Staram się dodawać nowe posty w niedziele. Staram się.



Zakończono tłumaczenie No.6.


Dziękujemy za wszystkie podziękowania. To był miły rok z hakiem. I późniejszy rok. I chyba jeszcze jeden. Te dwa późniejsze składały się z czytania Waszych komentarzy. I tak dzięki.

(Do pań profesor jeśli przypadkiem odwołam się do tego na maturze: przepraszam, ja naprawdę tłumaczyłam to w gimnazjum. Ale prawdziwa książka istnieje. Obiecuję.)


Wszystkie rozdziały można znaleźć w zakładce ,,No.6''/,,No.6 Beyond''.


Kup powieść i mangę w oryginale, wspomóż panią Asano.


Tłumaczenie: Kuroneko
Korekta: Ayo, Dżun

czwartek, 30 sierpnia 2012

Tom VII: Rozdział 5


((Oto rozdział przypłacony naszymi łzami, krwią i odciskami na czołach od walenia w nie czym popadnie. My dałyśmy radę, wy też dacie, potraktujcie ten rozdział jako wyzwanie woli >D))


Rozdział 5
Zdradziecka radość

Głęboka, pozbawiająca słów radość wypełniła jej serce. Zdradzieckie uczucie, które usiłowała ukryć za każdą cenę – tą, której człowiek się wstydzi, choć głęboko w duszy go pociesza...
Maupassant, „Życie” 

 – Tatuś już wrócił do domu? – spytała Riri. – Mamusia już go widziała? Powiedziała mu: „witaj w domu”? Robi się tak ciemno. Ciekawe co się stało. Yuna jak i Ei mówiły, że ich tatusiowie są już w domach. Wszyscy zawsze wracają tym samym autobusem. Wie pani, czasem ja, Yuna i Ei idziemy razem na przystanek po nich.

 – Rozumiem. A tatuś bardzo się z tego cieszy, prawda? 

 – Tak. Naprawdę. Podnosi mnie i całuje w policzek, ale to trochę zawstydzające. Tatuś nie musi dawać mi całusa, żebym była szczęśliwa. Nie jestem już małą dziewczynką.  Ale tatuś nadal myśli, że jestem, dlatego całuje mnie przy ludziach. To naprawdę zawstydzające.

Karan uśmiechnęła się słysząc o tym jak to Riri próbuje zachować się jak dorosła. Riri znowu westchnęła, oparła podbródek na dłoni i wypuściła powietrze. Był to gest dorosłej kobiety – czyżby naśladowała swoją matkę? Zazwyczaj Karan wybuchłaby śmiechem i pomęczyła Riri, nazywając ją młodą panienką, ale dziś nie mogła się na to zebrać. Jej serce było ociężałe, jakby Riri dzieliła się z nią swoją melancholią. Uśmiechanie się było najlepszym, co mogła zrobić.

 – Proszę pani.

 – Tak, kochanie?

 – Tatuś wróci do domu, prawda?

 – Oczywiście.

Karan zatrzymała się w środku ścierania okruszków i spojrzała na Riri. Ulubione serowe babeczki Riri leżały na wpół zjedzone na jej małym talerzu.

 – Getsuyaku–san... twój ojciec... jest pewnie bardzo zajęty w pracy. Na pewno przegapił autobus. Jestem pewna, że wróci do domu następnym. 

Karan westchnęła lekko po zakończeniu zdania. Te słowa nie mogłyby wystarczyć, żeby Riri poczuła się lepiej. Riri nie chciała słuchać takich banalnych pocieszeń.

Była tak sfrustrowana i zawstydzona, że nie mogła nawet ulżyć małej dziewczynce.

Jej ojciec, który każdego dnia wracał do domu o tej samej porze, nie wrócił. Zamartwiała się na śmierć.

Karan nie była w stanie wyśmiać tego jako nadmiaru troski. Riri czuła, że coś złego stało się z Getsuyaku i bolało ją od tego serce. Renka – matka Riri i żona Getsuyaku – poszła po niego nawet na przystanek, pomimo swoich trudności z poruszaniem się. Z Getsuyaku musiało stać się coś, co siało niepewność i troskę w jego żonie i córce. I to nie tylko z Getsuyaku.

Ta niepewność – nieuchwytna niepewność – pochłonęła teraz całe No.6. 

Można by to nazwać zbliżającą się groźbą.

Kilkadziesiąt mieszkańców stało się już zabawkami w rękach śmierci – zostali ofiarami. Karan nie była pewna, czy termin „ofiary” był w tym przypadku właściwy, jednak myślała, że groza i terror, jaki ze sobą niósł, doskonale wpasowywały się w atmosferę miasta; była tego wręcz pewna. Sama Karan była zatroskana, poza jej myślami o Shionie, niepewność wbijała się głęboko w jej serce.

„To się dzieje naprawdę?”


„Ludzie umierają na prawo i lewo”.

Bez ostrzeżenia upadali i przestawali oddychać. Karan nie widziała tego jeszcze na własne oczy, ale słyszała, że ofiary traciły wszystkie włosy i zęby, pokrywały się zmarszczkami i umierały wyglądając o sto lat starzej. Słyszała, że nawet najżywsi młodzieńcy i najpiękniejsze dziewczęta kończyli w obrzydliwych formach. Bez wyjątku.

„Dlaczego? Jaka jest przyczyna?”

„Nowy wirus? Trujący gaz? Plaga?”
 

Pomimo nieokiełznanych spekulacji, nikt nie potrafił stwierdzić definitywnej przyczyny. Ich daty urodzenia, budowy ciał, style życia, środowiska pracy i historie chorób ledwie się pokrywały.

Poza tym, że byli uprzywilejowanymi mieszkańcami No.6.

Jeden upadł na kwadratowym placu przed Ratuszem; inny na ulicy; jeszcze inny we własnej kuchni. We wszystkich przypadkach, ofiary były pojedyncze. Przypadki ani razu nie skoncentrowały się w jednym miejscu. Były rozrzucone po całym mieście. Wielu bezpiecznych widziało cudzą śmierć tuż obok siebie. Każdy, kto przerwał w środku konwersacji, przyjaciel idący tuż obok, mijający kogoś obcy, mógł stać się kolejną ofiarą. Wrzaski i zawodzenie rozcinały powietrze wszędzie. 

Nikt nie mógł przewidzieć, kto będzie kolejną ofiarą, ani gdzie zdarzy się kolejny przypadek. To właśnie powodowało strach. Nieprzezwyciężony strach.

„Moja siostra właśnie upadła. Nie miała nawet trzydziestu lat. Teraz stała się staruszką”.


„Moja sąsiadka przed chwilą umarła. Rozmawialiśmy jak zawsze. „Co teraz będzie?” „Straszne, nieprawdaż?”; to samo co zawsze. A wtedy nagle zaczęła skręcać się z bólu...”


„Co tu się dzieje?”


„To zmartwienie wszystkich”.


„Może jutro ja będę następna... nie, może nawet za minutę...”


„Mogę być kolejną ofiarą”.


„Co, do diabła, robi burmistrz? Dlaczego nie próbuje się z tym uporać?”


„Czy on w ogóle ma zamiar pomóc nam, mieszkańcom?”

Strach wywołał niezadowolenie politykami, którzy odwracali się od sytuacji. Niezadowolenie przeszło w krytykę, a krytyka w burzliwy gniew.

Burmistrz przez wiele organizacji medialnych nawoływał o spokój pośród mieszkańców i radził im ostrożnie podejmować działania. Jednak nawet w chwilach, w których na ekranie pojawiała się twarz burmistrza, kolejna osoba padała ofiarą tuż przed nim, dołączając do dziesiątek innych. Zwijała się od nowa i od nowa, aby w końcu zestarzeć się gwałtownie. Niemożliwym było zachowanie spokoju. 

„Daj nam lek”.


„Zajmij się rannymi”.


„Daj nam prawdę”.

Zawodzenie mieszkańców odbijało się głośno echem na każdym zakręcie. I do tego wszystkiego, ojciec Riri nie wrócił do domu. Jej matka wyszła i nie wróciła.

Maleńka pierś dziewczynki pewnie buchała niepewnością. Może desperacko próbowała powstrzymać się od płaczu. 

Karan dobrze rozumiała cierpienie i ból związany z bezradnością wobec sytuacji któregoś z członków rodziny. Doświadczyła frustracji oczekiwania. Ten ból przesiąkł ją głęboko do kości.

 – Riri – pogłaskała miękkie włosy dziewczynki. – Zjedz resztę babeczki.

 – Proszę pani...

 – Kochasz swojego ojca, prawda, Riri?

Riri spojrzała w górę na Karan i kiwnęła mocno głową.

 – Tak, kocham. Bardzo, bardzo kocham tatusia. I kocham mamusię, i dziecko w mamusi brzuszku też.

 – Tak, a ojciec was kocha, bardzo, bardzo mocno, prawda? Całuje cię w policzek i mówi: „kocham cię, Riri”, prawda?

 – Tak. Tatuś zawsze mówi mi: „kocham cię”.

 – Więc wszystko będzie dobrze. Twój ojciec wróci prosto do domu, do ciebie, Riri. Wiesz, w końcu ludzie wracają po to, żeby zobaczyć tych, których kochają najbardziej.

Riri zamrugała.

 – Naprawdę, proszę pani?

 – Tak. To prawda. Najprawdziwsza na świecie.

Usta Riri rozluźniły się. Uśmiech pojawił się na jej twarzy. Wzięła babeczkę i ugryzła kawałek.

 – Jest pyszna.

 – Trochę jeszcze zostało. Konkretnie trzy. Jedna dla twojej mamy, jedna dla taty i jedna dla ciebie, Riri. Możesz zabrać je do domu, jeśli chcesz.

 – Dziękuję pani.

Gdy już zjadła swoją przekąskę, Riri złożyła rączki i podziękowała głośno za posiłek.

 – Proszę pani.

 – Tak, kochanie?

 – Panią też kocham.

 – Ojej, Riri, jak miło. Dziękuję.

 – I Shiona też... ale nie tak bardzo jak tatusia czy mamusię czy panią.

 – Hm?

 – Shion też wróci do domu, prawda?

 – Riri... 

 – Ludzie wracają do domu dla tych, których kochają najbardziej, prawda? Więc Shion musi do pani wrócić. Prawda? Wróci do domu, prawda?

Riri usadziła się głęboko w swoim krześle i zamachała nogami.

 – Raz jak się skaleczyłam, Shion mnie opatrzył.

 – Och? Naprawdę? 

 – Tak. Bawiłam się w berka z Ei i się przewróciłam. Upadłam, a Ei podbiegła i przewróciła się na mnie, i strasznie mnie bolało. Ei jest trochę gruba. Ale wie pani, naprawdę szybko biega. I ładnie rysuje. Też lubię rysować. Dużo we dwie rysujemy.

 – Czyli jesteście dobrymi przyjaciółkami, tak?

 – Tak. Bardzo dobrymi. Ale czasem się kłócimy. Czasem kłótnie są tak okropne, że myślę, że już nigdy więcej nie będziemy się razem bawić.

 – To, że potraficie się kłócić i do siebie wracać, znaczy, że jesteście naprawdę dobrymi przyjaciółkami. Więc upadłaś, prawda, Riri? A Shion cię opatrzył?

 – Tak. Moja noga naprawdę mocno krwawiła. I bardzo bolała. Strasznie płakałam, i Ei też. Ale akurat wtedy przechodził Shion i podniósł mnie, i zaniósł do kranu, żeby obmyć ranę... och, i wtedy nasmarował czymś to miejsce. Powiedział: „już nie krwawi, możesz przestać płakać”. I pogłaskał mnie po głowie. I wytarł Ei buzię.

 – A... kiedy to było?

Riri przestała bujać nogami, przechyliła nieznacznie głowę i spojrzała na Karan.

 – Pomyślmy, emmm... trochę zanim Shion odszedł. Wtedy jeszcze pracował w parku. Wie pani, Shion jest naprawdę miły. Mamusia też tak powiedziała. Mówi, że jest naprawdę miły, przystojny, i jest wspaniałą osobą. Powiedziała raz nawet: „kiedy Shion już wróci, powinnaś zapytać go, czy możesz zostać jego żoną”. 

– Och, Riri, ty żoną Shiona? To dopiero dobre wieści. 

 – Ale, cóż, Ei...

 – Co takiego z Ei?

 – Emm, mówi, że zakochała się w Shionie od pierwszego wejrzenia. Zapytałam ją, co znaczy „miłość od pierwszego wejrzenia”, a Ei odpowiedziała: „oczywiście, że bierzesz ślub”. Ale gdyby Ei wyszła za Shiona, wtedy ja bym nie mogła. Mamusia powiedziała, że nie mogę przegrać z Ei, ale to naprawdę trudne. 

 – Ojej – Karan wybuchła śmiechem. Przez krótki moment była w stanie zapomnieć o niepewności i melancholii, wypełniających jej serce po brzegi.

Odkąd tylko pamiętała, Riri nie wspominała imienia Shiona, a przynajmniej nie od jego zniknięcia. Riri pewnie czuła, że wspomnienia o nim spowodowałyby Karan ból. A może to Renka ją ostrzegła.

„Riri, od teraz nie chcę żebyś mówiła o Shionie przy Karan”.

„Dlaczego?”

„Mamusiu, czy Shion zrobił coś bardzo złego? To dlatego go zabrali? Wszyscy tak mówią”.

„A co ty myślisz?”

„Ja? Myślę... że Shion nie mógłby zrobić nic złego. Jest taki miły. Nigdy by czegoś takiego nie zrobił. Nigdy”.

„I masz rację. Widzę, że to rozumiesz. Jestem pod wrażeniem, Riri. Cokolwiek się stało, to musi być jakaś pomyłka. Shion to taki dobry chłopiec. Nie znajdziesz nikogo lepszego. Jest miły, przystojny i to taka wspaniała osoba. Już wiem, Riri, kiedy Shion wróci, czemu nie zapytasz go, czy możesz zostać jego żoną? Nie przegraj z Ei”.

Może matka i córka odbyły właśnie taką rozmowę, uśmiechając się do siebie nawzajem.

Karan była otoczona przez wielu troskliwych ludzi.

Zawsze myślała, że w dniach wściekłej frustracji i boleści walczyła sama. Jednak wcale tak nie było. Ludzie wokół niej, ludzie u jej boku, zawsze cicho wyrażali troskę.

Przez cały ten czas wspierała mnie taka mała dziewczynka. I...


Jeszcze si
ę spotkacie. Nezumi

I przez list Nezumiego.

Miała tak wiele filarów. Serca innych podtrzymywały jej własne w górze.

 – Riri, dziękuję ci. – Karan delikatnie objęła małą dziewczynkę.

Rozbrzmiał dźwięk alarmu.

Część ściany zmieniła się w ekran, na którym pojawiła się twarz młodej kobiety. Była prezenterką związaną bezpośrednio z Ministerstwem Informacji.

 – To pilne oświadczenie. W tym momencie przez władzę został oświadczony stan wyjątkowy. Mieszkańcy zobowiązani są natychmiast powrócić do domów. Każde późniejsze wyjście niniejszym zostaje zakazane. Nie ma wyjątków. Jeśli ktokolwiek wykaże nieposłuszeństwo, zostanie natychmiast zabrany do aresztu. Powtarzam. Ogłoszono stan wyjątkowy. Mieszkańcy zobowiązani są do...

Prezenterka czytała w pośpiechu z kartek papieru z oczami skierowanymi w dół, gdy nagle otworzyła je szeroko. Wstała i złapała się za gardło.

 – Pomocy! Nie!! – rozbrzmiał jej wrzask.

Karan szybko objęła Riri.

 – Proszę pani, co jej jest?

 – Nie! Nie patrz!

Płowe włosy kobiety zmieniły się w białe na jej oczach. Ciemne wgłębienia pojawiły się na policzkach i poszerzały z zadziwiającą szybkością.

