Staram się dodawać nowe posty w niedziele. Staram się.



Zakończono tłumaczenie No.6.


Dziękujemy za wszystkie podziękowania. To był miły rok z hakiem. I późniejszy rok. I chyba jeszcze jeden. Te dwa późniejsze składały się z czytania Waszych komentarzy. I tak dzięki.

(Do pań profesor jeśli przypadkiem odwołam się do tego na maturze: przepraszam, ja naprawdę tłumaczyłam to w gimnazjum. Ale prawdziwa książka istnieje. Obiecuję.)


Wszystkie rozdziały można znaleźć w zakładce ,,No.6''/,,No.6 Beyond''.


Kup powieść i mangę w oryginale, wspomóż panią Asano.


Tłumaczenie: Kuroneko
Korekta: Ayo, Dżun

czwartek, 13 września 2012

Tom VIII: Rozdział 2


Rozdział 2

Dosyć!



Dosyć! (...)precz złudzenia, urojone obawy i majaki!...
Życie istnieje! Czyż nie żyłem przed chwilą? (...) Wieczny odpoczynek jej — (...) Rozpoczyna się okres panowania rozsądku i światła... woli... i siły... Teraz zobaczymy!

Dostojewski, Zbrodnia i Kara



Riri spała. Oddychała delikatnie, leżąc na starej sofie na tyłach piekarni.

Spała zwinięta, ze ściśniętymi ustami i zmarszczonymi brwiami; można ją było opisać niemal każdym słowem, poza „spokojna”. Ślady po łzach zaschły na jej twarzy. Pewnie skuliła się ze strachu owinęła się w kocyk, którym przykryła ją Karan.

 – Riri... biedactwo. – Karan wygładziła zmarszczki na kocu. Usta Riri poruszyły się niezauważalnie.

 – Tatusiu... nie idź – wymamrotała przez sen. Jej palce zacisnęły się mocno wokół krańca koca.
Łzy napłynęły Karan do oczu. Jednak szybko je przetarła. Płacz tu nie pomoże. Łzy nigdy niczego dla niej nie rozwiązały; wypłakała wszystkie po zniknięciu Shiona.

Szlochała, szlochała i szlochała. Z całą pewnością w niektórych chwilach to właśnie jej łzy ją wspierały. Czasem płacz pozwalał jej na odświeżenie umysłu i wejście w nowy dzień. Doświadczyła tego już wiele razy. Karan nie miała zamiaru zaprzeczać czy wstydzić się swoich łez.

Jednak tym razem było inaczej.

„Muszę chronić tę małą dziewczynkę. Nie mogę usiąść i zacząć płakać. Muszę stać się silniejsza”.

Karan lekko pogłaskała włosy Riri. Musiała ochronić ją przed każdym niebezpieczeństwem.

„Nie pozwolę jej dłużej się smucić. Nie pozwolę jej cierpieć. Nie mogłam ochronić Shiona; nie mogłam ochronić Safu. Ale właśnie dlatego muszę ochronić Riri wszelkimi środkami”. 


„Nie miałam praktycznie żadnej siły: nie mogłam zmienić świata; nie mogłam odgonić od siebie ciemnych chmur; nie mogłam ochronić tych, których kocham. Jestem słaba, ale nie bezsilna. Wciąż coś jeszcze mogę. Wykorzystam siłę, która mi pozostała. Użyję jej, by rozłożyć ramiona i stać się tarczą dla słabszych i delikatniejszych ode mnie”. 

 – Tatusiu... Tatusiu... boję się.

Karan delikatnie ucałowała Riri w czoło.

 – Riri, już dobrze. Wszystko będzie dobrze.

Rozległo się pukanie.

Ktoś dobijał się do drzwi piekarni w przepraszającym, a jednocześnie pospiesznym tonie. Za każdym razem, gdy słyszała pukanie, serce Karan podsuwało jej myśl o powracającym do domu Shionie.

Przywykła już do przezwyciężania chęci podbiegnięcia do drzwi. Teraz była już dość spokojna, by ostrożnie przysłuchiwać się odgłosom naciskania na podłogę przed wejściem.

Nie działo się tak dlatego, że straciła nadzieję. Jako matka, zawsze musiała mieć nadzieję na powrót syna zakorzenioną głęboko w sercu.

„Jeszcze się spotkacie.” 

Tak brzmiała wiadomość Nezumiego. Ten krótki liścik był sam w sobie nadzieją. Nadzieja oddawała Karan skradzioną trzeźwość umysłu i spokój. Pozwalała jej ochłonąć. Dawała jej coś, w co mogła wierzyć.

„Jeszcze się spotkacie”.

„Tak, to prawda. Na pewno któregoś dnia wrócisz do domu, Shion. Na pewno” – Karan wstała i podeszła do drzwi.

 – Karan, nie ma cię? To ja – powiedział zmęczony męski głos. To był Yoming, starszy brat matki Riri, Renki. Był jedynym wujkiem Riri i jednym z jej nielicznych krewnych.

 – Zaczekaj minutkę, Yoming. Już otwieram. – Przekręciła zamek i otworzyła drzwi. Wysoki mężczyzna wszedł na niestabilnych nogach. Wyglądał na nawet bardziej wykończonego niż brzmiał.

 – Co z Renką? – zapytała zamykając drzwi. Gość zatonął w krześle. Z tego, co odpowiedział, wynikało że Renka wpadła w panikę martwiąc się o męża, który nie wrócił z pracy do domu.

 – Dałem jej środki nasenne i w końcu zasnęła. Płakała i krzyczała... to było okropne. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że mogłaby tak wrzeszczeć. Jest trochę twardsza przez większość czasu.

 – Musi umierać ze zmartwienia.

 – Naturalnie. Nieważne, jak długo czekała, Getsuyaku nie wracał. Nie wsiadł do swojego autobusu, ani do następnego. Po raz pierwszy, odkąd są małżeństwem, dzieje się coś takiego. Pomyślała, że coś mu się pewnie stało. Tylko o tym mogła myśleć. Powiedziałem jej, żeby się uspokoiła, ale w ogóle mnie nie słuchała... szkoda było patrzeć.

 – Ale ktoś by zadzwonił z jego pracy, gdyby coś się stało, prawda? Jeśli nie dostała żadnego telefonu, to...
Yoming pokręcił lekko głową. Cienie pod jego oczami stały się wyraźniejsze, a oczodoły jakby pogłębiły.

 – Nie wiem, gdzie pracuje. Nie mam pojęcia gdzie zadzwonić, ani kogo pytać. Getsuyaku nie powiedział nawet własnej rodzinie, gdzie pracuje.

 – Nie? Nawet Renka nie wie?

 – Dokładnie, powiedziała, że nie ma pojęcia. Pytała wcześniej Getsuyaku, niedługo po ich ślubie, ale nie odpowiedział. Powiedział, że nie robi niczego podejrzanego, ale nie może powiedzieć z polecenia przełożonych. Błagał ją, żeby nie pytała, bo zwolniliby go, gdyby jej powiedział. Renka stwierdziła, że nie miała wtedy żadnego innego wyboru, jak tylko przestać pytać. Jego wypłata nie była jakaś niesamowicie wysoka, ale zarabiał więcej niż przeciętny mieszkaniec Utraconego Miasta, a do tego zawsze oddawał pieniądze żonie. Renka w końcu przestała interesować się miejscem pracy Getsuyaku i przyjęła, że powie jej, kiedy nadejdzie właściwy moment. Miała Riri i drugie dziecko w drodze. Pewnie zastanawiało ją to, ale środki do życia pozostały główną troską. Więc przymknęła na to oko. A rezultatem było... to.

 – Ale co za pracę trzeba ukrywać przed własną rodziną?

 – A jak myślisz? – Yoming spojrzał na Karan. Ostre światło mignęło w jego przekrwionych oczach. Karan przełknęła ślinę. Sekrety, zatajenie, cisza.

 – Zakład Karny. – Gdy tylko te słowa ześlizgnęły się z jej języka, poczuła gorzki smak w ustach. Wiedziała, że jest tylko iluzją, ale był dość gorzki, by nią wstrząsnąć.

 – Tak, też tak myślę. Nie mam dowodów, ale jestem niemal pewien, że tam pracuje. Getsuyaku pracuje w Zakładzie Karnym. Oczywiście, z całą pewnością nie w jakimś ważniejszym departamencie. Ale jeśli chodzi o miejsce, które wymusza milczenie na pracownikach nawet na najniższych szczeblach organizacji... tak, w tym przypadku jest tylko jedna możliwość.

 – Ale... nawet jeśli Getsuyaku–san pracuje w Zakładzie Karnym, zawsze wracał o tej samej porze, prawda?

 – Tak. Wychodził z domu i wracał codziennie o tej samej godzinie, jak w zegarku. Jednak dziś, nieważne ile czekała, nie wrócił. A do tego... – Yoming zawahał się mówić dalej.

 – Coś się stało?

Yoming wyciągnął małą torbę z kieszeni na piersi i wysypał jej zawartość na rękę. Karan wstrzymała oddech.

 – Niemożliwe, złote monety.

Trzy sztuki złota. Jedna równała się mniej więcej półrocznym zarobkom zwykłego mieszkańca Utraconego Miasta. Trzy sztuki złota. To była ogromna suma.

 – Getsuyaku jej je dał.

 – Boże, skąd on wziął tyle pieniędzy?

 – Renka zapytała o to samo. Chociaż znając ją, pewnie bardziej urządziła mu przesłuchanie.

 – A Getsuyaku–san?

 – Nie dał jej jednoznacznej odpowiedzi. Powiedział, że nie zarobił tego na lewo i powtarzał cały czas, że to była jego wypłata. Koniec końców, zostawili to. Po prostu... po wszystkim Renka usłyszała jak powiedział do siebie, że to powinno utrzymać ich przez jakiś czas. Renka powtarza, że Getsuyaku miał na myśli, że nic im nie będzie, kiedy on zniknie. Co do mnie, nie wydaje mi się, żeby to sobie wymyśliła.

 – Getsuyaku–san miał jakieś... przeczucie, że coś mu się stanie?

 – Tak myślę. Renka twierdzi, że zachowywał się dziwnie od kilku dni. Wydawał się być zagubiony i bać się czegoś, a często bywał po prostu oszołomiony i nieobecny jak wczoraj.

 – Wygląda na to, że Riri podejrzewała to samo. Bardzo się martwiła o Getsuyaku–san. – Głos Karan zatrząsł się pod ciężarem jej słów. Jej serce zabiło silnie.

Wielka suma pieniędzy bez konkretnego źródła; wypowiedź przewidująca jego brak powrotu; jego dziwne zachowanie – wszystko pachniało destrukcją. Rozumiała dlaczego Renka była podenerwowana, niezdolna do zniesienia niepewności. Zwłaszcza, że widziała nagłą i tajemniczą śmierć swojego byłego męża na własne oczy.

„Znowu stanie się to samo”.

Ta myśl sprawiła, że wzrósł  jej strach i niepewność. Dom Renki i Getsuyaku był jej małym rajem, do którego dotarła po problemach, przez które przeszła z córką. Odebrać jej to, pozwolić jej znowu to stracić – to zbyt okrutne.

Yoming wstał nagle. Zaczął przechadzać się po małym sklepie. Jego kroki rozbrzmiewały w powietrzu.

 – Są połączone? – jego kroki niemal zagłuszały jego głos, teraz ciche mamrotanie.

 – Hm? Co mówiłeś?

Yoming zatrzymał się nagle. Odwrócił się przodem do Karan. Jego twarz była napięta, jednak zarumienione policzki zdradzały podekscytowanie.

 – Jest jakieś połączenie między sprawą Getsuyaku, a incydentami w No.6? Co o tym myślisz, Karan?

 – Nie, dlaczego, nie ma mowy, żeby...

 – ...to była prawda? Jesteś pewna? – Oczy Yominga błysnęły gorączkowo bladym światłem. W kilka minut jego oblicze całkowicie się zmieniło. A może Yoming po prostu ukazał stronę, którą przedtem ukrywał?

 – Jeśli Getsuyaku nie wrócił do domu, na pewno nie z powodów osobistych. Znasz go; gdyby tak było, definitywnie poinformowałby jakoś rodzinę. Więc jest teraz w sytuacji, w której nie może się z nimi skontaktować, nawet gdyby chciał. Może ma absolutny zakaz komunikacji z kimkolwiek z zewnątrz.

 – Masz na myśli, że jest gdzieś zamknięty?

 – Tak. Ale jeśli tak, Ministerstwo Bezpieczeństwa powiadomiłoby jakoś jego rodzinę. A przynajmniej do teraz tak było. Ale nikt się nie odzywał. Jeśli rzeczywiście pracował w Zakładzie Karnym... może coś dziwnego się tam stało?

Zakład Karny. Prawdopodobnie to tam zabrano Safu, a być może Shion był tam z nią.

 – I to nie tylko Zakład Karny... hej, Karan. Właśnie teraz to miasto, całe No.6, jest pogrążone w naprawdę wielkim bałaganie. Też to czujesz, prawda?

 – Tak – odpowiedziała z wahaniem Karan.

Yoming znowu zaczął spacerować. Puk, puk, puk. Jego kroki rozbrzmiewały jeszcze głośniej, jeszcze bardziej nieustępliwie.

 – Mieszkańcy Świętego Miasta padają jak muchy na prawo i lewo. Władze nijak nie próbują sobie z tym poradzić. Właściwie nie mogą. Nikt nie wie, co zrobić. Coś takiego dzieje się pewnie po raz pierwszy. No.6 było najwspanialszą utopią, nazywaną przez ludzi Świętym Miastem, a teraz – zawala się. Do jutra może już kompletnie zniknąć z powierzchni ziemi.

 – Yoming, zapędzasz się odrobinę. To przecież nie może być....

 – Nie, wiem – przerwał Karan, a uśmiech wstąpił na jego usta. – W tym mieście rozpoczął się strach, strach którego żaden z mieszkańców nigdy wcześniej nie doświadczył. Strach przed utratą życia. Niedługo zamieni się w niezadowolenie z władz miasta. Właściwie, teraz niezadowolenie bucha już chyba ze wszystkich stron. Mieszkańcy przywykli do posłuszeństwa i akceptacji wobec fałszywych zasad, a teraz zaczynają się budzić. Budzą się i dochodzi do nich w jak niesprawiedliwym i zakłamanym świecie żyli. Tak, tak, nareszcie się zbudzili. A teraz niemal umierają z paniki. Bóg wie, czemu nie próbowali obudzić się wcześniej. Nikt nie próbował szukać prawdy.

 – Yoming... – Karan cofnęła się o krok. Yoming zaś zdawał się nie widzieć jej niepokoju. Wyglądał jakby zapomniał zarówno o Getsuyaku, jak i o Rence, swojej młodszej siostrze. Getsuyaku, Renka, Riri i Karan. Ogarnięty napływem emocji, Yoming nie był w stanie przeznaczyć pojedynczej myśli na kogokolwiek wokół niego.

Karan znała ludzi z takimi oczami.

Działo się to dawno, dawno temu, gdy Karan była jeszcze młoda. No.6 jeszcze nie posiadało swoich granic. Ludzie ci byli ponoszeni przez swoje słowa i ideały; ich spojrzenia promieniowały pasją, a głosy płonęły zapałem. Oślepiali innych swoim geniuszem, będąc jednocześnie przerażający. Nigdy nie patrzyli na innych ludzi. Pewnie nie byli już nawet świadomi ich egzystencji. Przemawiali o stworzeniu idealnego miasta w najbliższej przyszłości, a jednak ludzie nigdy nie znajdowali miejsca w ich myślach... to było niepokojące.
Karan stopniowo się od nich oddaliła. Bała się z nimi być. Bała się ich spojrzeń. Ludzie ci zbudowali potem No.6 od fundamentów, a jednak wydawali jej się przerażający, niepokojący i trudni do zrozumienia.
Przerażający, niepokojący...

Mieli podobne spojrzenie. Tamci ludzie dyskutowali o stworzeniu utopijnego miasta. Mężczyzna przed nią mówił o jego destrukcji. Stali po dwóch różnych stronach barykady, a jednak mieli podobne spojrzenie.

 – Karan, oto i nasza sposobność. Jedna szansa na milion wyrwania życia ze Świętego Miasta. Kto by pomyślał, że przyjdzie tak szybko? – zachichotał. – Nawet niebiosa odwróciły się od No.6.

Yoming stanął i zaczął śmiać się na głos. Karan przeszedł dreszcz. Poczuła jak chłód przeszywa jej plecy.

 – Yoming... o czym ty myślisz? Co masz zamiar zrobić?

Oczy Yominga poruszyły się w bok, a jego spojrzenie spoczęło na Karan.

