Staram się dodawać nowe posty w niedziele. Staram się.



Zakończono tłumaczenie No.6.


Dziękujemy za wszystkie podziękowania. To był miły rok z hakiem. I późniejszy rok. I chyba jeszcze jeden. Te dwa późniejsze składały się z czytania Waszych komentarzy. I tak dzięki.

(Do pań profesor jeśli przypadkiem odwołam się do tego na maturze: przepraszam, ja naprawdę tłumaczyłam to w gimnazjum. Ale prawdziwa książka istnieje. Obiecuję.)


Wszystkie rozdziały można znaleźć w zakładce ,,No.6''/,,No.6 Beyond''.


Kup powieść i mangę w oryginale, wspomóż panią Asano.


Tłumaczenie: Kuroneko
Korekta: Ayo, Dżun

czwartek, 2 sierpnia 2012

Tom VII: Rozdział 1


((Long time no see~ tęskniliście? Tęskniliście, wiem to. Okej, dzisiaj pooglądacie chłopców jak to biegają po białych korytarzach. Miłej zabawy~))


W końcu tu jesteś.

Czekałam na ciebie.


Rozdział 1

Ostatni uścisk


Tu sobie stałą założę siedzibę,
Gdy z tego ciała znużonego światem
Otrząsnę jarzmo gwiazd zawistnych. Oczy,
Spojrzyjcie po raz ostatni! ramiona,
Po raz ostatni zegnijcie się w uścisk!

Romeo i Julia, Akt V Scena III



Poraziła go biel światła.

Było oślepiające.

Obezwładniające.

Błyszczące miejsce, pochłonięte przez światło.

Bez wątpienia – to właśnie był świat No.6.

„Tak, No.6 zawsze takie było. Opływające światłem; wypuszczające je. Wróciłem”. ‒ Shion zacisnął dłoń w pięść. Poczuł klepnięcie w plecy.

 ‒ Weź głęboki oddech ‒ powiedział Nezumi. ‒ Odetchnij i pozbądź się wszelkich emocji. Sekunda wahania czy podniecenia może cię kosztować życie. Nie odpływaj.

 ‒ Jasne. Ty też. Idź za mną i nie próbuj nawet się potknąć. ‒ Nagle poczuł jak śmiech pcha mu się do gardła. Łaskotał go w piersi.

 ‒ Co? ‒ Nezumi cofnął podbródek. ‒ Czego się szczerzysz?

 ‒ Nie... po prostu pomyślałem, jakie to wspaniałe uczucie, móc do ciebie powiedzieć: „idź za mną”. Wcześniej to od ciebie zawsze to słyszałem.

 ‒ ...Wiesz, Shion, jesteś... ‒ Nezumi zamknął usta w połowie zdania i pokręcił głową.

Drzwi otworzyły się na oścież, a światło spadło kaskadą na ich głowy.

 ‒ Chodźmy, Nezumi. ‒ Shion rozluźnił dłoń i zanurzył ją w białym świetle.


„Uśmiechnął się?” ‒ Nezumi pokręcił głową i przygryzł wargę. Tylko odrobinkę, a jednak zdawało mu się, że się dusi. ‒ „Jakim cudem może się uśmiechać w takiej chwili? I to z głębi serca, jakby naprawdę był szczęśliwy”. ‒ To nie była brawura ani maska. W momencie, w którym naprawdę wkroczyli do Zakładu Karnego, Shion się uśmiechał.

„Po prostu pomyślałem jakie to wspaniałe uczucie, móc do ciebie powiedzieć: „idź za mną”„.

„Co to, do cholery, miało być? Czy my jesteśmy jakąś parą uczniów, gadającą i śmiejącą się w drodze ze szkoły? Dlaczego? Dlaczego wyglądasz, jakbyś w ogóle się nie denerwował? Czy ty nie pojmujesz, w jakiej jesteś sytuacji?”

Mógł wymyślać tyle obelg, ile tylko zechciał.

„A jednak” ‒ mruknął Nezumi prawie bezgłośnie, ‒ „to wciąż niesamowite”. ‒ Trwoga przewyższała jego chęć znieważenia Shiona i nic nie mógł na to poradzić.

„Nie mogę się tak uśmiechać. Śmiać się tak niewinnie i beztrosko ‒ to mi się nie przydarzy. Za chwilę znajdę się w miejscu, które równie dobrze mogłoby okazać się polem minowym. Nie mam energii na śmiech”.

Nie bał się. Nie miał zamiaru stchórzyć. A jednak czuł napięcie. W tym stanie był gotów do walki. Potrzebował tego jakiegoś wewnętrznego bodźca, by zręcznie ominąć pole rażenia wroga i móc się obrócić, zatapiając szpony w jego gardle. Shion tego w sobie nie miał. Jego osobowość tego nie dopuszczała.
Wiele razy Nezumi był przez niego zdenerwowany. „Gdzie zostawiłeś te swoje szpony i kły?” ‒ myślał. Uderzył nawet Shiona w policzek z czystej frustracji.

Miał Shiona za tchórza. Był słabeuszem, znacznie wrażliwszym od Nezumiego. Niczym nowo wyklute pisklę bezbronne i bezsilne. Nie posiadał żadnych umiejętności potrzebnych do przetrwania w trudnej rzeczywistości. A jednak nie znaczyło to, że Nezumi ganił czy patrzył z góry na Shiona.

Przeciwnie, czuł, że musi go chronić. Gdyby nie robił tego całą swoją siłą, Shion nie byłby w stanie przetrwać. Zostałby od razu zmiażdżony. Nezumi szczerze w to niegdyś wierzył.

I całkowicie się pomylił.

„Przyjąłem niepotwierdzone fakty i to moja głupia pomyłka”. ‒ Zrozumiał to już dawno.

Shion wcale nie był słaby. Dlatego zdołał dojść tak daleko. Nie zostałby zmiażdżony; właściwie był od tego daleki ‒ trzymał się dzielnie. Czołgał się własnymi siłami. Podniósł się z tej brutalnej rzeczywistości, stanął na własnych nogach, a nawet się uśmiechał.

„Uśmiechał, hę. Prawda. Ty zrobisz, co do ciebie należy po swojemu, a ja po swojemu i wyjdziemy z tego”.

Uspokoił oddech.

„Tutaj się wszystko zaczyna, Shion”.

Nawet w najmniejszym stopniu nie potrafił przewidzieć, co mogło się stać i co na nich tak właściwie czekało.

Otchłań?

Czy może cud?

Wydostaną się z tego czy pozostaną tu na zawsze?

Nie mógł sobie wyobrazić, co mogło wydarzyć się za kilka sekund.

„Co się stanie...?”

„Czy kiedy przebiegniemy przez linię mety, nadal będziesz się śmiał? Czy będziesz potrafił się uśmiechać, tak jak teraz i takim już pozostaniesz?”

 ‒ Chodźmy, Nezumi ‒ Shion utonął w białym świetle. Musiał za nim iść i nie potknąć się gdzieś z tyłu. Nezumi kiwnął głową i również zanurzył się w bieli.


Punkt X. Tak oznaczony był na planie budynku. Drzwi w sektorze PO1‒Z22. Jedyne miejsce, w którym podziemna pustka łączyła się z poziomem gruntu.

Gdy drzwi się otworzyły, stworzyły przejście między podziemną przestrzenią a Zakładem Karnym. Przez to dawało się odczuć różnicę w ciśnieniu powietrza i jego silniejszy przepływ.

Shion pobiegł w prawo. W jego myślach wyrósł plan otrzymany od Fury, jakby naprawdę miał go przed sobą.

 ‒ Piętnaście kroków na prawo. Dopóki tam nie dojdziemy, jesteśmy bezpieczni. Nie ma żadnych sensorów. Potem dotrzemy do schodów.

 ‒ A tam?

 ‒ Lasery. Jeden na drugim stopniu, pod kątem 45 stopni; następny na ścianie, 15 centymetrów nad podłogą, przebiega równolegle. Kolejny na jedenastym stopniu, pod kątem sześćdziesięciu. Jeśli je ominiemy, ochrona o niczym się nie dowie.

 ‒ Hm. Dość niedbale z ich strony.

