Staram się dodawać nowe posty w niedziele. Staram się.



Zakończono tłumaczenie No.6.


Dziękujemy za wszystkie podziękowania. To był miły rok z hakiem. I późniejszy rok. I chyba jeszcze jeden. Te dwa późniejsze składały się z czytania Waszych komentarzy. I tak dzięki.

(Do pań profesor jeśli przypadkiem odwołam się do tego na maturze: przepraszam, ja naprawdę tłumaczyłam to w gimnazjum. Ale prawdziwa książka istnieje. Obiecuję.)


Wszystkie rozdziały można znaleźć w zakładce ,,No.6''/,,No.6 Beyond''.


Kup powieść i mangę w oryginale, wspomóż panią Asano.


Tłumaczenie: Kuroneko
Korekta: Ayo, Dżun

czwartek, 17 maja 2012

Tom IV: Rozdział 5


((Ladies and Gentleman~! Niniejszym ogłaszam, że to ostatni rozdział z tomu czwartego i mam go w końcu za sobą (bijacz!) ^^ A teraz trzeba zacząć kolejny tom i przygotowywać się do szkolnej wycieczki... ja to nie mam życia ._. Ale nie szkodzi, w gruncie rzeczy me życie byłoby puste bez tłumaczenia No.6, wymyślania dziwnych rzeczy i powalonych pomysłów Ayo, która cierpi chyba na słomiany zapał (ucz się obsługi tego Ren'py, szujo! Ja tu dialogi do cholery wymyślam!), jak również bez zastanawiania się nad jak najwspanialszym ujęciem toku wydarzeń w imieniu dla Dżun (to już nawet kształtu nabiera, pierwszy rozdział będzie gotowy zanim skończysz z dyplomem >:D)... oj, wybaczcie, znowu przedłużam, a więc miłej lektury życzę jak zwykle~))

Rozdział 5
Ku nieznanemu światłu

W niebiosach zebrały się ciemne chmury
Na ziemi wiały straszliwe wiatry
Na siedem miesięcy i siedem nocy firmament ukryły burzowe chmury
Na dziewięć miesięcy i dziewięć nocy okrutne porywy sponiewierały ziemię.
Wody Jangcy podniosły się znacznie,
A rzeka rozeszła się na każdy koniec kraju.

Mity chińskie – Historia stworzenia Lisu


 – Prze pani, mogę poprosić babeczki? – Riri wbiegła do sklepu. – Eh? – zatrzymała się nagle i zamrugała z zaciekawieniem, nadal ściskając w piąstce pieniądze. Karan na ten słodki widok mogła się jedynie uśmiechnąć.

 – Znowu tu przyszedłeś, wujku?

Yoming uśmiechnął się niezręcznie na szczere pytanie siostrzenicy.

 – Riri, jestem tutaj w związku z pracą. Rozumiesz, prawda?

 – Jaką pracą?

 – Kojarzysz mufinki pani Karan, te, które tak uwielbiasz? Mam zamiar napisać o nich artykuł. Godne podziwu zajęcie, nie uważasz?

 – Ale po co?

 – Rozsławi te mufinki. Pani Karan będzie miała dużo więcej klientów.

 – Nie chcę – powiedziała Riri, nadymając policzki i spoglądając na wujka. – Jak wszyscy będą je kupować, to dla mnie nic nie zostanie.

 – Nie martw się – odezwała się Karan, wyjmując dwie mufinki z wystawy. – Jesteś moją ważną klientką. Zawsze jakieś dla ciebie odłożę. Ser i dżem, po jednej. Tą z dżemem masz ode mnie w prezencie.

 – Naprawdę? Dziękuję – ucieszyła się Riri. – Mogę teraz zjeść?

 – Oczywiście, że możesz – odpowiedziała Karan. – Właściwie już czas na herbatę. Może zrobimy dla Riri trochę gorącej czekolady, hm?

 – Jej! Jest pani najlepsza!

„Kochana”.

W sercu Karan pojawiło się ciepło. Zjawiało się zawsze, gdy widziała uśmiech dziecka. Ciepłe, miłe uczucie narastało w niej za każdym razem.

Jako mieszkaniec Utraconego Miasta, starszej dzielnicy No.6, Riri zdecydowanie nie miała najlepszego środowiska. W mieście jak tamto, gdzie elita siedzi najwyżej i panuje hierarchia, nieważne  jak by się starała, nie mogłaby zająć żadnego wyższego stanowiska. Utracone Miasto należało do tych, znajdujących się na najniższym stopniu piramidy. Pośród dorosłych było wielu ludzi, którzy okazywali swoją obojętność czy gniew, jednak na dzieci to nie wpływało. Biegały alejkami, śmiały się z prostych, zwyczajnych rzeczy i przylepiały oczy do smacznego jedzenia. Zdecydowanie było im tam łatwiej żyć niż w Chronosie, gdzie musiałyby ściśle przestrzegać jasno wyznaczonych reguł.

„Chcę, żeby były szczęśliwe” – pomyślała Karan, spoglądając na beztroski uśmiech Riri.

„Chcę, żeby chociaż dzieci były szczęśliwe”.

„Tylko co powinnam zrobić, żeby mogły być? Jako dorosły, co mogę zrobić? Nie byłam w stanie uratować mojego jedynego syna, ani dziewczyny, która go kochała...” .

 – Karan, co się stało?

Yoming uniósł twarz znad fotografii mufinek i rogalików.

 – Och, nie, ja tylko...

 – Myślałaś o synu?

 – Chyba można tak powiedzieć... Tylko że ja zawsze myślę o Shionie – powiedziała Karan. – Nie zapomniałam o nim nawet na jedną sekundę. Śnił mi się nawet zeszłej nocy.

 – Oczywiście – odezwał się delikatnie Yoming. – Oczywiście, jesteś w końcu jego matką. Przepraszam, to było nieuprzejme z mojej strony.

Karan odwróciła się do Yominga i pokręciła głową.

 – Dobrze wyglądał.

 – Słucham?

 – Mój syn. Uśmiechał się. Był trochę chudszy, ale miał na twarzy taki miły uśmiech. Pomyślałam: „Jej, ten chłopak musi być szczęśliwy”. I ja też byłam. Nawet było mi trochę lżej na sercu, kiedy się obudziłam.

 – Szczęśliwy, hę – powiedział z zamyśleniem Yoming. – Karan, w jakimkolwiek jest stanie, twój syn jest żywy. To jest pewne.

 – I za to jestem wdzięczna.

„Dopóki jesteś żywy, nie mogę prosić o nic więcej”.

„Shion, żyj... i wróć do mnie jeszcze raz”.

Postawiła przed Riri kubek gorącej czekolady, a przed Yomingiem kawę.

 – Eh? Też jesz, wujku? – zapytała z nadętą miną Riri. – Nie wydaje ci się, że trochę nadużywasz gościnności?

Yoming zachłysnął się kawą. Karan wybuchła śmiechem.

 – Ty, i wujek jesteście moimi specjalnymi klientami – uspokoiła ją.

 – Aha – odpowiedziała Riri, jednak niezbyt  przekonana. – Wie pani, mama mówi, że wujek Yo może czuć do pani miętę. Wie pani co znaczy „czuć miętę”?

 – Ojej – powiedziała z uśmiechem Karan.

Yoming zaczął się krztusić.

 – T–to absurd – wydukał. – Powiedz Rence... Powiedz mamie, że wujek Yo był o to bardzo, bardzo zły.

 – Nie wydaje mi się, żeby mama się bała, nawet jakby wujek oszalał – odcięła się Riri. – Po prostu jak przyjdziesz następnym razem, nie dostaniesz obiadu.

Karan tak pochłonął wyraz twarzy Yominga, że przyklękła za ladą, kuląc się ze śmiechu. Śmiejąc się, przypomniała sobie o czym mówił Yoming zanim weszła Riri.

„Karan, myślisz, że powinniśmy trzymać się tej ścieżki?”

Tak Yoming zaczął konwersację.

„Myślisz, że to miasto, No.6, powinno nadal iść w tym kierunku? Możesz nie wiedzieć zbyt dużo, ale posiadasz wystarczającą wiedzę. Wiesz, że to miejsce jest zbudowane na kłamstwach”.

„Tak, wiem”.

„Nam obojgu, tobie i mnie odebrano syna. Ty nadal masz nadzieję, ale mój syn już nigdy nie wróci. Tak jak i moja żona. To miasto pożera ludzi jak demon”.

„Tak”.

„Karan. Myślisz, że możemy zmienić to miejsce?”

„Słucham?”

„Nie wydaje ci się, że moglibyśmy zmienić Święte Miasto, by mogło odrodzić się jako miejsce do życia dla ludzi?” 

„My... zmienić...?”

„Nie tylko my dwoje. Są jeszcze inni, którzy poznali prawdziwą naturę Świętego Miasta”.

„Jesteśmy...”

Wtedy wpadła Riri.
Karan pogrążyła się w myślach.

„Zamiast tylko czekać, modlić się czy płakać całymi dniami, co mogę zrobić, żeby wspomóc Shiona? Co mogę zrobić, by uratować Safu?”

Pisk, pisk.

Rozległo się ciche piszczenie. Dźwięk, którego od dawna wyczekiwała. Mała myszka skuliła się pod ladą. Jaj długi ogon i winogronowe oczy błyszczały dla Karan niczym diamenty. Przez długie godziny po zniknięciu Shiona, to maleńkie stworzenie dało jej niezwykłe oparcie – w chwilach, gdy czuła jakby miała zostać wymazana przez własną rozpacz, samotność, beznadzieję.

Delikatnie położyła na ziemi okruszek serowej babeczki.

„Dziękuję. Tak bardzo ci dziękuję”.

 – Znowu przyszłaś.

Na jej otwartą dłoń spadła kapsułka wielkości groszku. Był w niej list od Shiona. Przekazano jej, że w razie jakichś nienaturalnych zdarzeń, przyjdzie do niej czarna mysz. Ta była brązowa jak ostatnim razem. Shion nadal był bezpieczny. Nadal żył. Być może nadal się śmiał tak jak kiedyś.

„Shion”.

Otworzyła kapsułkę trzęsącymi się palcami. Był w niej zwinięty kawałek papieru. Naskrobano na nim tylko jedną linijkę.


Dziękuję, mamo. Zawsze będę cię kochać.


Tylko tyle. To było pismo Shiona, bez żadnych wątpliwości. To on napisał list, na który tyle czekała. Jednak w jej sercu narastało dziwne przeczucie.

„To...”

„Dziękuję, mamo. Zawsze będę cię kochać”.

Zupełnie jak pożegnanie. Jak ostatni pocałunek, ostatni uścisk, ostatnie słowa.