 – Co mam zamiar zrobić? Hmm... cóż, Karan, chyba mogę ci wszystko powiedzieć. W końcu i tak jesteś już jak jeden z nas.

 – Jeden z was...?

 – Jest w tym mieście wielu ludzi jak ja, którym bezlitośnie odebrano rodziny. Ty także do nich należysz, prawda?

Nie miała innego wyboru jak tylko odpowiedzieć: „tak”. Zdecydowanie nagle i bezlitośnie wyrwano jej syna.

 – Nawiązanie ze sobą kontaktu było niemal niemożliwe, bo byliśmy pod ścisłą obserwacją. To niemal cud, że ty i ja możemy rozmawiać ze sobą bez skrępowania, jak teraz. Przypadkiem okazałaś się być sąsiadką i znajomą Renki, a to działało na naszą korzyść. Jednak z tym całym bałaganem, ich ochrona powinna być jeszcze bardziej dziurawa. Władze pewnie mają ręce pełne roboty ze stanem alarmowym. A my spenetrujemy te dziury. Tylko patrz, Karan.

 – Yoming! – odezwała się piskliwie Karan. – Odpowiedz mi. Co masz zamiar zrobić?

 – Cii, nie podnoś głosu – ostrzegł Yoming. – Bądź ostrożna. Nie możemy jeszcze spuścić gardy. Słuchaj uważnie. Mam zamiar użyć niedługo miejskiej sieci do wysłania wiadomości do wszystkich mieszkańców. Powiem im, że władze mają zamiar patrzeć, jak ludzie umierają i nic z tym nie robić. Zamiast zwalczyć jakoś stan alarmowy, zamykają się w Ratuszu, umywają ręce i patrzą, jak ich wyborcy giną. Uderzmy na Kroplę Księżyca. Musimy wyciągnąć burmistrza. Władze mają specjalną szczepionkę, żeby oni mogli przeżyć. Nie możemy na to pozwolić. To właśnie powiem.

 – Czekaj, co za szczepionkę? Ona istnieje?

 – Nie wiem.

 – Nie wiesz... czyli nie istnieje? – zapytała z niedowierzaniem Karan.

 – Nie mamy czasu, żeby się o to martwić. Więc jak, historia jest prawdopodobna?

 – To zbyt niejasne, by próbować coś przewidzieć... Yoming, czy ty planujesz wcisnąć ludziom fałszywą historyjkę, żeby ich podburzyć?

 – Tak – odpowiedział bez wahania Yoming. – Niepokój mieszkańców zdążył już sięgnąć zenitu. To będzie uderzenie prosto w czułe miejsce. Kropla, która przeleje czarę. Karan, pomyśl o tym – większość mieszkańców No.6 zbierze się w pochodzie do Kropli Księżyca z twarzami pomalowanymi gniewem i strachem. Cóż to będzie za widok. Na samą myśl trzęsę się z radości.

 – Nie, przestań. Nie możesz tego zrobić.

 – Nie mogę? Dlaczego nie? Czemu mówisz takie rzeczy?

 – Zginą ludzie. – Karan spojrzała Yomingowi prosto w oczy i przemówiła powoli, jakby przeżuwając każde kolejne słowo. Jej język był okropnie ociężały i powolny. Czuła mrowienie w części głowy. – Wielu ludzi zginie. Yoming, nie mów mi, że nie potrafisz sobie wyobrazić, co się stanie. Co władze zrobią z tłumem ludzi? Nie powinieneś nawet musieć się nad tym zastanawiać; spróbują rozpędzić ich brutalną siłą. No.6, to miasto–państwo, nigdy, przenigdy nie wybacza ludziom rebelii. Spróbują uciszyć każdą pojedynczą osobę choćby i wojskiem... siłą wojskową... Yoming, rozumiesz to, prawda? Umiesz to sobie wyobrazić, co nie?
Yoming spojrzał gdzieś daleko od Karan i westchnął.

 – Ale jeśli dziesiątki tysięcy mieszkańców wkroczą do akcji, nawet władze nie będą mogły sobie z tym poradzić. Tylko armia zniosłaby coś takiego.

 – A co jeśli zmobilizują armię? – Karan podniosła głos.

 – Nie bądź głupia. No.6 nie ma armii. Każdy typ siły wojskowej został zakazany przez Traktat Babiloński.

Yoming zamknął usta. Jego szczęka była zesztywniała i twarda. Karan miała ochotę go wyśmiać.

„No.6, dotrzymywać postanowień traktatu? Jak możesz wciskać kit, w który sam byś nie uwierzył? Zawsze tak łatwo przychodziło ci mówienie rzeczy, w które nie wierzyłeś? Yoming, powiedziałeś mi to raz: to miasto bezlitośnie pożera ludzi. Nie walczyłeś przeciwko tej niesprawiedliwości, nie traktowałeś ludzi jak ludzi? Nie walczyłeś dla ich żyć?”

 – Ludzie zginą – powtórzyła. I zrobiłaby to tyle razy, ile tylko by musiała. – Jeśli cywile zetrą się z armią, wiele... wiele krwi zostanie przelanej. Nie możesz na to pozwolić. Yoming, myśl. Wszyscy ci ludzie, którzy umrą – każdy z nich ma własną rodzinę. Mają ludzi, których kochają. Żyją z rodzinami, jak Riri czy Renka. Nie możesz ich zamordować.

 – Nic nie można na to poradzić. – Mruczenie Yominga ucięło słowa Karan.

 – Co? Co powiedziałeś?

 – Karan, świat niedługo się zmieni. Ludzie zostaną poświęceni, ale nic nie można na to poradzić. Nic się nie zmieni, jeśli będziemy się bać rozlewu krwi.

 – Yoming... czyś ty oszalał?

 – Oszalałem? Oczywiście, że nie. To nie ja jestem szaleńcem; to oni, No.6. Mam własny rozum i się nie boję. Nawet gdybym teraz stracił życie, niczego bym nie żałował. Musiałbym jedynie przyznać jaka była moja rola. Tak, wiem, że nie umrę na próżno. Dla stworzenia nowego świata, zaoferuję życie z wielką chęcią. Stałbym się kamieniem węgielnym pod nowy świat... prawdziwym bohaterem.

„Potrzebujesz ofiary, by zbudować nowy świat? Musisz oferować życia? Świat szukający ofiar będzie taki sam – dokładnie taki sam jak Święte Miasto, które tak desperacko próbujesz zniszczyć. Wcale nie będzie nowy. Nic się nie zmieni”.

Poczuła ciasnotę w piersi. Jej oddech przyspieszył, a słowa wypadały z ust w nieładzie, pragnąc powietrza.
 – Myślisz, że twoja żona... myślisz, że chciałaby, żebyś zginął... żeby ci wszyscy ludzie zginęli?

 – Moja żona... masz rację, wreszcie uda mi się pomścić żonę i syna. Pewnie szaleją z radości.

 – Yoming, twoja żona nie chciałaby zemsty. Jestem pewna, że nie chciałaby, żebyś umierał. Przestań, proszę. Pokój nie przychodzi z zemsty. Nienawiść rodzi jedynie jeszcze większą nienawiść. Musisz żyć dalej.

Spojrzenie Yominga stało się cięższe. W jego oczach narastał gniew.

 – Karan... dlaczego mnie zatrzymujesz? Dlaczego nie jesteś jedną z nas? Dlaczego trzymasz z No.6?

 – Nikt nie powiedział, że tak jest. Ja tylko...

 – Wystarczy. – Yoming podszedł energicznie do drzwi i położył dłoń na klamce. – Karan, jestem zawiedziony. Myślałem, że lepiej będziemy się rozumieć. Szkoda. Straciłem nadzieję, którą w tobie pokładałem.

 – Yoming – zaprotestowała Karan.

 – Kiedy przyjdzie czas, zrozumiesz, że miałem rację. A wtedy będziesz ze mną świętować. Wybaczę ci.

„Mam rację, mam rację. Nie ma mowy, żeby było inaczej”. – Gdy mężczyzna uwierzył całkowicie, że miał rację, że nigdy by... cóż, już się pomylił.

 – Zaopiekuj się dla mnie Riri i Renką. Pewnie nie zobaczę się z nimi przez jakiś czas. – Drzwi się otworzyły. Wiatr wpadł do pomieszczenia. Widziała ciemność. Słońce zdążyło już zajść, a powiewy czołgały się nad ziemią. Ludzka sylwetka zniknęła w wiatrach mroku. Drzwi zamknęły się, pozostawiając tylko zapach nocy.
Karan uklękła na podłogę. Ukryła twarz w dłoniach i zamknęła oczy. Kręciło się jej w głowie. Mdliło ją.

 – Proszę pani – zawołała cieniutkim głosem dziewczynka. Riri usiadła na sofie i spoglądała na Karan. – Co się stało?

 – Riri... nie, to nic, kochanie.

 – Naprawdę? Naprawdę nic się nie stało? – Riri wyciągnęła ręce. Karan objęła ją przez koc. Jej maleńkie ciałko się trzęsło.

 – Już dobrze, dobrze. Nie musisz się o nic martwić. Wszystko będzie dobrze – mruknęła powoli, jakby odśpiewując piosenkę. Drżenie Riri ustało, a jej szybki oddech znów się uspokoił.

 – Tatuś jeszcze nie wrócił.

 – Nie, jeszcze nie. Musi być zajęty w pracy.

 – Proszę pani, pójdę do domu. Muszę zostać z mamusią. Nie mogę zostawić jej biednej samej.

 – Jeju, Riri. – „Yoming, nie widzisz tego? Twoja siostrzenica jest tak mała, tak słaba, a jednak martwi się o swoją matkę. Na swój własny sposób próbuje ochronić tych, którzy są dla niej ważni. Tu jest wiele dzieci takich jak Riri. Nie możemy kazać im cierpieć. Nie możemy zabrać im tych, których kochają. Proszę, nie pozwól nikogo zabić. Nie umieraj, Yoming. Nie pozwól się zabić”.
 – Riri, twoja mamusia już śpi. Daj jej przez chwilę odpocząć. Poczekamy tu trochę i zadzwonimy do twojej mamy, dobrze? A teraz musimy czekać tu na twojego ojca.

 – Tu w piekarni, proszę pani?

 – Tak. Mamy tu chleb – świeży chleb i mleko, i trochę owoców. Wiem! Urządźmy sobie przyjęcie we troje. Kiedy wróci twój ojciec, będzie mógł do nas dołączyć.

 – Przyjęcie? – zamrugała Riri. Słaby rumieniec wstąpił na jej policzki. – Uwielbiam przyjęcia.

 – Prawda? Nie mogę teraz upiec ciasta, ale mam jeszcze trochę babeczek. I zostało kilka czekoladowych ciastek o tam, a i pianki gdzieś chyba były. Riri, mogłabyś je ładnie ułożyć na talerzu?

 – Tak! Zrobię to, chcę układać!

 – Więc zostawiam to tobie. Wszystko ładnie ułożymy i przygotujemy na przyjęcie, i wtedy będziemy mogły zadzwonić po twoją matkę. Renka się ucieszy, prawda?

 – Na pewno się ucieszy! – powiedziała z radością Riri. – Mamusia lubi pani babeczki tak bardzo jak ja... o, Cravat!

 – Hm? Krawaciki? – Karan instynktownie spojrzała na prawie pustą wystawę. Nie sprzedała wszystkiego, po prostu nie była w stanie upiec dość produktów. Jej codzienne zaopatrzenie nie przyjechało. Wszystkie sklepy były pozamykane. Miała tylko resztki mąki, cukru, masła i oleju. Gdyby kontynuowała pieczenie bez uzupełnienia zapasów, skończyłyby się w kilka dni. Karan nie miała innego wyboru, jak tylko zamknąć sklep.

Rozrywał się łańcuch dystrybucji.

 – Riri, nie zrobiłam żadnych krawacików – powiedziała na głos i nagle zrozumiała, że Riri wcale nie mówiła o wypiekach. Chodziło jej o Cravata, małą, brązową myszkę.

 – ...Nie. – wypuściła powietrze Riri. Rozczarowanie malowało się na jej twarzy. – Myślałam, że widziałam Cravata, ale to tylko mi się wydawało.

 – Chciałabyś zobaczyć Cravata, Riri?

 – Tak. Naprawdę lubię tę małą myszkę. Ma takie piękne oczka i jest taki cieplutki, kiedy trzyma się go w dłoni. Bardzo, bardzo go lubię. Proszę pani, gdzie mieszka Cravat?

 – Hmm... Ciekawe gdzie.

 – Pani też nie wie?

 – Niestety nie. Nie mam pojęcia.

 – Och – powiedziała Riri. – Wie pani, naprawdę chciałabym zobaczyć dom Cravata. Czuję, że byłoby w nim dużo zabawy. I pewnie roi się tam od innych myszy, prawda?

 – Hmm, myślę, że masz rację. Czuję, że tak by właśnie było.

„Miejsce i dom Cravata – oto gdzie jest mój syn”.


„Shion, co teraz robisz? Jak się masz? Jesteś z Nezumim? Ty, Nezumi i Safu jesteście cali, prawda? Nie mogę nic dla was zrobić. Wiem, że nie można na mnie polegać, ale nie dosięgnę was już”.

„Żyj, Shion. Proszę, ciesz się swoim życiem. Ceń swoje istnienie, tak samo jak cudze”.

Jeszcze się spotkacie.

„Tak, oczywiście. Nie damy się pokonać. Nieważne co się stanie, znowu się zobaczymy”.

 – Prze pani, pójdę po talerze.

 – Byłoby wspaniale, kochanie. Chciałabym, żebyś przyniosła ten duży, malowany, leży z tyłu szafki. Są do niego jeszcze filiżanki i dzbanuszek. Mogłabyś je znaleźć?

 – Znajdę. Proszę zostawić to mnie! – Riri wspięła się do szafki na lekkich stópkach.

„Cokolwiek się stanie, przetrwamy. Dotrzemy do końca naszych istnień nie jako opiewani bohaterowie, których imiona przetrwają próbę czasu, ale jako ci, którzy żyli zwyczajnie. Będziemy trzymać w rękach nie życie, które nam w nie wciśnięto, ale takie, które sami wybierzemy”.


„To będzie nasze zwycięstwo”.


„Prawda, Shion? Prawda, Nezumi?”


***


– Jak długo jeszcze mamy tu tak siedzieć? – ziewnął Rikiga. Wyciągnął płaską, metalową manierkę z kieszeni kurtki. Zapach alkoholu uderzył nozdrza Inukashi.

 – Śmierdzi! Co ty tam masz? – zapytał marszcząc nos.

 – Chcesz wiedzieć? – twarz Rikigi wygięła się w wulgarnym uśmiechu, gdy potrząsał butelką. Inukashi słyszał pływający w środku płyn.

 – Nawet nie muszę pytać. Śmierdzi tanią gorzałą. Rany, ten smród! Zaraz tu padnę. – Na jego twarzy malowało się obrzydzenie. Nawet nie udawał. Butelka nie była jeszcze otwarta, ale smród przyprawiający go o mdłości już bombardował jego nos.

 – Nie pytaj, skoro wiesz – powiedział Rikiga.

 – Nudziło mi się, okej? – odciął się Inukashi. – Niestety, jedyną osobą, z którą mam szansę teraz rozmawiać, jest stary pijak. Nie da się zacząć konwersacji bez tematu, co nie? I tak ja tu myślę więcej.

 – Masz swoje psy. – Rikiga podniósł głowę spod biurka. Wielki, czarny pies rozłożył się na podłodze. W kącie pokoju spoczywały trzy kolejne, w różnych wygodnych im pozycjach. Małe myszy skuliły się i zasnęły na plecach psa w czarno–białe łaty. Na swój sposób widok ten był całkiem spokojny i miły.

Rikidze jednak niezbyt się to podobało; uniósł brew i warknął.

 – Jak chcesz rozmawiać, masz swoje psy i myszy. Pasują do ciebie.

 – To dla nich ważne, żeby odpocząć. Nie chcę im przeszkadzać.

 – Hah, odezwał się wielki przywódca. Zupełnie jakby ten pokój nie był dość mały i bez psów zajmujących przestrzeń. Jestem człowiekiem; dlaczego mam kulić się w tym maleńkim krześle?

 – Tu chodzi o rangę.

 – Rangę?

 – Znaczy klasę. Mam na myśli, że moje psy mają znacznie wyższy poziom niż chciwy pijak.

 – Mów sobie co chcesz. I tak jesteś na przegranej pozycji i już wyjesz, że przegrasz. – Rikiga wzruszył ramionami i wlał zawartość butelki do ust.