 ‒ Tylko w tym miejscu. ‒ Byli w piwnicy Zakładu Karnego. Pomijając Punkt X, nic nie miało kontaktu ze światem zewnętrznym, a więc nie potrzeba było żadnych drzwi czy okien. Pracownicy zakładu, personel oraz goście, posiadali odpowiednie chipy identyfikacyjne. Przez co nie musieli się martwić o sensory przy schodach czy windach. Jednak bez nich można było się tu dostać jedynie poprzez podziemną przestrzeń.

Dochodził do tego fakt, że w piwnicy brak było ważnych departamentów, przez co ryzyko infiltracji było bliskie zeru. Stąd też kwestia ochrony była tu w pewnym stopniu pominięta.

Nikt pewnie nie przewidywał, że Punkt X czy sektor PO1‒Z22 kiedykolwiek zostanie otwarty.

 ‒ Nezumi.

 ‒ Hm?

 ‒ Jak myślisz, ile czasu możemy sobie kupić?

 ‒ Jedną... nie, przynajmniej dwie minuty.

„Dwie minuty? Damy radę zyskać aż tyle?”  ‒ Ruch w Punkcie X pewnie został już zarejestrowany przez system ochrony. Mogli w ogóle kupić chociaż dwie minuty, zanim pracownicy zorientowaliby się, że coś się dzieje i podjęli odpowiednie działania?

 ‒ Inukashi wykorzystuje swoją magię ‒ stwierdził Nezumi. ‒ Pewnie mają tam teraz niezły bałagan.

 ‒ Bałagan?

 ‒ Potem zrozumiesz. Festiwal dopiero się zaczyna. W każdym razie, mamy całe dwie minuty. Do naszego użytku.

 ‒ Dwie minuty, hę...

 ‒ Prawie jak wieczność, nie sądzisz?

 ‒ Pewnie, że tak ‒ odpowiedział sucho Shion.

Drugi stopień, 45 stopni; ściana przy schodach, 15 centymetrów, równolegle; jedenasty stopień, 60 stopni. Wspinali się po schodach. Jako że nie mogli po prostu po nich w biec, zajęło im to około minuty i sześciu sekund.

Od tego piętra zaczynała się nadziemna część Zakładu Karnego. Znajdował się tam hol wejściowy, którym wchodząc i wychodząc przewijała się największa masa ludzi. Personel przechodził przez inne bramy niż więźniowie. Stąd rozchodzili się do poszczególnych stanowisk pracy. Im wyższe piętro, tym lepiej było strzeżone.

Oni zaś zmierzali na ostatnie piętro.

Była to najdalsza i najgłębsza część Zakładu Karnego, otoczona wieloma warstwami systemów bezpieczeństwa. Nie zmierzali ku części więziennej, wystającej niczym guz z głównej wieży.
Najgłębsza część Zakładu Karnego. Tam właśnie była Safu.

Shion po prostu to wiedział.

Safu należała do elity, a takich ludzi nie potraktowałoby jak reszty społeczeństwa. Wybrańcy umieszczani byli w najlepszym środowisku edukacyjnym już od najmłodszych lat. Poświęcanie czasu, pieniędzy i pracy w rozwijanie członków tej elity było fundamentalną polisą No.6.

Shion nie mógł sobie wyobrazić No.6 zamykającego członka elity, którego wychowali tak ostrożnie wraz z innymi więźniami. Gdyby została aresztowana ze względu na związek z nim, jego matka Karan od dawna nie byłaby bezpieczna.

A jednak to Safu zabrano, nie Karan.

A więc nie mogła zostać aresztowana przez niego, a przez coś, co zwróciło na nią uwagę miasta. Być może chodziło o to, że należała do elity, nie miała rodziców, a może o to, że była kobietą...

 ‒ Status Zbioru Próbek... Pamiętam, że w danych Ministerstwa Zdrowia i Higieny była taka sekcja ‒ wyznał im Fura. Próbka. Preparat. Okaz.

No.6 zbierało próbki z miasta, trzymając je w sekrecie. Mieszkańcy byli zabierani i ubezwłasnowolniani. Z całą pewnością miało to związek z plotkami o poruszeniu i anomaliach w mieście.

Tego też Shion był pewien.

Jeśli Safu była próbką spełniającą ich wymagania, mogła być dla nich użyteczna. Potrzebowaliby tylko porządnego sprzętu, mogącego poradzić sobie z tak cenną próbką.

Dlatego właśnie Safu musiała być na najwyższym piętrze, w specjalnej sekcji w najdalszym krańcu Zakładu. Nie miał stuprocentowej pewności, ale prawdopodobieństwo było spore.

Shion poczuł silny dreszcz.

Nie wywołało go No.6, a on sam.


„Jak potraktowałbym cenną próbkę?” ‒ Dreszcze przechodziły go, gdy się nad tym zastanawiał. Miał gęsią skórkę przez myśli, w których występowała Safu.

„Muszę być spokojny i racjonalny. Muszę wytrwać w tym stanie; tego potrzebuję najbardziej, zwłaszcza w niebezpieczeństwie”.

„Nie pozwól się rozproszyć, nie pozwól się oszukać, nie strać wzroku z celu”.

Nezumi go tego nauczył.

Bycie spokojnym oznaczało tłumienie burzy uczuć. Niespokojne fale jego ludzkich emocji napływały bez przerwy do jego serca; jemu zaś udawało się je utrzymać kilka centymetrów pod powierzchnią. Tak właśnie było. Gdyby pozwolił sobie spuścić wzrok z celu i ponieść się uczuciom, pozostałoby z niego tylko stworzenie pozbawione serca.

„A teraz mogę powiedzieć, że nie jestem bez serca? Może jakaś część mnie stała się już kompletnie zimna, a ja po prostu mylę ją ze spokojem”.

Zacisnął zęby.

„Nie daj się rozproszyć, nie daj się oszukać, nie spuszczaj wzroku z celu. I nie wałęsaj się”.


„To nie czas na gubienie drogi”.

Usłyszeli kroki. Dwie pary. Cięższe i lżejsze.

 ‒ Dlaczego tak okropnie śmierdzi? Nie mogę tego znieść. ‒ Dwóch mężczyzn w białych płaszczach zbiegło ze schodów. Obydwaj przytykali chusteczki do nosów. Człowiek o cięższych stopach zdawał się mieć około czterdziestu lat; jego towarzysz zaś wciąż był młody i chudy.

Shion przykucnął w cieniu poręczy. Mężczyźni zatrzymali się tuż przed jego oczami i odetchnęli głęboko.

 ‒ Chyba zemdleję. Co to, do diabła, za smród? ‒ burknął mężczyzna w średnim wieku.

 ‒ Wygląda na to, że roboty sprzątające się zepsuły. Zamiast sprzątać, wszystko rozrzucają, a przynajmniej tak słyszałem ‒ odpowiedział młodszy, pocierając brew. Starszy mężczyzna zdecydowanie nie czuł się zbyt dobrze, wnioskując z jego pozbawionej wszelkich kolorów twarzy.

 ‒ W tym smrodzie po prostu nie da się niczego skończyć. Czuję się jakby nos miał mi odpaść ‒ narzekał.

 ‒ Nieznośne, czyż nie? Podejrzewa pan może, że to z powodu... wie pan, tego?

 ‒ Tego?

 ‒ Dziś jest Święty Dzień. Pewnie to jakaś kara boska za to, że pracujemy w święto.

 ‒ Nic nie da się na to poradzić. Kiedy pracujesz dla organizacji badawczej, nie możesz dostawać wolnego za każdym razem, kiedy dostaje je cała reszta. Chociaż to raczej nienaukowe z twojej strony, mówić o rzeczach takich jak „kara boska”.

 ‒ Rzeczywiście ‒ mężczyzna ucichł na chwilę. ‒ Ale ostatnio czuję, że zaczęło mnie to prześladować...

 ‒ Prześladuje cię? Co takiego?

 ‒ ...Myśl o tym, że może pewnego dnia Bóg postanowi nas ukarać. To, że jeśli nadal będziemy tak żyć, prędzej czy później będziemy musieli za to zapłacić.