„Dziękuję, mamo. Zawsze będę cię kochać”.

„Żegnaj”.

Ostatnie, niedopisane słowo pojawiło się w jej głowie.
Wstała. Czuła się, jakby miała zemdleć. Sufit i podłoga się kręciły.

 – Karan!

 – Prze, pani!

Usłyszała w oddali wołające ją głosy Yominga i Riri.

„Shion, czekaj”.

Wyciągnęła dłoń z krzykiem.

„Dokąd idziesz? Co masz zamiar zrobić? Nie mów mi... Nie mów że...” 

„Zakład Karny”.

Nie mogła przestać się trząść. Karan ogarnął terror tego, co przyniosły jej działania.

Powiedziała mu o Safu. Shion miał zamiar pomóc jej uciec. Był chłopakiem,  który byłby zdolny zrobić coś takiego. Karan wiedziała, że zrobiłby to. Powinna wiedzieć to lepiej, niż ktokolwiek inny.

Właśnie w pełni objawiło się jej matczyne ego.

„Nie powinnam była mu mówić. Ze wszystkich ludzi, nigdy nie powinnam była powiedzieć tego Shionowi”.

„Nie, Shion. Nie możesz iść. Nie możesz być tym, który zginie”.

„Czekaj, czekaj!”.

Padła na kolana. Przed nią była mała myszka. Trzymała okruszek babeczki obiema łapkami.

„Nezumi...” 

Nagle ciężar w jej piersi zwiększył się i poczuła, jakby pękało jej serce.

„Gdzie jesteś? Jesteś przy nim? Jeśli tak, proszę, nie opuszczaj go. Błagam cię. Chroń go. Chroń go”.

„Nezumi!”

***

Powietrze zlepiał zapach krwi, śmierci i potu. Ludzie tłoczyli się w pozbawionych okien towarowych kontenerach, ściśnięci tak, że ledwie mogli się ruszać. Wyciągając szyje i usiłując zaczerpnąć przesiąkniętego krwią, śmiercią i potem powietrza. Nie mógł oddychać. Było gorąco i duszno w tej pozbawionej światła, maleńkiej przestrzeni. Zupełnie jakby nie pozwalano im nawet oddychać.

Za Shionem podstarzały już mężczyzna wydał krótkie westchnięcie. Po kilku ostrych oddechach, jego głowa pochyliła się naprzód. Shion czuł konwulsje, miotające jego ciałem przez ramię, które się z nim stykało. Z trudem wydostał rękę, by móc przycisnąć dłoń do swoich ust.

 – Nezumi – odezwał się.

 – Co?

 – Ten człowiek... on właśnie umarł.

 – Rozumiem – odpowiedział beznamiętnie Nezumi. – Miał zawał czy coś?

 – Możliwe.

– Rozumiem. Cóż, jeśli dał radę odejść szybko, może to dla niego i lepiej.

„Może lepiej było dla niego tu umrzeć, niż nie być w stanie tego zrobić” – słowa Nezumiego nie były sarkazmem ani żartem. Pewnie to była czysta prawda.

Gdy na Shionie spoczywał ciężar martwego człowieka, pomyślał o dziecku – maleńkim dzieciątku, które zostawił wraz z psem pośród gruzu.

„Uda się temu dziecku przeżyć?”

 – Inukashi pewnie nieźle się teraz wścieka – Maleńki uśmiech zatańczył na ustach Nezumiego.

 – Eh?

 – Pewnie odlatuje, bo podrzuciłeś mu dzieciaka pod opiekę. Wyobrażam sobie, jak trzyma to dziecko i przeklina cię, jak tylko potrafi.

 – Jakoś się nim zajmie, prawda?

 – Kto wie? Pewnie wykorzystuje wszystko żeby zająć się swoimi psami. Chociaż chyba nie posunie się aż tak daleko, by nakarmić je dzieckiem.

 – Inukashi jest miły – powiedział ze zdecydowaniem Shion. – Nie porzuciłby bezbronnego dziecka.

 – Na pewno?

 – Nie zrobiłby tego, bo wychowała go kochająca matka.

 – Ach tak. A więc ze względu na fakt, że jest miły i miał kochającą matkę podrzucasz mu dzieciaka, hę?

 – Och... Cóż, jeśli ująć to w ten sposób to rzeczywiście. Nie zauważyłem.

 – Może i trudno to sobie wyobrazić maleńkiemu panu Naiwniaczkowi, ale tak właśnie jest. Dzieci i zwierzęta trochę się od siebie różnią. Biedny Inukashi, będzie musiał oddać własne jedzenie, żeby zaopiekować się czyimś dzieckiem.

 – Przeproszę – odpowiedział prosto Shion.

 – Co?

 – Przeproszę, kiedy zobaczę go następnym razem.

­„O ile w ogóle będziesz mógł” – mruknął Nezumi, wzruszając ramionami.

 – Skąd wiedziałeś? – zapytał Shion. – Skąd wiedziałeś, że myślę o dziecku?

 – Byliśmy razem na tyle długo, żeby mieć siebie dość. Umiem zgadnąć w większości przypadków. Jesteś dość przewidywalny i... nie... – uciął nagle Nezumi. – To wcale nie tak – mruknął.

 – W ogóle nie mogę cię rozszyfrować.

Nagle usłyszeli skądś stłumiony płacz. Słaby głos, należący do kobiety.

 – Och... och... och...

Jakby wzburzone przez jej głos, ciche łkania zaczęły dochodzić zewsząd. Jedne należały do kobiet, inne do mężczyzn. Nikt nie był dość silny, by wznieść udręczony płacz ponad inne. Ogarnięci rozpaczą, wyczerpaniem i strachem, mogli jedynie popłakiwać cicho ledwie słyszalnym głosem.

Przysiadłszy na ziemi, ściskając swoje kolana, Shion czuł przepełniony łzami cichy lament w swoim własnym ciele.

„Och, och, och...”
„Och, och, och...” 

Chciał zakryć uszy, ale wiedział, że nie mógł. Nawet gdyby to zrobił, wszystko po prostu wsiąknęłoby w jego skórę. Przeszłoby przez nozdrza i końcówki włosów.

„Och, och, och...”
„Och, och, och...”

Nezumi uniósł podbródek i szybko się wyprostował.
Zabrzmiała piosenka. Piosenka, której Shion nigdy wcześniej nie słyszał.

 – Na dalekim góry szczycie topnieją śniegi
Wijący strumień barwi bukowe liście zielenią
Łąki pokryły rozkwitające pąki 
A dziewczę piękniejsze od samych kwiatów 
Przysięga miłość pośród bukowych lasów
O młodości
Zamocz stopy w zieleni traw
I biegnij niczym jeleń 
Zanim kwiaty rozkwitną i opadną, 
złóż swój pocałunek na włosach panienki

To był dziwny głos. Inukashi powiedział kiedyś, że jego piosenki są jak wiatr kradnący dusze, niczym wiatr skradający opadające płatki kwiatów. Miał rację – Shion czuł jak pieśń oplata jego serce i odbiera duszę. W tej beznadziejnej przestrzeni bez pojedynczego promyka światła, na jedną sekundę zakwitły kwiaty, płynęła woda, a miłość jaśniała.

Łkanie ustało. Ludzie byli urzeczeni przez piosenkę.

Tutaj, w tym piekielnym miejscu, usłyszeli przepiękną pieśń. Zupełnie jakby właśnie doświadczyli cudu. A to znaczyło, że one mogą się zdarzać.

„Nawet jeśli zostaliśmy zaciągnięci na dno piekieł, to nie znaczy, że odebrano nam piękne rzeczy”.

Nezumi złapał oddech i odkaszlnął sucho.

 – Trochę naciągane. Po prostu za mało tu powietrza. Mój głos nie wytrzyma.

– To było więcej niż dosyć – uspokoił go Shion. – To niesamowite... Nie wiem, jak to opisać... Pierwszy raz słyszałem, jak śpiewasz.

 – Cóż, tutejsza akustyka nie jest najlepsza. Nie ma orkiestry, nie ma reflektorów. Na scenie wyglądałoby to trochę lepiej.

– Chciałbym to usłyszeć.

 – Masz moje zaproszenie. Załatwię ci najlepsze miejsce w teatrze. Powinieneś przyprowadzić Inukashi i jego dzieciaka.

 – Tak zrobię. Pewnie nawet płaczące dziecko zamilknie, kiedy usłyszy twój śpiew.

 – Shion, żartowałem – odezwał się bez emocji Nezumi. – Nie bierz tego tak na poważnie.

 – Eve – ktoś wzniósł głos w ciemnościach. – Zaśpiewaj dla nas jeszcze coś, Eve. Nie przestawaj śpiewać.

 – Tak, Eve. Zaśpiewaj dla nas.

Shion dotknął ramienia Nezumiego.

 – Wszyscy chcą usłyszeć twoją pieśń.

 – Jestem teraz trochę jak niewolnik, co nie?

 – Możesz uratować ludzi swoim śpiewem. Nezumi, jesteś niesamowity – Nawet Shion wiedział, jak niedorzecznie zabrzmiała jego pochwała. Był zawstydzony. Jednak powiedział właśnie to, co myślał.

„Nezumi, jesteś niesamowity”.

 – Shion, nie da się uratować świata piosenkami czy opowieściami – powiedział chłodno Nezumi. – Jedynie można sprawić, że na chwilę zapomną o swoim bólu. Ale tylko tyle. Nie mogą ratować ludzi w prawdziwym sensie tego słowa.

 – Eve, zaśpiewaj nam „Wszystkie Lśniące Rzeczy” – błagał kobiecy głos.

 – Rany – mruknął Nezumi. – Jeśli szef się dowie, że znalazłem fanów nawet w takim miejscu, wybuchnie łzami radości.

„Zaśpiewaj nam, Eve. Właśnie teraz, podaruj nam swoją piosenkę”.

Ciężarówka zwolniła nieznacznie.

 – Minęliśmy bramy – mruknął Nezumi tak cicho, że jedynie Shion mógł go usłyszeć. Wtedy znów zaczął śpiewać delikatnym głosem. Ta pieśń miała skoczne tempo z nutką melancholii.

 – Perły ukryte na dnie morza
Gwiazdy mieniące się na niebie
I miłość skrywana w mym sercu
Wszystkie lśniące rzeczy podarowuję tobie
Morze ogarnia ciemność – perły znikają
Niebo ogarnia burza – gwiazdy znikają
Jednak moja miłość pozostanie
Przez całe pokolenia
Rzeczy, które lśnią wiecznie to tylko...