 – Pomocy... Po... – jej palce zwinęły się, jakby próbowała złapać coś w powietrzu i upadła na biurko.

Audycja urwała się nagle po tym. 

Stan wyjątkowy – nie spowodowało go coś co można byłoby w ten sposób okiełznać.

To była anomalia. Sytuacja wykraczająca daleko poza granice zdrowego rozsądku.
Skręcała się i ryczała tuż przed nimi.

Zrobiło jej się słabo.

„Nie, to nie ja. No.6, miasto, to właśnie łamie się od stresu. Wrzeszczy zupełnie jak ta prezenterka”.

Niewiedza. Katastrofa. Niebezpieczeństwo. Cierpienie. I strach. Plagi, które nigdy nie powinny istnieć w No.6, rozszerzały się gwałtownie. 

Usłyszała śmiech. 

Gdzieś daleko, bardzo daleko, słyszała śmiech. 

„Kto? Kto się śmieje? Czyj to głos?”

Suche, martwe liście przeleciały za jej oknem.

Jeden, dwa, trzy...

Wiatr zawiewał. Silny, południowy powiew zderzał się z jej ciałem. Zazwyczaj odciągał mróz zimy, przynosząc przepowiednię wiosny. Południowy wiatr, który zwykle tak ożywiał jej serce, niósł teraz głos do jej uszu.

 – Proszę pani, boję się – Riri przytuliła się do niej. – Ktoś śmieje się w niebie. 

 – Riri, ty... też to słyszysz?

 – Nie wiem. Nie wiem, ale się boję.

Riri zaczęła płakać.

 – Boję się! – zawodziła.

 – W porządku – uspokajała ją Karan. – Jest w porządku, Riri. Obronię cię. Więc już się nie bój.

„Wspierałaś mnie cały ten czas.Troszczyłaś się i martwiłaś o mnie. Więc tym razem przyszła moja kolej cię wesprzeć. Nie pozwolę cię zabrać tak łatwo, jak to zrobiono z Safu i Shionem. Obronię cię, tylko patrz”.

Karan przygryzła wargę, objęła Riri mocniej i odwróciła twarz w stronę wiatru wiejącego przez okno.

„Będę cię bronić aż do końca”.


***


„Jak to może się dziać?”
 

Myśli mężczyzny były pomieszane. Powód tego stanu rzeczy był poza jego zasięgiem. Po raz pierwszy zdarzyło się coś takiego.

 – Dlaczego pozwoliłeś, żeby to się stało? – krzyknął Fennec, burmistrz No.6. – Dlaczego zaczęły działać same z siebie? Myślałem, że powiedziałeś, że jesteś w stanie doskonale je kontrolować.

„Za głośno”
– pomyślał drugi z mężczyzn. – „Cóż za głośny prostak”.

Zawsze myślał o nim jak o tchórzliwym, szczekającym psu, który nie umiał robić nic innego. Lata z pewnością nie zmieniły jego charakteru.

 – Niedługo się obudzi. A wtedy wszystko się uspokoi.

 – Naprawdę? Mówisz prawdę?

 – Naprawdę, Fennec. To tylko maleńkie przeszkody w drodze do głównego przedstawienia. Maleńkie przeszkody.

 – Maleńkie przeszkody – tak to nazywasz? Na miłość boską, miasto pogrąża się w panice.

 – Więc ogłoś stan wyjątkowy.

 – Już to zrobiłem – odpowiedział krótko burmistrz. – Ale jeśli będzie więcej zgonów, Ministerstwo Bezpieczeństwa nie poradzi sobie samo z opanowaniem chaosu wśród mieszkańców.

 – To zmobilizuj armię.

Burmistrz zastygł.

 – Armię?

 – Tak. Nawet jeśli rozpoczną się jakieś zamieszki, z armią na miejscu nie będzie problemów. Nie ma potrzeby się martwić.

 – Mówisz mi, że mam wyciągać broń do mieszkańców mojego własnego miasta? Mieszkańców No.6?

 – Od tego jest armia. Żeby zneutralizować wszelkie rebelie przeciw No.6, czy to z zewnątrz, czy  wewnątrz.

 – Ale...

 – Fennec – przerwał mężczyzna. – To ty podejmujesz decyzje. W końcu to ty jesteś królem. To nie coś, w co ja mogę się wtrącić. Ale nie zapominaj. To ty jeden rządzisz wszystkim w tej krainie. Walka przeciwko tobie równa się ze zdradą wobec No.6. 

Burmistrz pozostał przez chwilę cicho, po czym kiwnął pewnie głową.

 – Właściwie to masz rację. Każde słowo.

 – To może być niewłaściwe z mojej strony, mówić coś takiego, ale...

 – Nie, nie szkodzi. Wybaczam ci.

„Wybaczasz? Wybaczasz mi?”
– mężczyzna pociągnął cicho nosem.

 – Rozkażę armii zmobilizować się w szyku bojowym i czekać na dalsze instrukcje. 

 
– Tak będzie najlepiej. To wielka sposobność, by okazać tym głupim ludziom całą twoją władzę. 

Burmistrz opuścił pomieszczenie burzliwym krokiem. Zdawał się być zahartowany.

Mężczyzna jeszcze raz pociągnął nosem i zamknął oczy.

„Niedługo się obudzi. A gdy to zrobi...”


Getsuyaku zamknął dopływ wody.

Miał dziś zamiar skończyć pracę szybko i iść do domu.

Na koniec każdej zmiany brał zimny prysznic i pił szklankę zimnej wody. Zdawało się to niemal nazbyt zwyczajne, by nazwać to najpiękniejszym momentem jego dnia, a jednak nie mógł zaprzeczyć, że branie prysznica wprawiało go w dobry nastrój.

„Cóż, na dziś praca skończona. Mogę już iść do domu”.

Uśmiech pojawiał się na jego ustach za każdym razem, gdy ta myśl pojawiała się w jego głowie. Widział uśmiechnięte twarze jego żony i córki tuż przed sobą. Jego córka nie była z nim spokrewniona; żona miała ją z poprzedniego związku. Były chwile, w których czuł się zakłopotany, czy mógł jeszcze stać się dla niej ojcem, nawet jeśli nie płynęła w niej jego krew. Teraz wydawało mu się to nawet zabawne, że w ogóle się martwił. Krew nie miała znaczenia. Nie miała nic wspólnego z miłością. Tak bardzo troszczył się o córkę, że po prostu to wiedział.

Mała, kochana Riri.

Za każdym razem, gdy całował ją w policzek, uśmiechała się niezręcznie. Za rok może mogłaby go nawet odrzucić zwykłym „Nie, tatusiu”. Ale jej powolne dorastanie sprawiało, że była jeszcze bardziej ujmująca.

„Chciałbym całować ją tak wiecznie... chociaż to pewnie niemożliwe. A co będzie dzisiaj? Ciekawe, czy przyjdzie po mnie na przystanek autobusowy. Naprawdę bym się cieszył, gdyby przyszła. Riri podbiegłaby, gdy tylko wysiadłbym z autobusu. Powiedziałaby: „witaj z powrotem, tatusiu” i mnie uściskała. Wziąłbym ją na ręce i ucałował w policzek”.

To był jego moment kompletnej rozkoszy.

I mógł go doświadczyć, bo Riri, jego córka, czekała na niego. Tak jak jego druga córka, niemal już w drodze na świat. Jakiś czas temu dowiedział się w szpitalu, że dziecko będzie dziewczynką. „Moja druga córka i młodsza siostra Riri. Kolejny członek rodziny”.

Getsuyaku przebrał się i przeczesał szybko włosy dłonią.

Mógł tylko myśleć o żonie i córce. Nie pozwoliłby myślom zmienić toru ani przypomnieć mu o tym, co dziś zrobił.

„Nic się dziś nie stało. Niczego nie zrobiłem. Nic nie wiem”.

„Tak właśnie będzie”.

Jutro Inukashi miał dać mu resztę zapłaty. Wiedział, że Inukashi nie kłamał. Był przebiegły, dokładny i chytry, ale dotrzymywał słowa. W tym sensie Inukashi był osobą godną zaufania. Gdyby taki nie był, Getsuyaku nigdy nie współpracowałby z nim przy szmuglowaniu, nawet jeśli chodziło tylko o śmieci i resztki jedzenia.

Tym razem okrągła zapłata wykraczała daleko poza skalę w porównaniu z tą zwyczajową.

Getsuyaku policzył na palcach, zaginając po jednym, począwszy od kciuka.

„Złoto... trzy sztuki złota. To dopiero zapłata. Dodać do tego poprzednią i wychodzi sześć sztuk. To będzie dość pieniędzy, żeby zrobić sobie wakacje na jakiś czas. Oczywiście, nie tak mam zamiar je wydać. Renka raczej by się nie ucieszyła. Chociaż... ostatnim razem kiedy dałem jej złoto, wyglądała na bardziej zmartwioną niż szczęśliwą. Zbladła i zapytała mnie: „Gdzie u licha zdobyłeś te pieniądze?”. Udało mi się wymyślić jakąś wymówkę, ale było blisko. Zmartwiłem Renkę bardziej niż powinienem. Tym razem muszę to dobrze rozegrać. Muszę mieć wymówkę, która ją zadowoli. Może coś o premii. Mam nadzieję, że zniesie to kłamstwo”. 

Sześć sztuk złota. Zapłata poza skalą.

Po zgięciu wszystkich palców, powoli wyprostował i uniósł mały palec.

„Chcę kupić Riri nowe ubrania. I Rence też. Renka jest taka piękna, ale skoro nie stać nas na modne ubrania, zawsze ubiera się oszczędnie i ją to postarza. Wyglądałaby olśniewająco w jakiejś jasnej sukience, różowej czy niebieskiej. I Karan–san. Zawsze zajmuje się Riri. Jest dla niej taka miła... Chciałbym jej coś dać w podzięce. Hmm, co powinienem kupić?”

Jego umiłowany nastrój zaczął się oczyszczać. Czuł się podekscytowany. Widział się już na zakupach z Riri, trzymając ją za rękę. Widział, jak się do niego odwracała z uśmiechem na ustach. Renka też się uśmiechała.

„Och, nie mógłbym być szczęśliwszy”.

Czuł to z głębi serca.

Wypił szklankę wody.

„Dobrze, chodźmy do domu”.

Włączył się alarm. Lampa zamigała.

 – Co?

Jego serce skurczyło się. Czuł krew odpływającą z jego twarzy.

Drzwi prowadzące do Zakładu Karnego zaczęły się otwierać. Getsuyaku przeszedł przez nie zaledwie kilka chwil wcześniej, wszedł do Zakładu, skończył sprzątać i powrócił do swojego małego pokoiku. Miał zamiar skończyć pracę wcześniej tego dnia i wziął prysznic. Wypił szklankę wody. 

To było to. To było to.

Cofnął się.

„Oto co narobiłem. Ja tylko wykonywałem moją pracę, tak samo dobrze jak zwykle i chciałem iść do domu”.

„A teraz się stąd zbieraj”.

Czy tamten młodzieniec na schodach tego nie powiedział? Getsuyaku był niemal pewien. Młodość odzywała się do niego w pewien sposób pomimo jego wieku, i nadal potrafił uśmiechać się w całkiem uwodzicielski sposób. Zbieraj się. To było ostrzeżenie? Powinien był posłuchać tych słów i zwinąć się tak szybko, jak tylko mógł? A jednak bał się popadnięcia w panikę. Bał się, że ściągnąłby na siebie podejrzenia. „Jeśli ucieknę, to jakbym przyznał, że zrobiłem coś złego. Nie chciałem, żeby ludzie coś podejrzewali. Nadal muszę tu przyjść jutro i pojutrze. Jeśli tylko zaczną coś podejrzewać... J–ja nie chcę stracić pracy. Planowałem jutro do niej przyjść. Dlatego go zignorowałem. Głupio udawałem, że go nie słyszę”.


„A teraz się stąd zbieraj”.


„Och, jak bardzo się myliłem. Powinienem był posłuchać tego człowieka. Powinienem był uciec”.

Drzwi się otworzyły. 

„Powinienem był uciec”.

Stało w nich dwóch urzędników Ministerstwa Bezpieczeństwa z wycelowanymi i gotowymi do strzału brońmi. 

 – Getsuyaku, prawda?

Jego nogi się trzęsły. Dłonie również. Całe jego ciało dygotało. 

„Nie, nie trzęś się. Będziesz jeszcze bardziej podejrzany. Udawaj, że nie wiesz. Udawaj, że nie wiesz, i... że nic nie zrobiłeś”.

 – Odpowiedz.

 – ...Tak.

 – Będziemy pana eskortować. Proszę się poddać.

 – E–eskortować mnie... dokąd?

Nie było odpowiedzi. Dwóch muskularnych urzędników Ministerstwa, podobnych we wzroście i szerokości ramion, nadal stało cicho z brońmi wycelowanymi w Getsuyaku.

Nic nie mówiło głośniej niż ich brak słów.

Nadciągała destrukcja. Getsuyaku rozumiał, że nie był w pozycji do ucieczki. Ale nie mógł odpuścić.

„Nie. Nie”.

 – D–dlaczego mnie... co takiego zrobiłem...?

Tym razem nadeszła odpowiedź.

 – Wykazywał pan podejrzane zachowanie. Przy chodzikach. 

 – P–podejrzane zachowanie? To musi być jakaś pomyłka – wybełkotał Getsuyaku. Ja... Ja tylko sprzątałem... to była wina robotów. Wezwano mnie, bo podłoga była brudna i... i musiałem to posprzątać, więc...

 – Był pan odpowiedzialny za konserwację robotów, prawda?

Lufa broni poruszyła się w górę i w dół, jakby ucinając desperackie słowa Getsuyaku.

 – I wykonał pan ją tydzień wcześniej, niż była zaplanowana.

 – To dlatego, że... em, nie wyglądały za dobrze i... to właściwie zdarza się dość często, i...

Urzędnicy nie powiedzieli nic więcej. Ich usta były zamknięte, a z oczu nie dawało się wyczytać żadnych emocji. Oni sami wyglądali jak roboty.

Na Getsuyaku mogła czekać jedynie destrukcja, gdyby pozwolił im się eskortować. Destrukcja, której nie można było uciec.

„Nie. Nie. Nie”.

„Idę do domu. Do Riri i Renki”.

Rzucił na ziemię szklankę i wybiegł na zewnątrz.

„Muszę biec. Muszę biec. Muszę uciec”.


„Jeśli pobiegnę prosto tą drogą, będę w Utraconym Mieście. Kiedy wsiądę do autobusu, po dziesięciu minutach będę już na przystanku. Riri pewnie tam będzie, żeby mnie odebrać”.

 – Witaj z powrotem, tatusiu.

 – Dobrze wrócić, Riri.

 – Mamusia czeka. Dzisiaj jest twój ulubiony gulasz. I mamy chleb od ciotuni Karan.

 – Brzmi wspaniale. Zaczynam się już robić głodny. A tak, Riri, tatuś kupi ci niedługo jakieś nowe ubrania.

 – Serio?

 – Serio. Pójdziemy na zakupy, jak tylko dostanę wolne, dobrze?

 – Super! Dzięki, tatusiu.

 – Hahaha. Dobrze, wracajmy do domu.

Rozpalone do białości uderzenie przebiło jego pierś. 

Krew i drobinki ciała bryzgnęły mu przed oczami.

„Co to?”

Świat stracił równowagę. Ciemność odcięła mu wzrok.

„Nie, nie, nie. Mam iść do domu. Pójdę do domu. Pójdę...”

 – Witaj z powrotem, tatusiu.

 – Dobrze jest wrócić, Riri.

Getsuyaku zwinął się, gdy strzał przebił jego pierś. 


***


Inukashi odwrócił wzrok i zacisnął dłoń w pięść.