 ‒ Co? A kto niby mógłby nas za coś ukarać? Jesteś pewien, że ten smród nie utrudnia ci trzeźwego myślenia? ‒ powiedział sarkastycznie starszy. ‒ ...Słuchaj mnie teraz: nawet jeśli będziesz miał jakieś nienaukowe myśli, nie wypowiadaj ich na głos, bo zarobisz sobie na reputację bezwartościowego obywatela. I będziesz mógł zapomnieć o karierze naukowca.

Młodszy mężczyzna wzruszył ramionami i zapadła cisza.

Shion odwrócił się do Nezumiego i spojrzeniem dał mu znak. Nezumi zareagował niemal dokładnie w tym samym momencie. Wykręcił rękę stojącego przed nim mężczyzny i przycisnął nóż do jego gardła. Shion również wyskoczył i wykręcił ramię młodszego z naukowców za jego plecami.

 ‒ C‒co...

 ‒ Ani drgnij. Bądź cicho. Wydaj dźwięk, a zginiesz. ‒ Głos Nezumiego był niski, ciężki i zimny. Przemawiał tonem mordercy. Wzbudzał w ludziach strach i skutecznie zapobiegał wszelkim próbom oporu.

Shion po raz kolejny spotkał się z faktem, że Nezumi był niesamowicie dobrym aktorem.

 ‒ Ty też ‒ wyszeptał do ucha młodszego mężczyzny. Choć nie poszło mu tak dobrze jak Nezumiemu. Jednak w przypadku Nezumiego, dużą rolę odgrywał zarówno jego głos jak i srebrny nóż. Żaden z mężczyzn nie miał zamiaru się wyrywać. Stali sztywno jak kłody. Tylko ich nogi lekko dygotały.

 ‒ Drzwi na prawo ‒ odezwał się Shion. ‒ Przytrzymaj identyfikator, który ma na piersi, przy sensorze.

Nezumi kiwnął głową i umieścił naukowca przed drzwiami, z ramieniem wciąż skręconym za plecami. Sensor wbudowany w górną część drzwi aktywował się i wyłączył zamek.

Drzwi otworzyły się lekko.

 ‒ Przebieralnia ‒ powiedział Nezumi.

 ‒ Tak.

 ‒ Doskonale. Idealne miejsce na ukrycie tych dżentelmenów ‒ Jeszcze zanim skończył mówić, Nezumi obrócił się szybko i wbił pięść w brzuch człowieka, którego więził chwilę temu. Shion popchnął naprzód młodszego. Ten potknął się o własne stopy. Ostrze w dłoni Nezumiego zawisło nad jego szyją. Wszystko zdarzyło się w mgnieniu oka.

Obydwaj mężczyźni zostali wgniecieni w podłogę bez wydania najmniejszego dźwięku.

Zdjęto im kitle i zamknięto ich w ich własnych szafkach. Shion pomyślał przez chwilę, że on i Nezumi muszą przypominać teraz zbiegłych bandytów. Nie czuł się z tym dziwnie ani nie miał wyrzutów sumienia. Jeden szczebel wyżej, jeden krok naprzód. Tak właśnie to określał. Wsunął ręce w rękawy białego płaszcza.

 ‒ Jak wyglądam? ‒ Nezumi zakręcił się w swoim kitlu.

 ‒ Całkiem nieźle.

 ‒ Dzięki. Nadałyby się na kostiumy sceniczne. Chociaż po bokach trochę zwisają. To jak? Te identyfikatory są jak nasze przepustki, czy co?

 ‒ Tak ‒ odpowiedział Shion. ‒ Drzwi się otworzyły, więc co do tego mamy już pewność. ‒ Domyślił się, że nawet No.6 nie kłopotałoby się z zaszczepianiem chipów każdemu pracownikowi Zakładu. Chociaż umieszczenie ich w ludzkich ciałach mogłoby naprawdę wiele utrudnić. Jeśli miasto miało praktykować coś takiego, zaczęłoby od ludzi, którym nie musiałoby takich chipów zabierać, a więc po pierwsze – więźniom. Potem przyszłaby kolej na posiadaczy najbardziej poufnych informacji ‒ tych, którzy mogli dostać się na najwyższe piętro.

Zgadł wcześniej, że pozostały personel będzie używał identyfikatorów, które wyróżniałyby się na pierwszy rzut oka.

Miał rację.

Z tymi identyfikatorami mogli dojść całkiem daleko.

Shion i Nezumi nawiązali kontakt wzrokowy. W tych szarych oczach nie było widać żadnych emocji. Shion z jakiegoś powodu poczuł przez to ulgę. Nieważne, w jakiej znalazłby się sytuacji, miałby to niezachwiane i pewne spojrzenie po swojej stronie. Dla Shiona było niczym filar. Wspierający go przez cały ten czas.

Shion zamknął szafkę.

„Nie, Shion. Od tego miejsca to ty będziesz wyznaczał drogę. Zamiast być rufą, zostaniesz dziobem tego okrętu”. 

Wyszli na korytarz. Odór gnijących śmieci przenikał wszystko dookoła.

 ‒ Hej, co jest? Co to za zapach?

 ‒ W całym budynku go czuć.

 ‒ Słabo mi. Chyba zaraz zemdleję.

Ludzie wybiegali na korytarze, zbiegali ze schodów przyciskając dłońmi chusteczki do ust. Niektórzy byli bledsi od otaczających ich ścian. Inni mieli krople potu na czołach, kolejni zaś bliscy byli płaczu.

Shion uniósł brew, nie przez zapach, ale przez zamieszanie. Niewątpliwie odór był okropny, ale czy powinno się przez to tak unosić?

Przy zapachu roznoszącym się nad targowiskiem w Zachodnim Bloku, ten był niemal jak łąka latem. Tamten smród był znacznie mocniejszy i o wiele bardziej odrażający. Ale nikomu to nie przeszkadzało. Ludzie wściekali się w nim, rozmawiali, pili, czasem śmiali i płakali. Żyli tak każdego dnia.

Ale to, to było tylko...

 ‒ Naprawdę, za grosz odporności ‒ mruknął Nezumi, jakby czując, co dzieje się w sercu Shiona.

„Żadnej odporności. Cóż, to chyba prawda”.

Dezynfekcja, usuwanie zapachu, kontrola wilgotności ‒ sztuczny budynek z wygodnym środowiskiem pracy naturalnie oznaczał pozbywanie się wszystkiego, co nieprzyjemne. No.6 otrzymało nazwę Idealnego Miasta, Świętego Miasta za oczyszczanie i niszczenie wszelkich śmieci, odpadków, bakterii, wirusów, zapachów, odorów i hałasów ‒ absolutnie wszystkich.

No.6 miało własne standardy i nie tolerowało niczego ani nikogo, kto się w nich nie mieścił. Pozbywało się nie tylko hałasu czy bakterii, ale również i ludzi. Odcinało ich bezlitośnie. Większość więźniów Zakładu Karnego nie była przestępcami w dosłownym tego słowa znaczeniu; po prostu przekroczyli normy wyznaczone przez Święte Miasto. Nie zadeklarowali mu swej lojalności albo po prostu się sprzeciwili. Liczba ludzi, których uwięziono z tego powodu, musiała być naprawdę ogromna. Resztę stanowili ci, którzy popełnili zbrodnie z ubóstwa czy głodu. A pod ziemią z bólu skręcali się mieszkańcy Zachodniego Bloku.
Zniszczyć wszystko co niechciane, bez wyjątków.

Taki był właśnie świat No.6.

Wszystkie rezultaty jego polityki zamknięte w tym jednym miejscu.

Jakikolwiek słaby zapach wystarczył, by ludzie zareagowali paniką. Oznaczało to, że fizyczna odporność mieszkańców, zarówno jak i miasta, była niebezpiecznie słaba.

Jakże byli delikatni.

Czyżby Nezumi przewidział tą słabość? Była przecież tylko małą, niemal niezauważalną rysą. Ale nawet rysa dość mała, by zostać przeoczona, mogła stać się zapalnikiem bomby.

Ta słabość, defekt w obronie, mógł przypieczętować los No.6.

„Czyżby i tego domyślił się Nezumi?”

Shion nie wiedział.

Doszło do niego jak niewiele o nim wie. Myślał, że zobaczył jego przeszłość, że dowiedział się, jak się wychował, ale...

Nie wiedział. Znał go w takim samym stopniu jak w dniu, w którym się spotkali.

Nezumi był niemal jak głęboki las.