Ciężarówka stanęła. Piosenka urwała się nagle, a atmosfera w kontenerze znowu zamarła.

 – Shion, słyszysz mnie? – wyszeptał cicho Nezumi. Jego głos był teraz ciężki, zupełnie inny niż gdy śpiewał. – Nieważne co się stanie, nie pozwól się ode mnie oddzielić.

Shion kiwnął głową. Zacisnął pięści.

„Nieważne co się stanie, nie zostawię cię”.

Drzwi się otworzyły.

 – Wysiadać.

Tłum wylał się z ciężarówki jak mu kazano. Shion szedł z prądem. Nezumi szturchnął go w żebra.

 – To jest Zakład Karny. Miejsce, do którego tak chciałeś iść.

Shion przełknął ślinę. Przełknął i spojrzał na budynek przed nim. Miał białe mury. Dzieło architektoniczne, unikające niemal wszelkich zdobień i zaprojektowane dla najwyższej efektywności, było czymś, co Shion przywykł widzieć w No.6.

Pomijając fakt, że miał tylko kilka okien, budynek wyglądał całkiem normalnie. Jego wysokość była niemal taka sama jak Kropli Księżyca, a cztery około dwupiętrowe skrzydła wysuwały się w różnych kierunkach niczym ramiona. Występy te były dość niezwykłe, jednak nie były czymś, co wywoływałoby przygnębiające czy złe przeczucia.

Shion spodziewał się czegoś bardziej ohydnego. Wierzył, że będzie to obrzydliwe miejsce, od którego chciałby się odwrócić wzrok.

Zakład Karny, pomalowany promieniami zachodzącego słońca, mógł łatwo zostać uznany za budynek medyczny. Na oko wydawał się być sterylnym i funkcjonalnym miejscem.

Wyobrażał sobie zupełnie co innego.

To był Zakład Karny i właśnie tam była Safu.

 – To tył budynku – powiedział Nezumi. – Od frontu wygląda prawie tak samo. No, jak się podoba? Skromniej, niż sobie wyobrażałeś, co nie?

 – O wiele skromniej – zgodził się Shion. – Wygląda prawie jak normalny budynek.

 – Ta. Chociaż może „normalność” jest w nim właśnie najstraszniejsza.

 – Ruszać się!

Pochód podążał przed siebie. Linia żołnierzy rozstawiła się swobodnie poza szeregiem, kilka metrów od Shiona. Ktoś się przewrócił. Jeden z rekrutów wyszedł z linii i odciągnął go na bok. Była to stara kobieta, owinięta w poszarpany szal. Rzucono ją na ziemię jak szmacianą lalkę.

 – Nezumi, co z nią będzie?

 – Nie martw się o innych ludzi. Nawet gdybyś wiedział, co się stanie i tak nic nie mógłbyś zrobić.

Kolejna osoba upadła. Tym razem młoda kobieta. Zerwano jej ubrania, przez co ta skuliła się na ziemi, ukrywając nagą pierś. Jeden z żołnierzy z równomiernie rozstawionej linii wyciągnął ją. To samo działo się przed i za Shionem.

„Oni nas sortują?”

Wymioty napłynęły mu do ust.

„Wsadzili nas do pojemników, tak ciasno, że nie mogliśmy oddychać; kazali nam przejść przez zagubienie, rozpacz, strach... a nawet po tak brutalnych doświadczeniach, nadal wybierają tych, którzy mogą iść po prostej linii?” 

 – Taa – Nezumi kiwnął głową. – Sortują nas. Sprzątają tych, którzy osłabli albo zginęli w trakcie transportu.

 – Po co nas sortują?

 – Nie wiem. Ciągle nie mam pojęcia do czego zamierzają nas użyć.

 – Śmieszne, że nie wiesz, skoro wszystkie moje myśli jakoś umiesz odgadnąć.

 – Boże! – odezwał się z zaskoczeniem Nezumi. – Pomyśleć, że nawet w takich warunkach nadal możesz być sarkastyczny! To coś warte pochwały, mój chłopcze.

 – Ty mnie nauczyłeś – zrobiłem się twardszy.

 – Ale prawdziwe sortowanie dopiero się zaczyna.
 – Dopiero zaczyna, hę....

Szli w silnym wietrze. W tym czasie wielu ludzi upadło i zostało usuniętych za linię.

Byli pośród nich ci, którzy leżeli nieruchomo, trzęśli się z zimna i ci wyjący z bólu. Bez wyjątku, wszyscy byli zabierani i gromadzeni w jednym miejscu.

„Co z nimi będzie? Co się stanie? Nie wiem. Nawet gdybym wiedział, nie mógłbym i tak pomóc”. 

Jego emocje zaczynały się stępiać, zaczynając od korzeni. Przyzwyczajał się do okrucieństwa. Zaczynał być ślepy na brutalny mord. Jego myśli zwolniły i stały się ospałe. Śmierć innych nie robiła już na nim wrażenia.

Shion wyciągnął dłoń i złapał ramię Nezumiego. Upewnił się, że czuje jego ciało końcówkami palców.

„Nezumi, zatrzymaj mnie tak ludzkim, jakim jestem”.

 – Jest szansa... – Nezumi spuścił wzrok. – ...że możesz się zmienić.

 – Eh?

 – Tutaj, w Zakładzie Karnym, możesz się zmienić.

 – O czym ty mówisz?

 – Może gdy nadejdzie ten moment, w końcu zrozumiem... że nigdy nic o tobie nie wiedziałem.

 – Nezumi, o czym ty mówisz?

Nezumi zamknął usta i zapadła cisza.

Ludziom rozkazano zatrzymać się przed czarnymi drzwiami.

 – Wchodzić, zaczynając od tych na początku. Tylko bez hałasu.

Linia podzieliła się na trzy grupy, a pierwsza z nich zniknęła już po drugiej stronie drzwi. Nie było żadnego dźwięku. Kilka minut później, drzwi otworzyły się ponownie.

 – Następni.

Teraz była kolej Shiona i jego grupy.

„Wchodzimy tam?”

Do środka Zakładu Karnego.

Zahartował się. Podjął już decyzję. Jednak nic nie mógł poradzić na to, że odruchowo cofnął się odrobinkę. Jego serce biło tak szybko, że miał wrażenie, jakby miało wysadzić wszystkie jego mięśnie.

 – To jedyny sposób – powiedział delikatnie Nezumi, wpatrując się w dal. – To jedyny sposób jaki mieliśmy, Shion.

 – Nezumi...

 – Chodźmy.

 – Tak.

Zawiał wiatr. Drzwi otworzyły się z każdej strony.

 – Eve – ktoś krzyknął nagle zza nich. – Nasza piosenka. Piosenka...

Żołnierz bez słowa odpalił broń. Rozległo się ciężkie uderzenie ciała o ziemię.
Głos ucięty w środku krzyku i narastający, wyjący wiatr.

„Cholera”.

Usta Nezumiego poruszyły się, jakby formując słowa.

„Cholera. Któregoś dnia na pewno...”

 – Ruszać się.

Było zbyt ciemno, by stwierdzić, jak duża była to przestrzeń. Jak w tamtym kontenerze, ludzie byli ściśnięci do granic możliwości.
Drzwi się zamknęły.
Przechył. Całe pomieszczenie zaczęło się trząść. I ruszać. Zjeżdżali w dół z zawrotną szybkością.

 – Winda, hę – Mapa Zakładu Karnego pojawiła się w myślach Shiona. Pusta podziemna przestrzeń.

„To jest to. Jedziemy w tamto miejsce”.

Zjeżdżali. Opadali. Zupełnie jakby wpadali do otchłani.
Ręka Nezumiego owinęła się wokół jego talii.

 – Trzymaj się mnie. Nieważne co się stanie, za nic nie puszczaj.

 – Nezumi, co...

 – Idziemy do piekła razem.

Uścisk wokół jego talii stał się silniejszy.

 – I razem wrócimy żywi. Nie zapomnij o tym, Shion.

 – Oczywiście.

Winda stanęła. Coś ruszyło się w ciemnościach.

 – Spadniemy.

Głos Nezumiego odbił się echem po świecie pogrążonym w ciemnościach.


==Koniec rozdziału piątego== 

((Jezu, jak ja czytam te piosenki... lol, Dżun nadała sens braku sensu @_@))

czwartek, 10 maja 2012

Tom IV: Rozdział 4


((Hell yeah. Oto i rozdział kolejny, moje miłe panie (i panowie? xD) Jeeezu, włosy mnie po karku smyrają, a ja cały czas myślę, że to mrówki @_@ no w każdym razie, dzisiaj mamy czwartek, ja gram w Lucky Doga i kończę pracę na konkurs (Gian forever! a nie, znowu mam opóźniony zapłon... =_=")... a więc bez przedłużania możemy zaczynać!))


Rozdział 4
Scena Katastrof

Piękne damy! Ponieważ Bóg miłosiernymi nam być przykazał, tedy Jego sprawiedliwość
wszelkie okrucieństwo surowo karać musi. Aby wam dać dowód tego i skłonić was do wystrzegania
się nieczułości serca, chcę opowiedzieć historię, która powinna niemniej zabawić,
jak i współczucie w was obudzić.
Boccaccio – Dekameron

Spacerował między źdźbłami trawy w gorącej, wilgotnej mgiełce. Mógł zobaczyć swoje własne stopy. Były bardzo małe. Trawa rosła wysoko, sięgając aż do jego ramion. 

Nagle doszło do niego, że był niemal pogrzebany pomiędzy źdźbłami, ponieważ znów był dzieckiem. Spojrzał w górę, by ujrzeć wysoko oddalone niebo. Wiatr wiał cicho, a powietrze było bardzo gorące.

Ktoś zawołał jego imię. 

Jego prawdziwe imię. Dużo czasu już minęło odkąd ostatni raz ktoś go użył. Wiatr przyspieszył. Podmuchy poruszyły gałęzie nad nim. Zapach zieleni stał się silniejszy. 

Kto go zawołał? Kto znał jego imię?

Słyszał pieśń oraz bzyczenie skrzydeł owadów. Czarny cień przysłonił mu wizję. Jeden, potem drugi, kolejne i kolejne. Niezliczone insekty widoczne były w tle, latające to tu, to tam, tworząc koło. Gdy przyjrzał się bliżej, zobaczył, że rozdzielały się w różnych kierunkach, by wrócić razem w jedno miejsce. 

„Taniec”. 

Tańczyły do piosenki. 

„Podejdź tutaj”.

Usłyszał łagodny głos. 

„Nauczę cię pieśni. Nauczę cię pieśni, której potrzebujesz do przeżycia. Podejdź tutaj”.