„Co do diabła...”

 – Hej, właśnie sprzątnęli tego gościa – burknął Rikiga.

Kucali za jednym z krzewów porastających tereny wokół Zakładu Karnego. Pomieszczenie Konserwacyjne znajdujące się tuż przed nimi, stanowiło jedyny punkt, w którym Zakład Karny łączył się z Zachodnim Blokiem bez specjalnych bram. Drzwi prowadzące do Zakładu mogły zostać otwarte jedynie od wewnątrz, więc niemożliwym było dostanie się do niego od strony Pomieszczenia Konserwacyjnego. Podobno drzwi wykonane były ze specjalnego materiału, któremu nawet mała armatka by nie zaszkodziła. Infiltracja była niemożliwa, tak długo jak owe drzwi pozostawały zamknięte. W tym sensie miejsce pracy Getsuyaku rzeczywiście było całkiem podobne do Zachodniego Bloku, całkowicie odcięte od No.6.

Dla Inukashi nie stanowiło to żadnego problemu. Zakład był miejscem do którego raczej wolałby nie wchodzić. Nie interesowało go to i wolałby, żeby przez całe jego życie mogło już tak pozostać.

Znacznie bardziej przywiązany był do stanu i jakości resztek jedzenia i ubrań, które Getsuyaku wyciągał z kolekcji odpadów z Pomieszczenia Konserwacyjnego. Były dla niego znacznie ważniejsze niż sam Zakład.

On i Getsuyaku znali się już od jakiegoś czasu. Przynajmniej od trzech lat. Nie byli dla siebie jakoś specjalnie bliscy. Mieli się raczej jedynie za partnerów biznesowych.

Getsuyaku był sztywny i tchórzliwy, z równoważącymi się namiastkami moralności i chciwości. Normalny człowiek, którego znalazłoby się wszędzie. Był tylko jednym z wielu idących w tłumie.

Ale troszczył się o swoją rodzinę. Inukashi pamiętał, że wiele razy mówił, że są dla niego ważniejsi niż cokolwiek na świecie. Wyglądał naprawdę szczęśliwie z uśmiechem mówiąc o swojej maleńkiej córeczce przychodzącej po niego po pracy. Inukashi zapytał go kiedyś: „Zajmowanie się innym człowiekiem nie jest jak wrzód na tyłku? Nie możesz się nimi opiekować jak psami”. Zapadła cisza, a Getsuyaku gapił się na niego z na wpół otwartymi ustami. Wyglądał na zdumionego. Inukashi pamiętał spojrzenie, które posłał mu Getsuyaku, gdy zamknął usta, jakby patrzył na coś naprawdę żałosnego.

Nie miał wtedy pojęcia co się za nim kryło. Teraz zaś, Inukashi lepiej je rozumiał. I to dzięki Shionnowi... nie, to wszystko przez niego.

Inukashi czuł, że może odrobinkę, tylko odrobinkę lepiej zrozumieć miłość, którą Getsuyaku czuł do innej maleńkiej duszyczki. A dla rodziny, czekającej na ojca i męża, Getsuyaku z pewnością nie był po prostu jednym z wielu. Był jedną, jedyną egzystencją, której nie można było zastąpić. To też Inukashi rozumiał.

 – Ach tak. Na mieszkańcach Zachodniego Bloku nie poprzestają. Zabiją nawet swoich własnych ludzi – powiedział Rikiga, wycierając pot z brwi. Jego ciało było napięte pomimo beztroskiego tonu, jakim przemawiał.

 – Mieszkał w Utraconym Mieście – powiedział Inukashi. – Dla tych ludzi był pewnie praktycznie zwykłym śmieciem. – Inukashi okazywał obliczę niezachwianego spokoju, jednak on też był kłębkiem nerwów. Mięśnie u podstawy jego szyi były tak mocno napięte, że aż bolały.

„Pomyśleć, że naprawdę go zabili”.

Nie śniłby nawet o śmierci Getsuyaku. Spodziewał się jednak, że okaże swoje tchórzostwo. Było wiele możliwości, w których Getsuyaku mógł się poślizgnąć i przez przypadek się wydać. W najgorszym wypadku zostałby po prostu zabrany do aresztu.

Ale gdyby Zakład Karny rzeczywiście upadł, uwolnienie go byłoby tylko kwestią czasu. Wykorzystaliby zamieszanie i wyciągnęli go z jego celi. 

 – Boże, spójrz przez co musiałem przejść przez twoje głupie gadki. To mnie nauczy nie brać poważnie słów dzieciaka od psów. Cholera, wpadłem prosto w twoją pułapkę.

Inukashi nie miałby nic przeciwko zniesieniu jednej czy dwóch skarg od mężczyzny. Właściwie nie przeszkadzałoby mu nawet pochylenie przed nim głowy w akcie przeprosin. A wtedy wręczyłby mu pokornie i wdzięcznie obiecane złoto. Trzy sztuki plus jedna, „za kłopot”, tak by powiedział. To na pewno wystarczyłoby do przywrócenia Getsuyaku ducha.

Zniszczenie Zakładu Karnego oznaczałoby koniec jego biznesu z Getsuyaku.

„Dzięki za lata interesów”.

„Nie ma za co. Myślę, że taka ilość ryzykownej roboty wystarczy mi już do końca życia”.

Uścisnęliby ręce i pewnie by się rozeszli. W głowie Inukashi to było idealne pożegnanie. Ale Getsuyaku leżał nieruchomo twarzą w do ziemi. Jedynie wiatr wiał nad jego ciałem.

„Pomyśleć, że został zabity”.


„Pomyśleć, że został zabity tak łatwo, tak bezceremonialnie. Getsuyaku jest z miasta. Jest kimś, kto żył w murach. Mógł być na samym dnie No.6, ale wciąż był uznawany za jego prawdziwego mieszkańca. Jest inny niż my. Nie zabiliby go w tak żałosny sposób. Nie odważyliby się”.

Bezsensownie cały czas w to wierzył.

„To dopiero naiwność. Wiem jak zimne, jak brutalne jest No.6 wobec ludzi, którzy odważyli się je zdradzić, odmówili posłuszeństwa, rzucali się przeciwko niemu... Pomimo przekonania, że wiem, tak naprawdę nie wiem o niczym. Naiwność. Gdyby tylko na samym początku powiedzieć mu, żeby zabierał się stamtąd zaraz po naciśnięciu przycisku. Powiedzieć mu, żeby wiał i...”

Czuł się jakby ktoś złapał go za włosy i je szarpnął. Skóra piekła go na samą myśl. Krzyk groził ucieczką z jego ust.

„Teraz pamiętam. To było w liście Nezumiego”.


„Każ jakimkolwiek pomocnikom natychmiast uciekać”.


Dokładnie pamiętał tę jedną linijkę.

Nezumi przewidział tę bezlitosność i brutalność. Ale ja już nie. Za bardzo zajęły mnie próby skuszenia Getsuyaku, by pomyśleć o bezpieczeństwie ludzi, którzy mi pomogą. Aż do teraz, nawet przez myśl mi to nie przeszło. A teraz jest już za późno”.

To było beztroskie z mojej strony, zachowanie na poziomie głupiego naiwnego kretyna”.

Przygryzł wargę.

„Ale żal teraz niczego już nie zmieni”.

 – Okropne. – Rikiga znowu wytarł pot.

Mężczyźni, wyglądający jak urzędnicy Ministerstwa Bezpieczeństwa, wbijali w zwłoki Getsuyaku końcówki butów. Spojrzeli na siebie i kiwnęli głowami. Złapali każdy po jednej nodze Getsuyaku i zaczęli go za sobą ciągnąć. Krew wypływająca ze zwłok zostawiała czerwony ślad na suchej ziemi.

 – Oni naprawdę są ludźmi? – głos Rikigi stał się zachrypnięty.

Psy warknęły nisko za Inukashi.

„Masz rację. Te psy są milion razy bardziej przyzwoite. Mają serca warte setki takich jak oni”.

Inukashi pstryknął szybko palcami. Psy wszystkie na raz skoczyły do jego stóp. Rikiga zamrugał.

 – Hej, czekaj. Co masz zamiar zrobić?

 – Oczywiście kazać im rozerwać tym dwóm gardła. Mam zamiar pomścić Getsuyaku.

 – Zgłupiałeś? – zapytał z niedowierzaniem Rikiga. – Nawet twoje psy nie mają szans wobec uzbrojonych urzędników Ministerstwa Bezpieczeństwa. Jeśli dowiedzą się gdzie jesteśmy, i nas zastrzelą. Myślisz że ludzie, którzy bez mrugnięcia okiem mogli zabić kogoś ze swojego miasta, dadzą nam jakieś fory?

 – Ale jeśli tego nie...

 – Gdyby jeszcze żył, może i dałbyś radę coś zdziałać. Ale on jest już martwy. Nie ma go.  Już niczego nie poczuje. Nie wścieknie się już ani nie będzie cierpiał. Powiedz mi, powinniśmy odrzucić nasze życia dla kawałka mięsa? Nie wiem, co z tobą, ale ja definitywnie nie mam zamiaru się w to mieszać.

Przekrwione oczy Rikigi wbiły się w niego.

 – Jeszcze nie możemy umrzeć. Ciągle mamy ważne zadanie do wykonania: uratować Shiona. Nie możemy skończyć jako zwłoki. To najważniejsze, nie zapominaj, Inukashi.

 – ...Okej.

Rikiga mówił prawdę. Nadal mieli coś do zrobienia. I nie mogli tego zrobić jako zwłoki.

Jeszcze raz pstryknął palcami, tym razem wolniej. Psy powaliły się na ziemi. Rikiga wypuścił długi oddech.

 – Naprawdę, wolałbym żebyś nie reagował na każde emocjonalne wycie. Dlatego nie mogę ufać młodzikom.

 – Staruszku.

 – Co?

 – A więc jednak możesz powiedzieć coś przyzwoitego raz na dziesięć lat. Czyli nie byłeś taką tam sobie kulą u nogi. Od razu widzę cię w nowym świetle.

 – Gadaj sobie co chcesz.

 – A skoro już gadam co chcę, pozwól, że ci przypomnę, że jesteśmy tu też po złoto. Ty też lepiej się nie zapominaj.

 – Wiem, wiem. Nawet połowa skarbu wystarczy mi do życia bez zmartwień. Ale skoro tamten facet pozwolił się zabić, jak mamy zamiar dostać się do Pomieszczenia Konserwacyjnego?

 – Mam klucz. – Inukashi trzymał między palcami magnetyczną kartę z kluczem i rzucił ją w nos Rikigi.

 – Miałeś klucz?

 – Tak, zapasowy. W całym Zakładzie Karnym Pomieszczenie Konserwacyjne jest jedynym, które używa jeszcze prostej karty magnetycznej jako klucza. Nie ma żadnych sensorów oznak życia, systemu bezpieczeństwa czy kamer. Raj, jeśli chcesz się ukryć.

 – Cóż, raczej nie mieliby powodu wydawać pieniędzy na obserwację miejsca, w którym tylko zbiera się śmieci. Czyli podwędziłeś klucz z kieszeni tamtego gościa?

 – Nie z kieszeni. Małe biurko Getsuyaku, na którym jada drugie śniadanie. Wystarczyło pożyczyć z szuflady.

„Tamto stare, znoszone biurko samo wyglądało jakby było wygrzebane ze śmieci. Getsuyaku sam jadał swoje drugie śniadania. Pamiętam jak raz dał mi małe, słodkie ciastko, nazywał je babeczką. Była przepyszna. Zdawało mi się, że język mi się roztopi ze szczęścia. Powiedział, że kupił ją w miejscowej piekarni”.

 – No, teraz już chyba możesz go sobie zatrzymać – mruknął Rikiga niezwykle ciężkim tonem.

 – Racja. Nie muszę już go oddawać. Więc w zamian będę go używać tak bardzo, jak tylko się da.

„Kiedy zobaczę walący się zakład Karny, zadedykuję tobie tę scenę, Getsuyaku. Upewnię się, że zadedykuję ci coś wartego twojej przelanej krwi. Wiem, że to raczej nie zrekompensuje ci mojej bezmyślności, ale to będzie najlepsze odesłanie do nieba, jakie mogę ci zorganizować”.

Inukashi przycisnął dłoń do piersi. List Nezumiego znajdował się pod jego ubraniem.

„Tym razem tego nie spieprzę. Niczego nie przeoczę. Nie spuszczę gardy”.


„Ich życia od tego zależą – Shiona i Nezumiego. Nie mogę znowu zawieść”.


Pisk, pisk, pisk.


Nie zauważył dwóch myszy siedzących u jego stóp. Wbiegły po jego ręce by usiąść na ramieniu. „Hamlet i Cravat. Chyba tak się nazywały. Dwa małe, inteligentne zwierzątka z własną świadomością”.

 – Jesteście – powiedział do nich. – No, staruszku, wygląda na to, że nasi aktorzy drugoplanowi są już na miejscu.

 – Rzeczywiście. Teraz wystarczy przygotować się do wejścia na scenę i zaczekać, aż wejdą na nią odtwórcy głównych ról.

 – No. Aktorzy stulecia. Musimy ich powitać naprawdę widowiskowymi fanfarami.

Sztuka w jednym akcie, jednak pełna bohaterów.

Nadzieja czy rozpacz? Sukces czy porażka? Niebo czy piekło? Życie czy śmierć? Kurtyna zaczęła się już podnosić, dla tej sztuki bez scenariusza.

„Zaraz wszystko się okaże. Czekamy na was, Nezumi”.


Pisk, pisk, pisk. Pisk, pisk.

Skulone na ramieniu Inukashi, dwie myszy uniosły główki i piszczały razem, jakby kogoś wołając.


***

 – Przestały. 

Nezumi przechylił głowę z zakłopotaniem na słowa Shiona.

 – O czym ty mówisz? Jeszcze jedziemy.

Winda wciąż się wznosiła. Nadal jechała gładko w górę. Shion dotknął lekko palcem kącika jego oka.

 – Nie, łzy. Zobacz, przestały płynąć.

Policzki Nezumiego zapłonęły nagle raźnym płomieniem.

 – Idioto. To nie czas na lamerskie obserwacje. Jeśli masz czas na wyśmiewanie mnie, lepiej skoncentruj się na cholernych drzwiach. Nie wiemy, co się stanie, kiedy się otworzą. 

 – Nie wyśmiewałem cię. Po prostu zauważyłem, że przestały...

 – Zamknij się. Po prostu... siedź cicho. 

Nezumi odwrócił się zawzięcie na bok w geście przypominającym nadąsane dziecko. 

Shionowi wydało się to zabawne.

Chłodny, ironiczny, silniejszy i piękniejszy niż ktokolwiek inny – taką osobą Nezumi był od zawsze i to nigdy się nie zmieniło. Ale poza tym wszystkim nawet on miał taką dziecięcą, emocjonalną stronę. Wciąż był jeszcze na tyle niedojrzały, żeby wściekać się, gdy nie mógł opanować własnych emocji.

Shion widział łzy Nezumiego po raz pierwszy. Kiedy zobaczył chłopca krztuszącego się nieznośną falą dławionych uczuć, Shion czuł tylko jedną rzecz, i to była miłość. Nie przyjaźń ani uwielbienie. Nie romantyzm ani trwogę. Tylko miłość. 

Czuł niekontrolowany przypływ miłości dla jego wrażliwych łez. Chciał chronić go swoim własnym życiem.

Wycie wiatru i dźwięki deszczu rozbrzmiewały w jego uszach.

Był to głos tamtej burzy. Odrodziły się w nim wszystkie emocje, jakie czuł tamtej burzliwej nocy, w której spotkał Nezumiego. I tak jak wiele lat temu, te właśnie emocje popchnęły go do działania.

„Chcę go chronić własnym życiem”.