Nieważne jak głęboko się w niego zapuścił, nigdy nie mógłby objąć całego wzrokiem. Tu rosły kępy kwiatów; tam gałąź uginała się pod ciężarem owoców. W jednym miejscu strumień wybijał się spod ziemi, zaś w innym słychać było jego delikatny szum. Choć łatwo było dotrzeć do takich miejsc, stanowiły one maleńką cząstkę całego ogromu puszczy. Może i wyszedłby spośród drzew na klif. A może napotkałby bestię. Mógł również znaleźć się w kompletnie nieznanym sobie miejscu. Nie miał pojęcia.

Nieważne jak daleko by nie zabrnął, Nezumi nigdy całkiem by się przed nim nie odsłonił. Im bardziej się zagłębiał, tym mniej mógł się dowiedzieć.

„Przeszedłem i zgubiłem się w nieskończonym lesie. Unoszę się jak mieszanka bólu i radości”


W kieszeni Shion znalazł bawełnianą chusteczkę. Użył jej do zakrycia ust i nosa. Nie chodziło mu o ochronę przed smrodem; chciał ukryć swoją twarz. W ten sposób spadało ryzyko ich wykrycia. Nezumi również przycisnął chusteczkę do ust.

Wspięli się po schodach. Odór miarowo narastał. Zaś alarmy bezpieczeństwa nie miały zamiaru się wyłączyć.

Rozległ się dźwięk wypuszczanego powietrza, a stopy Shiona zamarły. Kropla potu spłynęła po jego skroni.

 ‒ Rozpoczęcie usuwania odoru. Zainicjowano procedurę filtracji powietrza. Poziom operacyjny: 8,5. Stan powietrza w budynku powróci do normy za około dwie minuty i szesnaście sekund.

Ogłoszenie wypowiedział mechaniczny głos, imitujący żeński alt. Pyzaty mężczyzna za Shionem wypuścił dużo powietrza. Shion również odetchnął cicho w chusteczkę.

 ‒ Dzięki niebiosom, jesteśmy uratowani. Ten smród to tortura.

 ‒ Nie wydaje mi się, żebym zniosła to jeszcze całe dwie minuty. ‒ Za mężczyzną stała równie szeroka kobieta, której twarz wykrzywiała się ze zniesmaczeniem. Jej skóra była bez skazy, a czerwone, wystające usta dziwnie pociągające. Shion i Nezumi spróbowali prześlizgnąć się cicho.

 ‒ Och... hej, wy dwaj! ‒ zawołał mężczyzna. Serce Shiona podskoczyło.

Bum, bum. Bum, bum.

Jego puls przyspieszał boleśnie. Pot zalewał mu twarz.

Nezumi obrócił głowę, wciąż przyciskając chusteczkę do ust.

 ‒ Tak?

 ‒ Dokąd idziecie?

 ‒ Chcemy... wracać do pracy.

 ‒ Na trzecie piętro?

 ‒ Tak... Trzecie piętro. ‒ Nezumi zakaszlał lekko.

 ‒ Tam u góry odór jest okropny ‒ stwierdził mężczyzna. ‒ Lepiej zejdźcie na dół. Sugerowałbym unikać przez chwilę tego miejsca. Nie wyobrażam sobie, żebyście skończyli teraz jakiekolwiek zadanie.

 ‒ ...Nie możemy za bardzo wychodzić. Musimy się teraz pospieszyć przy pracy...

 ‒ Pospieszyć? Na trzecim piętrze?

 ‒ Tak...

 ‒ Ale trzecie piętro służy do zestawiania zasobów i obsługiwania systemów. Z jakiej jesteście sekcji?

 ‒ Zarządzanie Higieną ‒ odpowiedział Shion. Zobaczył mapę w głowie.

Domyślił się przez rozkład obwodów elektrycznych, że trzecie piętro jest ostatnim z ogólnodostępnych. Od czwartego, specjalnego piętra, obwody zaczynały tworzyć straszliwe pajęczyny. Piętro to połączone było ze skrzydłem, w którym przetrzymywano więźniów. Mobilne bariery ustawione były w równych odstępach na korytarzach, a liczba sensorów była niemal trzy razy większa niż na normalnych piętrach.

Większość pracowników Zakładu mogła dotrzeć najwyżej na trzecie piętro. Nie mieli potrzeby wchodzić wyżej. Jakie sekcje się tam znajdowały? Jeśli dobrze pamiętał, departament Zarządzania Higieną znajdował się gdzieś w dalekim kącie.

 ‒ Źródło tego zapachu nadal nie zostało zidentyfikowane ‒ powiedział z wahaniem Shion. ‒ My z Zarządzania Higieną mamy teraz stan lekkiej paniki. Nie ma żadnych danych o obcych ciałach z zewnątrz, więc jest możliwość, że coś poszło nie tak w budynku...

 ‒ Och, doprawdy? Z danych dostarczonych przez główne systemy wynika, że roboty sprzątające się popsuły i zaczęły rozrzucać wszędzie śmieci. To nie to?

 ‒ Ach, cóż, to... ‒ Zaplątał mu się język. Nezumi odpowiedział niskim, zachrypniętym głosem.

 ‒ Smród wydaje się być za silny. Przeprowadzamy szybkie śledztwo, by dowiedzieć się, czy w śmieci coś się przypadkiem nie wmieszało. W końcu nie mieliśmy jeszcze żadnych spraw... prawdę mówiąc, chyba chcemy zabłysnąć.

 ‒ Hm. Rozumiem. Ale czy zawsze w tej waszej sekcji były takie młodziki?

 ‒ Nie jesteśmy... aż tak młodzi ‒ wydukał Shion.

Mężczyzna pochylił szyję, by mu się przyjrzeć.

 ‒ Co się stało z twoimi włosami? Są całe białe.

Shion nie mógł znaleźć żadnych słów. Zapomniał o swoich włosach ‒ białych, niemal przeźroczystych. Bez wątpienia niesamowicie rzucały się w oczy. Gdyby powiedział, że się taki urodził, ludzie zrobiliby się pewnie jeszcze bardziej podejrzliwi.

„Co zrobić?”

 ‒ Cóż, ja... próbowałem je ufarbować...

 ‒ Och, jak ładnie ‒ uśmiechnęła się kobieta. ‒ Są bardzo ładne. Takie miłe i błyszczące. Czego do nich użyłeś? Opowiedz mi.

 ‒ Sara, przestań z nim flirtować.

 ‒ Słucham? Flirtować? To dopiero niegrzeczne. Nie rozumiem, dlaczego nie możesz być odrobinę bardziej uprzejmy. Och, ten zapach. Mam go dość, tak samo jak i ciebie.

 ‒ Czekaj... hej, Sara! Co to miało znaczyć? Hej! Czekaj chwilę, Sara. Czekaj! ‒ Mężczyzna wytarł pot z brwi i podążył za kobietą.

 ‒ Sprzeczka kochanków, daję głowę. Ten facet pewnie próbuje podrywać wszystkie, jakie mu się nawiną. Może i nawet w pracy ‒ Nezumi wzruszył ramionami. ‒ Ale to nam uratowało tyłki.

Gdyby ten człowiek dalej ich wypytywał, mieliby problemy.

‒ Polepszyłeś się w kłamaniu. Chociaż jeszcze spora droga przed tobą do perfekcyjności.

 ‒ Do pięt ci nie dorastam. Chyba potrzebuję znacznie więcej treningu.

Trzecie piętro składało się z białych ścian i posadzek. Choć było całkiem czyste, nikogo na nim nie było.

 ‒ A więc to pomieszczenia Głównych Systemów? ‒ spytał Nezumi.

 ‒ To z lewej. Pomieszczenie ze szkła. Nezumi, kamera bezpieczeństwa jest tuż nad tobą. Nie patrz na nią. Uważaj. Na suficie będzie też kamera o widoczności 360 stopni, po twojej prawej zaraz po tym jak tam wejdziesz.

 ‒ Przyjąłem.

Wentylacja usuwająca odór ewidentnie pracowała już na pełnych obrotach, a smród zmalał na tyle, że nie dawał się już ludziom w takim stopniu we znaki. Zamieszanie zaczynało cichnąć.