Znów został zawołany po imieniu i jakby przyzwany skinięciem ręki. Ten głos wywoływał uczucie nostalgii. Jednak on nie mógł się poruszyć. 

Uderzenia skrzydeł stawały się coraz głośniejsze. Dźwięk poruszających skrzydeł rozbrzmiewał w jego uszach, stapiając się z odgłosem wiatru. Czarne cienie pieczołowicie tańczyły wokół. 

„O, ten widok...”

 – Nezumi!

Został mocno odciągnięty przez jakąś stanowczą siłę. Piosenka, wołający głos, bzyczenie skrzydeł, zapach bujnej zieleni, wszystko rozpłynęło się w powietrzu.

 – Odpowiedz, Nezumi!

Mgliste światło kłuło go w oczy. Zaś zimna tkanina przyciśnięta do jego karku wywoływała ukojenie.

 – Shion...

 – Dobrze się czujesz? Rozpoznajesz mnie?

 – Jakoś się trzymam.

 – Wiesz, gdzie jesteś?

 – Na łóżku... – stwierdził przeciągle Nezumi.

 – Przeniosłeś mnie tu?

 – Ile jest trzy plus siedem?!

 – Eh?

 – Dodawanie. Jaką sumę otrzymasz z dodania tych liczb?

 – O co ci chodzi? Co to a test?

 – Po prostu odpowiedz. Ile jest trzy plus siedem?

 – Dziesięć... – odpowiedział z obawą Nezumi.

 – Tak, dobrze. A trzy razy siedem?

 – Shion, słuchaj...

 – Odpowiedz mi!

 – Dwadzieścia jeden.

 – Dobrze. A co jadłeś dzisiaj na obiad?

 – Rany, nie wiem, czy to można chociaż uznać za obiad. Dwa paski suszonych ziemniaków i trochę koziego mleka. Zwędziłem Inukashi torbę czerstwych krakersów. Prawie mnie przy tym zagryziono.

 – Kręci ci się w głowie?

 – Nie.

 – Mdłości?

 – Dobrze się czuję.

 – Żadnego bólu głowy?

 – Brak.

 – Możesz mi powiedzieć, co... Kiedy upadłeś, możesz mi wytłumaczyć, jak się wtedy czułeś? 

Shion intensywnie przyglądał się jego twarzy. W zdeterminowanych oczach widać było napięcie. Przywiodło to Nezumiemu na myśl powierzchnię zamarzniętego jeziora. 

 – Wiał... wiatr – zaczął z wahaniem.

 – Wiatr?

 – Gdy wiatr wieje kradnie duszę.

Wiatr kradnie dusze, ludzie skradają serca
Ach, ukochana ziemio, wietrze i deszczu; O Niebiosa i światłości 
Zatrzymajcie tu wszystko 

„Tamten głos nie śpiewał czegoś takiego?” – Nezumi nie mógł sobie dokładnie przypomnieć. Jego gardło było suche. Tak suche, że aż sprawiało mu ból. Dostał do rąk biały kubek. Pełen był czystej wody. Napił się jej. Niczym deszcz, spadający na wysuszoną ziemię, podany mu płyn przepłynął przez jego ciało, wsiąkając w każdą jego komórkę. Miał wspaniały smak, którego nie potrafił opisać słowami. Teraz był w stanie odetchnąć i zadać pytanie.

 – Shion, martwisz się, czy mogłem doznać jakiegoś uszkodzenia mózgu?

 – Cóż, zemdlałeś tak nagle. Musiałem brać pod uwagę każdą możliwość. 

Nezumi dotknął dłonią podstawy szyi. Tą samą dłonią przejechał po rozebranej klatce piersiowej. Nie było żadnych nieprawidłowości. A przynajmniej takich, które byłyby widoczne gołym okiem. 

 – To nie pasożytnicza osa – powiedział Shion wzdychając. – Nie ma żadnych zmian na twoich włosach czy skórze. To nie one.

 – Szkoda. Nie byłoby tak źle, mieć włosy jak twoje.

 – Nawet tak nie żartuj – powiedział ostro Shion. – Może i trwało to tylko kilka minut, ale byłeś nieprzytomny. To nie jest coś, z czego możesz się śmiać. 

 – To było tylko chwilowe omdlenie.

 – Chwilowe omdlenie?! Mówisz, że tak po prostu zemdlałeś?

 – Masz z tym jakiś problem? 

 – Nezumi – Shion usiadł na łóżku, po raz kolejny wydychając powietrze. – Nie przeceniaj się.

 – Co?

 – Nie przeceniaj się. Jesteś tylko człowiekiem. Wiele razy będziesz chorował i odnosił rany. Nie zapominaj o tym. Nie jestem lekarzem i nie mam żadnej medycznej wiedzy, ale nawet ja mogę stwierdzić, że sposób, w jaki wcześniej się przewróciłeś, nie ma nic wspólnego ze zwykłym omdleniem. 

 – Dzięki za troskę. Może powinienem jutro iść do szpitala i dokładniej się przebadać. Jeśli skończę na obserwacji, upewnię się, że dostanę pokój dla vipów na najwyższym piętrze, więc wpadnij mnie odwiedzić. 

 – Nezumi, nie żartowałem, mówiąc...

 – Zamknij się!

Krzyczał, choć nie wiedział czemu. Jego temperament nie wyrwał się spod kontroli, ani nie darzył nienawiścią siedzącej przy nim osoby. Jednak nie mógł nic poradzić na swój ton.

Nie chciał, żeby ktokolwiek naprawdę troszczył się o jego stan w ten sposób. Nie chciał, żeby ktokolwiek się o niego martwił. Nie chciał, żeby się nim przejmowano. Uczucia takie jak troska, zmartwienie czy frasunek zbyt łatwo stawały się rusztowaniem dla „miłości”. Nie czuł, że potrzebuje czegoś takiego. Mógł bez tego żyć. Zawsze musiał. To było niepotrzebne.

Ale Shion nie miał o tym pojęcia. Był tutaj, obarczony każdym rodzajem niepotrzebnego bagażu. Może to właśnie jego ignorancja i uparta szczerość tak go irytowały.

– Żadnego mrowienia w końcówkach palców, prawda? – kontynuował Shion. – Wygląda na to, że żadnych obrzęków też nie ma... – Jego palce złapały dłoń Nezumiego, która zwisała z łóżka. Opuszkami Shion zbadał dokładnie dłoń. Wciąż spokojnie i intensywnie szukał znaków obecności jakiegokolwiek odrętwienia czy obrzęku. Zupełnie jakby krzyk Nezumiego zupełnie nie zrobił na nim wrażenia. 

Nie tylko był naiwny i uparty; do tego wszystkiego był tępy. 

Nezumi odepchnął palce Shiona i zeskoczył z łóżka.

 – Nezumi, nie powinieneś tak nagle...

 – Nauczę cię. 

 – Eh?

 – Nauczę cię tańczyć. 

 – O czym ty mówisz? Powinieneś zażyć trochę odpoczynku...

 – No już, chodź tu – Nezumi złapał Shiona za rękę, zmuszając go do podniesienia się, po czym objął go w talii. 

 – Widzisz, mówiłem.

 – Co takiego?

 – Jestem od ciebie wyższy.

 – Kłamca – odciął się Shion. – Nie ma prawie żadnej różnicy.

Nezumi zachichotał.

 – Tak, tak, szanowny książę. Masz jakieś doświadczenie z tańcem?

 – Żadnego.

 – Tak też myślałem. Zacznijmy więc od podstawowych kroków. No już, proste plecy, podbródek w górę. Nie patrz w dół. 

 – Oj, daj spokój, przestań – zaprotestował Shion. – Nie możemy tu tańczyć. Poza tym to zbyt niebezpieczne. Jeśli będziemy się kręcić w tak małym miejscu, przewrócimy książki. 

 – Nie będzie żadnych takich aktów niezdarności. Dobra, obróć się w tym miejscu. Do tyłu. Jeszcze raz i obrót. Widzisz, wychodzi ci – zachęcił go Nezumi. 

 – Po prostu ciągasz mnie za sobą.

 – Mimo wszystko, jestem pod wrażeniem. Twoje ruchy są lekkie. Naprzód i obrót. Dobrze, trzymasz rytm. A teraz od nowa.  Właśnie tak, tańcz dalej... Tańcz, Shion.

Shion otworzył usta, by coś powiedzieć, po czym zamknął je z powrotem, całkowicie pozwalając się prowadzić Nezumiemu. Nasłuchiwał pogodnej melodii, wylewającej się spomiędzy jego warg i podążał za jego krokami. Płomień z piecyka pozwalał teraz padać cieniom dwóch figur. Małe myszki skuliły się razem, przyglądając się im ze szczytu jednego ze stosów książek. 

 – Łaa...! – Shion potknął się o własne nogi i upadł plecami na łóżko. Jego oddech był nieregularny, a czoło błyszczało od potu. 

– Jestem wykończony. To prawda, że przy tańcu pracuje całe ciało. 

– Nie wiedziałeś?

 – Nie. Chyba jestem teraz o tyle mądrzejszy. Więc?

 – Hm?

 – Ja nie mogę złapać oddechu, jednak ty w ogóle się nie zmęczyłeś. To chciałeś mi pokazać?

 – Można tak powiedzieć. 

 – Masz znacznie więcej energii, jesteś bardziej wysportowany i zwinny niż ja. To nie o ciebie powinienem się martwić. To właśnie chciałeś przekazać, prawda?

 – Aż tak bym tego nie ujął, ale...

Shion wstał. Stanął przed Nezumim wyciągając w jego kierunku swoją dłoń. Był to krótki i szybki gest, trwający jedynie ułamek sekundy.

„Co?!”

Jego ręka znalazła się u podstawy szyi Nezumiego. Nawet nie dotykał; palce Shiona ledwie spoczywały na jego skórze. Mimo to Nezumiego przeszedł paraliżujący dreszcz. Przebijający wstrząs, jak ten, który czuje bestia złapana w pułapkę.

 – Myślałem... że stąd wyjdzie – wyszeptał zachrypniętym głosem Shion, zupełnie jakby słowa utknęły mu w gardle. – Kiedy upadłeś, właśnie tak pomyślałem. Ja.. Ja myślałem, że umrzesz. Nie chodzi o ciebie, Nezumi.

 – Eh? 

 – Nie martwię się o ciebie dla twojego dobra. Troszczę się tylko dla siebie, żeby być wolny od własnych łez – palce Shiona odsunęły się. Dopiero teraz Nezumi zauważył, że przez cały ten czas wstrzymywał oddech. 