Oczywiście, to był tylko jednostronny i egoistyczny sentyment Shiona. Nezumi nie był aż tak wrażliwy, by potrzebować jego ochrony. Sam doskonale potrafił się o siebie zatroszczyć i nie potrzebował do tego żadnej pomocy. To Shion był chroniony. Zawsze tak było.

Dźwięki burzy nie cichły nawet odrobinę. Wciąż ryczały wyraźnie.

Shion pomyślał o chłopcu, który pojawił się przed nim tamtej nocy, przemoczony krwią prawie tak jak teraz, poza tym, że wtedy był jeszcze tak szczupły i delikatny. Tak niski i tak bardzo zraniony, że ledwie utrzymywał się na nogach. A mimo to jego oczy lśniły błyskotliwie pełne życia, nie nosząc żadnego cienia. Chłopiec nie uczepił się go, ani nie błagał o pomoc. Przeciwnie, chłodno wybadał Shiona.

„Jakim jesteś człowiekiem?”

Nawet teraz pytanie to wciąż szybowało przed oczami Shiona. Nadal na nie nie odpowiedział.

„Jakim jestem człowiekiem?”


„Mój rozum, moja pasja, moje szaleństwo, moja chciwość – jaki przyjmują kształt?”

Rozłożył palce. Zaschła na nich krew. Należała do niego, czy do tamtego człowieka? Wnętrze jego dłoni i wyrastające z niej pięć palców pokryte było brudną czerwienią.

„Mógłbym stanąć i spojrzeć sobie w oczy?”

 – Wyglądam okropnie – westchnął Nezumi. Spojrzał w lustro i uniósł brew z niezadowoleniem. – Moje włosy są potargane, twarz brudna... gorzej już chyba być nie może. Nawet wiedźmy z Makbeta nie chciałyby się do mnie zbliżyć. Już wyobrażam sobie strach na twarzy szefa, gdyby mnie tak zobaczył.

 – Dla mnie wyglądasz w porządku.

 – Shion, nie musisz mnie pocieszać. Rany, spójrz na mnie, moja piękna twarz to ruina.

 – Nie sądziłem, że jesteś tak narcystyczny.

 – Po prostu mam na siebie obiektywne spojrzenie. Co jest piękne to jest piękne. Brzydkie rzeczy są brzydkie. 

 – Mówisz tylko o wyglądzie?

„Czy masz też na myśli to, jacy ludzie są w głębi duszy? Czy twój wzrok może przejrzeć nawet piękno i brzydotę, która w nich leży?


„Mój rozum, moja pasja, moje szaleństwo...”

Nezumi wyrecytował fragment Makbeta, kwestię wiedźm.

 – Szpetność upięknia, piękność szpeci; nuże przez mgły i par zamieci.

Winda stanęła. Shion wpatrywał się w drzwi.

„Shion”. 

Drzwi rozsunęły się bezgłośnie.

 – Nie biegnij tak od razu. Jest coś takiego jak „środki ostrożności”. – Ramię Nezumiego oparło się na plecach Shiona, gdy wyszedł pierwszy. Ciągnął stopę po ziemi, ale tylko odrobinkę. Jego krwawienie ustało, ale rana musiała być dość poważna. Gdyby ruszał się za dużo, pewnie znowu by się otworzyła. Zarówno Nezumi jak i Shion zbliżali się do swoich limitów.

„Shion”.

„Safu. Nic ci nie jest? Zobaczę cię? Przyszedłem, żebyśmy mogli uciec razem. Poprowadź nas dalej”.


„Shion...”

Rozciągał się przed nimi czarny, lśniący korytarz. Koniec, na którym ulokowana była winda, był tylko pustą ścianą. Naprzeciw niej znajdowało się troje równomiernie rozmieszczonych drzwi. Korytarz był opustoszały. Winda zamknęła się cicho za Shionem.

 – Które drzwi teraz? – Nezumi odwrócił się, by zapytać. – Z lewej, prawej, czy w środku? Może wypuszczą nam jakieś tygrysy czy wilki, jeśli źle wybierzemy.

 – Nie... to żadne z tych.

Shion poszedł prosto wzdłuż korytarza. To nie były lewe, prawe, ani środkowe drzwi.

Nagle jedne z drzwi otworzyły się i pojawiła się w nich kobieta w białym fartuchu.

 – Co... – jej elektroniczny tablet wyślizgnął się z dłoni. – Wy... jak dostali się tu obcy...?

Minęli kobietę, stojącą bez ruchu w ciszy.

 – Zaraz... gdzie wy...

 – Droga pani. – Nezumi podniósł tablet i umieścił go w dłoni kobiety. – Jest mi niezmiernie przykro, że panią przestraszyliśmy. Nie jesteśmy podejrzanymi ludźmi... okej, może jesteśmy, ale nie ma powodu do zmartwień. Nie mamy zamiaru w żaden sposób pani skrzywdzić. A teraz proszę być cicho.

Shion zatrzymał się w ślepym końcu korytarza.

„Safu”.

Ściana rozstąpiła się gładko na boki.

Kobieta krzyknęła.

 – Jak... Jak  otworzyłeś te drzwi?

Nezumi zagwizdał.

 – Jak w Baśniach z tysiąca i jednej nocy. Shion, jakiego użyłeś zaklęcia?

 – Nie... jak to mogło... – Kobieta padła na ziemię. Po jej bledszej twarzy, niż kartka papieru, można było stwierdzić, że zemdlała z szoku.

Za drzwiami znajdowały się kolejne – purpurowe.

 – Krzykliwe. – Nezumi cmoknął językiem i stanął za Shionem. – Otworzą się?

 – Prawdopodobnie. – Shion położył dłoń na drzwiach. Nezumi zadrżał. Zamknął oczy i zacisnął usta.

 – Nezumi... co się stało?

 – Słyszałem... głos.

 – Ty też słyszysz głos Safu?

 – Nie. To... nie jest ludzki głos. To... czyj to głos?

 – Co mówi?

 – ...Nareszcie tu jesteś. – Nezumi złożył dłoń w pięść na piersi. Wypuścił długi oddech. – Nareszcie tu jesteś. Czekałam na ciebie.

„Nareszcie tu jesteś. Czekałam na ciebie”.


„Przyszedłem tu wołany przez Safu. Kto ciebie wzywa? Kto czeka za tymi drzwiami?”

Shion poczuł wibrację pod dłonią. Purpurowe drzwi się otworzyły.

 – Gh... – Zarówno Shion jak i Nezumi wydali zdławiony odgłos. Ich głosy nie mogły opuścić gardeł.

 – Co...

Stało przed nimi kilka filarów wypełnionych czystym płynem. Kolumny, dość szerokie, by małe dziecko ledwie je objęło, stały w jednej linii.

 – Mózgi – przełknął ciężko Nezumi.

Mózgi. 

W każdej kolumnie pływał mózg. Kilka czystych tub łączyło każdy z nich z dolną częścią kolumny. Tuby te błyszczały chwilami niebieskawą bielą.

To była dziwaczna scena. Shion nie wyobrażał sobie w najśmielszych fantazjach, że kiedyś zobaczy coś takiego. Nie mógł sobie tego wyobrazić. 

Szkarłatne drzwi się zamknęły. Tuż zanim zatrzasnęły się kompletnie, wydawało mu się, że usłyszał wiatr. Przesłyszał się? Pewnie tak. Ale to, co teraz widział, zdecydowanie nie było iluzją. To była rzeczywistość. Sceneria była prawdziwa. Istniała.

Jego nogi się zatrzęsły. Serce zadrżało.

Dłoń Nezumiego prześlizgnęła się pod jego ramię.

„No i znowu to ty mnie wspierasz”. 

Posuwali się powoli naprzód pomiędzy kolumnami.

„Jak daleko zaszliśmy? Czy to już koniec?”

 – Shion. – Usłyszał wołanie. Spojrzał w górę.

Stała tam Safu. Nosiła tamten sweter.

Czarny sweter, ręcznie wydziergany przez jej babcię. Miał ciemnoróżowe paski na rękawach i piersi.

 – Safu!

Była tam.

Słyszał wiatr.

Shion wyciągnął ręce prosto przed siebie. 

==Koniec rozdziału 5==

Wykorzystano fragm. „Makbeta” Shakespeara w przekładzie Józefa Paszkowskiego.
 ((Ha! Nikt się nie spodziewał chłopców na koniec, nie? >D))

czwartek, 23 sierpnia 2012

Tom VII: Rozdział 4


((Drodzy przyjaciele, zanim powiem Wam coś o poniższym rozdziale, odśpiewajmy razem ,,Sto lat'' drogiej Ayo, która od dzisiaj legalnie może... em... wchodzić do klubów w Hiszpanii, chociaż raczej w najbliższym czasie raczej z tego prawa nie skorzysta. Najlepszego dla Ayo, bo nadaje się do czystego piszczenia nad perfekcją niektórych fikcyjnych bohaterów, nie ma za grosz poczucia własnej wartości i nie umie poganiać ludzi tak jak ja to robię. Ale to nie szkodzi, i tak wszyscy ją lubią. Tak, Ayo, wszyscy, nie musisz sobie urajać, że kiedyś o tobie zapomną. A teraz co do rozdziału... grupa z moją skromną osobą na czele nie odpowiada za żadne uszkodzenia psychiczne, zawały serca, odwodnienie przez wypłakanie większości płynów w ciele, ani inne urazy czy szkody na mieniu spowodowane przez stan psychiczny po przeczytaniu poniższego tekstu. Tak, to TEN rozdział. ROZDZIAŁ, NA KTÓRY WSZYSCY CZEKALI.))



Rozdział 4
Smucisz się?


 – Smucisz się?
 – Tak, smucę.
 – Wcale nie, prawda?
 – Prawda, wcale nie.
Hoshi Shinichi, „Bokko–chan”, Short Short 1001


Przebiegały tam dwie taśmy produkcyjne. Leżeli na nich ludzie. Ktoś ich tam położył.

Nie byli żywi. Mógł to bez problemu stwierdzić nawet patrząc zza szyby.

Ciała. Kilkadziesiąt, może nawet i setka na taśmach przejeżdżała. Przed nimi działało ogromne urządzenie w kształcie półksiężyca.

Zwłoki były wsysane jedne po drugich do dwóch kwadratowych otworów. Zdawało się, że szyba była dźwiękoszczelna, więc nie mógł usłyszeć niczego, co działo się po drugiej stronie.

Ciała przepływały bez przerwy po cichej scenie.

Mężczyźni, kobiety, dzieci i dorośli. Ubrani i nadzy. Ich postury, wiek i płeć wahały się gwałtownie.

 – Dlaczego ich głowy są... są... – słowa Nezumiego utknęły  w gardle. Stawały się przeszkodą, blokującą przepływ powietrza do jego płuc.

Czubek głowy u każdych zwłok został odcięty. Zamiast niego umieszczona została przeźroczysta, plastikowa kopuła. Mężczyźni i kobiety, dorośli i dzieci – wszyscy nosili plastik w kształcie miski od czoła w górę.

 – ...Próbki – odezwał się Shion, obniżając ramiona przy ciężkim oddechu. – To są próbki.

 – Co masz na myśli?

 – Mózgi... potrzebowali ludzkich mózgów jako próbek.

 – ...Więc wszystkie te ciała są pozbawione mózgów?

 – Tak... tak myślę. I wydaje mi się, że już swoje wysłużyły. Więc...

 – Więc?

 – Sprzątają je.

Tym razem to Nezumi ciężko przełknął ślinę.

Urządzenie w kształcie półksiężyca na drugim końcu pasa – czy służyło do pozbywania się zwłok? Czyżby paliło je natychmiast na popiół? A może używało jakichś specjalnych chemikaliów, by stopić ich aż do kości?

Ciała były zasysane.

Ludzie, którzy żyli jeszcze kilka chwil temu – ruszający się, mówiący, płaczący, kochający siebie nawzajem – byli sprzątani jak śmieci.

„Jak... Jak mogłeś... No.6, jak możesz być aż tak okrutne? Jak mogłeś stać się tak bezlitosne? ”

 – To nie są ludzie. – Głos Shiona dotarł do jego uszu.  To nie był szept. Był wyraźny i czysty. – To nie jest ludzki uczynek. – Jego pięść uderzyła we wzmocnioną szybę.

„To nie jest ludzki uczynek”.


Ale personel w białych fartuchach jeszcze chwilę temu stał tu rozmawiając. Popijali ciepły napój z kubków. Wcale nie ruszała ich własna praca.

„Oni wszyscy są potworami?”

W oko Nezumiego wpadła kolejna fotografia.

„Spójrz tutaj. No dalej, uśmiechnij się!”


„Tatusiu, teraz ja zrobię zdjęcie”.


„Kochanie, nie zapomnij wziąć małego”.


Niemal słyszał tą rodzinną rozmową – tak typową, a jednak tak drogą.

„Czy człowiek, który postawił to na swoim biurku też jest potworem?”


Poczuł cudzą obecność. Nadciągał wróg.

Nezumi czuł się, jakby ktoś zasadził mu siarczysty policzek. Szarpnął Shiona za rękę i wybiegł na korytarz.

„Musimy uciekać, Shion. Nie możemy pozwolić sobie tu umrzeć”.


Całe jego ciało poruszało się z instynktem przetrwania. Jego myśli, zmysły, końcówki palców, nawet każdy włos na głowie miały taką samą wolę życia.

„Nie możemy umrzeć”.


 – Prawo! – Spokojny rozkaz Shiona rozciął powietrze. – Trzydzieści metrów na prawo.

Trzydzieści na prawo. Nie było czasu myśleć o tym, co tam było. O dziwo bariery nie zjeżdżały na dół. Chociaż i nad tym nie miał czasu się zastanawiać.

„Biegnij. Zaraz, nieważne”.


Tuż przed nimi pojawili się żołnierze.

 – Na dół! Skul się! – Nezumi rzucił bombę w kształcie monety na podłogę i odpalił ją. Rozległa się okropnie głośna eksplozja. Rozbite szkło rozpadło się dookoła.

 – Przebijamy się!

Gdyby pozwolili się otoczyć, nie mieliby już możliwości ucieczki. Nie mieli żadnych szans przeciwko strzelającemu w nich oddziałowi. Mogli tylko dalej brnąć w błoto po kolana.

 – Masz być blisko mnie.

Zepsuty spryskiwacz rozlewał wodę na prawo i lewo. Nezumi wskoczył w grupkę mokrych żołnierzy.

Przesunął ostrze po gardle jednego z nich i dźgnął nożem kolejnego, gdy ten się obrócił. Gdy żołnierz zakrztusił się i padł naprzód, Nezumi wyciągnął nóż wojskowy z pasa na jego talii i rozciął nim nadgarstek kolejnego wroga wchodzącego w jego drogę. Broń upadła, uderzając mocno o ziemię pełną krwi zmieszanej z wodą.

Żaden z żołnierzy nie odezwał się słowem. Pozostali cicho, nosząc zarówno ciężkie, wojskowe karabiny jak i bronie laserowe, wciąż w stanie badań. Byli cisi, szybcy i precyzyjni w zabijaniu. Pewnie tak zostali wytrenowani.

„Ale, jeśli chodzi o noże, i tak ja jestem lepszy”.


W bezpośredniej walce zwykłe bronie byłyby znacznie bardziej efektywne niż te udoskonalone. A w niektórych sytuacjach, i zwyczajny nóż okazałby się pewnie użyteczniejszy niż najnowszy karabin. Zwłaszcza jeśli potrafił używać noża jak dodatkowej kończyny.

Po ujrzeniu śmierci ich towarzyszy w mgnieniu oka, reszta żołnierzy straciła płynność ruchów. Takiego odwetu się nie spodziewali. Sztywność była słabym punktem, a Nezumi szybko to wykorzystał. Wykręcił ramię żołnierza przed nim i przycisnął nóż do jego gardła od tyłu.