Szklane drzwi otworzyły się automatycznie, a chudy mężczyzna z wystającym podbródkiem wyszedł, niosąc odkurzacz. Wyglądał na chorego; patrzył martwymi oczami i był okropnie blady.

 ‒ Zrobiłem to... naprawdę to zrobiłem ‒ słyszeli jak mruczy pod nosem przechodząc obok nich. ‒ Zrobiłem to... ale... należało im się... należało im się...

 ‒ Idź stąd jak najszybciej ‒ wyszeptał Nezumi do jego pleców. Mężczyzna zatrzymał się w pół kroku i spojrzał na niego chyłkiem.

 ‒ Mówiłeś coś?

 ‒ Kazałem ci stąd iść. Nie grzeb się.

 ‒ Ty...

 ‒ Dobrze się spisałeś. Dobra robota ‒ Jego ton brzmiał jak król chwalący poddanego. Mężczyzna zamrugał. Jego jabłko Adama podskoczyło, gdy przełykał ślinę.

 ‒ Kim... jesteś?

 ‒ Jestem wdzięczny. A teraz się stąd zbieraj. ‒ Nezumi posłał mu uwodzicielski uśmiech i powoli skierował się do pomieszczenia Głównych Systemów. Nie wyglądał jakby mu się spieszyło. Jego kroki odpowiadały krokom uczciwego pracownika powracającego do pracy.

Alarm nadal się nie wyłączał.

„Jeszcze jest dobrze” ‒ Shion zacisnął dłoń w pięść. Czuł na niej pot. Szło im lepiej niż się spodziewał. Jeśli dalej miałoby tak być, może i mogliby dać jakoś radę.

„Nie, nie spuszczaj gardy. Nawet jeden moment nieuwagi może kosztować nas życia”.

Podążając za krokami Nezumiego, Shion również wszedł do pokoju, utrzymując doskonale zwyczajny krok i tempo.

Znaleźli się w sporym pomieszczeniu, podzielonym przez czyste ścianki ze wzmocnionego plastiku. Obie sekcje najbliższe Shionowi i Nezumiemu były puste. Nikogo tam nie było. Te dalsze także nie wykazywały śladu cudzej obecności. Pewnie pouciekali, nie mogąc znieść zapachu. Jednak teraz, gdy odór był już w dużym stopniu usunięty, ludzie powinni zacząć wracać.

 ‒ To musi być strefa zarządzania wentylacją. A...

 ‒ Przycisk do otwierania i zamykania Punktu X też gdzieś tu powinien być. ‒ Wzrok Nezumiego skupił się na prawym górnym rogu panelu kontrolnego. Mały, okrągły przycisk. Wyróżniał się niemal tanim odcieniem zieleni. Nie pasował do tych wszystkich przełączników i paneli dotykowych.

 ‒ A, tak ‒ odezwał się Shion. ‒ Wszystkimi wejściami i wyjściami zarządza się właściwie za tamtą ścianą, a jedyny wyjątek stanowi Punkt X.

 ‒ To dziwne?

 ‒ Nie. Tak jak mówiłeś, te drzwi są nie do sforsowania. Nigdy się nie otworzą. No.6 nie brało pod uwagę, że ktoś mógłby kiedyś przez nie wejść. Oczywiście, od swojej strony też nie mieli zamiaru ich otworzyć. Więc ten przycisk właściwie nie miał dla nich znaczenia. Dlatego nie robiło im różnicy, gdzie go upchną. W końcu i tak nie było sensu na niego uważać.

Gdy mówił, Shion naciskał wielki ekran w centrum panelu kontrolnego. Oczywiście wiedział, że zostawi na nim odciski, ale ekran nie funkcjonowałby, gdyby nie dotknął go bezpośrednio. Włączyłyby się zabezpieczenia, a system zostałby odcięty.

 ‒ To prawda ‒ odpowiedział Nezumi. ‒ To pobłażliwość wynikająca z samozadowolenia. No.6 myśli, że nic na tym świecie nie może mu zagrozić. Śmieszne, nie sądzisz?

Punkt X został stworzony, kiedy Rou zamknięto pod ziemią, choć wtedy były tam pewnie jeszcze jedynie maleńkie groty. Jaskinie same w sobie były więzieniem. A wtedy Zakład Karny zbliżył się nieco do swej obecnej formy ‒ wzniosło się więzienie znacznie lepiej zabezpieczone niż jaskinie. Podziemia, Rou i inni więźniowie zostali kompletnie zapomniani. Albo to, albo ich istnienie zostało po prostu wymazane.

Pozostały tylko drzwi.

Ekran ukazał system wentylacyjny Zakładu Karnego.

 ‒ Nezumi, spójrz na to. ‒ Pewne schody prowadziły z czwartego piętra na piąte, i aż na samą górę.

Każdy stopień miał 120 milimetrów głębokości i 240 milimetrów wysokości. Dość strome zbocze. Schody były zarazem ledwie dość szerokie dla jednej osoby, by się wspiąć.

Nezumi wbił w nie wzrok.

 ‒ Co to?

 ‒ Schody do budowy i napraw. Wszystko jest zazwyczaj regulowane komputerowo, ale raz na jakiś czas pewnie potrzebowaliby ludzkich rąk. Chyba po to w ogóle je zrobili. Chociaż nie wydaje mi się, żeby używano ich często.

Delikatne westchnienie uciekło z ust Nezumiego.

 ‒ Nie miałem pojęcia, że było tu coś takiego. Wiedziałeś o tych schodach cały czas?

 ‒ Nie, po prostu zgadłem ‒ powiedział Shion. ‒ Znalazłem to, kiedy po raz pierwszy oglądałem plan. Była tam dziwna pusta przestrzeń.

 ‒ Nie zauważyłem.

 ‒ To w ścianie. Zobaczyłem wąską przestrzeń pomiędzy ścianami wewnętrznymi a zewnętrznymi. Akurat ta część była większa niż pozostałe.

 ‒ Więc zauważyłeś coś, co ja przeoczyłem.

 ‒ Tak.

Tsk, dźwięk zdenerwowanego cmoknięcia.

 ‒ I co, powitają nas tam jak w parku rozrywki? Nie ma żadnych mechanizmów ochronnych?

 ‒ Nie wiem. Ekran pokazuje jedynie system wentylacji. Nie mogę stwierdzić nic więcej.

 ‒ Mówiłeś, że to była pusta przestrzeń. Nic nie było tam napisane?

 ‒ Nic.

 ‒ A co z drzwiami? Jeśli są schody, muszą do nich prowadzić jakieś drzwi.

 ‒ O tym też nic nie wiem. Nie ma tu nic, co mogłoby mnie naprowadzić na ich ślad.

 ‒ No to nie mamy następnego ruchu.

To prawda, jednak mimo to musieli iść naprzód. A skoro nie mogli użyć centralnych schodów czy windy, to była ich jedyna ścieżka.

Shion wgapiał się w plan dość długo, by usłyszeć jak jego głowa pulsuje, zapamiętując całą jego strukturę. Tylko do tego doszedł.

Ich chipy wyżej już nie mogły ich doprowadzić. Musieli postawić stopy na tych schodach, używając wszelkich dostępnych środków. Gdyby tylko mogli pokonać schody jednym krokiem. Komputer‒matka znajdował się na ostatnim piętrze. Musieli się tam dostać. Musieli tam dotrzeć, cokolwiek by się nie działo.

To była ich jedyna droga.

Właściwie Zakład Karny był niczym prototyp No.6. Wszystkie informacje, działania, funkcje i dane z monitoringu najpierw przechodziły przez procesor komputera‒matki. A to oznaczało, że władza spoczywała w rękach tego, kto mógł kontrolować Matkę bez ograniczeń.

Doskonała hierarchia, w której król ma władzę absolutną ‒ to właśnie chcieli stworzyć. A była to niezwykle rozległa, a zarazem głupia ambicja.

Ludzie mogli kontrolować maszyny. Mogli posiadać i udoskonalać urządzenia. Używać ich jak tylko chcieli. Ale niemożliwym było dla ludzi władanie innymi ludźmi. Nawet imperia, stojące dumnie przez tysiąc lat, upadały po tym milenium. Ludzie nie mogli rządzić innymi ludźmi. System zawsze zostałby zniszczony.