 – Nezumi, nadal nie rozumiem wielu rzeczy, ale – zawahał się. –  jednego jestem pewien. Przerażająco boję się ciebie stracić. To byłoby gorsze, niż strata kogoś... kogokolwiek innego. To nieznośne, jak bardzo się tego boję. Chciałbym mieć pewność, że zawsze będziesz u mojego boku. Możesz ze mnie szydzić lub wyśmiać, ale mówię prawdę. 

Nie było to nic innego niż szczere i proste wyznanie miłości. 

„Nie mogę żyć bez drugiego – bez ciebie”.

Jakże bezpośrednie, proste i nierozsądne to wyznanie. Shion popełnił w tamtym momencie poważny błąd, obnażając swój brak rozsądku, kobiecą słabość, swoją delikatność. Jednak Nezumi nie potrafił go wyśmiać. Nie dlatego, że przytłoczyła go szczerość Shiona , ani dlatego, że poruszyło go idące prosto z serca wyznanie. 

„Kim... on jest?”

 – Dobranoc – Shion spuścił wzrok i przeszedł obok Nezumiego. 

 – Będę spać na podłodze. Byś mógł dobrze wypocząć, dobrze? Strasznie się spociłeś. Jesteś pewnie bliżej odwodnienia niż ci się wydaje. 

 – Taa... – Nezumi ledwie był w stanie wydukać odpowiedź. Gdy tylko Shion zniknął w cieniu książek, złapał swoje gardło, a jego ramiona zaczęły się unosić i opadać gwałtownie, gdy oddychał. 

„Nie mogłem tego uniknąć”

Nie był w stanie uniknąć dotyku Shiona. Szyja jest jednym z najwrażliwszych miejsc ludzkiego ciała. Jednak on nie był w stanie odsunąć ręki, wyciągniętej, by go złapać. Shion nie miał morderczych intencji. A Nezumi nie spuścił gardy i nie miał zamiaru pozwolić palcom Shiona dotknąć jego skóry. 

„Nie mogłem tego uniknąć. Ja, ze wszystkich ludzi, dałem się złapać”.

Nie mógł przewidzieć, uniknąć ani odepchnąć ruchu Shiona. Został całkowicie złapany. Gdyby Shion był wrogiem, gdyby miał zamiar go zabić, gdyby trzymał nóż – Nezumi bez wątpienia zostałby zabity. Bez żadnego jęku, nie będąc w stanie krzyczeć, upadłby na ziemię bez życia. Zostałby zabity.

„Zostanę zabity”. 

Pośród uczuć, które mieszały się w nim, gdy palce Shiona dotknęły jego szyi, żadne z nich nie nosiło oznak miłości czy tęsknoty. Był tylko strach. Przerażenie. Nezumi spotkał się już z niezliczonymi niebezpieczeństwami. Nie mógł zliczyć ile razy zapędzono go w kąt czy próbował się poddać. Jednak nigdy nie stał przed kimś, kto tak bardzo go przeraził, sprawił, że zesztywniał niezdolny do ruchu.

„Te oczy, te ruchy, to uczucie duszności”.

„Co to było?”

Zacisnął zęby.

Słyszał małe myszki, biegające po podłodze. 

 – Cravat, Tsukiyo, cicho. Chodźcie tutaj. 

Shion zawołał myszy. Gdy szmer koca i delikatne piski ucichły, za stosami książek nie wydawało się być już żadnego ruchu. Otoczyła ich cisza. 

„Nie mogę żyć bez drugiego – bez ciebie”. 

Jego słodkie i ckliwe, a jednak szczere wyznanie wraz z jego ruchami, całkowicie unieruchamiającymi Nezumiego – trwały tylko przez chwilę, jednak w tamtym momencie wszystkie emocje zniknęły z oczu Shiona. To nie było spojrzenie kogoś, kto obnaża swoja duszę w wyznaniu miłosnym. Te oczy należały do kogoś, kto zadał ostateczny cios i przekręcał nóż w ranie. Sam Shion jednak prawdopodobnie nie był tego świadomy.  

„Czyżbym to ja był tym, który nie ma o niczym pojęcia?”

Shion był spokojnym chłopcem o niezwykłym intelekcie i łagodnym sercu. Nigdy nie nauczył się jak nienawidzić, sprzeciwiać się czy walczyć. Potrafił złapać ludzi, ale nie skrzywdzić. To on nigdy nie miał do czynienia z brutalnością czy zimną bezwzględnością. Był jedynym, który kiedykolwiek mógł stać się słońcem. Czy to nie tak powinno być? Jeśli nie, to...

Nie miał pojęcia o prawdziwej naturze Shiona. 

Nezumi uratował zarówno jego życie, jak i swoje własne, mieszkali razem i razem spędzali każdy dzień. Byli ze sobą bliżej połączeni, bardziej intymnie, niż z kimkolwiek innym. Nigdy nie unikał ani nie bał się tego związku, jednak nie mógł go również nigdy całkowicie zaakceptować; pożądał go gdzieś w sercu i bez wątpienia uczynił go dla siebie czymś w rodzaju bezpiecznej przystani. 

„To byłoby gorsze, niż strata kogokolwiek innego”.

Słowa Shiona wyrażały także jego własne uczucia. Nie chciał tego przyznać, ale taka była prawda i nie miał innego wyboru. Jednak mimo to po raz pierwszy odkąd się spotkali, tracił z oczu to, kim naprawdę był Shion. 

Nezumi jeszcze raz zacisnął zęby. Wydały ciężki hałas, niczym zardzewiałe koła zębate. Dźwięk odbił się głęboko w jego ciele.

To nie tak, że stracił go z oczu – pewnie od samego początku nie widział go dobrze. Patrzył tylko na jaśniejszą stronę Shiona, oświetloną światłami reflektorów. Aż do teraz Nezumi zawsze przyglądał się łodygom roślin zamiast kwiatom, kwitnącym nad nimi, bezustannie skupiając się raczej na częściach pogrążonych w mroku, niż tych wystawionych na światło i był przekonany, że potrafi dostrzec je bez problemu.

Ale został zaślepiony.

Został zbyt zaślepiony przez beztroski uśmiech Shiona, jego bezbronność i szczere spojrzenie, dzięki któremu mógł zobaczyć wszystko inaczej.

Nie stracił go z oczu – nie widział go od samego początku.

„Shion, kim ty właściwie jesteś?” 

Zastanawiał się w sercu nad chłopcem, który leżał skulony pod kocem razem z myszami.

„Kim jesteś?”

***

Wieść przyszła niedługo, bez żadnej zapowiedzi. 

Poranne niebo było zachmurzone, zwiastując opady śniegu w późniejszych godzinach. Ziemia była przemarznięta i nie okazywała jakichkolwiek oznak rozmarznięcia po południu. Śnieg przyszedł w poszarpanych płatkach, a chłodny wiatr gwizdał na bazarze w Zachodnim Bloku. 

Tej nocy stary pies umarł w hotelu Inukashi.

 – Był bratem mojej mamy – mruknął Inukashi kopiąc dziurę w zamarzniętej ziemi.

 – Czyli był twoim wujkiem?

 – Na to wychodzi. Straciłam kolejnego towarzysza, z którym mogłam dzielić wspomnienia o mamie.

 – Był bardzo stary, prawda? – zapytał cicho Shion.

 – Tak. W ludzkich latach pewnie miał już koło setki. Prawdopodobnie dużo nie cierpiał. Wczoraj jeszcze bez trudu łaził i bawił się ze szczeniakami, ale gdy obudziłem się rano, był już zimny. Nikt nie zauważył. Szczeniaczki, które z nim spały, powariowały, bo był zimny i przyszły mi o tym powiedzieć. Żył pełnią życia.

 – Jego życie musiało być godne podziwu.

 – Było godne podziwu – powtórzył Inukashi.

Ziemia była mocno zmarznięta, więc niewiele robili postępów z żałosnymi łopatkami i kawałkami drewna, którymi kopali.

 – Nezumi – zawołał Shion, spoglądając na część walącej się ściany, na której siedział Nezumi. – Pomóż nam, jeśli nie masz nic innego do roboty.

 – Ja miałbym kopać grób dla psa? Śmieszne.

Inukashi pociągnął nosem.

 – Shion, zostaw go. Nie chcę, żeby pomagał przy tym grobie.

 – Ale może zaśpiewać.

 – Marsz pogrzebowy, czy co? 

 – Tak, coś wymyśli – powiedział Shion. – Zrobisz to, prawda, Nezumi?

 – Śpiewacy są drodzy, tak tylko mówię. Trzy sztuki srebra.

Inukashi odrzucił na bok swój szpadel i obnażył zęby, warcząc.

 – Złaź na dół, chciwy skurwysynu! Rozerwę ci gardło, draniu!

 – Z twoimi ząbkami najlepsze, co możesz rozerwać, to kawałek czerstwego chleba – odpowiedział Nezumi. – A właśnie, skoro już przy tym jesteśmy, nie zostało u ciebie w gabinecie przypadkiem jeszcze trochę krakersów? Zjadłbym je sobie na obiad.

 – Co, bawią cię te twoje pieprzone żarty? – warknął Inukashi. – Lepiej, żebyś nawet jednego palca na nich nie położył, Nezumi!

Inukashi pobiegł za nim do ruin. Nezumiego nigdzie nie było już widać. 

 – Hej, czekajcie chwilę, słyszycie?! – zawołał ich Shion. – Nezumi, nie mówiłeś mi, żebym cały czas był w zasięgu wzroku? Inukashi, zostawisz tu tak po prostu swojego wujka?

Od żadnego z nich nie usłyszał odpowiedzi. Koniec końców Shion sam wykopał resztę dziury, w której pochował starego psa. 


W międzyczasie Inukashi wpadł do pokoju, próbując złapać oddech, a Nezumi siedział już na stole, bujając w dłoni torbę krakersów.

 – Oddawaj – powiedział Inukashi najbardziej stanowczym tonem, na jaki było go stać. Nie myślał, że to podziała, jednak paczka krakersów natychmiast poleciała w jego stronę. Najwyraźniej lekko opuścił gardę. 

 – Co? Nie jesteś głodny?

 – A co, nakarmiłbyś mnie, gdybym był?

 – Przestań sobie żartować – powiedział Inukashi. – Może i mam jedzenie dla psów, ale dla ciebie nie mam ani jednego krakersa. 

Inukashi odłożył torbę do szafki. Była stara i podniszczona, ale mimo wszystko trzymał ją zamkniętą. Zauważył jednak, że zamek jest otwarty.

„Rany, nie mogę nawet się rozluźnić czy spuścić gardy przy tym gościu. Chociaż nie żeby kiedykolwiek to było możliwe”.