 – Na przegranej pozycji? Staruszku, nie mów mi, że już machasz białą flagą. Powiem ci coś: jeśli doszliśmy tak daleko, tylko po to, żeby przegrać, to znaczy, że... – uciął Inukashi, wyciągając rękę po torebkę spoczywającą na biurku. Rikiga spojrzał na niego przekrwionymi oczami.

 – Co znaczy, jeśli przegramy? Przestań bawić się w tajemnice. A może już zapomniałeś, jak się mówi po ludzku? Ha, ha, ha, Inukashi, z każdym dniem zbliżasz się do zostania psem. Niedługo wyrośnie ci ogon, grube futro i zaczniesz biegać na czterech łapach. Ha, ha, ha!

Inukashi spojrzał na pijanego Rikigę i cmoknął lekko językiem.

 – Zostać psem? Z miłą chęcią. Nie można by sobie życzyć niczego lepszego. Jeśli modły są w stanie zamienić mnie w psa, nie mam nic przeciwko modleniu się do każdego boga, jakiego mi wynajdziesz. – Był niemal poważny.

„Gdyby czekała mnie reinkarnacja, lepiej byłoby wybrać psa czy człowieka? Co mogę odpowiedzieć, jeśli ktoś, a może nawet sam Bóg, zapyta mnie o coś takiego? Pewnie przemyślę to, nie mogąc odnaleźć odpowiedzi”.

Nie mógłby powiedzieć, że ludzie są lepsi czy bardziej przyzwoici niż psy. Inukashi znał zarówno szlachetne psie dusze, jak i głupie serca ludzi. Psy potrzebowały tylko tyle jedzenia, by utrzymać się przy życiu, podczas gdy ludziom nigdy nie było go dosyć. Gdy człowiek napełnił już sobie brzuch, chciał bogactwa. Gdy był już bogaty, chciał jeszcze więcej pieniędzy i władzy.

Czyż psy nie były znacznie inteligentniejsze w osądzie? Wiedziały, kiedy były usatysfakcjonowane, podczas gdy ludzie wciąż chcieli więcej.

Rikiga beknął niegrzecznie.

 – Przynajmniej są inteligentniejsze niż ten staruszek.

 – Co? Coś mówiłeś?

 – Nic. Mówię po psiemu.

 – Hah. To jak to było? Jak przegramy, co nam się stanie?

 – Skończymy jak Getsuyaku.

Dłoń Rikigi zamarzła z na wpół przechyloną butelką. Whiskey wylała się mu z ust i rozlała na podłogę.

 – Zostaniemy zwłokami i nas też będą tak ciągać – kontynuował Inukashi. – A może przeciągną nas po ziemi jeszcze zanim zginiemy. W każdym razie, to nie robi zbyt wielkiej różnicy. Prawda?

 – Prawda – odpowiedział Rikiga. Zakręcił mocno butelkę i wcisnął ją z powrotem do kieszeni. Zdawał się przypominać sobie postrzał Getsuyaku w pierś, a jego wklęsłe policzki zaczęły się trząść.

Rikiga bał się śmierci. Inukashi nie miał serca go wyśmiewać, ani nazywać tchórzem. W końcu on sam również bał się umrzeć. Bał się tego bardziej, niż czegokolwiek innego.

Getsuyaku umarł niemal natychmiast, prawie wcale nie cierpiąc. W tym sensie jego ostatnie chwile były szczęśliwe. Dla Inukashi, po zobaczeniu niezliczonych bolesnych śmierci, śmierć bez bólu była jak prezent od niebios. Skoro i tak miał umrzeć, wolał nie czuć bólu. Jednak jeśli istniała dla niego szansa przetrwania, chciał ją wykorzystać. Jeśli na krańcu jego cierpienia czekała jedynie śmierć, nie chciał go. Jeśli zaś cierpienie oznaczałoby życie, mógłby je znieść. Zniósłby je i żył dalej.

Nie chciał skończyć jak Getsuyaku.

„Nie będę jak Getsuyaku. Nie pozwolę No.6 tak łatwo mnie zabić. Nie mogę się doczekać oglądania jak próbują mnie upolować”.

Otworzył torbę i przyjrzał się jej zawartości. Dwa automatyczne składane karabiny. Kilka granatów i magazynków z amunicją. Wszystko to było przestarzałym, używanym sprzętem.

 – Śmieszne – mruknął pod nosem Inukashi wzdychając. Rikiga tego nie przegapił.

 – Jeśli masz z tym jakiś problem, sam załatw broń – powiedział natychmiast. – Jak myślisz, jak ciężko musiałem się napracować, żeby zdobyć to wszystko? Powiedz mi gdzie w Zachodnim Bloku można kupić najnowsze bronie fotonowe czy elektryczne, albo zdalnie sterowane mikrobomby. Przedstaw mnie swoim sprzedawcom, jeśli masz takie kontakty.

 – Heh, cóż, zdawałoby się, że zdobycie broni byłoby pestką dla wielmożnego pana Rikigi, z jego koneksjami i znajomymi. Łatwo cię przecenić. Cóż za rozczarowanie.

 – Och, nic nie cieszy mnie bardziej niż widok zawiedzionych mną ciebie czy Eve. Mówię ci, niczego więcej ode mnie nie oczekuj. Wolałbym już, żeby wszystkie kobiety na tym świecie się mną znudziły, niż żebyście wy czegoś ode mnie wymagali.

 – Nie musisz się martwić, kobiety i tak już się tobą pewnie znudziły – Inukashi odrzucił lekko słowa Rikigi i zaczął składać karabin.

 – Inukashi.

 – Co?

 – Wiesz jak używać broni?

 – Się zobaczy.

 – Czy ty... cóż, to nawet nie musi być człowiek. Zastrzeliłeś kiedykolwiek psa czy kota, albo chociaż szczura?

 – Mnie postrzelono, u starego rzeźnika. Tak to się kończy jak zwędzasz mięso na prawo i lewo. Wściekł się i zaczął strzelać z karabinu. Prawie przebił mi czoło. Całe szczęście, tylko prawie.

 – Cóż, to szkoda – odpowiedział sarkastycznie Rikiga. – Może kilka dziur przewietrzyłoby ci ten mózg. I w końcu nauczyłbyś się porządnie mówić.

 – Hah, cóż, tobie może i szkoda. Jak widzisz, moja czaszka dalej jest pełna. Za to stary rzeźnik sam pewnie zamienia się w gnijącą górę mięsa pod gruzami.

 – Zginął w Polowaniu?

 – Taa. Wyglądało jakby równo wyrwało mu rękę. Wątpię, że jeszcze sobie tak postrzela.

Rikiga otarł usta wierzchem dłoni i znowu zapytał Inukashi.

 – To jak? Strzeliłeś już kiedyś?

 – Nie.

Źrenice Rikigi zmniejszyły się. Jego niepewność obecna była w błądzącym spojrzeniu.

 – A co z tobą, staruszku? Zbroiła ci coś kiedyś któraś z tych twoich panienek?

 – ...nie mogę powiedzieć, że nie. Ale niestety, jeśli o strzelanie chodzi, ślepa małpa jest ode mnie lepsza.

 – Nie bądź taki skromny.

 – A właściwie to po co Eve kazał nam to przygotować? To pokój od sprzątania. Co on ma zamiar zrobić, z nami i tą bronią tutaj?

Inukashi zerwał się nagle z bronią w dłoni. Wycelował w pierś siedzącego przed nim człowieka i stanął w pełnej gotowości.

 – To jest to, staruszku.

 – Co? H–hej, Inukashi, o co chodzi?

 – Właśnie o to. Nie martw się, nie spudłuję. Odeślę cię na drugą stronę jednym, celnym strzałem.

 – E–ej, idioto, przestań. Powiedziałem przestań! – Rikiga krzyknął i zerwał się na równe nogi. Jego ruch sprawił, że się zachwiał i padł na podłogę.

 – Nie, Inukashi. Oszalałeś? Przestań!

 – Bum! – Inukashi wycelował lufę w sufit i wyszczerzył zęby. – Ups. Ktoś zapomniał naładować.

Rikiga spojrzał na niego, skulił się i zaczerpnął powietrza.

 – Inukashi... nie przesadzaj. Po co w ogóle mnie tak męczysz?

 – Zabijam czas. Po prostu przyszło mi do głosy, że śmiesznie byłoby cię nastraszyć. Kto by pomyślał, że zachowasz się zgodnie z moimi oczekiwaniami. Super.

 – Przestań się opierniczać, do jasnej cholery! – powiedział z wściekłością Rikiga. – Nie mam zamiaru pozwolić jakiemuś psiemu dzieciakowi być lepszym ode mnie. Idę do domu. Mam już dość siedzenia tu z tobą w tym śmierdzącym miejscu. Nie zniosę tego. Już mnie tu nie ma. – Zdawał się mówić poważnie. Podszedł do drzwi.

 – Jeśli wyjdziesz choćby o krok za drzwi... – Inukashi znowu wycelował broń. – Tym razem naprawdę strzelę.

 – Nie jest naładowany.

 – Naucz się poznawać żart, kiedy jakiś słyszysz – odpowiedział Inukashi. – Jasne, mogę nie mieć doświadczenia w strzelaniu, ale nawet ślepa małpa umie zastrzelić człowieka.

Rikiga cmoknął ustami. Cmok, cmok, cmok. Rozejrzał się i westchnął.

 – Jest ciemno. – Grube palce Rikigi wyczuły włącznik światła. Lampy zapaliły się; były jasne, zbyt jasne dla oczu Inukashi, prowadzonych przez księżyc czy świecę. Ledwie zdążył zamrugać, gdy broń została mu brutalnie wyrwana. Zachwiał się, cofnął o krok i poczuł uderzenie w twarz. Przez moment odpłynął. Tym razem to Inukashi wylądował na podłodze.

Spadł na niego deszcz obelg Rikigi.

 – Naprawdę jesteś do niczego – ryknął. – Wystarczy, że jestem dla ciebie trochę miły, i już zaczynasz myśleć, że masz prawo do wszystkiego.

Czarny pies kłapnął groźnie zębami doskakując do jego stóp. Inne psy również zadziałały szybko. Otoczyły Rikigę, warcząc nisko. Myszy skuliły się w kącie pokoju, przyglądając się spokojnie rozwojowi wypadków.

 – Głupie kundle, nie niedoceniajcie ludzi. Śmiało, chodźcie, zanim zdążycie, zrobię dziurę w głowie waszego pana.

 – Rany, staruszku. Niezłe masz ruchy. Powiedziałbym, że jesteś niemal tak szybki jak Nezumi, ale to by była spora przesada. Jestem pod wrażeniem. Widzę cię w całkiem nowym świetle. Jesteś szybkim pijakiem, co nie?

 – Śmiało, mów co tylko ci się podoba. Właściwie to jestem teraz wściekły. Poczułbym się o wiele lepiej, mogąc dwa czy trzy razy przyłożyć w tę twoją buźkę. Lepiej uważaj.

 – Niestety... – Inukashi uśmiechnął się blado i włożył palec w lufę. – Nie ma tu żadnych nabojów, panie Rikiga. – Wtedy zagwizdał lekko. Napięcie wśród psów natychmiast zniknęło, a one same powróciły na swoje miejsca. Czarny pies zamerdał puszystym ogonem. Nie pozostał żaden ślad wcześniejszej amnezji.

 – Mój żart poszedł za daleko? Wybacz, staruszku. – Wstał i pochylił lekko głowę przed Rikigą. Jego poobijane policzki wciąż bolały.

 – Rany... – Rikiga rzucił broń na biurko i zatonął w krześle niczym zepsuta marionetka. – Co my tu, do cholery, robimy? Siedzieć w takim miejscu... nie móc nic zrobić... tylko siedzieć i czekać...

 – Nie możesz tego znieść?

 – Gdybym powiedział, że nie, śmiałbyś się?

 – Nie. Nie wydaje mi się, żeby udało mi się teraz śmiać, staruszku. To raczej nie jest do tego najlepsza pozycja. Czyli czuję się tak samo.

 – No, no. Ty i ja po raz pierwszy się w czymś zgadzamy.

 – Możesz to powtórzyć. To musi być jakiś zły omen. Przyniesie nam pecha. – Inukashi chciał wyłączyć światło, jednak jego pochmurny nastrój nijak by się nie zmienił. Nigdy nie spodziewałby się, że czekanie będzie takie ciężkie.

Czekali na Nezumiego i Shiona w pokoju, który był miejscem pracy Getsuyaku.

Tylko tyle wiedzieli. Inukashi nie mógł sobie nawet wyobrazić, jak ci dwaj mieliby się tu dostać. Rikiga, oczywiście, wiedział jeszcze mniej od niego. Może nawet Nezumi nie był pewien szczegółów. Tak – a co gdyby ani Nezumi, ani Shion nie przyszedł? Co, gdyby czekali, wciąż czekali, w końcu bezowocnie...? „Przestań, nawet się tym nie zadręczaj. To na pewno postawi mnie na przegranej pozycji. Nie chcę przegrać jeszcze zanim rozpocznie się walka”.

Ale i tak było ciężko.

Jak długo miał czekać? Co miało się wydarzyć? Było naprawdę ciężko bez kogoś, kto mógłby przewidzieć przyszłość. Zupełnie jakby przeszywały go niezliczone, przeźroczyste igły. Jakby smażył się nad fałszywym ogniem. Jego serce, tak beztroskie, gdy wchodził do pokoju, skurczyło się teraz i drżało jak wykończony staruszek. Wstydził się. Był zakłopotany. Czuł się jak frajer i wiedział, że nim jest. Ale...

Jego serce było stanowcze; przygotował się; a mimo wszystko bez sensu tracił czas na bezsensowne zwątpienie w swoje decyzje i wolę. Nie chciał cytować Rikigi, ale chciał się stamtąd wydostać. I martwił się o Shionna. Już prawie powinien się obudzić.

„Shionn pewnie będzie płakać, jeśli mnie nie zobaczy. O rany, co jeśli właśnie za mną wyje? Jakby nie mógł spać wiecznie, pod ochroną psów. Ale oczywiście, to niemożliwe”.

Pokręcił głową.

„Nie mogę teraz myśleć o Shionnie. To osłabi moje serce. Sprawi, że zechcę pobiec od razu do domu. Nie mogę teraz o nim myśleć. Zapomnij o nim. Myśl... myśl o... liście Nezumiego”. – Przyłożył dłoń do piersi.

W liściku naskrobanym przez Nezumiego, była tylko jedna wiadomość, rozkazująca im przygotować broń dla obrony własnej.


Załatwcie sobie broń do ochrony.
Czekajcie uważnie. Nigdy nie spuszczajcie gardy.


Czy to miało znaczyć, że czekała ich walka? Czyżby mieli zetrzeć się z urzędnikami Ministerstwa Bezpieczeństwa, pracującymi w Zakładzie Karnym? Jednak żaden urzędnik z Ministerstwa nie szedłby w stronę pokoju, w którym przebywali. Jedyny tutejszy pracownik został zabity. Był już zwłokami. Nikt nie miałby po co tu przychodzić.

Przełknął ślinę. „Czekajcie uważnie. Nigdy nie spuszczajcie gardy”. Inukashi wcisnął przełącznik na ścianie i wyłączył światło.

 – Hej, a to za co? Teraz ja nic nie widzę – narzekał Rikiga.

 – Było źle.

 – Źle? Czemu?

 – Światła. Włączyliśmy światła.

 – No i? Jak jest ciemno, włącza się światło. Elektryczne lampy mogą być luksusem w Zachodnim Bloku, ale tu, w No.6, są czymś zupełnie normalnym.

 – Kretynie, nie o tym mówię! – powiedział z rozdrażnieniem Inukashi. – Co zrobimy, jeśli ktoś zauważy to światło?

Nawet w ciemnościach, mógł dojrzeć, jak na twarzy Rikigi pojawia się napięcie. Oczy Inukashi z natury przywykły do mroku. „Cholera, od samego początku w ogóle nie potrzebowaliśmy tych świateł”.

 – Będzie dobrze – mruknął Rikiga. Jego głos był zachrypnięty i trudno go było dosłyszeć, zupełnie jakby zmuszał go do przejścia przez gardło. – Po co się tak denerwujesz? Przestań zachowywać się jak zagubiony królik. Światło paliło się przez minutę, góra dwie. Kto, do cholery, by się przejmował, gdyby to pomieszczenie spłonęło? Sam to powiedziałeś: to miejsce jest jak raj. Nie ma nawet kamer.

 – Tak było do teraz.