Shion nauczył się tego poza No.6. Ci wewnątrz ‒ rządzący No.6 ‒ raczej nie mieli na to okazji. Dlatego nadal wierzyli w iluzję, że wszystko mogą podbić.

Byli głupcami. Ale właśnie ta głupota otworzyła drzwi intruzom. Jeśli udałoby im się dotrzeć do komputera‒matki, mogliby dowiedzieć się, gdzie zamknięto Safu i zniszczyć cały Zakład Karny, choćby w ciągu sekundy.

Z tak scentralizowanym systemem jak ten, gdzie wszystko koncentruje się w jednym tylko punkcie, wszystkim, co musieli zrobić, było uderzenie w ten punkt.

Delikatność No.6 i tam się ukazywała.

Palce Shiona przyspieszyły. Ekrany zmieniały się jeden po drugim.

Bariery na czwartym piętrze. Jakoś musieli je ominąć. Trzeba się było przebić przez otwartą przestrzeń zanim ściany zdążyły się zamknąć i odciąć drogę ucieczki.

„A żeby to zrobić...”

W jego umyśle zapanował chłodny spokój. Jedynie palce poruszały się, kończąc jedno zadanie po drugim.

 ‒ Hej, coś tu nie gra ‒ krzyknął mężczyzna w boksie obok. Kilku pracowników zdążyło już powrócić. ‒ Dioda aktywności Punktu X jest włączona.

 ‒ Punktu X?

 ‒ W sektorze PO1‒Z22. Drzwi się otworzyły i zamknęły. Zapisało się.

Wysoki, młody mężczyzna przechylił głowę w zamyśleniu.

  ‒ PO1... to pod ziemią. Mieliśmy tam w ogóle jakieś drzwi? Jesteś pewien, że to nie jakiś błąd komputera? Może smród był tak silny, że aż ci oprogramowanie padło? Haha.

 ‒ Nie żartuj sobie z tego ‒ kłapnął na niego drugi, a ten zamknął usta. ‒ Dwie minuty i czterdzieści sekund temu. Przed chwilą. Drzwi do Punktu X otworzyły się w samym środku tego zamieszania.

 ‒ Coś w tym złego? Drzwi powinny się otwierać, prawda?

 ‒ To nie jest jedno z głównych wejść. Ani wyjście awaryjne. Nawet pracownicy go nie używają.

 ‒ Och. To do czego w ogóle prowadzi?

 ‒ Nie wiem. Nigdy o tym nie słyszałem. Ale to oznacza, że drzwi, które miały pozostać zamknięte, otworzyły się. To...

Dowodem na fakt, że zbliżała się chwila odkrycia ich obecności w budynku, była dla chłopców stłumiona konwersacja dwóch mężczyzn.

 ‒ Nasz czas minął. ‒ Nezumi rozpiął guziki swojego kitla. Shion również wstał.

Dwie minuty, czterdzieści sekund. Znacznie dłużej niż się spodziewali. Zdawało się, że fortuna jeszcze ich nie opuściła.

 ‒ Och... hej! Wy tam! ‒ Człowiek z obrzydliwą nadwagą stał tuż przed nimi, blokując drogę wyjścia. ‒ Co wy tu robicie? Kim jesteście?

Nezumi rzucił w niego swoim fartuchem, który wylądował na jego głowie i owinął się wokół niego. Mężczyzna wymachiwał rękami i rzucał się. Nezumi podstawił mu stopę. Człowiek upadł na bok z głośnym dźwiękiem, wydając stłumiony jęk.

 ‒ Proszę wybaczyć ‒ Nezumi stanął na niego i wyszedł na korytarz. Shion podążył za nim i przeskoczył nad wielkim cielskiem.

 ‒ Co to było?

 ‒ Ktoś... intruz! Ktokolwiek, pomocy!

 ‒ Co? Gdzie ten alarm?

Wściekłe buczenie wzniosło się za nimi.

 ‒ Nezumi, po schodach na górę.

 ‒ Jasne.

Jeśli sensory złapią jakichkolwiek intruzów, alarm sam ucichnie. Czy uda im się dotrzeć na czwarte piętro, zanim hałas zniknie?

Światło na schodach stało się czerwone. Ściany mające podzielić korytarz zaczęły się wysuwać.

Były szybkie.

 ‒ Shion, głową naprzód.

Nezumi i Shion zanurkowali w ciasną przestrzeń.


==Koniec rozdziału 1== 


piątek, 20 lipca 2012

Tom VI: Rozdział 5


((Cud się wydarzył! Rozdział dodany przed pierwszą! a teraz wszyscy razem ze mną kłaniamy się przed Dżun, która w sumie zrobiła półtora korekty (bo Ayo po połowie dała sobie odebrać laptopa na czas nieokreślony, innymi słowy dostała karę)! Wszyscy na trzy na ziemię! Gotowi? Raz! Dwa! Trzy~!))


Rozdział 5
We własnych żądzach



„Kim jestem? Człowiekiem szukającym szczęścia. Chciałem je odnaleźć w własnych żądzach, ale znalazłem go. I nikt, kto żyje, jak ja żyłem, nie będzie w stanie go odnaleźć”
Lew Tołstoj, „A światło świeci w ciemności”



Było lato, a ja właśnie skończyłem 20 lat, kiedy zostałam wybrany na członka projektu odrodzenia.
Kiedy się urodziłem, nasza planeta pogrążona była w wielkim niebezpieczeństwie. Przez niezliczone wojny, zatrucie i zniszczenie środowiska, ponad pół terytorium Ziemi zostało zdewastowane na tyle, że ludzie nie byli w stanie na nim przeżyć.

Globalne ocieplenie dało iskrę, z której narodziło się wiele nowych chorób; pogodowe anomalie były na porządku dziennym; wojny pomiędzy krajami się nie kończyły; do użytku na skalę masową wprowadzono broń nuklearną.

Zanim to zauważyliśmy, ludzki gatunek sam doprowadził się na skraj zagłady. My, którzy przetrwaliśmy, dopiero wtedy zrozumieliśmy, że powinniśmy byli zaprzestać niepotrzebnych działań.

Granice krajów zostały zburzone dawno temu. Więc pomyśleliśmy: „czemu by nie zacząć żyć od nowa? Tym razem nie popełnimy tych samych błędów”.

Ludzie, którym udało się przetrwać, przekroczyli granice rasy, pochodzenia czy grupy etnicznej i przysięgli żyć pokornie na fundamentach pokoju i harmonii.

I tak narodziło się sześć miast.

Niewiele było miejsc, zdolnych podtrzymać ludzkie życie. Wyginęła połowa gatunku. Ludzie zebrali się na tych niewielkich przestrzeniach i szybko zaczęli budować swoje własne miasta.

Tu też kiedyś takie było. Piękne miasteczko. Obfite w niemała ilość fauny i flory, które ocalały nienaruszone na tym kawałku ziemi. Wprawdzie nie było dostępu do oceanu, ale roiło się od głębokich lasów, jezior, bagien i łąk. Tak, to niewątpliwie był raj. To miejsce było domem cudów, niczym róża kwitnąca pośród gruzów.

Miasteczko było spokojne, a ludzie żyli cicho, dotrzymując przysięgi. Urodziłem się w tym mieście, by później tu dorosnąć i zostać naukowcem. Tak jak twoja matka, Shion.

To powiedziawszy, starzec uśmiechnął się.

 – Moja matka?

 – Tak. Karan dorastała w tym samym mieście i pochodziła z niego tak samo jak ja.

 – Kim była dla ciebie moja matka?

Uśmiech starca poszerzył się. Miał w sobie nutkę dziecinności.

 – Byliśmy przyjaciółmi z dzieciństwa.

 – Eh?

 – Karan i ja byliśmy przyjaciółmi z dzieciństwa. Byłem od niej o wiele starszy, ale często bawiliśmy się razem. Karan była naprawdę zdolna jeśli chodziło o wspinanie się na drzewa. Mogła wejść na każde, nieważne jak wysokie. Często mnie niepokoiło, jak bardzo nie odczuwała lęku. Tak, pamiętam. Była piękną dziewczyną o otwartym umyśle. Pomyśleć, że teraz jest matką dorosłego syna...

 – Matka Shiona mnie nie interesuje – przerwał Nezumi. – A co, zakochaliście się w sobie i tak urodził się Shion? To zaraz powiesz? Cóż, to by był interesujący zwrot fabuły.