Inukashi ponownie zamknął szafkę i odwrócił się. Nezumi wciąż siedział w tej samej pozycji co przed chwilą. Inukashi schylił się, by podnieść z podłogi kryształek. Ten pokój był całkiem znośny w stosunku do reszty hotelu, który w większości już się zawalił. Ściany i podłoga nadal były w dobrym stanie. Nie tylko blokowały deszcz i wiatr, ale i tworzyły miejsce do życia, będące jednym z najlepszych, jakie oferował Zachodni Blok. Mimo to i ten pokój odczuwał upływ czasu. Ozdobne kryształki, które do ściany ewidentnie przytwierdzono jako forma dekoracji, zaczynały odpadać. 

Obracając kamyk w dłoni, mógł na nim niemal wyczuć niebieską farbę. Zacisnął lekko dłoń. 

 – Nezumi.

Gdy tylko Nezumi się do niego odwrócił, Inukashi rzucił kryształkiem prosto w jego twarz. Nezumi jedynie płynnie przechylił głowę, by go uniknąć i uniósł brew. 

 – Nezumi – zawołał ponownie Inukashi. Tym razem nic nie rzucił. – Hej, co z tobą?

 – Co masz na myśli przez „Co z tobą”?

 – Masz jakiś problem, czy coś?

 – Problem?

 – Pytam, czy coś cię drażni. 

 – Eh?

Spojrzeli na siebie i pociągnęli nosem niemal w tym samym momencie. Wtedy zapadła cisza. Nezumi pierwszy się odezwał.

 – Nie wydaje mi się, żeby kiedykolwiek w ogóle mnie coś drażniło. Nigdy.

 – Domyślam się.

 – To samo z tobą, nie?

 – Ja? Ja zawsze mam coś na głowie. Jedzenie dla moich psów, jutrzejsze zarobki. Zamartwianie się nie ma końca. Muszę się opiekować psami. Mogą być wielką pomocą, ale ciężarem też są. Nie mogę im dać zdechnąć z głodu. Nie mam tak beztroskiego życia jak ty.

 – Beztroskiego, co? – Nezumi zamilkł na moment.

 – Hej, Inukashi.

 – Co?

 – Polowanie się zbliża. Myślę, że zacznie się jutro, pojutrze.

 – W sensie, czujesz, że przyjdzie, tak?

 – Tak, czuję to. Zastanawiam się, czy powinienem im powiedzieć. 

 – Komu?

 – Innym mieszkańcom Zachodniego Bloku.

Inukashi zamrugał, gapiąc się na profil Nezumiego. 

 – W sensie, że chcesz im powiedzieć, że mają wiać, bo nadchodzi Polowanie?

 – Taa.

 – A gdzie by uciekli?

Nezumi nie odpowiedział. Jego oczy patrzyły w dół, a wzrok skupił na cholewkach jego butów. Wyglądało to jakby walczył z myślami, a jednocześnie wahał się udzielić odpowiedzi. 

 – Jeśli mili panowie z No.6 rzucą na chwilę strzelanie i powiedzą: „Zaczniemy Polowanie tego i tego dnia, od wtedy do wtedy”, śmiało, idź wszystkim powiedz – zaczął Inukashi. – Jeśli tylko wtedy będzie Polowanie, uciekną. Ale nie wiesz tego, prawda? Mówisz, że to będzie jutro albo pojutrze, ale to tylko twoje przeczucie. To się może zdarzyć za pięć minut. Może się zdarzyć za tydzień. Jeśli tak nierealne przeczucie mogłoby wygnać stąd ludzi, w ogóle by tu nie mieszkali. Nie mają dokąd uciec. Nie mają żadnego innej opcji. Dlatego wszyscy trzymają się tego miejsca, jakby od tego zależały ich życia.

Gdy to mówił, Inukashi pomyślał, że Nezumi powinien być tego świadomy aż do szpiku kości.

Na tym świecie było kilka cennych miejsc, które zapewniały wszystkie warunki do podtrzymania ludzkiego życia. Prawdopodobnie nie było już innych, poza sześcioma miastami–państwami. Inukashi nie miał o tym pojęcia, jednak No.6 było usytuowane w znacznie lepszym środowisku w porównaniu do pozostałych pięciu miast. Ludzie zbierali się tam, by żyć. Opuszczanie tego miejsca było synonimem śmierci. Ludzie wiedzieli to nie z informacji czy książek, ale z instynktu.

Nie mogli uciec. Nie mieli dokąd. Polowanie zdarzało się raz na kilka lat. 

„Jeśli będziemy mieć szczęście, przeżyjemy. Dlatego zostańmy tutaj. To jedyne wyjście”.

Nieważne czy to z rezygnacji, czy z woli przeżycia, koniec końców każdy tu zostawał. To było jedyne miejsce, w którym mógł żyć.  

 – Nie powinno być potrzeby w ogóle ci tego mówić – westchnął z rezygnacją Inukashi. 

 – Masz rację – mruknął Nezumi.

„Co do cholery w niego wstąpiło?”

„Boi się tego, co się stanie?”

„Nezumi się boi?”

Inukashi żywo pokręcił głową. Jego długie włosy podskakiwały, odbiwszy się od pleców. 

„Niemożliwe” – Inukashi nie widział Nezumiego w zbyt miłym świetle. Przeciwnie, miał go za niebezpieczeństwo, z którym trzeba się liczyć. Nezumi nigdy nie wypowiadał najważniejszych części jego myśli, a chwilami był niezwykle nieczuły. Za każdym razem, gdy widział niesamowite umiejętności Nezumiego w posługiwaniu się nożem, zastanawiał się, czy przypadkiem nie posłał już w ten sposób kilku ludzi do grobu. 

Inukashi nie chciał mieć z nim do czynienia, jeśli miał na to jakiś wpływ – to była jego szczera opinia. Ale nawet jeśli wiedział, że Nezumi nie był kimś, kto mógłby być podstępny czy zakłamany, był niezwykle ostrożny i z całą pewnością nie tchórzliwy. Tego Inukashi był pewien.

„Zdecydował wślizgnąć się do Zakładu Karnego. A skoro tak zdecydował, zrobi to. Skoro podjął już decyzję, nie powinien się niczego bać”.

Nezumi pewnie zauważył, że Inukashi przyglądał mu się bezustannie, dlatego wzruszył ramionami w nonszalanckiej odpowiedzi.

 – Masz rację. Nie powinno mi być trzeba tego mówić. Po prostu...

 – Po prostu co?

 – Shion o tym nie wspomniał.

 – O czym nie wspomniał? Żeby dać wszystkim znać, to pouciekają?

 – Taa. 

 – Cóż, to na pewno brzmi jak coś, co ten naiwniak by wymyślił... Znaczy, Shion nie wie za dużo o Polowaniu, prawda?

 – Powoli łapie.

Nezumi zszedł ze stołu i podniósł leżący obok kryształek.

 – Czasem zajmuje mu to trochę, ale nie jest głupi. Pewnie domyślił się już, jaki to będzie rodzaj polowania. Tylko po prostu prawdopodobnie jeszcze to do niego nie dotarło.

 – Ehe – odezwał się z powątpiewaniem Inukashi. – To znaczy, że zrobił się bystrzejszy. Może w końcu widzi jaki naprawdę jest Zachodni Blok.

 – Prawdopodobnie.

Nezumi kręcił w palcach kamyk. Pytanie wypłynęło z ust Inukashi, zanim się zorientował.

 – Nezumi, co cię tak naprawdę męczy? 

Cienista przesłona padła na parę pięknych, ciemnoszarych oczu. Zadrżała w nich iskra. Inukashi pamiętał, że widział już ten sam rodzaj cienia i iskierki. Wiele, wiele razy. To było to, co widzi się w oczach umierającego dziecka. Szeroko otwarte, wpatrujące się oczy, wypełnione cierpieniem, gniewem i strachem, nie mogąc zrozumieć, dlaczego to musi tak boleć, ani co stanie się dalej. Nie były takie same, ale bardzo podobne. 

 – Boisz się czegoś? – kolejne pytanie wypadło bez zastanowienia  z jego ust.

„Czyli ty naprawdę się czegoś boisz. Nie chodzi o Zakład Karny, ani o Polowanie. To może stwarzać zagrożenie dla jego życia, ale go nie przerazi. Więc co...”

„Shion?” 

Inukashi jęknął i kichnął delikatnie.

 – Czy ty powiedziałeś, że się boję? – odezwał się Nezumi.

 – Nie... – odpowiedział nonszalancko Inukashi.

Nie wiedział specjalnie jakiego rodzaju był związek między Shionem a Nezumim, ani jakie łączyły ich więzi, nie żeby w ogóle chciał wiedzieć. Nie obchodziło go to. Jednak był pewien, że Shion nigdy nie zostanie wrogiem Nezumiego. Ta jedna rzecz nigdy by się nie zdarzyła. Poza tym, co by się mogło stać, gdyby jeden naiwny dzieciak z głową w chmurach obrócił się przeciwko nim? 

Inukashi zaczerpnął powietrza.

„Och, z resztą, to bez znaczenia. Cokolwiek to jest, nie chcę mieszać się w sprawy tych dwóch bardziej, niż już to robię” – gestem dłoni wygonił Nezumiego.

 – Idź do domu.

 – Co za pożegnanie.

 – I tak nie mam zamiaru się z tobą żegnać. ...Nezumi?

Nezumi ukrywał twarz w dłoniach. Zachwiał się i oparł ciężko o ścianę. Ześlizgiwał się na dół z plecami przy murze dopóki nie dotknął podłogi. Podparł kolana i schylił głowę.

 – Nezumi, co jest?

Nie było odpowiedzi.

 – Hej, Nezumi. Przestań robić sobie jaja. Ćwiczysz do sztuki, czy co? Od razu mówię, że nie mam zamiaru dawać ci żadnych wskazówek.

 – Śpiew...

 – Eh?

 – Słyszałem śpiew... znowu... – Głos Nezumiego załamał się gdy urwał, a Inukashi słyszał jego nieregularny oddech. Zamienił się w słaby szept.

„Wiatr... kradnie dusze... ludzie skradają... serca” .

 – Nezumi, o czym ty mówisz? Weź się w garść.

A więc miał jakąś chorobę.

Inukashi przykucnął, po czym położył dłoń na ramieniu Nezumiego. 

 – Trzymaj się. Pójdę po Shiona.

Został złapany za nadgarstek. Uścisk był tak silny, że Inukashi niemal zawył z bólu. Nezumi przyłożył dłoń do czoła i powoli wstał. Wypuścił powietrze.

 – Hej, Nezumi...

 – Nic mi nie jest.

 – Nie wyglądasz za dobrze jak na... a zresztą... – Uciął nagle. – To i tak nie moja sprawa, co ci się stanie.