 – Nie ruszać się. – Oblizał usta i wydał rozkaz pozostałym żołnierzom.

 – Rzućcie broń, albo możecie go uważać za trupa.

Żołnierze natychmiast cofnęli się o krok.

„Pójdzie dobrze? Mogę załatwić sobie ucieczkę, używając tego gościa?”


 – Shion.

 – Co?

 – Żyjesz?

 – Taa. Ruszałeś się tak szybko, że żaden z nich nie miał szansy rzucić się na mnie.

 – Doskonale. A teraz użyję tego gościa jako tarczy i...

Rozległ się aplauz.

– Niesamowite przedstawienie. Ale tego już chyba wystarczy.

Żołnierze natychmiast się rozstąpili, jakby te słowa były dla ich sygnałem. Mężczyzna utorował sobie między nimi drogę. Stanął przed dwoma chłopcami i uniósł beztrosko prawą rękę.

 – Koniec zabaw i gierek. VC103221 i Shion, tak wam było?

Shion krzyknął.

 – Znasz go? – zapytał Nezumi. – Nie mów mi, że to jakiś twój wujek, czy coś.

 – To Oficer Śledczy z Ministerstwa Bezpieczeństwa, nazywa się Rashi.

 – Więc mnie pamiętasz – powiedział mężczyzna. – Cóż za honor. Szczęście zdaje się dość często stawiać nas przed sobą nawzajem, nieprawdaż? Zrobiłeś się twardszy, odkąd ostatnio cię widziałem. Nigdy bym nie pomyślał, że spróbujesz wedrzeć się do Zakładu Karnego. Prawdę mówiąc, jestem wręcz zszokowany. A jednak cieszę się, mogąc znowu cię zobaczyć.

 – Och, dziękuję – odpowiedział ostrożnie Shion. – Też się ciebie tu nie spodziewałem. I również jestem zaskoczony.

 – Tak, tak, co do tego. Prawdę mówiąc, moją prawdziwą pracą jest bycie wojskowym trenerem. Wybacz, że nie przedstawiłem się poprawnie ostatnim razem.

 – Weź od niego wizytówkę, Shion. Przyda się jeśli będziesz chciał zostać myśliwym.

Rashi wykręcił połowę ust w uśmiechu.

 – Obchodzisz się chłopcze ze słowami tak samo jak zawsze. Chociaż nożem posługujesz się nawet lepiej niż językiem.  Godne podziwu. Nigdy nie spodziewałbym się, że przejmiesz władzę nad moimi podwładnymi tak łatwo. Ach, po prostu genialne. Zasługujesz na pochwałę. Zastanawiałbym się nawet nad zrekrutowaniem cię.

 – Kusząca propozycja, ale muszę odmówić – powiedział Nezumi. – Co to za wojskowy trening, którym się tak wychwalasz, co? Ćwiczenie celu zakłada zaangażowanie więźniów?

Rashi zachichotał.

 – Tak, to też. Albo mamy sesje treningowe, w których pozbywamy się głupich szczurów, które wplątały się pod nogi.

Nezumi skręcił ramię żołnierza z jeszcze większą siłą.

 – Rzućcie broń i zróbcie nam miejsce – powiedział.

Rashi pokręcił głową.

 – Wy dwaj naprawdę jesteście genialni. Nie każdy może dojść tak daleko. Genialnie, doprawdy. Ale niestety, jesteście także młodzi.

Rashi powoli uniósł prawą dłoń.

 – Wasz plan nie jest do końca dobrze przemyślany.

Lufa broni została w nich wycelowana.

„Eh?”


 – Przestań! – Żołnierz przekręcił się desperacko. Nezumi puścił jego rękę. Nabój przebił żołnierza, gdy ten ruszył naprzód. Jego ranne ciało padło na ziemię. Woda oblała go z sufitu. Żołnierz uniósł twarz, wodząc wzrokiem w poszukiwaniu czegoś. A wtedy odezwał się.

 – Matko.

Głos dotarł do uszu Nezumiego.

„Zabić podwładnego tak łatwo...”


Dziki ból przebił jego ramię i nogę.

 – Nezumi!

Ręce Shiona złapały go od tyłu. Przez wodę poślizgneli się i obaj upadli na podłogę. Ból pulsował w całym jego ciele.

 – ...ts... – Nezumi zacisnął zęby. Pot pokrył jego ciało, a serce waliło gwałtownie.

 – No, no. Superfibra może być naprawdę niesamowita, ale najpierw musisz ją porządnie owinąć. Nie możesz już trzymać noża, prawda? Ani skakać i biegać dookoła. W końcu jesteś cicho. To była wspaniała zabawa, ale gierki się skończyły, 103221.

„Koniec? Tutaj to wszystko się skończy?”


Rashi uniósł brew i westchnął.

 – Nie spodziewałem się z tobą tylu problemów. Szkoda, naprawdę. Szkoda, że muszę cię zabijać, ale... nic na to nie można poradzić. Nie będę tego ciągnąć dłużej niż powinienem. Uszanuję twoje zasługi w walce i pozwolę ci odejść w spokoju. Kula na osobę powinna wystarczyć.

 – Litościwy jesteś... czyż nie? – odezwał się Nezumi.

 – Masz jakieś ostatnie słowa?

„Czy to już naprawdę koniec?”


Nagle spryskiwacze stanęły. Bariery zaczęły się obniżać. Iskra niepokoju przebiegła przez tłum żołnierzy. Nawet wzrok Rashiego zaczął błądzić.

To była ich szansa. Wykorzystaliby ten słaby punkt i wyrwali im bronie. Szansa, by wyrwać się z uścisku śmierci – ale jego ciało nie chciało się poruszyć.

 – Co jest?

 – Bariery zaczynają działać.

 – To absurd, dlaczego...

 – Uciekać! Zamkną nas!

W chwili, w której bariery opadłyby całkowicie, przez zamkniętą przestrzeń przebiegłby prąd o wysokim napięciu. Nikt by nie przeżył.

 – Uciekać! Trzeba stąd zwiać!

Żołnierze zaczęli biec z rannymi towarzyszami w ramionach.

 – Proszę dowódcy, bariery schodzą na dół. Proszę się pospieszyć! – Żołnierz zatrzymał się, obrócił i krzyknął. – Dowódco!

Ściany schodziły w dół – prosto na dół. Nezumiemu zdawało się, że jego ramię płonie. Przycisnął dłoń do otwartej rany i uśmiechnął się blado.

 – Wołają cię. Nie powinieneś już iść?

 – Kiedy już pozbędę się was dwóch.

Lufa broni była wycelowana prosto w serce Nezumiego. Ramię Shiona owinęło się wokół jego piersi, jakby próbował go chronić. Nezumi położył na nim swoją dłoń. Ręka Shiona pokryta była brudem i krwią.

„Ach tak. A więc umrę razem z tobą”.  


Oparł się plecami o Shiona i wypuścił długi oddech. Napięcie opuściło jego ciało.

Ale nie zamknął oczu.

Chciał widzieć świat przed nim stabilnym spojrzeniem, aż ostatniej chwili.

Shion zacieśnił swój uścisk.

„Nie zamknę oczu. Niezrobie tego aż... ”


Bum!

Usłyszał wystrzał za sobą. Był stłumiony, jakby znajdował się pod wodą. Czerwone kwiaty rozkwitły na koszuli Rashiego. Płatki padły wokoło.

„Co...?”


Rashi cofnął się niestabilnie o kilka kroków, zanim oparł się ciężko o ścianę. Osunął się na ziemię. Szkarłatne płatki wysypały się także z jego ust.

Nezumi wziął oddech, ale nie mógł go wypuścić.

„To nie są płatki kwiatów. ...To krew”.


Krew pomalowała ścianę. Zupełnie jakby ktoś beztrosko wylał na nią czerwoną farbę. Rashi schylił głowę. Przerażająca ilość krwi rozlała się, barwiąc jego dolną połowę ciała.

„Co...? Co się właśnie stało?”


 – Dowódco!

Krzyk. A wtedy ściana ucięła go kompletnie. Przez moment brzmiało to jak bezdźwięczna próżnia. Pusty moment ciszy. Teraz mógł wypuścić powietrze i się podnieść.

 – ...Shion? – Obrócił głowę, by spojrzeć na ściskającego go chłopca. – Shion...

Mógł wypuszczać powietrze, ale żadne słowa nie wychodziły z jego ust. Jego serce biło coraz szybciej, mocniej i bardziej szalenie.

W dłoni Shiona spoczywała broń. Półautomatyczny pistolet małego kalibru. Był oficjalną bronią wojskową, mogącą przebić się nawet przez kamizelki kuloodporne. Jeszcze przed chwilą Nezumi sam wytrącił ją z ręki żołnierzowi i sprawił, że upadła na ziemię.

Dym z lufy unosił się w powietrzu. Ostry zapach prochu uderzył jego nozdrza. Pot ukłuł go w oczy. Usta zrobiły się suche, a język zesztywniał. Słyszał dźwięk tarcia, gdy próbował go ruszyć.

 – Shion... co ty...

Shion odsunął rękę od Nezumiego i wstał. Powoli podszedł do Rashiego.

 – Ngh... – jęknął Rashi. Uniósł twarz, a jego ciało zatrzęsło się lekko.

 – ...Ty amatorze... – ledwie słyszalny szept uciekł z jego ust wraz ze strumieniem krwi. – Chociaż... celuj... porządnie...

 – Muszę cię o coś zapytać – powiedział Shion wciąż z bronią w dłoni. Miał niski głos, obdarty z wszelkich emocji. – Dlaczego nie aktywowałeś barier od razu?

 – ...Nie chciały ruszyć...

 – A więc nie funkcjonowały.

 – ...Tak...

 – Dlaczego?

 – ...Nie wiem...

 – Ty i twoi ludzie zatrzymaliście system barier chwilę przed wejściem tutaj, na wszelki wypadek. Ale tym razem zaczęły się ruszać same... do tego miejsca, mam rację?

Rashi zaskrzeczał spoglądając na Shiona błagalnie.

 – ..Proszę. Pozwól mi odejść.

Łzy wylały się z jego oczu.

 – Odpowiedz mi – powiedział Shion.

 – ...Tak... poza kontrolą... przyczyna nieznana...

 – Poza kontrolą. Przyczyna nieznana... – powtórzył z zamyśleniem Shion.

 – Nic... nie wiem... Shion, błagam... pospiesz się... daj mi odpocząć... uratuj mnie...

 – Uratować cię? – ramiona Shiona przekręciły się nieznacznie. – Już słyszałem te słowa. W podziemiach tego budynku.

Nezumiemu w końcu udało się wstać. Krew spływała z jego ramienia i nogi, ale nie czuł bólu.

Musiał wstać. Musiał złapać rękę Shiona. Musiał go zatrzymać.

„Shion, co ty, do cholery, próbujesz zrobić?”


Jego nogi zaczęły się ruszać. Potknął się i wylądował na kolanach. Tuż za nim leżały zwłoki żołnierza. Był młodym człowiekiem. Miał czarne, niesforne włosy i nosił złoty naszyjnik. Błyszczał. „Matko” – zupełnie jakby ostatnie słowo nadal przyklejone było do jego ust.

 – Wy wrzuciliście go do podziemi. Był ofiarą Polowania. Nie mógł umrzeć, więc przyszedł błagać mnie bym go uratował. Mówił: „pomóż mi”. Kiedy on cierpiał w agonii, co ty robiłeś? Piłeś kawę? Kąpałeś się? Czytałeś?

 – ...Proszę... skończ ze mną... to boli...

 – Nie mogłem go uratować.

 – ...Pomóż mi...

 – Nikogo nie mogłem uratować.

Ręka Shiona uniosła się powoli.

 – Nie! Shion, przestań!

Rozległ się strzał.

Nezumi zamknął oczy i odwrócił się. Zapach prochu stał się silniejszy. Powietrze zmieszane z zapachem krwi, stało się ciężkie i lepkie. To był smród, do którego przywykł, niemal aż za bardzo, a jednak wciąż chciało mu się wymiotować. Nie mógł tego znieść.

Nie chciał otwierać oczu.

Gdyby to zrobił, musiałby stawić czoła rzeczywistości. Chciał trzymać oczy zamknięte i uciec do miejsca, którego nie było.

„Nie chcę tego widzieć”.



Szum.

Czuł bryzę.

Pachniały kwiaty. Ledwie wyczuwał ich zapach.

Szum.

Bryza dotknęła jego policzka i rozwiała grzywkę.

„O, to znowu to. To... to”.


Otworzył oczy.

Wbiło się w nie światło.

Tuż przed nim rozciągało się pole.

Pole dzikiej trawy. Wiatr był ostry i zimny, ale i promienie słońca miały swoją siłę. Małe, białe kwiaty rozkwitały wszędzie, tańcząc na wietrze i odbijając światło słoneczne. W oddali widział zamglone czubki gór. Czy to jeziora na zboczach, białe baseny odbijające światło?

Jeziora i bagna, zarówno małe, jak i duże, pojawiały się miejscami w krajobrazie. Niebo miało kolor indygo. Tak głęboki odcień lazuru, że wszystko inne wyglądało przy nim blado. Jednak kwiaty wciąż kwitły bielą na ziemi, a trawa zachowywała swą łagodną zieleń.

W niebie widział niebieski, na ziemi zielony, a przed nim stał las.

Za łąką widział las. Słyszał szum drzew. Niemal białe z jednej strony liście unosiły się na wietrze. Ptaki szybowały w górę, by znów opaść na dół. Futrzasta kulka przebiegła przed oczami Nezumiego.

Chciał ją gonić.

„Mogę ją gonić?”

Nezumi uniósł twarz, by spojrzeć w górę. Spojrzeć na...kogo?

 – Chodź tutaj.

Odezwał się łagodny głos, a jego ciało zdawało się unieść.

„Och, to znowu to”.




„Kradnie mi świadomość i zabiera duszę daleko”.

Czuł się jak małe dziecko. Był delikatnie niesiony. Jak małe, maleńkie dziecko.

Ostatnim razem było lato.

Czuł wtedy ciepło wznoszące się z trawy.

Czyżby teraz była wiosna? Sceneria wyglądała na bardziej przygaszoną. Wiatr, światło, zapachy, kolory, wszystkie delikatne i łagodne, obejmując Nezumiego uściskiem.

 – Nauczę cię piosenki.

Pokręcił głową.

 – Umiem to zrobić... Umiem ją zaśpiewać.

 – Umiesz zaśpiewać? Tę piosenkę?

 – Tak. – Nezumi wyprostował się i podniósł.

 – Ach, ukochana ziemio, wietrze i deszczu; O Niebiosa i światłości.
Zatrzymajcie  tu wszystko
i żyjcie w tym miejscu.
Niechaj w waszych ramionach odnajdę ukojenie.
Ach, duszo ma, me serce, o miłości i nadziei.
Powróćcie do mnie
i odnajdźcie ukojenie. 


Wiatr zatrzymał się.

„Słucha piosenki”
– pomyślał Nezumi. Wiatr opadł, a kulki futra zaczęły podążać jego śladem.

 – Rozumiem. A więc umiesz to zaśpiewać.

Jego włosy rozwiały się. Pogłaskano go delikatnie po plecach.

 – Zaśpiewaj jeszcze. Daj mi usłyszeć jeszcze trochę twojej pieśni.

 – Wiatr kradnie dusze, ludzie skradają serca.
Ale ja pozostanę.
Śpiewając.
Proszę,
poprowadź moją pieśń.
Proszę,
przyjmij moją pieśń.

Jego powieki opadły.

 – ...Jestem śpiący.

 – To zaśnij.

„Mógłbym tak po prostu zamknąć oczy i odpłynąć w sen?”


 – Idź spać, a ja zabiorę cię tam.

 – ...Dokąd idziesz?

 – Do lasu.

 – Do lasu?