 – Nezumi! – odezwał się ostro Shion.

Nezumi wzruszył ramionami i rzucił mu spojrzenie.

 – Tak zazwyczaj piszą trzeciorzędne sztuki. Rou, przyspiesz trochę. Sam to powiedziałeś – nie mamy czasu. Było sobie miasto, urodziłeś się tam i dorosłeś, zostałeś naukowcem. Wybrali cię do projektu odrodzenia. Od tego momentu... wszystko zaczęło się gmatwać.

Starzec wziął oddech.

 – Tak myślisz?

 – Tak. Spójrz tylko na nazwę, „projekt odrodzenia”. Już brzmi fałszywie. Co chcecie wskrzesić? Macie w ogóle taki zamiar? A nie, czekaj, już znam odpowiedź. Miasto zostało naprawione, choć tylko pozornie. Dla większości ludzi życie wracało na właściwe tory. Zostali uwolnieni od spania obok śmierci i wyginięcia. A po kilku kolejnych latach, zapomnieliście już o błędach przeszłości. Chcieliście porzucić przysięgę i znowu mieć władzę nad lądem. Po to był ten projekt. Pewnie zbierali do pracy inteligentne żółtodzioby. Tak zaczął się projekt posunięcia się dalej, po siłę i władzę. Mylę się?

Nezumi uniósł brew. Nienawiść i niechęć wyryte były w jego szlachetnym profilu. Wypluwał słowa z ust.

 – Głupcy.

Ciało starca zatrzęsło się i zesztywniało, jakby to jedno słowo uderzyło go niczym bicz.

 – Powtarzać błędy przeszłości – doskonały przykład głupoty. Ale chcieliście mieć władzę. Spiskowaliście chcąc jeszcze większego zysku, przez użycie ludzi i przedmiotów dookoła jako podpór. W rezultacie w miejscu, będącym niegdyś niczym róża pośród gruzów, narodził się potwór. Nazwaliście go No.6.

„Posunąć się dalej, po siłę i władzę. Czy No.6 od początku było tym, czego pożądali?” – Shion też poczuł, że się trzęsie.

 – To się stało w mgnieniu oka – westchnął starzec. – Miasto rozrosło się z zastraszającą szybkością. Czasem zastanawiam się, czy to wszystko nie był jakiś koszmar.

 – To rzeczywistość. Inaczej tego nie nazwiesz, a to wy ją stworzyliście. Rou, czy ludzie zajmujący się projektem odrodzenia, nie są przypadkiem tymi samymi, którzy stanowią teraz administracyjny rdzeń No.6?

 – Wszyscy tam byli. Każdy był młody i inteligentny. Każdy miał własne, silne ideały.

 – Wszystkie twarze na tym zdjęciu?

 – Tak. Chociaż to nie cała grupa. To było... kiedy Karan przyszła odwiedzić moje laboratorium. Pamiętam, zabrała tam wtedy ze sobą młodego dziennikarza, zbierającego materiały. Też miał własne ideały i wierzył w pracę dziennikarzy.

 – Cóż, teraz jest tylko starym alkoholikiem. Ma pewnie mniej poczucia obowiązku niż brudu pod paznokciami. Ale nawet on jest setki razy lepszy od was. Pozwolił, żeby alkohol uderzył mu do głowy, ale nie dał tknąć ideologii. Każdy miał własne, silne ideały? I gdzie ich to doprowadziło?

 – Nezumi... chcę, żebyś w to uwierzył. Próbowaliśmy zbudować tu idealne miasto, raj wolny od wojen i przemocy... nie wiem, gdzie się pomyliliśmy...

Nezumi zaśmiał się z pogardą.

 – Ludzie nie mogą stać się Bogiem. Ludzie nie mogą stworzyć raju. Myśleliście, że możecie zostać Bogiem, wszechmocnym twórcą, ale właśnie w tym momencie zaczęliście upadać. Poznaliście korupcję. Trybiki zaczęły kręcić się w przeciwnym kierunku. Przestaliście zwracać uwagę na ludzkie uczucia, a od ich cierpienia i brutalności zaczęliście odwracać wzrok. Wszystkim, co mieliście, była chciwość, by zaspokoić własne pragnienia... nie, egoistyczne żądze. A więc musieliście myśleć, że cokolwiek zrobicie, wszystko zostanie wam wybaczone. Nie musieliście nawet błagać o przebaczenie – byliście ponad to. I to miał być raj? Wszystkim, co stworzyliście, był arogancki, bezlitosny potwór, otoczony grubymi murami i zamieniający wszystko wokół siebie w piekło.

W słowach Nezumiego nie było żadnego ciepła. Rozbrzmiewały zimno w stałym rytmie. Ale Shion czuł silne emocje kotłujące się w Nezumim. Słyszał wściekłe płomienie.

 – Zanim to zauważyłem... – zaczął starzec. – No.6 zaczęło się już zmieniać. Zbudowano mury, oddzielające je od otoczenia. Narodziła się władza absolutna i wspierające ją organizacje.

 – Byłeś za bardzo zajęty eksperymentami, żeby cokolwiek zauważyć? To cię nie usprawiedliwia.

 – Oczywiście. Mojej zbrodni nie da się odkupić. W końcu byłem... po stronie, która zmasakrowała twoją rodzinę i przyjaciół.

 – Co? – Shion wstał bezwiednie. Spoglądał to na twarz Nezumiego, to na starca.

 – A więc to prawda – mruknął Nezumi. Jego ton był niemal przeciwieństwem poprzedniego, cokolwiek wątły i niepewny. – Czyli tak właśnie było. Wiedziałem, że wygnano cię z No.6 i dołączyłeś do ludzi z podziemia. Podejrzewałem, że odgrywałeś ważną rolę w narodzinach No.6. Ale pomyśleć, że brałeś udział w tej masakrze... chyba wolałem żyć w przekonaniu, że taka może być prawda.

 – Masakrze? Nezumi, o czym mówisz?

 – Historia No.6. Masakra Mao. Ponad setka ludzi została zamordowana.

 – Masakra Mao...

 – Pewnie nigdy o tym nie słyszałeś.

 – Nie... teraz pierwszy raz...

 – Nie ma się czego wstydzić. Nikt o tym nie wie, poza mordercami i ofiarami. Pewnie w tym incydencie No.6 po raz pierwszy pokazało swoje ohydne oblicze. Dlatego został zatuszowany. Nie ma żadnych zapisów. Ale ja pamiętam i nikt mi tego nie odbierze. To wypaliło w mojej głowie obraz, który nie zblaknie. 

 – Kiedy to się stało?

 – Dwanaście lat temu.

 – Dwanaście lat... więc byłem już na świecie.

 – Od dawna. Do tego czasu zdążyli przypisać cię do elity i przeprowadzić do twojej posiadłości w Chronosie. Musiałeś być naprawdę żywym i kochanym chłopcem.

Shion zorientował się, że złapał ramię Nezumiego.

 – Powiedz mi. Co się stało? Kto został zabity? Czy to było Polowanie? Czy coś stało się w Zachodnim Bloku?

 – Nie.

 – Więc gdzie?

 – W lesie.

 – Lesie? Masz na myśli las na północy?

Nezumi odsunął palce Shiona. W tym samym czasie odwrócił się i wbił własne w jego ramię.

 – Słuchaj. – Nezumi oddychał przy jego uchu. Oddech był zimny. – Powiem ci.

Jego place odsunęły się od ramiona Shiona i nacisnęły jego gardło, powoli podążając śladem owijającej się wokół niego czerwonej wstęgi.

 – Masz czerwoną bliznę, prezent od pasożytniczej pszczoły, prawda?

 – Prawda, choć to nie tak, że sie z tego powodu cieszę.

 – Też taki mam. Tylko, że to prezent od No.6.

 – Eh?

Nezumi zdjął koszulę. Odwrócił się częściowo, by pokazać plecy. Shion poczuł jak jego gardło się zaciska, a oddech zatrzymuje.

 – Nezumi, to...

Na gładkiej skórze pomiędzy ramionami a biodrami Nezumiego rozciągała się blizna. Miała rozmiar ludzkiej dłoni. To miejsce miało kolor bladego różu, wyglądającego na ślad po oparzeniu. Zdawał się jeszcze bardziej odstawać przez delikatność skóry dookoła. Wyglądał jak gigantyczny pająk, siedzący na jego plecach.

