak jej drugi syn. Był niesfornym młodzieńcem, dokładnym odzwierciedleniem matki i oddawał się swojej pracy w tawernie, pomagając matce. Raz na jakiś czas wpadał do sklepu Karan. Ostatnim razem wykupił wszystkie maślane rogaliki, śmiejąc się i mówiąc, że jego matka je uwielbia. Karan nie znała jego prawdziwego imienia, pamiętała jednak, że nazywano go „dobry Appa”.

Połowa twarzy Appy pokryta była krwią, on sam zaś leżał bezwładnie w ramionach matki z zamkniętymi oczami. Nawet nie drgnął. Wyglądało, że nie oddychać.

Karan wybiegła na ulicę.

 – Koka, co się stało?

 – Och, Karan! Mój syn... dostali mojego syna.

 – Kto to zrobił?

Jeden z mężczyzn wyrzucił pięść w powietrze. – Armia. Armia do nas strzelała.

Karan poczuła wstrząs, jakby trafiła ją błyskawica. Myślała przez chwilę, że padnie w miejscu, w którym stała. Jednak w rzeczywistości złączyła mocno dłonie i zmusiła nogi do przyspieszenia, trzymając się twardo ziemi.

„Wiedziałam. Wiedziałam. Wiedziałam”.

 – Armia? O czym ty mówisz? Nie ma czegoś takiego jak armia! – zawodziła przez łzy Koka.

 – Nie powinno jej być, ale była. Nie byli ubrani jak urzędnicy Ministerstwa Bezpieczeństwa. Nosili wojskowe mundury. I... ci ludzie, oni... zaczęli do nas strzelać...

 – Zaraz! – powiedziała ostro Karan. – Więcej detali. Poszliście do Ratusza, prawda?

 – Tak. Zebraliśmy się przez Internet. Tylko dlatego wyszliśmy.

 – Zebraliście...

 – Chodziło o tę straszną, tajemniczą chorobę. Wszyscy mieszkańcy umierają, a władze niczego nie robią. No i... burmistrz i reszta tych z góry już się zaszczepili i mają zamiar nas porzucić. Jak moglibyśmy na to pozwolić? Dlatego poszliśmy na Kroplę Księżyca. Powinna pani widzieć ilu tam było ludzi. Jakby zebrało się całe miasto. Byli nawet ci z Chronosa. Zrobił się z tego jeden wielki pochód, zmierzający do Ratusza. Mieliśmy zamiar wejść do środka i zobaczyć się z burmistrzem. O tym było w wiadomość. Pisało w niej, żebyśmy chronili własne życia i dorwali się do tej szczepionki. A to nie wszystko.

Mężczyzna przełknął ślinę i zatrząsł pięścią jeszcze wścieklej.

 – Przez cały czas byliśmy traktowani jak gorsi. Nasze warunki nie były nawet w połowie tak dobre... nie, nawet w jednej dziesiątej tak dobre jak ludzi z Chronosu. Mimo że jesteśmy takimi samymi mieszkańcami. Zapomnieliśmy już o nadziei, że mogłoby być lepiej. Wszyscy myśleliśmy, że nie mamy wyboru, jak tylko to znieść. Ale miałem już tego dosyć. Okropna choroba szaleje dookoła; nie mam zamiaru pozwolić zostawić się z tyłu.

Inny mężczyzna podniósł się na nogi. Krew przeciekała przez tkaninę owiniętą wokół jego czoła.

 – Tak, to prawda! Nam też coś się należy!

 – Jak już zaczniesz, mów do końca – powiedziała Karan. – Więc wszyscy poszliście do Kropli Księżyca. Było pełno ludzi i nagle pojawiła się armia. Mam rację?