Z jednej strony, Getsuyaku uznano za podejrzaną osobę, postrzelono go i zabito. Z drugiej, Nezumiemu i Shionowi udało się wedrzeć do Zakładu Karnego. To połączenie rodzi pytanie, czy personel odpowiedzialny za sprzątanie miał coś wspólnego z intruzami i czy działali razem.

Jeśli tak, czy ten pokój nie był bardziej terytorium wroga niż rajem? Prawdopodobne było wzmocnienie ochrony wokół tego miejsca. Bardzo prawdopodobne.

Czarny pies podniósł się nagle. Zmrużył oczy i warknął nisko. Jego wzrok spoczął w jednym punkcie – na drzwiach. Drzwiach łączących się z Zakładem Karnym. Czarny pies warczał dalej na metalowe drzwi, otwierające się jedynie ze strony Zakładu Karnego.

„Cholera”.

Inukashi złapał broń i rzucił ją Rikidze. Rikiga ledwie złapał przestarzały karabin. Jego usta się trzęsły.

 – Inukashi... co się dzieje? Co się zaraz wydarzy?

 – Będą goście, staruszku. Nieproszeni, w tym przypadku.

Łomot. Tym razem dźwięk odezwał się zza nich. Wejście. Czuł ludzką obecność przy starych, szarych drzwiach.

 – Atak z dwóch stron. No chyba sobie jaja robicie.

„Cholera, znowu to zrobiliśmy. Popełniliśmy kolejną pomyłkę. Tym razem zagrażającą naszemu życiu”. – Inukashi przygryzł wargę. Wiedział, że to na nic. Mógł wgryźć się aż do mięśni, a i tak nijak nie naprawiłoby to ich pomyłek.

„Inukashi, ruszaj”.

Głos Nezumiego rozbrzmiewał w jego uszach.

„Tysiące żali w znalezieniu wam ścieżki, ale działanie to co innego. Ruszaj. Po prostu ruszaj”.

„Czemu słyszę jego głos? Nawet w takim momencie... nie, może to właśnie dlatego, że jesteśmy w takiej sytuacji”.

„Idź. Szukaj ścieżki prowadzącej do przeżycia”.

„Przymknij się, Nezumi. Znam dość sztuczek, by utrzymać się przy życiu bez pomocy”.

Złapał torbę.

 – Tędy.

Rzucił się na drzwi prowadzące do miejsca zbioru odpadów. Drzwi nie okazały reakcji. Włączył się alarm. Metalowe wejście zaczęło się otwierać. Widział już było czubki wojskowych butów.

 – Inukashi, to... – Rikiga dotknął przełącznika na ścianie. Drzwi rozeszły się na boki.

 – Nie marudź! – ryknął Inukashi. Psy wlały się do miejsca zbioru odpadów za Rikigą i Inukashi. Hamlet i Cravat prześlizgnęli się szybko pomiędzy ich nogami.

 – Osz, śmierdzi. – Rikiga zaczął kaszleć. Miał rację; czuć było odór. Smród gnijących soków unosił się w powietrzu. Nie było wątpliwości, że pochodził z kapsułki, którą dał Getsuyaku. Kapsułkę wciągnął odkurzacz i trafiła do miejsca zbioru odpadów wraz z innymi śmieciami. Gdyby nie został zabity strzałem w pierś, Getsuyaku posortowałby pewnie jutro ten stos. Wykonywałby swoją zwyczajową pracę.

 – Zaraz tu padnę – jęknął nisko Rikiga. Światełko zapaliło się w głowie Inukashi. Przesunął się, by zobaczyć przez szkło urzędników Ministerstwa Bezpieczeństwa. Wkroczyli do małego pokoju.

Jeden, dwa, trzy, cztery... czterech ludzi.

 – Za mną, staruszku.

W końcu miejsca zbioru, niedaleko otworu na śmieci znajdowała się niewielka łopata. Getsuyaku wkładał nią odpady na przenośnik taśmowy i wysyłał je do pieca. Inukashi schował się za ciężką maszyną, pomalowaną na żółto.

Włączyły się lampy, oświetlając wszystko swym blaskiem.

„Dlaczego ludzie z No.6 tak bardzo nie znoszą ciemności?” – pomyślał próżno Inukashi. – „Dlaczego nienawidzą tego, czego nie mogą zobaczyć, miejsc, do których nie dociera światło i faktu, że ciemność istnieje? Czemu muszą wszystko oświetlać?”

Urzędnicy Ministerstwa Bezpieczeństwa wkroczyli do środka. Nagle zatkali nosy oraz usta dłońmi, i schylili się w pół.

 – Co to jest?

 – Śmierdzi.

Cała czwórka się cofnęła. Ich twarze były powykręcane. Jeden z nich padł na kolana i zwymiotował na miejscu. Inukashi uśmiechnął się z satysfakcją i wycelował z uśmiechem nie schodzącym mu z twarzy.

„Hah, i oni są z Ministerstwa Bezpieczeństwa? Mają tylko wielkie ego, ale jaj za grosz. Nie mogę uwierzyć, że robią taki hałas o zwykły smród. Hmf, czyli nie dość, że szaleni, to jeszcze delikatni. Śmiać mi się chce. Powinniście wszyscy iść do domu i przyssać się do mamusi”.

Pociągnął za spust.

Uderzył go odrzut. Czuł się jakby ktoś przyłożył mu w czoło. Poleciał do tyłu, czując tępe kłucie w karku.

 – Okropne. Czy ty w ogóle umiesz celować? – krzyknął Rikiga.

 – Daj mi spokój. To mój pierwszy raz. Czemu ty nie spróbujesz strzelić, staruszku?

 – Nigdy. Od zawsze byłem filantropem i humanistą. Nigdy nie strzeliłbym do innych ludzi, nawet jeśli to ci z Ministerstwa.

 – Najpierw traf chociaż dwa, trzy razy, a potem rób sobie takie chore żarty.

Urzędnicy Ministerstwa Bezpieczeństwa wybiegli desperacko z pomieszczenia. Pewnie nie mieli zamiaru wracać tam bez masek przeciwgazowych.

Jakże byli delikatni.

Nie byli cywilami, a specjalnie wytrenowanymi urzędnikami Ministerstwa Bezpieczeńswa. A jednak nie mogli nawet znieść tak słabego odoru.

Jednak w tym miejscu Inukashi chciał podziękować im raczej za tę słabość, niż ich wyśmiać. Kupili im trochę czasu. Nie był dość głupi, by nie czuć ulgi, gdy niebezpieczeństwo zniknęło z pola widzenia. Jednak kupiony czas pozostawał kupionym czasem. Mógł tylko wziąć oddech.

„To co teraz zrobić z czasem, który nam kupili?”

„Co zrobię, kiedy już złapię oddech?”

Polizał dolną wargę. Jego język przesunął się po suchej błonie.

Ten pokój miał tylko jedno wejście i wyjście – były nim drzwi, przez które weszli. Urzędnicy Ministerstwa Bezpieczeństwa – ich wrogowie – stali za nimi. Byli zamknięci. Nie było żadnej drogi ucieczki. „Niedługo te szalone mięczaki znowu tu przyjdą. A wtedy...”

Im dłużej o tym myślał, tym bardziej beznadziejna wydawała mu się być ich sytuacja. Jednak Inukashi się nie poddawał. „Damy radę. Nie ma mowy, że tu skończymy. Prawda, Nezumi?”

Nie wiedział, czy wierzył bardziej w Nezumiego, czy w siebie. Był jednak pewien, że wierzył. Wierzył – więc nie mógł się poddać.

„Damy radę. Uda nam się. Nie skończymy w takim miejscu”.

 – Inukashi – Rikiga złapał go za ramię. – Co oni mają zamiar zrobić?

 – Eh?

Inukashi rozejrzał się po małym pokoju i wziął krótki oddech. Stał przykuty do miejsca.

Urzędnicy Ministerstwa Bezpieczeństwa ładowali dziwnie wyglądające urządzenie. Było mniej więcej tak duże, jak czarny pies, warczący u jego stóp. Jeden z jego końców otwierał się szeroko, drugi zaś zwężał do około jednej trzeciej szerokości. Wychodziły z niego niezliczone spiralne rurki, jednak Inukashi nie widział dokąd prowadziły. Zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz, maszyna miała kolor pomiędzy szarością a błękitem, i błyszczała w świetle. Przypominało mu to doskonale wypolerowany instrument z brązu.

 – Co to? Wielka trąbka? – twarz Rikigi rozluźniła się komicznie, jednak jego głos był miksturą napięcia i strachu. – Powinni byli mi powiedzieć, że będzie recital. Jakiś wyjściowy płaszcz bym założył.

Inukashi był zbyt bliski krawędzi, by odpowiedzieć na żart Rikigi. Nie mógł przełknąć oddechu zatrzymanego w gardle. Bicie jego serca rozbrzmiewało w jego uszach tak głośno, że czuł się, jakby jego bębenki miały zaraz wybuchnąć.

Niezliczone sceny z Zachodniego Bloku wróciły wyraźnie do jego pamięci. Były z chwil po Polowaniu. Jego otoczeniem była góra gruzów.

Bazar, na którym zbierała się masa ludzi, poruszająca się między barakami, namiotami i piętrowymi domkami z cegły, stojącymi w linii przy ulicy, był kompletnie zmieciony. Wszystko zmieniło się w kupkę kamieni.
Destrukcja nie przyszła z eksplozji. Nie nosiła drażniącego zapachu prochu. Nie ciągnęła za sobą spalenizny ani prochów. Nie było niedopałków ani unoszącego się dymu. No.6 nie użyło broni palnej, jak to zwykle robiło podczas Polowania. Czuł nawet, że miasto wykorzystało jakiegoś wielkiego giganta do zmiecenia całego bazaru.

Ale czego No.6 użyło zamiast ogromnej pięści?

 – Fale akustyczne.

Ucho Rikigi się poruszyło. – Zaraz, co właśnie powiedziałeś?

 – No.6 użyło do Polowania fal akustycznych. Jak kaszamłoty czy kaszaloty, czy co to tam było.

 – Co to są fale akustyczne? Skąd wyciągnąłeś te wieloryby? Możesz wyjaśnić tak, żebym zrozumiał?

 – Nie mogę. Po prostu powtarzam to, co Nezumi mi powiedział. Staruszku, sam widziałeś co się stało z targowiskiem.

– Taa – było czyściutkie. Doskonały model sprzątania. I mówisz, że użyli do tego fal akustycznych?

 – No.

Oczy Rikigi otworzyły się szeroko. Wystawały tak bardzo, że Inukashi mógł policzyć każdą żyłkę w jego oku.

 – Inukashi, a więc ta dziwna trąbka...

 – Może być mniejszą wersją tego, czego użyli w Zachodnim Bloku.

„Może być? Inukashi, nie możesz się już więcej oszukiwać. To musi być mała armata dźwiękowa. Oto co posiada No.6”.

 – I... I chcą tego użyć na nas? – zawył Rikiga.

 – Nie pytaj mnie, pytaj ich. To oni znają odpowiedzi.

Rikiga stanął nieruchomo. Nawet w ciemnościach Inukashi widział, jak jego twarz blednie. Inukashi wycelował broń i strzelił w błękitno–szarą broń destrukcji tuż przed nimi. Tym razem, nie zawahał się. Z wielkim wysiłkiem stanął twardo i przyjął pozycję.

Nie miał pojęcia, gdzie trafił nabój. Być może w ogóle nie trafił. Może poleciał w oddal, niczym kapryśny kruk.

 – Nie mogłeś załatwić do tego automatycznego namierzania celu? – burknął.

 – Naprawdę myślisz, że w Zachodnim Bloku byłoby coś tak luksusowego?

 – Hah, jestem pewien, że oszczędzałeś na tym jak tylko mogłeś. Zobacz, z czym skończyliśmy – jest niewiele lepszy niż zabawka.

 – To nie wina broni. To twój cel.

Wyjrzeli zza urządzenia w małym pokoju. Urzędnicy Ministerstwa Bezpieczeństwa poruszali się szybko. Nie okazywali żadnych znaków chęci zemsty. Nie strzelili ani razu.

„Nie muszą. Nie muszą strzelać do skazańca tuż przed jego egzekucją. Pewnie to o to chodzi”.

„Jak to miłosiernie z ich strony. Aż łzy się cisną do oczu”.

 – Inukashi, hej, Inukashi. Co my teraz zrobimy? Jeśli nie zaczniemy działać będziemy... – wydarł się Rikiga i skulił w kącie. Objął głowę rękami i przyjął obronną pozycję. Całe jego ciało drżało.

„Nie ma mowy, że tu zginę. Nikt nie urodził się po to, żeby umrzeć w takim miejscu”.

Silne emocje narastały w jego piersi. Nigdy nie zastanawiał się, dlaczego się urodził. Ani razu. Zdawało się to być tak trywialne, że nigdy nie odczuwał potrzeby myślenia o tym. Dla Inukashi, znalezienie powodu dla własnych narodzin nie było niczym więcej, jak tylko trywialną gierką. Urodził się i dlatego miał zamiar żyć. Tylko tyle. Jego życie nie należało do nikogo innego.

„Ja zadecyduję, czy chcę odrzucić życie, czy je chronić. To tylko i wyłącznie moja sprawa”.

Zaczął strzelać dziko. „Umiejętności? Do diabła z nimi”. Szyba oddzielająca pokój od miejsca zbierania odpadów rozpadła się głośno. Nareszcie objawiła się panika urzędników Ministerstwa Bezpieczeństwa.
Zapach stał się rwącym strumieniem, wlewającym się do sąsiedniego pomieszczenia.

„Ruszaj!” – dłoń Nezumiego klepnęła jego plecy. – „Idź, Inukashi. Działaj, żeby przeżyć!”

„Właśnie taki był mój zamiar” – odpowiedział w swojej głowie Inukashi.

Pobiegł.

Czarny pies podążył za nim i skoczył naprzód. Przeleciał przez wybite okno, zmierzając wprost na urzędników Ministerstwa.



==Koniec rozdziału 2==


piątek, 7 września 2012

Tom VIII: Rozdział 1


((Spóźniony bo spóźniony, ale rozdział w sam raz na pierwszy tydzień szkoły >D Czeka mnie zajęty weekend, ale co tam, zagadki Dżun, zbieranie autografów, sezon urodzin (wymówka na dzisiejsze spóźnienie: celebruję urodziny zarówno moje, jak i Shiona(!) >D), zaopiekowanie się nowymi duszyczkami nawracanymi na No.6 i tłumaczenie są tego warte .w. Toteż wybaczcie opóźnienie i miłej zabawy~))


Nie czujesz tego?
Czuć? Czego?
Czegoś dziwnego.


Rozdział 1
Uderzcie w dzwony!

Zbrzydło mi słońce; rad bym, żeby cała
Budowa świata w proch się rozleciała.
Uderzcie w dzwony! Dmij, wichrze! wrzej, toni!
Mamli umierać, umrę z mieczem w dłoni.
Makbet, Akt V Scena V

„Kocham cię, Shion. Kocham cię bardziej niż ktokolwiek inny”.

Mózgi unosiły się w środkach przeźroczystych kolumn.

Ludzkie mózgi.

Ile ich było? Dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści... może nawet więcej niż pięćdziesiąt. U podstaw kolumn znajdowały się źródła światła, emitujące delikatny białym blaskiem.

Shion po raz pierwszy w swoim życiu widział taką scenę. Tak uporządkowaną, nieorganiczną, sterylną. Na gładkiej podłodze nie widać było ani jednej plamki. Komnata pozbawiona była zapachów i niemal całkowicie odcięta od dźwięków. Jednak już samo to było przerażające. Shion czuł, że to najbardziej wstrząsająca scena, jaką kiedykolwiek widział. Nie słyszał już pełnych łez zawodzeń, krzyków czy jęków. Nie było żadnych zwłok, płynącej krwi, żadnych twarzy wykręconych w agonii. A jednak to miejsce znacznie lepiej pasowało do definicji piekła, niż obraz podziemi, który wyrył się w jego pamięci.

A Safu stała dokładnie pośrodku tej przerażającej, przeklętej scenerii.

 – Safu...

Shion zachwiał się, gdy spróbował do niej podbiec i padł na kolana. Nie miał już sił w nogach. Jego serce uderzało niczym młot. Zranione, krwawiące i wyczerpane ciało błagało go o litość.

„Nie mogę już dalej iść”.

Podniósł głowę. Kropla potu spłynęła po jego policzku, by zwilżyć usta.

Safu wciąż stała w ciszy wpatrując się w Shiona. Nic się nie zmieniła. Wszystko w niej było takie jak wcześniej – długość włosów, postura, pewny wzrok.

Utracone Miasto, No.6. Czekali na zatłoczonej stacji. Safu, którą wtedy widział, stała teraz przed nim.
Nie wyglądała na zmęczoną. Nie wyglądała na ranną.