 – Dokładnie.

Nezumi wypuścił rękę Inukashi i postawił kilka kroków. Jego stopy były stabilne.

 – A, tak – Nezumi odwrócił się w drzwiach i poruszył palcami. Pomiędzy nimi znajdowała się srebrna moneta. 

 – Co... Ej, nie mów mi, że...

 – Mówiłem ci, że to zrobię. Ukryta skrytka na tyłach twojej szafki, co? Całkiem niezłe zabawki masz w tym pokoju, Inukashi. 

 – Cz–czekaj. Ty... Ty to otworzyłeś?

 – Oczywiście. Jedna srebrna moneta. Biorę ją jako opłatę za robotę Shiona. I paczkę krakersów.

 – Krakersy też!? – zawył Inukashi. – Naprawdę sobie ze mnie teraz jaja robisz!

 – Nie są spleśniałe ani czerstwe. Świeża paczka krakersów. Będę miał z nimi wspaniałe herbaciane popołudnie. Dzięki. 

Inukashi rzucił się na niego tylko po to, by mieć szczelnie zamknięte drzwi tuż przed nosem. 

***

Pochował starego, wynędzniałego psa.

Shion zakopał trumnę, umieszczając ją pod kamieniem, który Inukashi wybrał z gruzu na nagrobek. Złożył dłonie w modlitwie. Kilka szczeniaczków usiadło po bokach Shiona, machając ogonami nad nowym grobem. 

Poczuł za sobą czyjąś obecność. Nie słyszał żadnych kroków, więc nie musiał się odwracać, by wiedzieć, kto za nim stoi.

 – Co robisz? – zapytał Nezumi.

 – Modlę się.

 – Modlisz się za psa.

 – Żył pełnią szczęścia w tym miejscu. Myślę, że to godne podziwu.

Nezumi kopnął kamienie końcówką buta i kiwnął głową. 

 – Tak, chyba masz rację. To prawie cud dla psa, umrzeć w takim miejscu w tak późnym wieku. Mógł umrzeć spokojną śmiercią, a świat nie daje tego tym, którzy na to nie zasługują. To prawda, warte podziwu.

 – Też się za niego pomodlisz?

 – Nie, dzięki. Jeśli już skończyłeś, chodźmy do domu. Na dziś skończyłeś już robotę, prawda?

 – Podwędziłeś te krakersy Inukashi?

Nezumi uniósł palec i pomachał nim z dezaprobatą.

 – Mm–mm, wspaniały książę taki jak ty nie powinien używać tak surowych słów jak „podwędzić”. 

 – Czyli je podwędziłeś.

 – To za twoją robotę. Nagroda za wykopanie grobu. To też – pomiędzy palcami Nezumiego pojawiła się srebrna moneta.

 – Sztuka srebra i torba krakersów. Nie wydaje ci się, że właśnie trochę go obdarłeś?

 – Nie szkodzi. Dałem mu robotę wartą dwóch sztuk złota. Pomyśl o tym srebrze jak o prowizji. Dobra, chodźmy kupić trochę suszonego mięsa i wracajmy do domu. 

Shion szedł obok Nezumiego. Szczeniaczki biegały wokół jego stóp, żegnając, gdy opuszczali ruiny.

 – Gdzie jest Inukashi? Nie widzę go nigdzie.

 – Beczy. 

– Doprowadziłeś go do płaczu?

 – On beczy przy wszystkim. Mówi, że jest twardy, ale płacze jak niemowlak. Pewnie właśnie się wypłakuje, bo nie może uwierzyć, że dał sobie podwędzić swoje srebro i krakersy.

 – To okropne – powiedział ze zmartwieniem Shion. – Hej, Nezumi.

 – Hm?

 – Co do Inukashi... Em... czy jest szansa, że on jest...

 – No, co z nim?

 – Eh... Nic, nieważne. Wybacz.

Wspięli się na górę kamieni, zmierzając w stronę baraków tworzących bazar. Wiatr wiał im w twarze. Wydawał się, że po malutku skrada ciepło ich ciał. 

„Ciekawe co robi teraz Safu. Mam nadzieję, że nie zamarza i nie jest głodna”.

„Kocham cię, Shion. Bardziej niż kogokolwiek innego”.

Przypomniał sobie jej słowa. Nie był w stanie odwzajemnić uczuć dziewczyny. Prawdopodobnie nigdy nie byłby do tego zdolny. Nie mógł pokochać Safu w taki sposób, w jaki ona by tego chciała. Ale mógł ją kochać inaczej. 

„Safu, żyj i czekaj na mnie. Proszę”.

Wiatr się wzmocnił. Drżał z zimna.

 – O czym myślisz? – Nezumi spojrzał na niego, jego włosy falowały na wietrze.

 – O Safu.

 – Powiedziałbym, żebyś się nie przepracowywał, ale to pewnie trudne. Chociaż nic dobrego z tego nie przyjdzie. Po prostu o tym pamiętaj.

 – Wiem.

 – Nałóż niżej ten kapelusz. Ekipa Sprzątająca się tu kręci. To będzie naprawdę wnerwiające, jeśli spróbują do nas zagadać.

Zanim Nezumi zdążył skończyć zdanie, rosły mężczyzna z gangu, pijącego w baraku, pojawił się przed nimi.

 – Czekajta chwilę, chłopaki.

Był to niewątpliwie ten sam człowiek, w którego ostatnio wbiegł Shion. Pamiętał tatuaż węża na jego ramieniu.

 – Ej, to te same pieprzone bachory co ostatnio. Kopę lat, chłopaki, co? To będzie niezła zabawa.

Tsk. Nezumi cmoknął językiem. W tym samym momencie jego prawa ręka poruszyła się szybko. Niebieski odłamek gruzu uderzył mężczyznę dokładnie między oczy. Zawył z bólu i odchylił się do tyłu. Shion brnąc przez tłum, zaczął biec. 

 – Tędy – podążając za Nezumim, wślizgnął się do alejki i wykończony przycupnął. Ekipa przebiegła obok nich, krzycząc wściekle.

 – To całkiem poważne – skomentował Nezumi. – Jak złapią cię następnym razem, pewnie czeka cię coś więcej niż tylko pobicie. Lepiej się na to przygotuj.

 – Tylko ja mam się przygotowywać?

 – Ja zdążę zwiać.

 – Ja też.

Nezumi rozejrzał się bez wychodzenia z alejki. Najwyraźniej codziennie jacyś faceci biegali wokół, bo ludzie chodzili jakby nic się nie stało.

 – Ale na pewno biegasz szybciej. Zrobiłeś postępy od ostatniego razu.

 – Ty mnie tego nauczyłeś. ...O, czy nie mówiłem tego samego ostatnim razem? 

Nezumi się uśmiechnął. Nie był to uśmiech rozdrażnienia, nagany czy zimnego okrucieństwa. To był zmysłowy uśmiech. Zauroczyło to Shiona. 

 – Eve! – zawołał ktoś z daleka. – Co ty tu, do cholery, robisz?

Niski mężczyzna w białej koszuli i czarnych spodniach stał, przyglądając się im z wściekłą twarzą. Miał ciemny kapelusz z szerokim rondem i szalik w tym samym kolorze. Mimo że nie wyróżniał się jakoś specjalnie, jego strój odznaczał jakiś rodzaj sprytu, którego nigdy nie widziało się w Zachodnim Bloku. 

 – O... Szef. Dawno się nie widzieliśmy.

 – Fakt, trochę czasu, niewątpliwie – powiedział niecierpliwie mężczyzna. – Szukałem cię. Czemu nie pokazywałeś się w teatrze? Nie możemy niczego zacząć bez ciebie na scenie. Co się dzieje?

 – Ach, no cóż... dużo rzeczy się zdarzyło i... Zastanawiałem się czy mógłbym wziąć sobie wolne od występów na jakiś czas.

 – Wolne?! – powtórzył z niedowierzaniem. – Oszalałeś?! Większość publiczności przychodzi tylko po to, żeby ciebie oglądać. Chcesz, żeby mój teatr splajtował?

Szef nagle złagodził wyraz twarzy potulnym uśmiechem, a jego głos przybrał zalotny ton. 

 – No dalej, Eve – nalegał. – Porozmawiajmy jak mężczyźni. Jeśli masz jakieś skargi, zawsze jestem tu, żeby posłuchać. 

 – Skargi, co... to będzie raczej ciężkie.

 – Nie masz żadnych? Więc...

 – Mam tyle, że gdybym musiał zrobić teraz listę, stalibyśmy tu do jutra. 

 – Eve, błagam cię. Jeśli chodzi o jakieś problemy, możemy coś wymyślić. Jeśli nie możesz przyjść dzisiaj, to może od jutra...

Hałas. To był dźwięk, który zatrzymał się w uszach Shiona, wyrył w jego pamięci i nawiedzał go w snach przez wiele nocy.

Dźwięk destrukcji. Dźwięk ludobójstwa. Dźwięk śmierci. Dźwięk rozpaczy. Krzyki, jęki, płacz, kroki. Wszystko stapiało się razem, potykając o siebie nawzajem, tańcząc ze wszystkim innym, wijąc, wznosząc w pandemonium. Piekło zmaterializowało się przed oczami Shiona. 

Ludzie zaczęli pierzchać bezładnie na wszystkie kierunki. Baraki się zawalały, a namioty zdzierano na ziemię.

 – To Polowanie! – ktoś ryknął.

„To Polowanie”.
„To Polowanie”.
„To Polowanie”.

Nawet wycie wiatru zostało zagłuszone. 

Starsza osoba potknęła się i upadła. Shion nie miał szansy jej pomóc. Niezliczone stopy przebiegły po upadłym, pędząc przed siebie.

 – Zaczęło się – Nezumi przełknął ślinę. Odwrócił się i wydał krótką komendę szefowi. – W nogi!

Nad ich głowami rozległa się ogłuszająca eksplozja. Rozdarła powietrze. Spadło na nich paraliżujące uderzenie. Barak, będący wcześniej sklepem mięsnym, rozpadł się na drobne kawałki. 

 – Shion! – Poczuł, że ktoś go przewraca. Ciało Nezumiego objęło jego własne. Gdy został przyciśnięty do ziemi, Shion przełknął z bólu własny oddech. Słyszał głos Nezumiego.

 – Shion, jesteś cały?

 – Tak.

Nie było czasu na tracenie świadomości. Zaczęło się. Wszystko zaczynało się w tamtym momencie. 

Nezumi się odsunął. Shion podniósł się, jęcząc cicho. Ujrzał niebo. Szara przestrzeń rozszerzała się ponad nim. Całe piętro zasłaniającej mu wcześniej widok lepianki zniknęło. Powietrze dusiło kurzem.