 – Tak. Naprawdę, byłem zaskoczony. Nawet czołgi mieli. To były takie dziwne pojazdy w matowo– złotym kolorze. Przynajmniej wydaje mi się, że mogę je nazywać czołgami. Widziałem je po raz pierwszy w życiu... ale jestem całkiem pewien. A tuż przed nimi ustawił się ogromny rząd uzbrojonych żołnierzy... stali, mówiąc: „To ostrzeżenie. Natychmiast opuścić ten teren”. I powtórzyli to kilka razy. „To ostrzeżenie. Natychmiast opuścić ten teren”.

Strach przebiegł oczy mężczyzny.

 – Oczywiście, nie odeszliśmy. Niektórzy próbowali uciec, ale większość krzyczała, prąc naprzód. Więc po prostu... mam na myśli, że nigdy nie spodziewalibyśmy się, że nas zaatakują. Jesteśmy z No.6. I jak mówiłem, tam nie było tylko mieszkańców Utraconego Miasta czy innych dzielnic; nawet ci z Chronosu tam poszli. Elita i ich rodziny. Nigdy nie przypuszczałbym... że miasto użyje wojska przeciwko swoim ludziom.

 – Ale wojsko to zrobiło – powiedziała cicho Karan. O wiele za łatwo pociągnęło za spust wobec mieszkańców.

„Sąd nieposłusznym”.


„Pokuta tym, którzy się nie podporządkują”.

No.6 ukazało się w pełnej krasie. Zrzuciło przebranie, w którym kryło się przez cały czas.

„Śmierć niepokornym”.


„Kara tym, którzy wszczynają rebelię”.

 – Appa był za mną, kiedy go postrzelili, prosto w głowę. Nawet nie krzyknął, po prostu upadł... wszyscy wpadli w panikę i próbowali się stamtąd wydostać. Och, nie uwierzyłaby pani. Odwróciliśmy się niosąc Appę... i biegliśmy tak szybko jak tylko mogliśmy. Aż dotarliśmy tu i tutaj padliśmy...

Koka uniosła twarz ku niebiosom i zaszlochała.

 – Och, mój syn jest zimny! Dlaczego?! Dlaczego to musiało się stać?! Moje dziecko! – jej udręczony lament nie odbijał się echem, pożerany przez nocne niebo.

 – Hej! Wygląda na to, że ludzie znowu zbierają się pod Ratuszem. – Człowiek wpatrujący się w swój mobilny komputer wzniósł wojenny okrzyk. Wszyscy prócz Koki spojrzeli na niego.

 – Wygląda na to, że idzie dwa – nie, trzy razy więcej ludzi. Każdy chce szczepionki. Z tyloma ludźmi, ani Ministerstwo Bezpieczeństwa, ani armia, nie będzie w stanie nic zrobić. Nie mogą po prostu zmasakrować wszystkich mieszkańców. Przyszedł czas, żeby burmistrz wyszedł z Kropli Księżyca, żebyśmy mogli z nim porozmawiać.

 – Wszyscy się zbierają... czy to prawda?

 – Tak. Ludzie znowu tam idą, tym razem wyciągną burmistrza siłą. To nasza ostatnia szansa. Nadszedł czas. O to chodzi. – Jego głos załamał się, a oczy opadły na ekran komputera.

 – Tak, teraz.

 – Idźmy tam jeszcze raz. Nie możemy pozwolić, żeby śmierć Appy poszła na marne. Jeśli teraz się wycofamy, to za co Appa oddał życie?

 – To nie tylko Appa. Mój kuzyn i matka też umarli, od tej choroby. Nie możemy pozwolić ich duszom odejść na marne.

 – Moja młodsza siostra też zmarła. Odeszła tak szybko. Możesz sobie wyobrazić, jaki byłem wściekły? Gdybym tylko miał tę szczepionkę, gdyby miasto się pospieszyło, nie musiałaby umierać.

 – Właśnie, chodźmy.

 – Tak!

Mężczyźni wstali, wszyscy na raz. Spojrzeli po sobie i zaczęli biec. Tylko kobieta i martwy młodzieniec pozostali.