 – Safu... jesteś bezpieczna. – „Jesteś bezpieczna. Udało ci się jakoś wytrzymać. Udało ci się przeżyć. Udało nam się znowu spotkać, żywym”.


„Kocham cię, Shion. Kocham cię bardziej niż ktokolwiek inny”. 

Jej wyznanie dotarło do niego przez jego Kartę Identyfikacyjną. Zimne urządzenie komunikacyjne przekazało te żywe uczucia.

Jej głos do niego wracał.

 – Shion, przyszedłeś. – Głos Safu. Odrobinę za niski jak na dziewczęcy, zawsze suchy i napięty. Tęsknił za nim.

Poruszył jego serce. Zacisnął się wokół piersi.

„Och, jak ja za tym tęskniłem”. 


„Safu, byliśmy od siebie dość daleko, czyż nie? Czuję się jakbym nie widział cię od wieków”.

 – Wiedziałam. Wierzyłam, że przyjdziesz... – Safu uśmiechnęła się. A potem na jej twarzy pojawiła się mieszanka radości i wstrzymywanych łez. – Czekałam cały ten czas. Mogłam tylko czekać. Tylko czekać, aż ty tu przyjdziesz...

 – Mhm.

Shion uniósł górną połowę ciała i wziął głęboki oddech.

 – Wiedziałem, że powinienem był przyjść wcześniej... przepraszam, Safu.

Safu pokręciła głową i przechyliła ją na boki. Zamrugała, a słaby niepokój przebiegł przez jej oczy.

 – Shion, twoje włosy...

 – Eh? A, te włosy. Cóż, dużo się wydarzyło i... potem ci wszystko opowiem. Opowiem ci o wszystkim, czego doświadczyłem, kiedy byliśmy rozdzieleni. Jest tyle rzeczy, które chcę ci opowiedzieć. Jeden wieczór raczej nie wystarczy na to wszystko.

 – Musiałeś przejść przez wiele trudności... gorszych niż mogę sobie wyobrazić. Jestem pewna, że raczej nie mogłabym tego określić spacerkiem po parku. A jednak przyszedłeś. Dla mnie... to więcej niż dosyć. Dziękuję, Shion. Bardzo ci dziękuję.

 – Zabrzmiało, jakby to były jej ostatnie słowa – mruknął Nezumi ze swojego miejsca za Shionem. Nie mówił zimnym głosem. A jednak był płaski i pozbawiony emocji.

 – Ty musisz być Nezumi...

 – Tak.

 – Miło mi cię poznać. Zawsze chciałam cię zobaczyć. Chciałam wiedzieć, jaką jesteś osobą.

 – No to jestem. Zazwyczaj wyglądam lepiej. Wolałbym raczej, żeby dama nie oglądała mnie w takim stanie, ale niestety nie miałem czasu umyć twarzy i przebrać się w garnitur. Wybacz. – Nezumi także wpatrywał się w Safu. Jego oczy nie mrugnęły ani razu.

 – Safu, chciałbym cię o coś zapytać.

 – Tak?

 – Czy to ty kontrolowałaś główny komputer i nas tu doprowadziłaś?

Nie było żadnej odpowiedzi od Safu. Nadszedł moment ciszy. Shion spojrzał w górę na Nezumiego, wciąż klęcząc na kolanach.

„Safu, kontrolująca komputer Zakładu? Nie ma mowy, żeby to zrobiła”.

Przełknął słowa, które niemal zdążyły uciec z jego ust.

Nie było takiej możliwości. Z drugiej strony, to było jedyne sensowne wyjaśnienie.

Spojrzenie szarych oczu Nezumiego przesunęło się nieznacznie na bok.

 – Tak. To jedyne wyjaśnienie. – Jego słowa podążały dokładnie za rozumowaniem Shiona, a on kontynuował wypranym z emocji głosem. – Ty to powiedziałeś – odezwał się do Shiona. – Powiedziałeś, że ktoś wołał. Tylko dzięki temu komuś daliśmy radę dojść tak daleko. Prawda, to raczej nie jest miejsce na myśl, o którym skaczę z podniecenia. Ale i tak nie przychodzi mi na myśl nikt inny na tyle miły, by wysłać nam orszak powitalny ze środka Zakładu Karnego. Ona jest jedyną możliwą osobą.

Mógł jedynie przytaknąć kiwnięciem głowy. Sam Shion czuł, że Safu go wzywała. Ten głos popychał go naprzód i doprowadził tak daleko.

Ale jeśli rzeczywiście tak było, oznaczało to, że Safu była w jakiś sposób połączona z rdzeniem głównego komputera.

Tylko jak? Jak to mogło być dla niej możliwe?

 – Shion. – Poruszyły się jedynie usta, gdy Nezumi wezwał jego imię. – Jak długo masz zamiar tak siedzieć? Możesz czekać ile ci się podoba, ale kawy ci tu nie przyniosą.

 – Ach...

Oczywiście. Co on wyprawiał? Zaszedł tak daleko – po co siedział rozłożony na ziemi?

Zebrał siły w nogach i wstał. Jego stopy były niestabilne. Udało mu się oprzeć na piętach, ale wciąż ledwie się trzymał. Nezumi ani przez chwilę nie spróbował mu pomóc. On sam również nie miał zamiaru uwieszać się na stojącej za nim postaci.

Byli ranni, wykończeni, stracili podobną ilość krwi – nie, dla Nezumiego to musiało być znacznie bardziej uciążliwe.

Opieranie się na nim było ostatnią rzeczą, jaką Shion chciał zrobić. Nawet gdyby podparł się na nim, by stać prosto, postawienie kolejnego kroku wywołałoby pewnie problemy. Jeśli mógł stać o własnych siłach, mógł też wziąć za siebie odpowiedzialność.

Safu wciąż na nich patrzyła. Jej dłonie składały się jakby w modlitwie, a ona sama pozostawała nieruchomo.

 – To nie byłam ja – odpowiedziała krótko Safu. – Nie potrafię robić takich rzeczy.

Nezumi uniósł lekko brew.

 – Ja tylko o tym myślałam... Tylko myślałam o tym, jak bardzo chcę zobaczyć Shiona.

 – Więc kto to był? Kto nas tu przyprowadził?

 – Elyurias.

 – Elyurias?! – krzyknęli jednocześnie Nezumi i Shion.

Elyurias.

Słyszeli to imię od Rou, starca który żył długo w podziemnej jaskini. Był człowiekiem zamieszanym w stworzenie No.6 jako państwa–miasta i stracił obie nogi, jako pierwsza ofiara pasożytniczej osy. Był starym, bliskim przyjacielem matki Shiona, Karan.

Rou to powiedział.

„Elyurias była wielką władczynią. Nie, jestem pewien, że wciąż jest. Pewnie nawet teraz nadal sprawuje rządy”. 

Shion włożył dłoń do kieszeni. Znajdował się w niej chip, który dostał od Rou. Miał zamiar odczytać zawarte w nim informacje, gdy tylko wydostałby się bezpiecznie z Zakładu Karnego wraz z Safu. Miał pod ręką odpowiedź na wszystkie zagadki. Tajemnica No.6. Tajemnica podziemnej społeczności. I co najważniejsze, tajemnica otaczająca Nezumiego. Na wszystkie jego pytania istniały odpowiedzi. Wśród danych zapisanych na chipie, musiały się również znajdować góry informacji na temat Elyurias.

Jego serce przyspieszyło odrobinę na tę myśl. Zapomniał o chipie, gdy tylko weszli do Zakładu Karnego. Ani na moment o nim nie pomyślał. Nie miał na to czasu. Bez przerwy biegł, doprowadzając do granic wytrzymałości zarówno swoje ciało, jak i umysł. Jeden fałszywy krok, jeden moment wahania mógł zamienić życie w śmierć. Musiał przetrwać choćby i sekundę dłużej – dotrzeć o krok dalej. Te myśli całkowicie pochłonęły jego umysł.

Elyurias.

Pomyśleć, że usłyszał to imię z ust Safu.

 – Znasz Elyurias? – ton Nezumiego po raz pierwszy się zachwiał. W jego głosie dało się dosłyszeć słaby niepokój.

 – Nie. Ale... to ona was tu przyprowadziła. Obudziła mnie i... powiedziała mi prawdę.

 – Prawdę? – powtórzył Nezumi, jakby pytając o jej słowa. – Prawdę, hę. Safu, dlaczego Elyurias nas tu zaprosiła?

 – Nie wiem.

 – Gdzie teraz jest Elyurias?

 – Nie wiem... ale...

 – Ale?

 – Ale myślę, że musi być... bardzo blisko. Mam przeczucie, że jest.

 – To tylko twoja intuicja, czy...

Safu poruszyła się w miejscu.

 – Zasypujesz mnie pytaniami, Nezumi.

 – Nie dostanę żadnych odpowiedzi, jeśli tego nie zrobię. Nie przyszliśmy tu na spokojną pogawędkę. Jest góra rzeczy, które musimy wiedzieć. Będzie wygodniej dla nas wszystkich, jeśli po prostu nam odpowiesz. Nie sądzisz, Safu?

 – Masz rację. Ale nie mogę odpowiedzieć nawet na połowę twoich pytań. Raczej nie szukasz odpowiedzi... które możesz łatwo odnaleźć, prawda?

 – Więc mówisz, że sami mamy się o nie zatroszczyć. – Nezumi westchnął. – Co oznacza, że w sumie nie wiesz nic.

 – Nie wiem nic o tobie, Nezumi. Ale wiem... o Shionie.

Safu również westchnęła.

 – To dlatego, że sobie tego życzyłam. Bardzo chciałam zobaczyć Shiona. Elyurias usłyszała moje życzenie. Powiedziała mi...

Usta Safu zadrżały.

 – „Spełnię twoje życzenie. Przyprowadzę do ciebie osobę, którą tak bardzo chcesz zobaczyć”... to właśnie powiedziała. I nie złamała obietnicy.

 – Wiec Elyurias może bez problemu kontrolować system?

 – Tego nie wiem. Nie mam pojęcia kim jest, gdzie jest, ani dlaczego tak nagle zaczęła ze mną rozmawiać. Nie mam pojęcia... o niczym.

 – Rozmawiała? Z tobą? Spoza ciebie?

Safu zrozumiała sugestię i zaprzeczyła jej.

„Nie, nie tak”.

 – Ona... mówiła z wnętrza mnie. Kiedy zasypiałam, mówiła bezpośrednio do mnie.

 – Czekaj, co masz na myśli przez...

 – Wystarczy. – Shion złapał ramię Nezumiego. Nezumi zaś przeniósł leniwie spojrzenie z palców Shiona na jego twarz.

 – Dobrze, wystarczy już tego, Nezumi. Nie jesteśmy tu dla rozmowy, ani po to, żeby przesłuchiwać Safu.

„Zaszliśmy tak daleko. Teraz musimy uciec”.


„Do tego miejsca zmierzała dwójka ludzi, jednak odchodzić z niego będzie troje”.

Nezumi nadal wpatrywał się w Shiona i zamrugał.

 – „Nie oczekujcie hasła etykiety, ale oddalcie się natychmiast”, co? Chociaż nie wiem, czy będzie to dla nas tak samo łatwe jak powrót do domu dla lordów po bankiecie.

 – To naprawdę pesymistyczne z twojej strony.

 – Jestem ostrożny. Nie robię naiwnych rzeczy. Pewnie wszędzie już wiedzą, że jesteśmy na najwyższym piętrze. Straszni faceci w średnim wieku mogą się właśnie przegrupowywać tam na dole.

 – Nezumi, prowadzi tu tylko jedna ścieżka i jest nią winda, którą przyjechaliśmy. Nikt nie może wejść, póki winda nie ruszy. Wszystko w tym budynku jest zależne od głównego komputera.

 – A skąd ta pewność, że komputer pozostanie po naszej stronie? Co, mówisz, że wiesz dokładnie kiedy i jak zmieni się nasza sytuacja?

 – Cóż...

Nie miał odpowiedzi.

 – Nie mamy zielonego pojęcia, kim jest ta cała Elyurias. Nie zapominaj o tym. Pomyśl, zanim zaufasz komuś, o kim nic nie wiesz.

Nezumi miał rację. Oboje nie mieli żadnych konkretnych informacji na temat Elyurias. Wiedzieli tylko to, co powiedzieli im o niej Rou i Safu.

Rozumiał, że nie powinien uczepiać się niepewnych rzeczy. Nie wolno im było po prostu przyjąć najlepszej wersji i liczyć, że jakoś się ułoży. Innych trzeba było rozumieć. Zaufanie bez zrozumienia było puste. Fałszywe niczym szkielet z papier–mache, zamaskowany cienką taśmą. Maleńka pomyłka mogła kosztować ich życie.

 – Safu – Shion przemówił do stojącej przed nim dziewczyny. – Mogłabyś zabrać nas do głównego komputera... może nazywają go komputerem matką... do rdzenia systemu?

Safu kiwnęła głową. Nie mieli czasu na wahanie, niepewność czy spekulacje.

 – Za mną. – Odwróciła się i zaczęła iść.

 – Chodźmy – zachęcał Shion. Nezumi zawahał się odrobinę.

 – Możemy jej ufać?

 – Safu?

 – Tak. Możemy tak niewinnie za nią iść? Jesteś pewien, że nas nie zdradzi?

 – Tak.

 – Absolutnie pewien? – zimny uśmiech zatańczył na ustach Nezumiego. Deklarowanie absolutnego zaufania do kogoś nie było dla Nezumiego cnotą; w jego rozumowaniu, bliżej temu było raczej do głupoty.

 – Nezumi, mam troje ludzi, którym mogę ufać w stu procentach, nieważne co się stanie. To Safu, moja matka, i ty.

„Mogę w nich wierzyć, nieważne co się stanie. Opierałem się na tym. Nie myślę, że to naiwne. Proste i powierzchowne zaufanie może któregoś dnia zagonić człowieka w kąt. Jednak ktoś, kto nie może nikomu ufać, jest sam. Jedynym oparciem, jakie ma, jest piasek”.


„Mogę wierzyć, nieważne co się stanie. Mogę wierzyć do końca. To moje życie – nie może być inaczej”.

 – Gdyby... Gdyby ktokolwiek z tej trójki miał mnie zdradzić, poddałbym się. Nawet gdyby miało mnie to kosztować życie, nie żałowałbym. Kiedy zacznę wątpić w Safu, w matkę albo w ciebie... kiedy nie będę już w stanie w was wierzyć, to będzie dla mnie jak śmierć.

Uśmiech zniknął z twarzy Nezumiego. Kolor jego oczu pociemniał. Nadawało mu to wygląd kogoś błądzącego w wiecznym poszukiwaniu prawdy, albo człowieka zagubionego na krawędzi własnego umysłu.

 – Shion, nie czujesz tego?

 – Czuć? Czego?

 – Czegoś dziwnego.

 – Dziwnego... w jakim sensie?

Nezumi przyglądał się w ciszy plecom Safu.

 – Dobrze, niech będzie, zrobimy jak chcesz. Wygląda na to, że i tak jedyną ścieżką, jaką mogę obrać, jest pójście twoim śladem. Trochę mi to zajęło, zanim się zorientowałem, ale chyba muszę się dostosować, jeśli chcę gdziekolwiek dojść.

Ruszyli naprzód pośród przezroczystych kolumn z Safu na czele. Kilka chwil później, natrafili na ścianę. Była biała, ze słabym blaskiem żółci, zupełnie jak podłoga. Ściana rozstąpiła się w ciszy, gdy stanęła przed nią Safu.

 – Wewnętrzne komnaty pałacu, co? – Nezumi oblizał usta.

Shion otworzył szeroko oczy, niemal nieświadomie wstrzymując oddech.

Znaleźli się w białym, dobrze oświetlonym pokoju. Nie był jakoś specjalnie duży. Jego rozmiar odpowiadał pomieszczeniom na piętrze, czy salonom każdego typowego domu w No.6. Lampy świeciły mocno, oświetlając każdy kąt pomieszczenia, pozbawionego okien czy mebli.

Kolumna przechodziła przez jego środek. Była dwa razy grubsza niż te, które widzieli wcześniej. Nie pływał w niej żaden mózg, ale bladosrebrna kula. Pokrywały ją niezliczone maleńkie projekcje, a ich kawałki błyskały światłem co kilka sekund. Niektóre były błękitne, inne szkarłatne, kolejne zaś pobłyskiwały głęboką czerwienią. Cienkie, czyste rurki wychodziły z projekcji i plątały ku górze. Ich kołtun był zbyt duży, by widzieć do czego prowadził.

 – To Matka.