 – Co z nim?

 – Z kim?

 – Z twoim szefem, czy kimkolwiek...

 – Och, pewnie zwiał. Jeśli ma szczęście, da radę uciec. Jeśli nie... skończy o tak – Nezumi wskazał na coś podbródkiem. Spod zawalonej ściany wystawała zakrwawiona ręka. Była gruba i owłosiona.

 – Pewnie staruszek z mięsnego. 

„To Polowanie”.
„Pomocy”.
„Drogi Boże”.
„Cholera”.
„Pozabijają nas”.
„Biec, biec, biec”.

Głosy łączyły się ze sobą w nieznośny harmider. Shion przykucnął w cieniu szczątków ściany, próbując uniknąć wciągnięcia przez masę ludzi. Mniej niż o krok od niego znajdowało się ramię człowieka ze sklepu mięsnego. 

 – Nezumi, to jest...

 – Spójrz – Shion wytężył wzrok w kierunku, który wskazywał Nezumi.

 – Och... – Jego oddech i głos zamarły w gardle.

Dwa uzbrojone pojazdy jechały drogą obok siebie, niemal całkowicie blokując przejście. Z niesamowitą szybkością przemierzały bazar. Baraki nie stawiały im żadnego oporu. Były jak papierowe figurki, trzeszcząc rozpłaszczane przez koła.

 – Nezumi, te uzbrojone pojazdy...

 – Taa, wyglądają na stare modele. Chociaż wydaje się, że uzbrojenie dalej działa. Użyli akustycznej fali uderzeniowej, żeby rozwalić piętro mięsnego. Kiedy właściwie zaczęli tego używać? – mruknął do siebie Nezumi. – A może wybrali sobie to miejsce do testów?

 – Nie o to pytam. Mam na myśli... one należą do No.6?

 – No moje na pewno nie są.  

Fakt, że No.6 posiadało armię, był dla Shiona czymś całkowicie nowym. 

Zanim się urodził, sześć państw miast podpisało traktat, zobowiązujący je do porzucenia armii na rzecz pokoju i zapomnienia o posiadaniu czy używaniu jakiejkolwiek broni. Z przeszłości nauczyli się, że wojna pomiędzy krajami prowadzi jedynie do zniszczenia środowiska, podupadania ojczyzny i zagrożenia egzystencji samego gatunku ludzkiego. Aby uciec przed własną zgubą, wszystkie miasta podpisały akt i przysięgły go przestrzegać. 

Został nazwany Traktatem Babilońskim od starożytnego miasta, w którym został podpisany. 

Jednak zaskoczenie Shiona szybko znikło. Jeśli No.6 było fikcyjną utopią, naturalnym było dla miasta posiadać armię, żołnierzy i broń, aby móc krzywdzić, zdominować  ludzi.

Shion ostrożnie przyjrzał się nadjeżdżającym pojazdom i uregulował oddech. Nezumi zaśmiał się krótko.

 – Myślałem, że bardziej spanikujesz. Naprawdę silniejszy się stałeś.

 – Już mówiłem. To ty mnie tego nauczyłeś.

 – A ty byłeś niezłym uczniem. Ale zabawa dopiero się zaczyna.

 – Tak, wiem.

Szumiał potok ludzi. Fala została odepchnięta. Ten sam uzbrojony pojazd pojawił się tuż przed tłumem, blokując mu drogę. Krzyki stały się głośniejsze. Ludzie popychali się nawzajem, upadając niczym kostki domina, krzycząc i trzęsąc się od płaczu, stając się zbitą masą, zagnaną w sam środek bazaru. Sklep mięsny, tawerna, stojące za nią stoisko z używanymi ubraniami i sklep, sprzedający suszone jedzenie – wszystkie zostały zniszczone. Żołnierze pojawili się z bronią w rękach, by otoczyć tłum. 

 – Cicho – niski, głośny głos mężczyzny wypłynął z jednego z opancerzonych pojazdów. 

 – Pomocy! Proszę, oszczędźcie chociaż moje dziecko – matka z niemowlęciem unosiła głos w błaganiu kogokolwiek, kto by posłuchał. Nikt jej jednak nie odpowiedział. 

 – Proszę, on nie ma jeszcze nawet roczku. Nie zabijajcie go! – Jakby poruszone jej zachowaniem, dziecko zaczęło kręcić się w jej ramionach.

 – Proszę... nie zabijajcie go...

Shion przygryzł wargę. Całe jego ciało się trzęsło. 

„Co powinienem zrobić... Co ja mogę? Co... Ja nic nie mogę”.

Wycie.

Głos. Psi głos. Gdy Shion się obrócił, jego oczy napotkały psa, wystawiającego głowę zza gruzów. Był to jeden z psów Inukashi – ten, który przyniósł Shionowi list. Następnego dnia Shion wyszorował go dokładnie, jakby chcąc wyrazić swoją wdzięczność. Był to wielki, ciemnobrązowy kundel. Shion wyciągnął ręce do matki.

 – Daj mi dziecko.

Matka otworzyła szeroko oczy, przyciskając niemowlę do piersi.

 – Pospiesz się, daj mi je.

 – Co zrobisz z moim dzieckiem?

 – Może uda nam się je uratować. Szybko – Niemal wyrwał niemowlę z ramion matki. Zdjął płaszcz, owinął nim małe ciałko i położył w wyrwie pomiędzy kupami gruzu. Pies położył się za nimi i polizał twarz dziecka. Płacz ustał natychmiast. Brązowa sierść psa doskonale zlewała się z zawaloną ścianą, która miała ten sam kolor. Był niezauważalny.

„Może mu się uda. Może...”

 – Liczę na ciebie.

Pies delikatnie machnął ogonem.

 – Moje dziecko... Mój syn... – Młoda matka zakryła twarz dłońmi.

 – Jeśli ci się uda, idź do ruin hotelu – powiedział do niej Shion.

 – Hotelu?

 – Ruiny hotelu. Tam znajdziesz swoje dziecko. Nie martw się, zaopiekują się nim. Więc upewnij się, że dasz radę. Przeżyj. I proszę, idź tam je zabrać. 

Matka kiwnęła głową i zamknęła oczy, jakby w modlitwie. 

 – Będzie przejebane jak oni mnie zatłuką! – ryknął krzepki głos. – Nie damy się zabić takim jak ty!

Pośród głosów kilka małych kamieni poszybowało w stronę żołnierzy. Wściekłe poruszenie zapanowało w tłumie. Skały i kawałki gruzu raz po raz wylatywały z masy ludzi, wycelowane w żołnierzy.

 – Cholera – zaklął Nezumi. – Shion, na dół.

 – Eh?

 – Złap się za głowę i kucaj!

Shion zrobił jak mu kazano – ukrył głowę w ramionach i przykucnął. Niemal w tym samym momencie żołnierze otworzyli ogień, strzelając elektrycznymi nabojami. Strzały elektrycznych broni przeszywały ludzkie czoła, piersi i brzuchy. Mężczyźni, kobiety, starzy i młodzi padali bez pojedynczego krzyku. Zwijali się z bólu i zastygali nieruchomo. 

 – Jeśli się sprzeciwicie, zostaniecie zabici. Nie ma wyjątków – powiedział nisko głos.

To nie była groźba. Wszyscy to zrozumieli. Wściekłość na bazarze, czy tym, co z niego zostało, ucichła w jednej chwili. Ludzie przestali się poruszać. Zmroził ich strach i sparaliżowała rozpacz.

Shion wstał ostrożnie. Tuż przed nim leżały zwłoki. Miały ranę pomiędzy oczami, ale nie była śmiertelna. Śmiertelna była odrobinkę ponad nią. Ta osoba dostała kulkę dokładnie w sam środek czoła. Ciało należało do Ekipy Sprzątającej. Jego usta były szeroko otwarte, a pozbawione życia oczy gapiły się w niebo. Za nim na ziemi leżała starsza kobieta, mówiąca coś bez oddechu. Jej odpływające spojrzenie wałęsało się bez celu.

Sceneria przed nim straciła cały kolor. Shion nigdy nie był w stanie pokolorować jej dokładnie w swojej pamięci. Mimo że wszystko zblakło, wiedział, że ludzie mieli ubrania i włosy w przeróżnych kolorach; wiedział, że gruz nie jest jednobarwny, pamiętał na przykład ciemnobrązowy kolor sierści psa, jednak zwłoki mężczyzny na ziemi, oszalała staruszka i widok zamarłego tłumu na zawsze pozostały w monotonnej czerni i bieli. Jedynym wyjątkiem był ciemnoszary kolor, który przepłynął mu przed oczami. Nie należał do chmur. Była to barwa tęczówek. Ciemnoszarych oczu, świecących jasno i z głębi wypełnionych energią. Był to kolor, do którego Shion się przywiązał, któremu się przyglądał i którego przez resztę życia nigdy nie był w stanie zapomnieć. 

 – Powtarzam. Jeśli się sprzeciwicie, zostaniecie zabici. Nie ruszać się. 

Nikt się nie poruszył. Nie mogli nawet tego zrobić. 

 – Shion. – Nezumi złapał jego ramię. – Nie strać tego.

Shion spojrzał w oczy Nezumiego i położył palce na tych, które zaciśnięte były wokół jego ręki. Nie był to gest desperacji. Nie oddawał się całkowicie pod jego opiekę. Chciał się tylko upewnić.

„Oto gdzie jest moje serce. Byłem człowiekiem, gdy zostało przez niego skradzione i byłem człowiekiem, gdy trwałem u jego boku. Nic nie zmieni tego faktu, nieważne jak nazwać to uczucie”. 

W tak nieludzkiej rzeczywistości, niemal nazbyt nieludzkiej, jedyną rzeczą, jaką mógł zrobić, by pozostać człowiekiem, była odmowa odrzucenia uczuć do innych i zachowanie swojej własnej duszy. Shion zacisnął dokładnie dłoń wokół tej Nezumiego.

„Nezumi, chcę pozostać człowiekiem”.

Nezumi odetchnął powoli. 

 – Pozostań takim, jakiego cię znam. Dasz radę, prawda?

 – Nic mi nie będzie.

 – Oczywiście – odpowiedział Nezumi w zamyśleniu. – Nic ci nie będzie. Nie powinienem był się martwić.

 – Zostaniecie teraz przetransportowani.

Opancerzone wozy odwróciły się i zmieniły kierunek. Wielka, czarna ciężarówka zajęła cicho ich miejsce.


==Koniec rozdziału 4== 


((a teraz chwalić mi się, kto płakał bardziej ode mnie?))