 – Śpij. Nie myśl o niczym i pozwól sobie odpocząć.

„Naprawdę powinienem teraz zasnąć?”


Jego ciało zakołysało się w tył i w przód. Było mu wygodnie. Tak wygodnie...

 – Wracam! – usłyszał własny krzyk.

Musiał wrócić. Nie mógł sobie pozwolić odpłynąć w sen. Musiał wrócić do rzeczywistości, w której był Shion. Nic nie znaczyło to, co tam na niego czekało; nie mógł sobie pozwolić odejść.

„Shion”.


„Muszę do ciebie wrócić”.


Poczuł nadchodzące kaszlnięcie. Dym i smród krwi wniknęły głęboko w jego ciało. Zaczął kaszleć. Zakrył usta i wstał.

Widział Shiona stojącego do niego plecami. Chłopiec stał z obiema rękami zwisającymi bezwładnie z ciała. Pistolet nadal znajdował się w jego prawej dłoni.

 – Nikogo nie mogę uratować – powiedział Shion zdławionym głosem. Powtarzał to.

„Nikogo nie mogę uratować”.


 – ...Shion. – Nezumi spróbował wezwać jego imię.

„Shion, słyszysz mój głos?”


 – Nezumi.

Oczy Shiona skupiły się na Nezumim. Błyszczała w nich radość. Szeroki uśmiech zatańczył na jego twarzy. Broń wyślizgnęła mu się z ręki.

 – Całe szczęście, jesteś bezpieczny. Ale... strasznie krwawisz. Dobrze się czujesz? Musimy to chociaż opatrzyć.

Shion zdjął sweter i zaczął rozrywać rękawy.

 – To wszystko co mam, ale może posłużyć za bandaż. Pokaż ramię, opatrzę je.

To był zwyczajny Shion. Jego zwykły ton, zwykłe spojrzenie. Był naiwny i głupi, ignorancki, idealistyczny, niesamowicie szczery i ciepły.

Serce Nezumiego bolało. Czuł pieczenie z tyłu oczu.

 – Shion.

 – Co? Boli?

 – Obroniłeś mnie.

 – Eh?

 – Nie zapominaj tego. Ty... mnie obroniłeś.

 – Ja?

Shion zamknął usta i zamrugał kilkukrotnie. Jego wzrok przeniósł się i skupił na leżącym na ziemi pistolecie. Potem powędrował w stronę mężczyzny opartego bez życia o ścianę. Zabił go strzał między oczy.

„Właściwie to nawet coś”
– pomyślał przelotnie Nezumi.

Nabój przeszył mężczyznę dokładnie pośrodku czoła. Pomijając fakt, że był w wyjątkowo niewielkiej odległości od celu, precyzyjny strzał bez celownika nie był czymś łatwym dla amatora.

Oddech Shiona przyspieszył. Przybliżył dłonie do twarzy. Wpatrywał się w nie intensywnie, jakby były na nich wypisane jakieś starożytne litery. Jego dłonie, ręce, całe jego ciało się trzęsło.

 – Nezumi... Co ja zrobiłem?

 – Obroniłeś mnie. Ryzykowałeś dla mnie życiem...

 – Nie! – Krzyk Shiona wypełnił zamkniętą przestrzeń. – To nie tak! Nie tak! Nie tak!

 – Właśnie, że tak! – odkrzyknął Nezumi. – Byłbym martwy, gdyby nie ty. To byłbym ja, nie on.

Wskazał na Rashiego.

 – Ja bym tak wyglądał.

Złapał ramiona Shiona. Szarpnął nim z całej siły. Jego głowa odchylała się do przodu i do tyłu. Był jak marionetka wisząca na zerwanych sznurkach.

 – Słuchaj! Słuchaj tego, co mówię. Obroniłeś mnie, rozumiesz? Uratowałeś mnie. Shion.

„Słuchaj, Shion. Złap każde słowo. I w nie uwierz”.


 – Gdybym był na twoim miejscu, zrobiłbym dokładnie to samo. Na pewno bym to zrobił. To pole bitwy. Jeśli nie zabijemy, to sami zostaniemy zabici. Jesteś usprawiedliwiony.

Nezumi przygryzł wargę. Słowa wysypywały się i gniły, gdy tylko opuszczały jego usta.

„Nie to właściwie chciałem powiedzieć”.


„Więc co chciałem? Co naprawdę chcę teraz powiedzieć Shionowi?”


 – Nezumi... – mruknął Shion zachrypłym głosem. – Ja... go zabiłem.

Wstał i podniósł z ziemi broń.

 – Nie wiem, jak, ale bez żadnego wahania byłem w stanie po prostu... zabić człowieka.

Ich oczy się spotkały.

„Co mam mu powiedzieć?”


 – Czy to da się wybaczyć? Czy to coś... co wolno wybaczyć?

Ledwie 5,4 mm średnica lufy zdawała się jego oczom tak wielka.

 – Raz powiedziałeś, że ja i No.6 jesteśmy tacy sami. Powiedziałem ci wtedy, że się mylisz. Ale... może miałeś rację. Jestem jak to miasto. Nieważne, dlaczego to zrobiłem. Zimno i bezlitośnie wyrwałem człowiekowi jego życie. Nezumi...

Całkowita długość: 155mm. Waga: 460g. Liczba strzałów: 8. Gwintowanie: 4 rowki, zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara.

„Ile strzałów zostało?”


 – Można mi wybaczyć...?

Shion zamilkł i zamknął oczy.

„Shion? Co ty wyprawiasz?”


 – Przestań...!

Nezumi krzyknął. Nie głosem, a całym ciałem. Rzucił się na niego i uderzył go tak mocno, jak tylko mógł. Gdy Shion padł na ziemię, Nezumi usiadł na nim okrakiem.

 – Przestań pieprzyć!

Złapał go za kołnierz i uderzył w policzek.

 – Musisz... sobie ze mnie... do cholery, jaja robić?!

Czuł, jak jego dłoń uderza cudzą skórę raz po raz.

 – Ty dupku, za kogo ty się masz?! Zaszliśmy tak daleko, a teraz myślisz, że możesz uciec? Zostawić swoje nieszczęście za sobą?! Pieprzenie!

Shion pisnął delikatnie.

 – Ty zdrajco – warknął Nezumi. – Czy ty twierdzisz, że nie można ci wybaczyć zabicia kogoś innego, ale zabicie siebie to już tak? Wiesz, jeśli się zabijesz, technicznie będziesz już mordercą dwóch osób. Czemu tego nie pojmujesz?  – Jego ostatnie słowa zabrzmiały jak bolesne błaganie.

Tsukiyo wskoczył na jego ramię i zapiszczał głośno i uparcie. Zdawało się, że próbuje wedrzeć się między nich.

Shion w ogóle się nie opierał. Wyglądało na to, że nawet nie oddychał. Jego oczy były otwarte, ale pozbawione spojrzenia. Kącik jego ust był rozcięty i krwawił, a wargi miał oblepione zaschniętą krwią.

„Cały jest poraniony”.


Byłoby lepiej, gdyby tam nie poszli? Nezumi wiedział dobrze, że w chwili wejścia do Zakładu Karnego, weszliby na pole walki. Wiedział to, a mimo wszystko zaciągnął tam Shiona.  Ratunek tej dziewczyny, Safu, był dla Nezumiego tylko wymówką. Potrzebował siły Shiona. Chciał jego umiejętności doskonałego zapamiętania wnętrza Zakładu i wydawania dokładnych rozkazów.  Chciał pożyczyć... nie, użyć siły Shiona do zniszczenia Zakładu Karnego, stworzenia rysy na rdzeniu No.6.  Shion był do tego dobrą bronią, a ten zbieg okoliczności był bardziej szczęśliwy, niż cokolwiek, co Nezumi mógł sobie wymarzyć.

„Tak, wykorzystałem Shiona”.


Ale jeśli rezultat miał być taki... właśnie taki, lepiej byłoby, gdyby tam nie poszli.

„Nigdy nie powinniśmy byli postawić tu stopy”.


Oczywiście, był przygotowany na brutalną walkę. Wiedział, że lekkomyślnie rzucają się na wojnę z mniej niż jednym procentem szans na przeżycie, a mimo to myślał, że wyjdą z niej zwycięsko; miał zarówno gorliwe serce jak i dość rozsądku. Do tego był przekonany, że to wszystko, czego mu potrzeba.

„I to my, nie No.6, kontrolowaliśmy stan rzeczy”.


Nie ma walki bez przygotowania. Nie ma zwycięstwa bez niezachwianej pewności.

Nic nie powinno być nie tak z jego sposobem myślenia. Był pewien, że nie zgubił się nigdzie po drodze.
Nezumi zacisnął szczęki. Czuł się jakby miał niemal ulec i paść na kolana przed stojącą przed nim rzeczywistością. Nigdy nie wyobrażał sobie, że to mogłoby się tak skończyć.

„Nie powinniśmy byli tu przychodzić. Nie powinniśmy tu być. Nie powinienem był wciągać Shiona w moją walkę”.


W końcu go to uderzyło. Ale było już za późno.

 – Shion. – „To ja powinienem pytać, czy można mi przebaczyć. To ja powinienem błagać o przebaczenie, nie ty”.

 – Weź to na siebie – wyszeptał. Słowa przedzierały się przez jego zaciśnięte zęby i wypływały z ust. Oczy Shiona poruszyły się powoli. Zwężały się nieznacznie, jakby skupiając na Nezumim.

 – Weź to na siebie... Weź to na siebie i żyj dalej. – Słowa te kierował do siebie, nie do Shiona.

„Znieś swój grzech i żyj”.



„Shion, przepraszam. Kazałem ci nieść tak wielki ciężar, że wykręca twój kręgosłup. Otrzymam kiedyś wybaczenie? Wybaczysz mi to, co ci zrobiłem?” 

Shion wypuścił długi oddech.

Wyciągnął dłoń w górę, a jego palce dotknęły policzka Nezumiego.

 – Pierwszy raz... widzę jak płaczesz.

 – Eh?

„Płakać? Kto?”


 – W porządku, Nezumi... nie płacz. Już łapię. Zrobię jak mówisz. Więc już nie płacz, proszę.

 – Idiota – odezwał się Nezumi zachrypłym głosem. „Naprawdę, jak bardzo możesz jeszcze zgłupieć? Ciągle przejmować się innymi, nawet w takiej sytuacji. Co jest „w porządku”? Nic nie jest w porządku. A poza tym nie płaczę. Nie jestem jak ty, nie daję po prostu moim łzom płynąć gdziekolwiek i kiedykolwiek zapragnę, bez wahania...”

Osiągnął swój limit. Nie mógł już dłużej się wstrzymywać. Ogarnęła go fala łez, wylewających się strumieniami z jego oczu. Były niesamowicie gorące. Spływały po jego policzkach, zbierały się na podbródku i lądowały na Shionie.

„Cholera, czemu te łzy... cholera.”


Pozwolił sobie utonąć na ciele Shiona, gdy wylewało się z niego zawodzenie.

„Cholera. Dupek. Dupek”.


 – Shion.

 – Mmm...

 – Nie wiem, jak mam zatrzymać łzy.

 – Mm–hmm – mruknął Shion.

 – Naprawdę... nie wiem. Jeśli dalej tak będzie, zrobi się... niedobrze.

 – Tak? – odezwał się łagodnie Shion.

 – Będzie. Pomyśl tylko – gdyby Inukashi mnie takiego zobaczył... śmiałby się ze mnie przez resztę mojego życia.

 – ...To na pewno. – Dłoń przesunęła się po plecach Nezumiego i poklepała go lekko.

 – Nezumi, chodźmy.

Tak. Musieli już iść. To nie był jeszcze finisz. Musieli ruszyć naprzód. Ale jak? Mieli jakąś możliwość ucieczki z tej zamkniętej przestrzeni?

 – Ach! – Nezumi zerwał się. Przerażona Tsukiyo wgramoliła się w koszulę Shiona. – Dlaczego?

 – Co dlaczego?

 – Dlaczego nic się nie dzieje? Nie powinni puścić prądu, kiedy bariery zejdą na dół?

 – Racja. – Shion też wstał. Skrzywił się z bólu, pewnie od jakiejś rany. Ale jego twarz szybko rozjaśnił słaby uśmiech.

 – To już prawie pięć minut, odkąd ściany całkiem opadły. Dość późno się zorientowałeś, nie sądzisz?

 – A to co, do cholery, miało znaczyć? – odpowiedział natychmiast Nezumi. I zamknął usta. Spojrzał na wysmarowaną krwią twarz Shiona.

 – To mówisz, że wiedziałeś? Wiedziałeś wcześniej, że nic się nie stanie?

Shion pokręcił głową.

 – Nie wiedziałem. Nie ma mowy, żebym wiedział. Po prostu...

 – Po prostu co? Zaszliśmy tak daleko. Nie zgrywaj teraz takiego niedostępnego.

 – Racja. Cóż, możesz się śmiać, ale czuję, że jesteśmy... zaproszeni przez kogoś.

 – Zaproszeni?

Shion oblizał usta i kontynuował swoim zwyczajowym, niezręcznym sposobem.

 – Właściwie to bariery powinny były się aktywować, kiedy tylko wpadliśmy do korytarza. Ale nie ruszyły. Włączyły się dopiero, kiedy zostaliśmy otoczeni przez żołnierzy. Chociaż właśnie wtedy powinny być wyłączone. To nie ma sensu. Dlatego byli tacy poruszeni.

 – Czekaj chwilę, nie wiem, do czego zmierzasz. Mówisz, że komputer nadzorujący system bezpieczeństwa się popsuł  i że wygodnie dla nas przestał działać? ...Cóż, nie wiem, czy można nazwać utknięcie tu wygodnym. Ale jesteśmy uratowani. Uratował nas przypadkowy błąd komputera, o to chodzi?

Komputer No.6 miałby mieć jakieś błędy? Nie, nie było możliwości, żeby coś takiego miało rację bytu.

Shion znowu pokręcił głową.

 – To nie przypadek. Bardziej wola.

 – Wola? Mówisz, że komputer ma własną wolę?

Trzecia odmowa posłuszeństwa.

 – Nie. Może być oparty na woli konkretnej osoby, ale maszyna nie może mieć własnej.

 – Shion, wyjaśnij mi tak, żebym zrozumiał. O czym ty mówisz? I co masz na myśli, kiedy mówisz, że jesteśmy „zaproszeni”?

 – Nie wiem – powiedział powoli Shion. – Nie mogę za dobrze ująć tego słowami. Ale tylko tak umiem to wyjaśnić. Ktoś nas wzywa...

 – I ten ktoś kontroluje komputer i uratował nas na własną rękę. To wymyśliłeś?

 – Tak.

 – To kto to może być? Ta twoja dziewczyna?

 – Safu... to mogłaby być ona? Ale... – Shion podszedł do ściany. Jej część miała inny kolor niż cała reszta. Była o odcień jaśniejsza.

 – To winda, tak?

 – Tak. Jedyna ścieżka prowadząca na szczyt.

Trzydzieści metrów na prawo. Shion chciał mu powiedzieć, by biegł w tamtym kierunku. Nigdzie nie było żadnych przycisków, mogących uruchomić windę. Pewnie nawet projekt nic takiego nie przewidywał. Prawdopodobnie aktywował ją sensor odpowiadający na specjalny czip identyfikacyjny.

 – To jak w to wsiądziemy?

Shion odwrócił się i wpatrzył się w coś. Nezumi podążył spojrzeniem za jego wzrokiem i napotkał ciało Rashiego.

 – Może mieć ten czip w ciele – powiedział szybko Nezumi. Wymówił to, co siedziało Shionowi w głowie. Nie chciał mu pozwolić wymówić żadnych słów związanych z tymi zwłokami. Shion odwrócił wzrok i wyciągnął dłoń w górę.