 – To Matka?

Głosy Shiona i Safu nałożyły się na siebie.

 – W Ratuszu jest identyczny model. Ta tutaj to Babka, ale wszyscy nazywają ją Babcią. Instytucja badawcza, rezydująca niegdyś w Kropli Księżyca, utraciła niezależność i przeniosła się do Zakładu Karnego. To dlatego, że druga wersja Babki – mniejsza, zachowująca jednak te same funkcje – została ukończona. Matka. To był pierwszy powód.

 – W Zakładzie Karnym łatwo mogli znaleźć króliki doświadczalne do swoich eksperymentów. Ludzkie króliki, gwoli ścisłości. To byłby drugi powód, prawda?

Nezumi wypuścił powietrze.

 – Albo to, albo zaczęli potrzebować ich więcej. Nie ma możliwości wykorzystania takiej masy ludzi jako szczurów laboratoryjnych. Nie w No.6. Ściąganie tam takiej ilości ludzi ze świata zewnętrznego byłoby problemem. Ale tutaj, w Zakładzie Karnym, to naprawdę proste. Zachodni Blok opływał w ludzi. Musieli tylko zmienić cel Polowania z powodu zmniejszania populacji na zdobywanie królików doświadczalnych. Czy to dla babuni, czy dla mamy, wydaje mi się, że sam komputer nie wystarczyłby jako powód, nie sądzisz?

 – Możesz mieć rację. – Safu zamknęła na chwilę oczy. Gdy ukryła je pod powiekami, ze swoją pozbawioną krwi twarzą, dziewczyna wyglądała przez chwilę jak lalka.

 – Zakład Karny był... zawsze miejscem eksperymentów na ludziach. Wiele z nich, wymagających żywych ludzkich ciał, było powtarzane od nowa i od nowa. Dzięki temu medycyna No.6 posuwała się naprzód wielkimi krokami... A i ja, i ty, Shion, korzystaliśmy ze wszystkiego, co mogła nam podarować...

 – Tak... Masz rację.

Shion odwrócił się do Nezumiego, by zadać pytanie. Jego głos nie brzmiał jak jego własny, był tak zachrypły i nieprzyjemny dla uszu.

 – Nezumi, tamten pokój... Ten do którego prowadził korytarz z podziemnej komnaty...
Podłoga windy otworzyła się,  zmieniając się nagle w zapadnię, a ludzie spadali zgniatani razem, wraz ze swoimi krzykami. Podziemna komnata stała się pierwszym rozdziałem księgi piekielnych horrorów, a ciasny korytarz prowadził do pokoju przypominającego kostkę. Nezumi nazwał to „miejscem chwilowego odpoczynku”.

 – Tak. W końcu zauważyłeś? Ścieżka z tamtej podziemnej sali do pokoju została zaprojektowana by wybrać króliki doświadczalne. Ludzie, którzy byli w stanie dotrzeć do tego miejsca, byli również tymi, którym udało się przetrwać upadek z windy i uciec o własnych siłach, używając migających świateł jako punktów odniesienia. To szczury laboratoryjne o nadzwyczajnej sile, zarówno ciała jak i umysłu, o inteligencji wyższej niż pozostałe. Doskonałe obiekty eksperymentów. Jeśli masz zamiar używać myszy w laboratorium, lepiej wybrać te silniejsze i odporniejsze. Tak właśnie myśleli.

Safu wydała cichy, zdławiony odgłos.

Oczy pewnego człowieka pojawiły się w umyśle Shiona. Nie znał imienia ani historii mężczyzny, który je posiadał. Zwijał się z bólu, nie mogąc umrzeć i pochwycił Shiona w swym cierpieniu, zaś jego oczy – tamte oczy do niego wracały.

To Nezumi go wtedy uratował. Podarował temu człowiekowi spokojną śmierć. Jednak Nezumi nazwał to morderstwem, nie ratunkiem. Shion nie wiedział. Tak jak wcześniej, teraz wciąż usiłował odnaleźć odpowiedź.

Jedyną rzeczą, którą Shion mógł powiedzieć na pewno, było to, że tamten człowiek był żywym stworzeniem, a nie szczurem laboratoryjnym.

 – Pamiętasz drzwi w tamtym pokoju? – zapytał go Nezumi. Shion pamiętał. Pokój był wtedy oświetlony, choć dość słabo. Światło kuło jego przyzwyczajone do ciemności oczy. Widział za nim szare drzwi. Pamiętał je dobrze.

 – Tamtymi drzwiami przychodzą zabrać tych, którzy przetrwali, jednak nie prowadzą one do Zakładu Karnego. Pozostały tam od czasów, gdy instytucja badawcza wciąż znajdowała się w Ratuszu. Ludzi przepuszczano przez te drzwi, wszczepiano im chipy identyfikacyjne jak więźniom i wysyłano ich do Ratusza – Kropli Księżyca. Chip był środkiem ostrożności, na wypadek, gdyby ktoś uciekł. Ale przenosząc instytucję do Zakładu, pozbyli się dodatkowej roboty. Skuteczne, nie sądzisz?

 – Chip identyfikacyjny... – Coś przyszło mu na myśl. – Nezumi, przeszedłeś przez te drzwi cztery lata temu, prawda? I uciekłeś podczas transportu do ratusza.

 – Cztery lata temu, hę... to był burzowy dzień. Zaznaczyłem go w kalendarzu jako dzień, w którym spotkałem pewnego dziwaka, który otworzył okno w środku nawałnicy. Ale to nie czas na wspominki. Safu, znasz prawdę o Zakładzie Karnym. I to nie tylko, o samym No.6 również. Elyurias ci wszystko opowiedziała, prawda?

 – Tak. Przekazała mi prawdę kryjącą się za No.6, tak zwanym Świętym Miastem, Utopią nawet. ...Ale Shion, tobie nie tylko ją przekazano. Zobaczyłeś ją na własne oczy. Usłyszałeś własnymi uszami.

 – Tylko jej część. – Jedynie ułamek. Wciąż była niesamowita ilość rzeczy, o których nie miał najmniejszego pojęcia.

Shion nabrał powietrza. Poczuł słaby ból w piersi. To nie był fizyczny ból. Małe ukłucie w umyśle, zdające się pozbawiać go wiedzy. Pulsowało za każdym razem, gdy pomyślał o No.6.

No.6 nie było żadną utopią. Było bezlitosnym i okrutnym państwem–miastem. Dla swojego spokoju i rozwoju, nie powstrzymywało się od żadnego rodzaju brutalności. „Ale, ale, ale....” Shion znowu nabrał powietrza i przycisnął dłoń do piersi.

Czym było No.6? Czyż nie było krajem zbudowanym ludzkimi rękami?

„Chcę, żebyś chociaż w to mi uwierzył. Próbowaliśmy zbudować tu doskonałe miasto, raj wolny od wojny i ubóstwa... Nie wiem, gdzie się pomyliliśmy”.

Słowa Rou. Był pewien, że nie były kłamstwami. No.6 w swoich wczesnych latach wciąż opierało się na ideologii i woli stworzeń ludzkich.

Społeczność bez wojen, w której każdy mógłby być szczęśliwy.

„Gdzie się pomyliliśmy?”

Słaby, drżący głos Rou i jego słowa pozostawiły w sercu Shiona gorący ślad.

„Kiedy ludzie zbaczają ze ścieżek? Kiedy zaczynają być posłuszni chciwości zamiast ideom? Czy może to idee mają tendencję do przeistaczania się w chciwość? Jeśli tak, to wszystko się kiedyś powtórzy. Nawet gdy upadnie No.6, narodzi się drugie, trzecie Święte Miasto”.


„Gdzie popełniliśmy błąd?”

„Czy ludzie są zdolni do stworzenia czegoś, bez schodzenia z obranej wcześniej ścieżki?”

Shion pokręcił głową. Nie miał teraz czasu na takie niepewne pytania. Nie miał zamiaru odpłynąć. Niedługo znowu miał je przecież spotkać. Jednak teraz musiał skupić się na swoim jedynym zadaniu, pokonaniu stojącej przed nim ściany.

Przysunął się do Matki.

Cienka, plastikowa deska, przypominająca panel kontrolny, była przyłączona z przodu kolumny. Było na niej siedem przycisków w każdej kolumnie i czternaście w rzędzie. Nie było na nich żadnych numerów, liter czy symboli. Wcisnął jeden z nich, ale nic się nie stało. Pozwolił palcom błądzić po panelu kontrolnym, uderzając cokolwiek przyszło mu na myśl.

 – I co? – Nezumi wpatrywał się w dłonie Shiona. – Możesz coś z tym zrobić?

 – Nie działa.

 – Nie poddawaj się jeszcze. Nie powinno być trudno złapać Mamy czy Babcię w garść twojego umysłu i umiejętności. Moim zdaniem w tym sensie jesteś nawet kobieciarzem.

 – Za dużo ode mnie wymagasz, Nezumi. Do pięt jej nie sięgam. Zapomnij o ugłaskaniu jej, już zdążyła mnie odepchnąć, bo nie chce mieć ze mną nic wspólnego.

Nezumi zmrużył oczy, a ich ciemnoszare światło poruszyło się.

 – Czyli Matka za tobą nie przepada... Jesteś pewien, że nic nie możesz zrobić, Shion?

 – Nie mogę. Wygląda to na specjalny system dostępu i nie możesz zbliżyć się do Matki, dopóki się przez niego nie przebijesz. Szkoda, ale... nic więcej nie mogę zrobić.

 – Mama jest wredna. Można tylko westchnąć – powiedział Nezumi, cmokając językiem zamiast tego.

 – Safu, co z tobą?

 – Nie mogę, Shion. Nikt nie może zbliżyć się do Matki, poza jedną osobą.

 – Jedną osobą... burmistrzem?

 – Nie. Jego funkcja nie ma nazwy. Stworzył tą instytucję badawczą i sam nią kieruje... myśli, że jest prawdziwym władcą No.6. Matka jest jego tworem i tylko jego będzie się słuchać. Tak to wygląda.

 – A co z tą kobietą, Elyurias? Ona nie ma pełnej kontroli nad Matką? Była w stanie otwierać i zamykać bariery kiedy chciała i uruchomić windę, prawda?

Nezumi i Shion spojrzeli na siebie.

„Tak, Elyurias. Może ona może...”

 – Safu, Elyurias nadal do ciebie mówi? Możesz sama spróbować się z nią porozumieć?

Postawił krok w stronę Safu.

Safu cofnęła się o krok.

Teraz Shion w końcu odczuł „coś dziwnego”, o czym wspomniał Nezumi.

„Dlaczego się nie zbliża?”

Safu przez cały czas utrzymywała dystans i nie próbowała zmniejszyć odstępu między nimi.

 – Safu?

 – Nie podchodź! – Słowa Safu brzmiały niemal jak krzyk, gdy opuściły jej usta. Shion oglądał, jak dziewczyna się cofa, czując bicie własnego serca. Niepokój zaczął kiełkować w jego piersi.

„Dlaczego?”

 – Dlaczego uciekasz, Safu?

 – Nie zbliżaj się. Proszę. Shion...

Nagle łza spłynęła po policzku Safu.

 – Czekałam... czekałam cały ten czas. Tak bardzo, bardzo chciałam cię zobaczyć... tylko tego chciałam...

 – I przecież się widzimy. Jestem tuż przed tobą, właśnie teraz. Przyszedłem cię uratować i stąd wyciągnąć. Przyszliśmy uciec z Zakładu Karnego razem.

Postawił krok przed siebie i wyciągnął dłoń.

 – Safu, wynośmy się stąd. Z tego budynku. Chodźmy razem.

Safu uniosła podbródek. Przygryzała wargę, z desperacją próbując nie drżeć. Pokręciła głową z twarzą w górze.

Gest odmowy.

 – Dlaczego!? Dlaczego nam odmawiasz?

Próbował się powstrzymać, ale nie mógł. Jego ton stał się ostry, dopasowując się do emocji.

„Safu, pozwól mi cię objąć. Objąć cię moimi własnymi ramionami. Chcę przytulić cię za te wszystkie lata, które spędziliśmy osobno. W końcu udało nam się znów zobaczyć. Wszystkie słowa jakie znam wirują we mni,e żeby ci powiedzieć, jak bardzo cię przepraszam. Są jak rwący potok. Dzwonią jak wyjący wiatr”.

„Ale dlaczego odmawiasz? Dlaczego próbujesz odrzucić dłoń, którą do ciebie wyciągam?”

 – Safu, ja...

Poczuł uścisk na ramieniu.

 – Przestań. – Palce Nezumiego wbijały się głęboko w jego skórę. – Przestań. Nie zbliżaj się. Zrób jak mówi.

 – Nezumi, nawet ty...?

Nezumi spoglądał na Shiona w ciszy, wciąż trzymając jego ramię. Jego spojrzenie zatrzymało Shiona od powiedzenia czegokolwiek ponad to. Przełknął resztę zdania. Jego niewypowiedziane słowa stały się silnym strumieniem, zimnym wiatrem, jeszcze bardziej poruszającym jego serce. Jego oddech stał się niestabilny od zmartwień i niepewności. To zdecydowanie odstawało od wszystkich trudności, jakie wyobrażał sobie na drodze wspólnej ucieczki ich trójki z Zakładu Karnego.

Całe jego ciało zamarło w tym nieznanym strachu.

 – Safu, czego chcesz? – zapytał Nezumi. W jego głosie nie było ani śladu agresywnego nacisku. Był delikatny, głęboki i piękny. – Co mamy zrobić?

Wyraz twarzy Safu rozluźnił się odrobinę.

 – ...Spełnisz moje życzenie?

 – Będzie dla mnie rozkazem.

Safu wzięła płytki oddech.

 – Zniszcz Matkę.

Palce Nezumiego zacieśniły uścisk, by chwilę później opaść z ramienia Shiona. Pozostało jedynie uczucie silnego uścisku.

 – Każesz nam zniszczyć ten komputer?

 – Tak.

 – Rozumiem... cóż, jeśli nam się to uda, przekroczy to moje najśmielsze oczekiwania. Jeśli będziemy w stanie, oczywiście. – Nezumi wyciągnął z kieszeni kurtki mikrobombę w kształcie monety, trzymając ją między palcami.

 – Jeśli ustawimy tego malucha na pełną moc, nie powinien mieć problemów z rozwaleniem tego komputera na kawałki.

 – Nie zadziała.

Shion lekko dotknął okrągłej kolumny.

 – Sam komputer może i być wrażliwy, ale problemem jest chroniąca go kolumna. Jest zrobiona ze specjalnego plastiku. Jestem pewien, że nawet armata wiele by tu nie zdziałała. [Niezły plastik O_o] To jak szklana kula w trwałej kapsule. Nie da się jej zniszczyć taką bombą.

 – I masz stuprocentową pewność?

 – Tak.

 – Na sto procent niemożliwe, na zero możliwe. No to postępu nie zrobimy.

 – Mogę otworzyć kolumnę.

Spojrzenie Nezumiego wzmocniło się na słowa Safu.

 – Możesz otworzyć drzwi do matki?

 – Nie ja.

 – Elyurias?

 – Tak. Ona może to zrobić. Jestem pewna, że otworzy je dla ciebie.

 – Jeśli była w stanie zrobić aż tyle, raczej łatwo powinna móc zatrzymać Matkę bez naszej pomocy. Nie musi nawet na nas polegać.

 – Potrzebuje woli.

 – Eh?

 – Powiedziała... że potrzebuje ludzkiej woli.

Nezumi i Shion spoglądali na siebie bezmyślnie przez sekundę czy dwie.

 – Potrzeba ludzkiej woli, żeby to zniszczyć – powtórzyła Safu. Była jak medium, ogłaszające słowa wyroczni. Nezumi poruszył się niespokojnie.

 – To są słowa Elyurias?

 – Tak.

 – Więc mówi, że nam pomoże, ale ostateczna decyzja należy do nas?

 – Tak.

 – Ale to oznacza... – uciął Nezumi. Shion kiwnął głową. Czuł, że zrozumiał dokładnie to, co Nezumi pozostawił niedopowiedziane.

„To oznacza, że Elyurias nie jest człowiekiem”.

Taka pewnie była prawda. Nie mógł wyobrazić sobie ludzkiego ciała zdolnego manewrować przez tak silny system zabezpieczeń i zinfiltrować jego wewnętrzne informacje, nie licząc „jego”.

Elyurias nie była człowiekiem. Więc czym była?

Bogiem? Demonem? Tworem natury? Czyżby mogła być...

 – Potrzeba ludzkiej woli, żeby to zniszczyć... – Nezumi powtórzył słowa Safu – nie, Elyurias.