 – Mój syn nie żyje. Odszedł beze mnie – kontynuowała lamentowanie Koka. Jej głos czołgał się przed siebie po ziemi i łapał stopy Karan.

„Wiedziałam. Wiedziałam. Wiedziałam. Ludzie zginęli, a znacznie więcej jeszcze zginie”.

 – Karan – odezwała się zza niej Renka drżącym głosem. – Co się stanie? Zbierają się przez Internet... czy to właśnie mój brat miał zamiar zrobić?

Karan odwróciła się i złapała ramię Renki.

 – Renka, jak mogę się skontaktować z Yomingiem? Jest jakiś sposób?

Renka natychmiast pokręciła głową.

 – Nie. Nie mogę się dodzwonić na jego komórkę ani wysłać e–maila. Myślę, że odmawia kontaktu.

 – Rozumiem...

 – Mamusiu? Proszę pani? – Riri wystawiła rączkę przed siebie i wskazała w dół drogi. Cieniste sylwetki wychodziły ze wszystkich alejek, zbierając się w czarny pochód.

 – Do Ratusza, do Kropli Księżyca!

 – Musimy dostać szczepionkę!

 – Nie mogą po prostu patrzeć jak umieramy!

 – Tak! Tego od nas oczekują?

 – Dalej, wszyscy. Zbierzmy się razem!

Krzyki i kroki zlały się i skotłowały, tworząc ryk. Gdzie w tym mieście leżała uśpiona ta cała energia?

„Boże, wszyscy w tym cholernym mieście są tacy posłuszni i naiwni” – wymamrotał kiedyś Yoming. Nawet nie mieli energii wątpić w rozkazy z góry. – „Nie próbują myśleć. Po prostu idą ścieżką najmniejszego oporu” – wypluł słowa frustracji i pogardy.

Jednak teraz ziemia promieniowała ciepłem ludzi, będąc o krok od wybuchu. Tak wielka energia leżała ukryta w nich wszystkich. No.6 nie powinno było nosić w sobie ani odrobiny niepokoju, niepewności czy troski. Jednak to właśnie stanowiło jego rdzeń. Wszystko, co pływało głęboko pod ziemią, miało właśnie wydostać się na zewnątrz. Prawdziwy cud.

„Może ten świat naprawdę się zmieni. Może... nie. To nie to. To coś innego. Coś złego. Cud oblany krwią i bólem nie jest cudem”.

Yoming przewidział upadek No.6. Oczekiwał zniszczenia Świętego Miasta. Jednak nie mówił ani słowa o stworzeniu. Nie wyraził żadnej wizji świata, który miał powstać na gruzach obecnego, w co celował po obróceniu w pył No.6. Ani słowa.

Karan położyła dłoń na bijącym z zawrotną prędkością sercu.

Płacz boleści Koki pochłaniał zgiełk, rozbijając go na kawałki. Nie docierał do niczyich uszu.

 – Renka, proszę, idźcie z powrotem do sklepu. Zamknij drzwi i zostań z Riri w pokoju na tyłach.

 – A co z panią?

Karan przyklękła przed Riri.

 – Zabiorę Kokę do domu. Niedługo wrócę. Zajmij się matką, kiedy mnie nie będzie, dobrze?

 – Dobrze!

Ucałowała Riri w policzek. Wtedy, na moment, zamknęła oczy. Pod jej powiekami pojawił się uśmiech Shiona. Karan wzięła głęboki oddech nocy i otworzyła oczy.


==Koniec rozdziału 3==


Wykorzystano fragm. Odysei w przekładzie Lucjana Siemieńskiego.
1  Właściwie wątpię, że to zdanie miało tak brzmieć, Rikiga nigdy nie wskazałby tak dokładnie na płeć Inu. Albo po prostu jest święcie przekonany, że Inu to chłopiec. W każdym razie nie używałabym tego jako argumentu do konwersacji o płci Inu. Wybaczcie, nie umiem robić normalnych przypisów @_@