 – Nie... to nic nie da. Ten system aktywuje się tylko jeśli wyczuje oznaki życia. Czip jest bezużyteczny, dopóki nie znajduje się w żywym, oddychającym ludzkim ciele. Zwłoki się nie nadadzą.

„Ach tak”
– mruknął do siebie Nezumi i spuścił wzrok.

Szaleństwo, które doprowadziło Shiona niemal do roztrzaskania własnej czaszki, odeszło.

„Musi wyczuć życie”.


„Zwłoki się nie nadadzą”.


Nezumi wbił wzrok w stopy.

„Może nie tylko zmusiłem go wziąć to na siebie. Może przy okazji to wywlekłem – wywlekłem to, co do teraz w nim drzemało”.


„Shion, co się w tobie kryje? Jak naprawdę wyglądasz, Shion, ten ty, którego nie znam?”


Przeszedł go dreszcz. Rany na ramieniu i udzie zapulsowały bólem w odpowiedzi. Do teraz zupełnie nie pamiętał o tym, że został postrzelony.

 – Jest jakaś inna droga? – zapytał krótko i rzeczowo.

 – Myślę, że ktoś nas podrzuci – nadeszła równie krótka odpowiedź.

 – Podrzuci?

Usłyszał słaby, metaliczny dźwięk. Nadjeżdżała winda. Drzwi rozsunęły się niemal bezdźwięcznie.

Stały przed nimi dwie, cieniste sylwetki.

Nezumi napiął się na moment, a wtedy doszło do niego, że to ich własne odbicia. Ściany przed nimi były wielkimi lustrami.

 – Nezumi... wsiadasz, prawda?

 – Żartujesz sobie? Jasne. Nie jestem dość głupi czy nieuprzejmy, żeby odrzucić takie miłe powitanie.

 – Tak. Domyśliłem się.

Wziął jeden duży krok do windy. Tętnienie. Jego rany znowu się odezwały. Pewnie nie był już w stanie iść normlanie, biorąc pod uwagę to, ile stracił krwi. I, jak zauważył Rashi, nie mógł już używać noża tą ręką.

„Chociaż nie ma co się nad tym zastanawiać”.


Nie mógł przewidzieć, co miało na nich czekać po zatrzymaniu się windy. Nie potrafił widzieć przyszłości, więc miał tylko jedno wyjście – zetrzeć się z teraźniejszością.

Wodził wzrokiem dookoła. Nie widział niczego poza lustrem. Ściany były gładkie, bez ani jednej drobinki brudu. Nie było przycisków, przełączników czy dotykowych ekranów. Znajdowali się w sterylnej, jasnej, nieorganicznej przestrzeni.

Drzwi się zamykały.

Tuż przed sobą widział Rashiego z nogami na bokach i przechyloną głową. A także buty żołnierza, żołnierza wzywającego matkę w swym ostatnim momencie.

Palce Shiona przesunęły się na wysokość piersi.

„Złożą się razem w modlitwę?”
– zastanawiał się Nezumi.

Ale palce Shiona zacisnęły się jedynie w twardą pięść.

To było wszystko.

Drzwi się zamknęły.





==Koniec rozdziału 4==

((Przyznam się szczerze, że tłumacząc musiałam co jakiś czas robić przerwy i uderzać głową o ścianę, żeby ogarnąć uczucia.))

czwartek, 16 sierpnia 2012

Tom VII: Rozdział 3


((Ladies and Gentlemans~! oto mamy nowego rekordzistę w kategorii ,,najkrótszy rozdział''~ wyróżnia się faktem, że jest nad czym fangirlować. I to chyba wszystko, ale w końcu chłopcy wynagrodzą wszystkie niedogodności *^* a skoro jeszcze nie skończył się czwartek, to chyba warto było czekać na nowy rozdział, czyż nie?))


Rozdział 3

Głos rozsądku


...ale to on, będąc sprowokowany i zaszczuty przez szybki atak, powinien stać się głosem rozsądku. Sprzeciwiając się narastającemu w nim wściekłemu apetytowi zemsty. I dopiero,  gdy mu uda się zapanować nad wewnętrzny konfliktem, znacznie lepiej sobie poradzi z zaistniałą sytuacją. 

Montaigne, Próby, Księga 2, Rozdział XI 



Zasuwy zamknęły się.

Shion szybko się odwrócił. Przed nim rozciągał się długi ograniczony turkusowymi ścianami korytarz. Podłoga wyłożona błyszczącym, gładkim materiałem lśniła nieskazitelnym blaskiem, przypominając mu czystość szpitali.

Jednak w przeciwieństwie do szpitali, tam nie było żadnych drzwi ani okien.

Zdawało mu się, że został zamknięty w szczelnym pudełku. Nie, to bez wątpienia było bardzo szczelnie zapieczętowane pudełko. Pomiędzy miejscem, w którym się znajdował, a skrzydłem więziennym przed nim, znajdowały się jeszcze trzy bariery. Gdyby wszystkie opadły, pudełko podzieliłoby się na maleńkie części.

Części te zostały zaprojektowane do zatrzymania więźniów, jeśli nie do pozbycia się ich na miejscu.

Bariery, dalekie od bycia zwykłymi ścianami, przewodziły prąd pod wysokim napięciem. Ten piękny kolor, bliski barwnikowi indygo, był kolorem sali egzekucyjnej.

Alarm ucichł.

Bariery zaczęły schodzić w dół.

 – Nezumi, biegnij. Musimy przez nie przejść.

Nezumi odbił się od ziemi. Schylił się pod pierwszą barierą. Druga była w połowie osunięta; ostatnia pokonała już dwie trzecie drogi w dół.

 – Ech, czemu?

Shion i Nezumi dotarli do końca korytarza zanim trzecia bariera całkiem się zatrzasnęła.

 – Powiedz mi, Shion – zapytał Nezumi. – Czemu te bariery są aż tak powolne? Z taką prędkością bez większego wysiłku można przez nie przejść.

 – Może i... tobie... łatwo... – wydyszał Shion. Jego serce waliło w akcie sprzeciwu przeciw pokonaniu całego korytarza na jednym wdechu. Nie mógł oddychać. Zdecydowanie wyczyn ten nie był dla niego prosty – prawie osiągnął swój limit. Gdyby bariery zamknęły się o sekundę wcześniej, Shion zostałby złapany i przecięty na pół przez jedną z nich.

 – Ale taka prędkość naprawdę nie ma sensu. Co się stało?

 – Ten przypadek... to dzięki... temu bałaganowi ze smrodem...

 – Co masz na myśli?

 – Skopiowałem i wysłałem... sygnał alarmowy z komputera na trzecim piętrze... do systemu monitoringu na czwartym. Razem z sygnałem dezaktywacyjnym. A zaraz potem sensory nas wykryły... i jeszcze raz powiadomiły system o alarmie. Aktywacja, dezaktywacja i ponowna aktywacja...

 – Rozumiem. To musiało chwilę zająć. Ale nie pojmuję, jak mogłeś uwinąć się z tym w tak krótkim czasie. Trzecie i czwarte piętro mają inne systemy operacyjne, prawda?

 – ...Taa, cóż, udało mi się. – Shion nie spodziewał się, że pójdzie mu tak łatwo. Wymyślił to i spróbował ot tak, ale i jego zaskoczył fakt, że tak prosta taktyka zadziałała przeciwko zaawansowanemu, dobrze opracowanemu systemowi obronnemu.

„Zupełnie jakby przyłożyła się do tego Boska ręka”.

„Boska ręka?” 

„Czyżby ktoś wysłał nam pomoc?”

„To absurd, nie ma mowy, żeby zdarzyło się coś takiego. Ale...”

Shion.

„Słyszałem głos Safu, wzywający moje imię”.

„Safu?”

„Niemożliwe, musiało mi się przesłyszeć”.

Nezumi zmrużył oczy. Błyszczące w nich iskry poruszyły się.

 – No to, które teraz drzwi?

 – Z tyłu w rogu, po prawej.

Nezumi przejechał dłonią po ścianie.

 – Och, tu. – Niemal niemożliwym było odróżnienie jej od turkusowej ściany, ale z całą pewnością przebiegała po niej cienka szpara. – Nie ma żadnej klamki ani czujnika. Jak masz zamiar to otworzyć?

Faktycznie, nie było żadnej klamki ani czujnika. A gdy ukończono montaż systemu operacyjnego, te drzwi najwyraźniej wyszły z użytku i straciły swoje znaczenie.

 – Poszukaj staromodnego zamka – zasugerował Shion.

 – Ojej. To dopiero beztroskie z ich strony.

Nikt nie mógłby zajść tak daleko bez działającego chipu identyfikacyjnego. A nawet gdyby, nikt nie zwróciłby uwagi na te drzwi. No.6 był pełen kaprysów.

 – ...a więc może i da się to otworzyć całkiem łatwo. Ach... tak jak mówiłeś. Widzę dziurkę od klucza. Wygląda na to, że włamię się bez problemu.

 – Dasz radę to zrobić, Nezumi?

 – Prawdopodobnie. Nie mogę pozwolić, żebyś zagarnął dla siebie całe światło jupiterów. Ale przedtem chyba będziemy musieli zająć się tamtymi.

 – Eh? – Shion spróbował się odwrócić, jednak zamiast tego został pchnięty w ramię. Zesztywniał.

Świst.

Promień światła przebiegł przed oczami Shiona. Uderzył w ścianę, zostawiając na niej mały, spalony ślad.

 – No, no, no. Spójrzcie, co zrobiliście biednej ścianie, a była taka błyszcząca. Wisicie jej chyba przeprosiny, czyż nie? – Nezumi opuścił ramiona z fałszywym rozczarowaniem.

Stało przed nimi trzech uzbrojonych strażników. Wyglądali na wojskowych – nosili mundury w kolorze piasku i wysokie, mocne buty. Dwie lufy wymierzone były w Nezumiego, a jedna w Shiona.

 – Nie ruszać się! Ręce do góry!  – Mężczyzna w środku postawił krok naprzód z wycelowaną bronią.

 – Eh? – odezwał się Nezumi z udawanym zaskoczeniem. – Och, hej, zaczekałbyś chwilkę? Masz zamiar zastrzelić mnie tu na miejscu? Nie zapędzasz się lekko? Wolałbym najpierw wezwać adwokata.

Mężczyzna bez słowa położył palec na spuście.

 – Jesteś tego pewien? Jesteśmy cennymi próbkami.

Mężczyzna zatrzymał się w połowie ruchu. Zareagował na słowo „próbka".

 – Próbkami... mówisz?

 – No. Zbieracie próbki, co nie? Do projektu najwspanialszego burmistrza.

Mężczyźni poruszyli się niezręcznie, wymieniając przelotne spojrzenia. Przez ułamek sekundy byli całkiem bezradni.

Tsukiyo wybiegła spod ubrania Nezumiego, skoczyła w górę i ugryzła nos jednego ze strażników.

 – Ała! – Mężczyzna poleciał do tyłu. Nóż Nezumiego rozciął jego nadgarstek. Krew rozbryzgała się dookoła, znacząc ściany czerwonym wzorem. Wyrwawszy broń upadającemu napastnikowi, Nezumi wycelował od tyłu w drugiego z gromady i pociągnął za spust.

Postrzelił jednego w ramię, a drugiego w dłoń; obaj mężczyźni skulili się z bólu. Nezumi obrócił się na jednej nodze, jakby tańczył i strzelił laserem tym razem w ścianę. Potem ją kopnął. Tsukiyo wspięła się po jego ramieniu.

 – Otwarte.

Ukazała się im przestrzeń dość duża, by przecisnąć się nią kucając. W środku panowała niezmącona ciemność.

 – Uch... boli...

 – K–Ktokolwiek!

 – Pomocy... pomocy... – jęczeli mężczyźni. Shion słyszał już przyspieszone kroki. Więcej żołnierzy, każdy z bronią w dłoni, zbliżali się do nich coraz szybciej.

Tak jak przewidział, rozciągały się przed nimi strome schody, niemal przypominające drabinę. Shion zdjął swój fartuch i przywiązał jeden koniec do klamki, a drugi do poręczy schodów. Nie było to długoterminowe rozwiązanie, ale kupiłoby im trochę czasu.

Nezumi przerzucił broń przez ramię i wspinał się lekko po stopniach. Shion szedł za nim. Schody prowadziły w górę, wprost w ciemności.

Jego oddech stawał się cięższy. Pot kuł go w oczy. Stopy były o krok od poślizgnięcia się. Shion naciskał na siebie desperacko. Moment spóźnienia mógł go kosztować życie. Zagroziłby nie tylko sobie, ale i Nezumiemu. Chciał unikać stawiania go w niebezpiecznej sytuacji wszelkimi środkami. Wiedział, że od samego początku był dla Nezumiego wielkim ciężarem, ale nie chciał narażać go jeszcze w taki sposób.

Nezumi mruknął coś pod nosem.

 – Co? Nie słyszałem.

 – Nic. ...Po prostu dziwi mnie, że nawet nie wydziwiałeś.

 – Nie wydziwiałem?

 – Z tymi żołnierzami. Wiesz, było tam sporo krwi. Normalnie walnąłbyś jakiś wykład o tym, że nie można krzywdzić innych.

 – Och... – „Więc to miał na myśli”.

Krzyki rozbrzmiały w jego uszach. Nie należały do żołnierzy. Słyszał głosy ludzi, których życia wyrwano niesprawiedliwie w podziemiach Zakładu Karnego.

„Boli. Nie mogę oddychać. Pomocy”.

„O Boże, o Boże. Dlaczego muszę tak cierpieć?”

„Zabijcie mnie. Proszę, uwolnijcie mnie od bólu...”

„Pomocy, pomocy, pomocy, pomocy, ktokolwiek”.

Czym były ślady krwi na turkusowej podłodze w porównaniu z tą brutalnością i bezlitosnością? Żołnierze otrzymaliby opiekę medyczną od ich zbliżających się kompanów. Ale tamci ludzie...

Ci poświęceni w Polowaniu, ci zamordowani ludzie nie mieli nawet jak uciec od cierpienia w chwili śmierci. Ich jęki, oddechy, płacze, ich krzyki. Wszystko to odbijało się w jego uszach.

 – Nie mieliśmy wyboru – przemówił do pleców Nezumiego zza kurtyny mroku. – Nic na to nie poradzimy. Musimy pokonać wroga. Gdybyś ich nie zdjął, zostałbym zabity.

Nezumi stanął. Shion widział parę szarych oczu. Jego serce stało się niespokojne.

„Nawet w tych ciemnościach twoje oczy błyszczą elegancją”.

 – Nie mieliśmy wyboru... naprawdę tak myślisz?

 – Tak.

 – ...Rozumiem. – Nezumi znowu ruszył. Szedł szybko. Shion ledwie za nim nadążał.

 – Shion.

 – Hm?

 – Do tej pory nadal mogliśmy być dla nich łagodni, ale od teraz nie będzie już na to szansy. Masz rację: musimy pokonać wroga, albo zostaniemy zabici.

 – Tak.

 – Jeśli nam się nie uda... – Shion nie usłyszał reszty. Wytrzeszczył oczy w mroku.

 – Nezumi, nie słyszę cię. Mów trochę głośniej.

 – Nie... nieważne. – Nezumi odetchnął cicho w ciemności.

„Wzdycham”. 


Zamknął usta.

„ Nigdy nie wzdychaj z powagą".

To były ostatnie słowa staruszki, która uratowała go z płomieni pochłaniających ich las, wioskę i domy. Wychowywała go dopóki nie skończył pięciu lat.

„Przygryź wargi aż do krwi zanim pozwolisz sobie westchnąć. Odwróć się od bólu. Nigdy nie patrz w dół. Spoglądaj naprzód. I co najważniejsze...”

„Nigdy nikomu nie ufaj. Nigdy nie otwieraj serca. Pamiętaj o tym. Musisz wyryć te słowa w swojej pamięci, żeby przeżyć”.