Safu zamknęła oczy i wymruczała:

 – Ludzie są jedynymi, którzy świadomie niszczą rzeczy. To coś, co tylko człowiek potrafi zrobić... więc tylko człowiek potrafi zniszczyć Matkę.

To zabrzmiało niemal jak inkantacja.

Shion poczuł dreszcz.

Znał Safu jako osobę o lakonicznym sposobie wypowiedzi, z bardzo silnym poczuciem rzeczywistości. Mogła mówić o marzeniach i nadziejach w realistycznym sensie, nie fantastycznym; jednak rzeczywistość nie zaślepiała jej zbyt silnie, więc mogła mieć nadzieje i marzenia, nie pozwalając im się pochłonąć. Była wrażliwa, ale nie przewrażliwiona. Jej umysł był jak młode drzewko. Skierowane w górę, a jednak mogło się zginać.

Nie była kimś, kto powtarzałby się takim stłumionym głosem. Zdecydowanie nie.

 – Dobrze. Zajmiemy się tym. – Głos Nezumiego wprawił w drżenie bębenki Shiona. Powinien był być już przyzwyczajony do jego głosu, a jednak rozbrzmiewał w jego uszach wyraźniej niż kiedykolwiek.

Safu otworzyła oczy.

 – ...Zrobisz to?

 – Jeśli takie jest twoje życzenie.

 – Dziękuję. Jestem ci wdzięczna – Safu złożyła dłonie i pochyliła głowę.

 – Nie potrzebuję żadnych podziękowań. Zniszczenie Matki będzie jak strzał Zakładowi Karnemu prosto w serce. Mógłbym modlić się o to całymi dniami, a i tak nie dostałbym takiej szansy. Warto spróbować, jeśli ta kolumna miałaby się otworzyć i wystawić nam Matkę, chociaż na moment.

Oczy Nezumiego błyszczały. Błyszczały niczym ostrze świeżo naostrzonego noża.

Panel kontrolny zaświecił bez ostrzeżenia. Słowa rozpłynęły się w powietrzu. Nezumi zagwizdał krótko. Położył palce na panelu kontrolnym.

 – Otwarte, otwarte, otwarte... heh, cud transformacji, z dumnej królowej w potulną panienkę. Teraz nawet ja mogę się nią zająć.

Spojrzenie Shiona było bez przerwy skupione na palcach Nezumiego. Za każdym, dosłownie każdym razem nie mógł nic poradzić na swój podziw dla tych pełnych gracji ruchów. Dla Shiona wyglądało to zupełnie jakby jego palce wybijały słodką melodię czy wstukiwały żywy rytm.

Za każdym razem mógł go jedynie podziwiać... Jednak teraz, jego serce nie było do niego przywiązane tak silnie.

Niespokojne bicie jego serca nie miało zamiaru zniknąć. Przeciwnie, rozbrzmiewało jeszcze silniej.

Palce Nezumiego zatrzymały się. Srebrna nić pojawiła się nagle w samym środku kolumny. Jedna, dwie, trzy, cztery. Srebrne nitki pogięły się i uformowały prostokąt.

 – Drzwi – powiedział Nezumi. – Wszystko, co trzeba teraz powiedzieć, to: „Sezamie, otwórz się”. – Prawdopodobnie nawet on odczuwał napięcie; głos Nezumiego był cokolwiek niski i ciężki.

 – Czekaj. – Shion złapał nadgarstek Nezumiego. Czuł dłonią ciepło jego ciała i puls w jego żyłach. – Tylko sekundę.

Cień przebiegł oczy Nezumiego. Nastała cisza długości oddechu.

 – Shion, nie mamy czasu na cackanie się i wahania.

 – Wiem. Ale poczekaj, proszę... Safu.

Głowa Safu wciąż była pochylona. Jej ramiona drżały okryte czarnym swetrem.

 – Safu, nadal nie odpowiedziałaś na moje pytanie. Dlaczego nas odrzucasz? Dlaczego się nie zbliżasz?

 – Shion...

 – I ten sweter... twoja babcia go wydziergała, prawda? Minęły wieki, odkąd ostatni raz go widziałem. Nie miałem wtedy chyba nawet dziesięciu lat.

 – Masz rację. – Safu uśmiechnęła się nagle. – To ty pierwszy się do mnie odezwałeś. Powiedziałeś, że mi pasuje. Byłam szczęśliwa... taka szczęśliwa. Wszyscy inni śmiali się, że noszę ręcznie zrobiony sweter. Mówili, że wełniane ubrania można znaleźć już tylko w muzeach. Ale ty się nie śmiałeś. Ty... tylko ty byłeś lojalny wobec swoich uczuć i wobec innych. Shion... byłam w stanie spotkać cię w tym zimnym... nawet samotnym... świecie elitarnej edukacji. I myślę, że to bardzo...

 – Przestań! – Shion przerwał Safu. – Dlaczego mówisz o takich odległych rzeczach? Nie to chcę usłyszeć. Chcę, żebyś mi powiedziała dlaczego nadal możesz nosić sweter, który dostałaś, kiedy miałaś dziesięć lat? Urosłaś od tamtego czasu i zmieniła się twoja budowa. Nie ma mowy, żebyś nadal mogła go nosić. A może to nowy sweter, który wygląda dokładnie tak samo? Jednak...

 – Chciałam, żebyś pamiętał – tym razem to Safu przerwała Shionowi. – Chciałam, żebyś mnie pamiętał. Powiedziałeś, że mi pasuje... więc chciałam, żebyś zapamiętał mnie w tym swetrze.

 – Zapamiętał? Mówisz mi, że zmienisz się w zwykłe wspomnienie? Safu, o czym ty mówisz? Nie masz zamiaru z nami iść?

 – Shion, przestań już. – Nezumi znowu złapał jego ramię. Tym razem, zatrzymał je mocno i szarpnął. To wystarczyło dla oswojenia siły Shiona.

Shion potknął się i wpadł na Nezumiego. Nezumi ani drgnął.

 – Wystarczy. Dość już tego.

 – Dość czego?

 – Nie zapędzaj jej do rogu tylko po to, żeby zapomnieć o własnej niepewności. To dość tchórzliwe.

Shion czuł pot na skórze. Wzrok Nezumiego wbijał się w niego.

 – Ja... tchórzliwy...

 – Shion, wiesz już to, prawda? Nie ma mowy, żebyś nie zauważył. A jeśli zauważyłeś... nie odwracaj oczu od prawdy. Uciekanie niczego nie rozwiąże. Nic się nie zmieni i nic nie wróci do stanu, w jakim było.

Niczego to nie rozwiąże. Nic się nie zmieni. Nic nie wróci do stanu, w jakim było.

Trudno mu było oddychać. Pot kuł go w oczy.

 – Shion, nie uciekaj. A przynajmniej nie teraz... nie możesz teraz uciec.

Zamrugał. Napotkał spojrzenie Nezumiego. Odwrócił głowę, by ujrzeć Safu.

 – ...Mówisz, że nie jest prawdziwa... że jest iluzją?

 – Jest tym, co pokazuje nam Matka – wirtualną rzeczywistością. Twoja przyjaciółka nie istnieje w prawdziwym świecie.

„Nie istnieje w prawdziwym świecie. Jak to? Co te słowa mają znaczyć?”

Shion był bliski krzyku. Strach narastał w całym jego ciele. Safu nie rzuciła się w jego wyciągnięte ramiona. Nawet nie próbowała dotknąć palców Shiona.

Nie była w stanie. Nie mogła ani go uścisnąć, ani zostać uściśnięta.

„Nie istnieje w prawdziwym świecie”.


        „Bezcielesna iluzja”. 

Bezcielesna iluzja.

Głos Nezumiego przyspieszył nieznacznie.

 – Na początku myślałem, że to pułapka. Ale zmieniłem zdanie, kiedy doszło do mnie, że nie byłoby sensu zastawiać jej tutaj. Gdyby chciała nas zabić, miała setki, tysiące okazji. Potrzebowała powodu, by utrzymać nas przy życiu aż dotąd. Matka posunęła się aż do pożyczenia ciała Safu, bo musiała nam coś przekazać... tak właśnie myślałem. Ale nie spodziewałem się, że każe nam ją zabić.

 – Matka... – Shion spojrzał na kulę pokrytą występami. – To nie Matka – pokręcił głową. Palce Nezumiego rozluźniły się. – Gdyby to naprawdę miała być matka, odtworzyłaby prawdziwą Safu. Nie byłaby w stanie wyciągnąć z jej wspomnień tego czarnego swetra. Komputery nie mają emocji. Jednak Safu sama zdecydowała założyć ten sweter. To nie była Matka... Nezumi, to nie Matka pokazuje nam Safu... to Safu.

 – Więc Safu używa Matki, do wyświetlenia się?

 – Tak... prawda, Safu? A może to Elyurias? – Zabrzmiało to tak niepodobnie od jego zwykłego głosu. Bardziej jak tchórzliwe zwierzę, obnażające kły i wznoszące głos z agresją. Ryk tego rodzaju. Pokręcony, brzydki i zawzięty, a jednak przerażony.

 – Tak... Elyurias mnie obudziła. Wcześniej czułam się, jakbym unosiła się we śnie... tylko pływała... Elyurias przywróciła mi świadomość i powiedziała mi, co powinnam zrobić. Ja... nie mogę całkiem przejąć władzy nad Matką. Ale mogę używać niektórych jej funkcji... i tylko tyle.//buka nadzieja poszła se...//

 – Gdzie jesteś? Gdzie naprawdę jesteś?

 – Nigdzie. – Głos Safu był napięty. – Już nigdzie nie istnieję.

 – To absurd. To kto pozwolił ci stać teraz przede mną? Nie ty sama?

 – Mnie już tu nie ma, Shion. Ja już...

Safu postawiła krok w jego stronę. Shion również się do niej zbliżył. Wyciągnął dłoń przed siebie. Niczego nie dotknęła. Jego palce dotarły do ramienia Safu, ale nic tam nie było. Kilka sekund wcześniej czuł ciepło i puls Nezumiego. To ciepło i ruch było dowodem, że żył.

 – Chciałam się z tobą pożegnać. Chciałam ci podziękować. Byłam szczęśliwa cały ten czas... bo ty tu byłeś.

Safu spojrzała na Shiona. Psotny błysk pojawił się w jej oczach.

 – Kochałam cię.

 – Safu...

 – To moja rzeczywistość. Nie ma znaczenia, co ty o mnie myślisz. Kochałam cię i to moja jedyna prawda.

„Och, Safu” – pomyślał Shion. Wielka siła i piękna siła życia, niczym u ptaka w walce – to była Safu.

 – Gdybym cię nie spotkała, nie dowiedziałabym się, jak to jest chcieć kogoś. Nigdy nie dowiedziałabym się co to znaczy kochać... Cieszę się, że jednak mi się to udało. Urodziłam się i mogłam cię spotkać. Niczego nie żałuję. Hmm, cóż, to chyba trochę za odważne. Powiedziałeś mi kiedyś, że mam zły nawyk zakładania poważnej maski.

Palce Safu dotknęły policzka Shiona. Nie poczuł ich na skórze. Jednak z całą pewnością, palce Safu do niego dotarły.

 – Shion... ty też tak myślisz, prawda?

Safu rzuciła spojrzenie przez ramię Shiona na stojącego za nim Nezumiego.

 – Czujesz się tak samo jak ja, prawda? Cieszysz się, że mogłeś się dowiedzieć. Nie mógłbyś już dłużej żyć, nie wiedząc, czym jest tęsknota czy miłość.

 – ...Tak. – „Masz rację, Safu. Wiem. Poznałem prawdziwe oblicze No.6 i dowiedziałem się, że istniało też we mnie. Dowiedziałem się, jak to jest, kiedy ktoś porusza moje serce, kiedy naprawdę chcę kogoś zobaczyć. Nie mogę cofnąć się do czasów, gdy tego nie wiedziałem. Nie chcę. Nigdy nie chciałbym cofnąć się do dni, w których żyłem spokojnie, nie mając o niczym pojęcia”.

Shion zacisnął mocno pięść, by przestać się trząść. Jednak nawet ona zaczęła drżeć.

 – Nie musimy wracać. Nie ma takiej potrzeby. Safu, możemy po prostu zacząć w miejscu, w którym jesteśmy teraz. Możemy zacząć od nowa, od tego momentu.

­„To początek. Początek, a nie koniec. Prawda, Safu? Możemy żyć razem. Razem...”

Jego spojrzenie padło na rury wychodzące z Matki.

„Z czym to jest połączone?”

„Po co są te rury?”

 – Proszę – powiedziała Safu, wpatrując się intensywnie w Nezumiego. – Zniszcz Matkę.

Nezumi nie próbował unikać wzroku Safu. Napotkał go w ciszy i kiwnął głową ze skupieniem. Safu odetchnęła z ulgą. Prawdziwą ulgą, z głębi jej serca.

 – Bardzo ci dziękuję...

 – Dotrzymam słowa. Nigdy nie złamię obietnicy, choćby nie wiem co.

 – Tak... wiem. Taką już jesteś osobą, czyż nie?

Nezumi znowu zbliżył się do panelu kontrolnego.

Część obramowana przez srebrne linie, zalśniła słabo czerwienią i odsunęła się na bok.

Drzwi się otworzyły.

Nezumi włożył ramię w szczelinę bez chwili wahania. Panel kontrolny powstrzymywał go od posunięcia się dalej. Matkę dzielił od jego palców bardzo mały dystans.

 – Tsukiyo.

Czarna myszka wystawiła głowę spod warstw superfibry. Rozejrzała się, po czym zbiegła szybko po ramieniu Nezumiego.

 – Liczę na ciebie.

Nezumi wyciągnął minibombę, a Tsukiyo wziął ją do pyszczka.

 – Nezumi, czekaj, proszę.

 – Nie da rady – odpowiedział pusto Nezumi. – Mam zamiar zniszczyć Matkę. Nie mam zamiaru czekać ani chwili dłużej.

 – Nie. Proszę, zaczekaj. Czekaj. Pozwól mi sprawdzić co jest na drugim końcu tych rur.

 – Nie ma takiej potrzeby.

Jego wzrok napotkał spojrzenie Nezumiego.

 – ...Twierdzisz, że wiesz? Gdzie jest Safu... i co jest na drugim końcu tych rur?

 – Ty też powinieneś wiedzieć. W końcu to widziałeś.

„To?”

Przestrzeń przed tym pomieszczeniem. Była jak cmentarz z przeźroczystymi nagrobkami. Nagrobkami, a może trumnami? Naczynie pochówku, każde z jednym ludzkim mózgiem wewnątrz.

 – Idź.

Tsukiyo wyskoczył na rozkaz pana. Skoczył energicznie w stronę Matki i wylądował na niej.

 – Okej, doskonale. A teraz wbij ją tam.

Ruchy Tsukiyo były zwinne i szybkie. Wcisnął bombę w kształcie monety pomiędzy dwie projekcje, uniósł główkę i zakręcił nosem patrząc na Nezumiego, jakby czekając na dalsze rozkazy.

 – Dobra robota.

Tsukiyo przeskoczył na otwartą dłoń Nezumiego. Gdy ten wyciągnął rękę, drzwi Matki zamknęły się w ten sam cichy sposób, w jaki się otworzyły.

Shion przyglądał się wszystkiemu wciąż wbity w ziemię przez szok.

Oczy Nezumiego zwróciły się ku niemu.

 – Gotowe. Limit to trzy minuty. Na dłużej tego nie ustawię.

 – Trzy minuty... uciekajcie, szybko. – Zarówno ton jak i spojrzenie Safu napełniły się napięciem. Shion patrzył to na Safu, to na Nezumiego.

 – Jeśli mamy uciekać, to ty idziesz z nami.

 – Shion, ile razy jeszcze mam ci to powtarzać? Nie mogę. Ty i Nezumi uciekniecie stąd razem.

 – Safu.

 – Idź. Nie masz chwili do stracenia.

Gdy byli jeszcze uczniami, mieli obowiązek przedstawiać wyniki swoich badań na comiesięcznych spotkaniach. Kiedy przychodziła kolej Safu, niektórzy uczniowie z tym samym tematem co ona robili hałas i specjalnie jej przeszkadzali. Jeszcze zanim Shion zdążył wstać i im przerwać, Safu spoglądała prosto na nich ostrym wzrokiem.

 – Powinniście się wstydzić.

Chłopiec będący w centrum hałasującego towarzystwa wstał i zawył z kpiną. – Powinniśmy się wstydzić? Obrażasz nas?

 – W żadnym wypadku nie mam zamiaru was obrażać. Ale, niezależnie od tematu, słuchanie cudzych prezentacji do samego końca jest naturalne dla stworzeń inteligentnych, czyż nie? Nawet trzyletnie dziecko dałoby radę. Za to ty nie. Więc chyba masz się czego wstydzić, nie sądzisz?

Oklaski rozległy się z różnych kątów klasy. Chłopiec przygryzł wargę i usiadł w ciszy.

Jej lekko zarumienione policzki, rozmyślne spojrzenie, linia wysuniętego podbródka – taka sama Safu jak tamtego dnia stała teraz przed nim. Ale nie mógł jej dotknąć. Nie mógł z nią uciec.

„To niemożliwe”.

 – Jeśli tu jesteś... – Shion wbił pięść w plastikową kolumnę tak mocno jak tylko mógł. – ...Wyciągnę cię. Odejdziemy stąd razem, Safu.

„Nieważne, jak teraz wyglądasz”.

 – Przestań! – wrzasnęła Safu. – Przestań, przestań. Wszystko, tylko nie to! – Uniosła obie ręce, jakby próbując zasłonić Shionowi widok. – Wszystko, tylko nie to... Shion, proszę. Po prostu... nie rób nic tak okrutnego... nie.

Safu była naprawdę przerażona. Strach unosił się wokół jej słów i oczu.

 – Gdybym wiedziała, że miałbyś mnie taką zobaczyć... nigdy bym cię tu nie chciała. Nie chciałabym cię więcej widzieć.

 – Ale Safu...

 – Shion, powiem to jeszcze raz. Już nie istnieję, ale i tak jestem uwięziona. To bolesne. Bardzo. Nie mogłabym... nie mogłabym już znieść większego upokorzenia. Więc proszę, zniszcz Matkę. Uwolnij mnie.

Nie mógł myśleć.

Niezliczone białe linie przebiegły jego umysł, odcinając przepływ myśli.

 – No już. – Nezumi pociągnął go za rękę. – Safu, chciałbym, żebyś zabezpieczyła nam drogę ucieczki na tak długo, jak tylko możesz.

 – Tak zrobię.

Safu zaczęła biec. Wbiegła prosto w Shiona. Instynktownie spróbował ją objąć, jednak jej ciało przeniknęło jego bez żadnego efektu. Nie poczuł nawet ruchu powietrza.

„Jestem iluzją. Niczym więcej niż tylko mirażem”. – To przemówiło do niego znacznie silniej, niż tysiąc słów.

Nagle włączył się alarm. Wstrząsnął całym Zakładem Karnym.

„Alarm bezpieczeństwa. Alarm bezpieczeństwa”.

„Poziom 5, Poziom 5”.

„Nakaz ewakuacji. Nakaz ewakuacji”.

Pogonił za Safu, z Nezumim wciąż ściskającym jego ramię. Połowa jego umysłu odmawiała współpracy, sprawiając, że nie mógł ani zaakceptować rzeczywistości, ani podjąć trzeźwej decyzji. Nie mógł nawet ocenić własnej sytuacji.

„Cała nasza trójka ucieknie stąd razem. Ja, Nezumi, Safu – cała trójka, żywi, we własnych ciałach. Uciekniemy, by znowu zobaczyć słońce. Tak, tak musi być”.

Koła zębate w jego głowie zaczęły trzeszczeć. Wydając dziwny dźwięk, odwróciły się, zatrzymały, zaczęły kręcić w tył i zatrzymały ponownie.

Trzask, trzask, trzask, trzask, trzask, trzask...

Podarte na strzępy nici jego myśli połączyły się znowu, by zostać przecięte i porozrzucane wokoło; połączyły się i zrobiły lepkie.

„Cała nasza trójka ucieka. Możemy się stąd wydostać. Możemy uciec. Możemy wrócić do miejsca, za którym znowu tęsknię”.


„Tęsknię, tęsknię, tęsknię, tęsknię... za miejscem, które wypaliło się w moich oczach, wyryło w mojej duszy. Nie za No.6, oczywiście, ale za tamtym pokojem. Pokojem, który przywrócił mnie do życia i pozwolił narodzić się ponownie”.


„Chcę pokazać Safu pokój, w którym mieszka Nezumi”.


„Safu, nie uwierzyłabyś, że istnieje takie miejsce. Nie ma tam prawie nic poza książkami. Jest krzesło. I piecyk, i łóżko... i małe myszki. Tylko to. Pewnie staniesz tam zszokowana, wytrzeszczysz oczy i rozejrzysz się znowu i znowu. Wyciągniesz palce i dotkniesz lekko książki. A wtedy... co wtedy zrobisz? Uśmiechniesz się? Piskniesz z przerażenia? A może będziesz tak przytłoczona, że staniesz po prostu patrząc na to wszystko?


„A wtedy powiem ci: „To był mój start””.


„W tym pokoju zacząłem od nowa. Postawiłem pierwsze kroki poza granice mojej ignorancji, prowadzony przez Nezumiego. Jak dziecko, które po raz pierwszy zobaczyło zewnętrzny świat, wyszedłem do świata, o którym nic nie wiedziałem. Chcę ci pokazać ten pokój. Chcę, żebyś ty też to zobaczyła”.


„Och, i Inukashi. Muszę ci przedstawić Inukashi. Jest najlepszy – to taka wesoła i wspaniała osoba. Pewnie od razu byś się z nim zaprzyjaźniła. Inukashi naprawdę dobrze rozumie innych. Umie wywąchać prawdziwą naturę ludzi. Nieważne, jak dobrze się zamaskujesz, on zawsze zauważy arogancję i głupotę, jakie kryjesz pod maską”.

– Mam nosa, zwłaszcza kiedy chodzi o zgniliznę. Może to być mięso, resztki jedzenia, czy czyjeś przegniłe intencje, ale i tak wyczuję to w kilka chwil. Nic się przede mną nie ukryje.

„Powiedział mi to kiedyś, i ma rację. Inukashi wszystko wyczuje. Jest naprawdę niesamowity. I dlatego myślę, że go polubisz. Na pewno. Ruszy nosem i powie:”

 – Hmmm. Shion, ta dziewczyna jest całkiem świeża. Wygląda smacznie. Pewności nie mam, ale na twoim miejscu trucizna w jedzeniu by mnie nie martwiła.

„I się uśmiechnie. Ma bardzo szorstki sposób mówienia i – tak, pewnie będzie cię to zaskakiwać, póki nie przywykniesz... ale Inukashi nigdy nie kłamie. Nie odwróci się przeciwko własnemu sercu. Jest kimś, kim możesz zaufać całym sercem. Zrozumiesz go i zaakceptujesz”.


„Haha, już sobie wyobrażam jak spróbujesz podać mu rękę, a on uściśnie ją ostrożnie z ponurą miną. A ja pewnie będę na to patrzeć, próbując powstrzymać śmiech”.


„A, jest jeszcze Rikiga–san. Jest dość stary, ale on i moja matka kiedyś się znali. Czy to nie niezwykłe?”


„Rikiga–san też jest dość szorstki. I ma nawyk picia bez umiaru. Naprawdę jest pijakiem, mógłby chodzić z butelką cały dzień. Nezumi i Inukashi zawsze go przez to wyśmiewają. Ale kiedy tak tego słucham, czasem robi mi się go trochę szkoda. Chociaż rzeczywiście, pije za dużo. Ale, jak to opisać... ma własne ścieżki. Rikiga–san ma własne pasje i emocje, czuć to od niego. Jest typem człowieka, który nie istnieje w No.6. Zgodziłabyś się, prawda? Nikt w mieście nie mógłby tak otwarcie wyrażać swoich emocji. Nezumi mówi, że picie do tego stopnia rzuciło mu się na mózg, że Rikiga kończy tuląc się do każdego, kogo spotka na ulicy... no i Nezumi też ma dość ostry język. Dorównuje nim Inukashi”.


„Jest jeszcze dziewczynka o imieniu Karan. Tak, nazywa się tak samo jak moja matka. Jest pierwszą osobą, z jaką zaprzyjaźniłem się w Zachodnim Bloku. Wciąż jest jeszcze mała, ale ma siłę, jest bystra i ma własną dumę. Uwielbia książki z obrazkami, czytałem jej je na głos miliony razy. Tak dawno temu sam czytałem książki z obrazkami”.


„Ale przede wszystkim muszę ci opowiedzieć o Nezumim. Chcę, żebyś go znała. Spotkałem go w burzową noc, cztery lata temu. I od tamtej pory, czuję się jakby złapał mnie w pułapkę. Kiedy z nim jestem, tracę z oczu samego siebie. Nie, to nie do końca tak. Widzę się jak przez mgłę. Może przez chwilę oślepia mnie jego własne światło. Oto dlaczego teraz widzę tak dobrze. Mój wzrok był tak słaby, że nie mogłem nawet poznać dobrze samego siebie, mojego otoczenia czy prawdy. Safu, jego... Słowa i spojrzenie Nezumiego mnie przeszywają. Przebijają się przeze mnie, tłuką i ratują. Stopił mnie, wykuł od nowa i wlał we mnie życie własnymi rękami”.


„Safu, jesteś moją jedną, jedyną, niezastąpioną przyjaciółką. Jesteś dla mnie ważna i nikt inny nie może się z tobą równać”.


„Czy ten świat jest tak okrutny? Czy miłość, którą do mnie żywisz i moje uczucia do ciebie muszą być równoległe, bez szansy spotkania się?”

„Dlaczego jesteś takim dzieckiem?”

„Wyglądałaś na zmęczoną, kiedy to powiedziałaś. I masz rację. Jestem tak niedojrzały, że sam się za siebie wstydzę. Gdybym tylko mógł kochać cię w taki sposób, w jaki byś tego chciała... moja jedna, jedyna, droga...”

Koła zębate obróciły się. Wychylały się nadal, wydając nieprzyjemny odgłos.
Trzask, trzask, trzask, trzask, trzask, trzask...

„Wszyscy troje stąd uciekniemy. Wiem, że możemy uciec”.

Prześlizgnęli się opornie między okrągłymi kolumnami. Wciąż było cicho. Rozbrzmiewały tylko kroki dwóch par stóp – Nezumiego i Shiona.

Otworzyły się szkarłatne drzwi. Widzieli już opuszczony korytarz. Trzy pary drzwi były kompletnie zamknięte, a nigdzie nie było śladu ludzkiej obecności.

Safu stanęła.

 – Dalej, szybko. – Wskazała prosto na windę. – Poprowadzę ją tak daleko jak będę mogła, zależy od limitu czasu.

 – Jasne. – Nezumi wstąpił na korytarz. Wciąż trzymał ramię Shiona.

 – Safu, ty też.

 – Dalej nie mogę już iść. Shion, dziękuję i żegnaj. Nezumi, tobie również – uśmiechnęła się Safu.

Drzwi znowu się zamknęły.

 – Safu, czekaj, Safu...

 – Shion.

Został szarpnięty za bark i zmuszony do odwrócenia się. Pięść wbiła się w jego brzuch.

 – Gh... – usłyszał jak niski jęk ucieka z jego gardła. Jego ciało padło prosto w ramiona Nezumiego. Nie stracił przytomności, ale na chwilę jego mięśnie odmówiły posłuszeństwa. Nie mógł się ruszyć.
Został zaciągnięty do windy. Czuł zmęczony oddech Nezumiego i bicie jego serca. Drzwi windy otworzyły się, jakby wzywając ich do środka. Nezumi mruknął coś pod nosem. Shion nie mógł tego dosłyszeć. Potknął się, wyprostował i wpadli do windy, a Nezumi wciąż trzymał Shiona.

Winda zjeżdżała szybko w dół.

Alarm bezpieczeństwa wciąż był włączony.

„Alarm bezpieczeństwa. Alarm bezpieczeństwa”.

„Poziom 5. Poziom 5.”

„Nakaz Ewakuacji. Nakaz ewakuacji”,

„Cały personel, ewakuować się natychmiastowo”.

„Poziom 5. Poziom 5”.

„Nakaz ewakuacji. Nakaz ewakuacji”.

 – ...Safu – wydukał Shion, wciąż leżący na ziemi. Nezumi kucał, oddychając ociężale.

„Więcej nie mogę znieść” – pomyślał. Zarówno jego ciało, jak i dusza zwiędły. Były suche jak pieprz, a jednak tak ciężkie. Czuł się jakby wlano w niego ołów, który teraz wypełniał go aż do końcówek jego włosów. Nie mógł się ruszyć.

 – Nie... odzywaj się jeszcze. – Głos Nezumiego. Pochodził gdzieś z bardzo wysoka ponad jego głową. Rozbrzmiewał bardzo, bardzo daleko.

„Nezumi, po co ja tu jestem? Po co tu jestem, upadły w słabości, niezdolny do ruchu? Gdzie jest Safu? Dlaczego ją zostawiłeś? Powiedz mi. „Nie uczepiaj się innych. Znajdź własne odpowiedzi”, tak byś powiedział. Zawsze gardziłeś ludźmi, którzy zbyt łatwo chwytają się innych. Wstydzę się mojej słabości. Ale tym razem, proszę, po prostu mi odpowiedz. Daj mi poprawną odpowiedź”.

„Czemu tu jestem? Czemu jestem tutaj, zostawiając Safu z tyłu? Powiedz mi. Powiedz mi, Nezumi”.

„Chwyciłem się ciebie”.

Winda zatrzymała się nagle, a jego ciało, podrzucone przez impakt, znowu uderzyło o ziemię. Drzwi otworzyły się częściowo, a potem przestały ruszać. Światła zgasły.

Usłyszał piorun gdzieś daleko. Drugie uderzenie dotarło do niego krótko potem. Było znacznie cięższe, niż za pierwszym razem.

„Piorun? Nie. To nic takiego. To...”

Eksplozja wbiła się w jego uszy. Spadły na niego ciemności.

Przyciskając dłonie do uszu, Shion wzniósł bezgłośny krzyk.






Winda się zamknęła. Zaczęła zjeżdżać.

Safu stała cicho, oglądając jak odjeżdża.

Nagle w jej uszach rozbrzmiał delikatny głos.

 – To ty, Elyurias. – Wytrzeszczyła oczy, choć oczywiście nie mogła nic zobaczyć. Nie mogła zobaczyć, mogła zaś poczuć.

„Safu, dobrze zrobiłaś? Jesteś naprawdę usatysfakcjonowana?”

Safu kiwnęła głową niepewnie. Położyła dłoń na piersi. Łzy popłynęły niespodziewane z jej oczu.

„Chcę wznieść głos w płaczu”.

„Shion... Shion, odszedłeś”.

„Przeszedłeś dla mnie całą tą drogę. Myślałam, że to wystarczy, ale co to za uczucie? Co to za natłok emocji?”

„Shion, Shion, dlaczego to on przy tobie jest? Dlaczego to nie ja? Dlaczego przeznaczenie nie pozwoliło mi być u twojego boku? Gdyby nie on, czy to mnie byś kochał?” 

„Może i nie mogłaś z nim żyć, ale mogłaś z nim umrzeć”.

Safu uniosła twarz i złożyła dłonie na piersi.

„Safu, nie życzyłaś sobie tego?”

„Tak naprawdę, naprawdę chciałam... żebyś ze mną umarł, żebyś zniknął stąd ze mną... Shion?”

Pokręciła głową. Nie chciała tego. Nawet teraz nie życzyła sobie tego ani odrobinę. Chciała, żeby żył. Chciała, żeby żył i zmienił ten świat. Chciała, żeby stworzył świat, w którym nikt nie musiałby umierać tak niesprawiedliwą śmiercią.

„Shion, żyj. Żyj własnym życiem. Proszę”.

 – Elyurias, co teraz zrobisz?

„Ja? Co ja zrobię...?”

 – Tak. Ty też się uwolniłaś. Co teraz zrobisz?

Rozbrzmiał śmiech. Brzmiał jak wiatr, przebiegający trawiastą łąkę.

„Patrz, a dowiesz się, co zrobię”.

Safu zadrżała. Nie przez wiatr z łąki; czuła się jakby uderzył ją mroźny powiew, niosący deszcz ze śniegiem.

„Safu, lubiłam cię. Może... może moje spotkanie z człowiekiem takim jak ty okaże się wiele dla mnie znaczyć”.

 – Co masz na myśli?

„Też się zastanawiam. Och, już czas. Muszę iść. Żegnaj, Safu”. 

 – Żegnaj.
Tak, nadszedł już czas. Safu zamknęła oczy. Czuła ciepłe promienie słońca i zapach drzew. Była w stanie wpuścić na swoje usta słaby uśmiech.

==Koniec rozdziału 1==

Wykorzystano fragm. Makbeta Williama Szekspira w przekładzie Józefa Paszkowskiego.
((btw wygrałam zakład, Safu płakała >D))