Powtarzał to sobie bez przerwy. Nie to żeby zapomniał. Każde słowo, każda litera wyryła się głęboko w jego sercu – jak mantra, jak klątwa.

„ Wzdychanie otwiera wejście, pokazuje słabość. Jeśli chcesz się utrzymać przy życiu, trzymaj usta zamknięte. Nigdy nie pozwól nikomu dostrzec twoich słabych punktów. Nie pozwól sercu być ciepłym dla nikogo. Ufaj tylko sobie.”.

„Chociaż ty... Chociaż ty musisz przetrwać... chociaż ty...”

Złapał poręcz.

„Wybacz, babciu. Sprzeciwiłem ci się. Wzdychałem wiele razy dla kogoś innego. Uwierzyłem mu i otworzyłem na niego serce. Sam zakułem w kajdany własne nogi. Ale nie mógłbym zrobić inaczej. Nie mógłbym go odepchnąć”.

 – Nezumi – zawołał Shion. Tracił oddech. Pewnie zużył już większość swojej energii. – O czym myślisz?

 – Chcesz wiedzieć, o czym myślę? O dostaniu się na górę bezpiecznie. I może trochę zastanawiam się, co nas tam spotka.

„O tobie, Shion”.

„Myślałem o tobie”. 



„Powiedziałeś, że nie mieliśmy wyboru. Byli wrogami, więc musieliśmy ich zranić. Gdybyśmy ich nie zabili, sami zostalibyśmy zabici. Dlatego trzeba się ich było pozbyć.”

„Oto czym jest walka. Zabijamy, albo giniemy: tylko taki istnieje wybór. A w bitwie nie istnieje nic takiego jak sprawiedliwość czy moralność. Wiem o tym. Jestem tego świadom aż do szpiku kości. Ale Shion, czy ty... masz zamiar to zaakceptować? Jesteś w stanie to zrobić? Pozwolisz sobie na to?”

„ – Wszystko widzisz w czerni i bieli. Miłość albo nienawiść. Przyjaciel albo wróg. W murach albo poza nimi. I zawsze mówisz, że można wybrać tylko jedno”. 

„ – Nie wydaje ci się, że mogłaby być trzecia opcja?” 

„Wyśmiałem wtedy twoje słowa. Uznałem je za naiwną fantazję. Ale wiesz co? Tak naprawdę przeraziło mnie to trochę. Bałem się nie tylko twojej naiwności, ale i siły, z jaką mówiłeś o fantazjach, jakby były możliwe do spełnienia. Kiedy cię usłyszałem, tylko przez chwilę – krótką chwilę, przysięgam – widziałem to. Biała ścieżka wyrosła mi przed oczami”.


„Trzecia opcja”.


„Sposób na znalezienie wspólnego spokoju zamiast wściekłości?”


„Droga, na której wybiera się akceptację zamiast zemsty?”


„Coś takiego mogłoby w ogóle istnieć w rzeczywistości? Mogłoby istnieć w ludzkich sercach?”


„Myślałem o tym przez cały czas. Naprawdę nie chcę o tym myśleć, ale twoje słowa uparcie siedzą mi w głowie, ciągle mi przypominając. Mówią mi: „pomyśl o trzeciej opcji, nie odrzucaj jej, nie odwracaj się; wciąż myśl o tej jednej możliwości””.


„Nadal jeszcze nie znalazłem odpowiedzi. Dlatego wciąż się zastanawiam. Wciąż skupiam się na twoich słowach i analizuję je na wszystkie sposoby”.


„Więc o czym ty teraz mówisz, Shion?”


„Nie mamy wyboru”.


„Jeśli w przyszłości w końcu kogoś zabiję... nie, jeśli sam komuś zaszkodzisz – co wtedy? Nadal będziesz to powtarzał?”


„Nie mieliśmy wyboru”.


Byli już u szczytu schodów. W tak ciasnej przestrzeni, że ledwie mogli stać.

 – Shion, nie ma wyjścia.

Nigdzie nie było widać żadnej klamki czy przycisku. Tylko pusta ściana.

„Namieszaliśmy”.

Jego serce podskoczyło. Zimny pot spływał po jego plecach. Jeśli to był ślepy zaułek, nie było dla nich ucieczki. Nie mogli nawet obronić się przed wrogami nadchodzącymi z dołu.

 – W górę – krzyknął Shion. – Wypchnij sufit do góry!

Ciało Nezumiego zadziałało zgodnie z rozkazem Shiona.

Bum!

 Środkowa część sufitu otworzyła się niczym zapadnia. Nezumi odbił się od ziemi i wdrapał na górę. Dokładnie wtedy usłyszał hałas z dołu.

Otworzyli drzwi.

 – Są u góry! Celować w nich! – unikalny suchy dźwięk wystrzału rozdarł powietrze.

 – Shion! – Wyciągnął dłoń i poczuł jak Shion łapie ją mocno. Wciągnął go do góry.

 – Agh! – jęknął krótko Shion.

 – Dostałeś?

 – ...jest dobrze. Tylko draśnięcie.

Gdy już zamknęli drzwi, cały hałas ucichł, a wokół nich pozostała tylko pusta cisza. Shion wypuścił powietrze.

 – Boli?

 – Nie... to nic takiego.

 – Pierwszy raz, co?

 – Hm?

 – Pierwszy raz cię postrzelili. Wygląda na snajperkę, a to dość... stara broń. Ulizany wygląd, śmiertelna celność. Strasznej panience się spodobałeś.

 – Ach tak. Cóż, jak ładna by nie była, raczej nie chciałbym iść z nią na więcej randek – zaśmiał się cicho Shion, obwiązując łydkę.

Pewnie mocno się nadwyrężał. Ale to oznaczało, że wciąż było go stać na więcej, a rana nie była tak poważna, żeby nie mógł iść naprzód. Nie żeby to, jak poważna byłaby rana, w ogóle miało jakieś
znaczenie – musieli iść dalej. Nie mogli pozostać w jednym miejscu.

Dlatego o nic więcej nie pytał już Shiona. Nie martwił się o niego. Po prostu musieli razem iść przed siebie.

 – Shion, gdzie jesteśmy?

 – Część starego systemu wentylacyjnego. Wydaje mi się, że używali go zaraz po wybudowaniu budynku. Ale szybko dobudowali nowe, zewnętrzne, wzmocnione ściany. Dodali urządzenia filtrujące powietrze, a te przewody wyszły z użytku.

 – A więc przestali ich używać, kiedy Zakład Karny zamienił się w twierdzę. Czyli stare wentylatory muszą być... tu. – Nezumi wyciągnął dłoń wskazując prostokątny tunel.

 – Co jest tam na dole? – zapytał.

 – Pewnie ślepy zaułek. Chyba częściowo go zablokowali.

 – Tak myślałem. Domyśliłem się, że to raczej nie będzie tak proste jak dostanie się do wewnętrznego rdzenia wentylacją.

 – Tak. Ale musimy zajść tak daleko, jak damy radę.

Miał rację. Nie było dla nich powrotu. Ale nie mieli innego wyjścia, jak tylko iść tak daleko jak mogli.

 – Shion, przytrzymam cię. Chodźmy.

 – Okej.

Shion zanurkował do dziury zwinniej niż Nezumi się spodziewał. Poczuł śliską krew pomagając Shionowi z nogą. Zacisnął dłoń w pięść.

 – Hej, to się otwiera. – Górna połowa ciała żołnierza wyjrzała przez otwór. Gdy tylko usadził się chcąc wyjść, Nezumi kopnął go w podbródek tak, że odchylił się do tyłu i odwrócił jego broń lufą w dół. Wsadził go z powrotem do otworu i przez szparę zaczął strzelać. Słyszał ciała zwalające się w dół schodów. Zamknął zapadnię i przetoczył nieprzytomne ciało żołnierza na bok.

 – Ma niezły piwny brzuszek. Posłuży za dobry obciążnik. – Nezumi przekopywał się przez jego kieszenie, niemal gwiżdżąc.

 – Nezumi, co ty robisz? Pospiesz się – wołał Shion.

 – Nie popędzaj mnie. Musimy wziąć wszystko, co znajdziemy – odpowiedział.

Wszedł do dziury. Była ciasna. Musiał leżeć płasko na brzuchu, żeby móc się w ogóle poruszać. Tsukiyo wydostała się spod jego ubrania i pobiegła przodem.

 – Tu jest jak w mysiej dziurze – stwierdził czczo Shion.

„Ciągle ma rozum” – pomyślał przelotnie. Chłopiec był spokojniejszy niż się spodziewał. Nie był to ignorancki rodzaj spokoju; Shion dostatecznie rozumiał swoją sytuację. Czuł niebezpieczeństwo i napięcie, a mimo to nadal potrafił zachować spokój.

„Ale dlaczego?”

 – Nie przeszlibyśmy tędy, gdybyśmy byli grubsi – powiedział z zamyśleniem Shion.

 – Cóż, rzeczywiście.

 – Inukashi zmieściłby się idealnie. Rikiga–san mógłby mieś problemy.

 – Rikiga? Mówisz o starym alkoholiku? Zacznijmy od tego, że w ogóle by tu nie doszedł. Przewróciłby się i zginął jeszcze kiedy biegliśmy korytarzem.

 – Więc do teraz...

 – Zostałaby z niego kupka popiołu. Mdli mnie na samą myśl o pieczonym staruszku.

Pisk, pisk, pisk.

Tsukiyo odpowiedziała za Shiona. Shion zaś zatrzymał się.

 – Ślepa uliczka?

 – Taa.

„Ślepa uliczka. Rozumiem. A więc to tak”.

 – To ślepa uliczka. Ale... – dłoń Shiona przejechała po ścianie. Coś kliknęło lekko, kiedy odpadła od niej jakaś część. Przez szparę przepłynęło światło.

 – Krata. Musi być zablokowane od naszej strony.

 – Co widzisz?

Shion przesunął się na bok, tworząc przejście. Nezumi spojrzał przez plastikowe okratowanie.

Czysty i duży pokój, przypominający laboratorium. Wprost przed nimi znajdowało się wielkie, szklane okno, przed którym kuliło się kilkoro naukowców, patrzących przez nie i rozmawiających z ożywieniem. Mężczyzna powiedział coś z majestatycznym gestem, a długowłosa kobieta uśmiechnęła się, wyszczerzając zęby. Oboje trzymali kubki, nad którymi unosiły się obłoki pary. Z daleka od nich stało kilkoro innych członków załogi, wpatrujących się w ekrany komputerów. Niedaleko stał również przygarbiony mężczyzna, przestępujący z nogi na nogę.

 – Wygląda na wygodny pokój – skomentował Nezumi. – Może daliby mi użyć prysznica, gdybym poprosił. Złóżmy im wizytę.

 – Co? Nie możemy przejść przez tak małą szparkę.

 – Jeśli jest za mała, trzeba ją tylko powiększyć.

 – Eh?

 – Odsuń się, Shion. Wycofaj się, nie przesuwaj.

 – Nezumi, co masz zamiar zrobić?

 – Po prostu patrz.

 – Czy to... miniaturowa bomba? – Shion przełknął ślinę.

 – No. A konkretnie mikrobomba w kształcie monety. Ma nawet timer i da się ustawić, jak wielka ma być eksplozja. To był dobry zakup.

 – Gdzie ją kupiłeś? Nawet nie zauważyłem.

 – Ty specjalnie udajesz debila? – powiedział Nezumi z irytacją. – Myślisz, że kiedy miałem to kupić, odkąd tu jesteśmy? Zwinąłem tamtemu grubasowi. Z resztą, mniejsza o to. Shion, odsuń się. Jeszcze trochę. I zabierz Tsukiyo.

 – O tu?

 – Doskonale. Zakryj głowę dłońmi. Wyskoczymy, kiedy tylko wybuchnie. Bądź gotów.

Bomba ustawiona.

Nezumi odwinął swój płaszcz z superfibry i zakrył nim głowę. Cofał się dopóki jego stopy nie dotknęły ramion Shiona.

 – Nezumi.

 – Co?

 – Teraz jest tak, jakbyś mnie osłaniał. Może i nic mi się nie stanie, ale tobie...

 – Debil. Kto, do cholery, przejmowałby się kto gdzie leży w takim miejscu? Przestań marnować oddech.

„Jak bardzo może jeszcze zgłupieć?”

„Co za idiota”. Ale to właśnie pasowało do Shiona. Niezależnie od sytuacji, nigdy nie zapominał o innych. Naprawdę, pasowało to do niego.

Ulga wykiełkowała na dnie jego serca.

Bum.

Eksplozja. I powiew. Powietrze przewiało ciasny tunel. Tsukiyo pisnęła z przerażeniem.

 – Shion! Nic ci nie jest?

 – Oczywiście. Ani mi, ani Tsukiyo.

 – Dobrze.

Nie było żadnego kurzu. Bomba była naprawdę silna i, chociaż Nezumi ustawił ją na najsłabszą eksplozję, wyrwała całkiem spory kawał ściany.

Zeskoczyli na dół. Krzyki rozległy się wokoło. Personel rozbiegł się po pomieszczeniu.

 – Kim jesteście?! – gruby mężczyzna wyciągnął broń spod białego kitla. Nezumi podbiegł do niego i uderzył szybko bokiem dłoni w podstawę szyi. Mężczyzna padł przed siebie na brzuch.

Rozległy się dzwonki alarmu.

„Biec tak dalej?”

Nie mogli zostać tam zbyt długo. W kilkadziesiąt sekund żołnierze pojawiliby się w pokoju. Nie miał innego wyboru, jak tylko biec. Ale dokąd?

 – Shion, co dalej? Daj mi rozkaz. Szybko.

Nie było odpowiedzi.

„Shion, co jest? Nie mów mi, że...”

Zimny pot spłynął po jego plecach.

Odwrócił się, by ujrzeć Shiona wpatrującego się w okno, przyglądającego się mu tak, jak wcześniej naukowcy. Słabe światło odbijało się od doskonale wypolerowanego szklanego panelu.

 – Co ty, do cholery, robisz? Rusz się!

Shion powoli odwrócił twarz do Nezumiego. Był kompletnie blady. Jego ruchy zesztywniały, jakby był drewnianą kłodą. Nezumi nigdy wcześniej nie widział go z takim wyrazem twarzy.

„Co się stało?”

Gdy tylko zaczął myśleć, doszło do niego, że nogawka spodni Shiona przesiąkła czerwienią. Rana od postrzału była głęboka.

„Mdleje od utraty krwi”. Taka była jego pierwsza myśl.

 – Shion, nic ci nie jest?

Para ust zatrzęsła się lekko na bladej jak ściana twarzy.

 – Nezumi... to... – uciął Shion i przełknął ślinę z trudnością. – Co to jest...?

 – Eh?

Nie było czasu na zatrzymywanie się. Wiedział o tym dość dobrze, ale wyraz twarzy Shiona skutecznie zatrzymywał go u jego boku. Zahaczył o coś stopą. To była drewniana ramka ze zdjęciem. Widniała na nim kobieta z chłopcem na ramionach, około dziesięcioletnim. Pewnie spadła z biurka któregoś z pracowników. Wyglądała na przestarzałą ramkę elektroniczną. Zarówno kobieta jak i chłopiec uśmiechali się ze zdjęcia z zakłopotaniem.

Uniósł wzrok i spojrzał na szybę przed nim.

Przestrzeń za nią znajdowała się kondygnację niżej, jakby zatapiała się w ziemię. Sufit zaś znajdował się proporcjonalnie wyżej. Pokój miał białe ściany.

 – Gh...

Odskoczył instynktownie.

„Co... to jest?”

==Koniec rozdziału 3== 

((Z tym ,,to chyba wszystko'' ściemniałam, jak się domyślacie .w. to jakie teorie na dzisiejszy wieczór? >:D))