 – Keloid...

 – Taa. Hojnie podarowany mi przez No.6 dwanaście lat temu.

Shion wyciągnął dłoń, by dotknąć miejsca wyglądającego jak głowa pająka. Przeciągał palcem po bliźnie, jakby chciał obrysować kontur. Nezumi się nie opierał. Stał jak statua, jakby poddając się ruchom palców Shiona.

 – Nigdy... nie zauważyłem. – Shion westchnął niemal bezwiednie. Ani cztery lata temu, kiedy opatrywał ranę na ramieniu Nezumiego, ani przez te kilka miesięcy, które spędzili koło siebie. Czyżby Nezumi tak umiejętnie to przed nim ukrywał?

 – Oczywiście. – Nezumi nagle postąpił naprzód i ubrał koszulę. – Po co miałbym ci pokazywać? Musiałbym się rozebrać. Też nie chciałbyś sterczeć przede mną nago, prawda? Chociaż już raz miałem przywilej cię tak zobaczyć.

 – Cóż... ale... – Chciał, żeby Nezumi mu to pokazał. Wolał, by Nezumi wcześniej odsłonił przed nim swoją bliznę. Jak również opowiedział mu, co się z nią wiązało. Nie miał prawa wypytywać go dlaczego aż do teraz ją ukrywał albo czemu nic nie powiedział. I dlatego chciał, żeby Nezumi się przed nim otworzył i mu powiedział. Gdyby tylko zrobił to wcześniej...

Shion wiedział, że mógłby to zrobić. Ukazałby swoje ciało, swój umysł, blizny i miejsce, w którym leży jego serce. Robił już to kiedyś.

„Nezumi nie ufa mi całkowicie. Nie uważa mnie za kogoś, przy kim warto się otworzyć. Co mogę zrobić, by zniszczyć tę barierę; przepaść między nami?”

Zacisnął zęby.

„Wystarczy. To nie czas na nurzanie się w emocjach. Tym razem tak łatwo mi nie wybaczy, tego jestem pewien”.

„Keloid. Nienaturalne zgrubienie blizny. Przez poparzenie?”

 – Palili nas – powiedział Nezumi, jakby widział, co kryło się w sercu Shiona. Jego głos był łamliwy. To stanowiło siłę, która uderzyła Shiona.

 – Palili? ...Co masz na myśli?

 – To co słyszysz. Pewnego dnia jacyś żołnierze z miotaczami ognia pozbyli się nas, paląc na popiół.
Buchające płomienie pojawiły mu się przed oczami.

„Pozbyli się nas, paląc na popiół”.

Nezumi stanął przed Shionem i zaczął mówić. Jego ton był zwykły i pozbawiony emocji.

 – Moi ludzie, Shion. Nazywano nas kiedyś Ludźmi Lasu. Jeszcze zanim No.6... nie, nawet zanim Miasto Róży, będące podwalinami No.6, zostało zbudowane, mieszkaliśmy w lesie, który był nam domem. Żyliśmy w harmonii – prawdziwej harmonii z wiatrem, ziemią, wodą i niebem,. Z naszymi zwierzętami i roślinami. Przez cały ten czas. 

Starzec uniósł trzęsącą się dłoń.

 – Tak, Shion. Ludzie Lasu zamieszkiwali niegdyś tę ziemię. Dlatego tak wiele przyrody przetrwało.

 – Jacy byli Ludzie Lasu? – serce Shiona przyspieszyło; był o krok od poznania prawdy o Nezumim.

 – Rodzili się w lesie i tam żyli – powiedział starzec. – Sprawili, że las zakwitł, traktowali go z szacunkiem i chronili go. Byli w stanie rozmawiać z wiatrem, wodą, drzewami i trawą i łączyć z nimi serca. Żyli w zupełnie inny sposób niż my teraz. Nie chcieli przestrzeni czy postępu; żyli w zgodzie z naturą. Ta ziemia zawsze była przez nich chroniona... tak właśnie było.

Starzec wydał długie westchnienie i obniżył głowę. Gdy powietrze już z niego uszło, jego ciało zdawało się spłaszczone i mniejsze.

 – To był bujny las... można w nim było znaleźć wszystkie rodzaje zwierząt i roślin, małe i wielkie. Pory roku przemijały, kwiaty zakwitały, owoce dojrzewały, liście opadały, a życie pulsowało i szło naprzód.

 – A No.6 zniszczyło to wszystko. – Teraz głos Nezumiego stał się szeptem. Jego piękny głos wstrząsał sercem Shiona.

 – Shion, pewnie nie miałeś najmniejszego pojęcia, że to się działo, ale No.6 wciąż rozrastało się, gdy się urodziłeś. Próbowało połknąć każdy przydatny kawałeczek ziemi i uczynić go własnym. Uważali, że wchodzimy im w drogę. Byliśmy ludźmi z lasu – słuchaliśmy praw natury, ale odmawialiśmy posłuszeństwa wobec czegokolwiek innego. Odmówiliśmy zostania częścią No.6. Mur był wtedy kończony z zastraszającą szybkością. Tylko ci zamknięci w srebrnych ścianach byli traktowani jak ludzie. Jeśli zaś chodzi o tych z zewnątrz, mogli nas zniszczyć czy zniewolić – to stało się czymś na kształt zasady dla No.6. I według niej najechali cały nasz las, i nam go zabrali. Rozumiesz, co mówię?

 – Tak.

 – Wyobrażasz sobie, co za chwilę powiem?

Shion kiwnął głową. Czuł, jak coś strzela mu w gardle.

 – Armia No.6... najechała twoją wioskę. Uznali, że skoro nie macie zamiaru współpracować... powinni was zniszczyć...

 – Dokładnie. Jestem pełen podziwu, nauczyłeś się lepiej patrzeć na rzeczy.

Shion złapał swoją pierś. Jego serce nie przyspieszało tak po prostu – biło tak mocno i szybko, że nie mógł normalnie oddychać.

 – Wtedy, w tamtej chwili... co robiłeś...?

 – Spałem. Była noc, a ja byłem jeszcze mały. Za mały... by wiele rzeczy zapamiętać. Nie pamiętam twarzy mojej matki, ani głosu ojca. Wiem tylko, że było gorąco. Pamiętam okrucieństwo płomieni, pochłaniających wszystko. Pamiętam to, Shion.

 – Spalili... całą wioskę.

 – Spalili ją i zabili wszystkich. Absolutnie wszystkich. Palili domy jeszcze zanim ludzie zdążyli z nich wyjść i strzelali do tych, którzy próbowali uciec. Widzisz to? Doświadczyłeś już Polowania. No.6 wiele, wiele razy powtarzało to piekło.

Widział to. Wyraźnie widział sceny masakry. Choć sam został złapany podczas Polowania, wrzucony w ciemności, doszedł tak daleko, zawsze przy boku Nezumiego; choć był pośród tych ciemiężonych, w scenie, którą teraz widział, to Shion był po stronie winnej mordu. Celował miotaczem ognia, a czerwone języki spopielały wszystkich starców, dzieci, mężczyzn i kobiety.

Pot oblał jego skórę. Czuł mdłości.

 – Ale ty się uratowałeś. Miałeś poparzenia... ale przeżyłeś.

 – Starsza kobieta, nie wiem, czy była moją prawdziwą babcią. Ale ta staruszka wzięła mnie na ręce i zaczęła desperacko uciekać. Dzięki niej dałem radę przeżyć.

 – Twoja rodzina, czy oni...

 – Nikt nie przeżył.

Przełknął ślinę w ustach. Była gorzka. Bardzo gorzka.

 – Więc No.6 najechało na twój las, zniszczyło go i przyłączyło do swojego terytorium.

 – Dokładnie. Teraz jest tam chyba lotnisko. Wszystkie pnie w tym miejscu są pozostałością lasu. Musieli potrzebować tej przestrzeni, żeby mieć jakieś połączenie ze światem. Kilka lat po masakrze, mury No.6 zamknęły się w formie, w jakiej stoją do dziś.

Kropla potu spłynęła po jego policzku. Wciąż miał gorzki smak w ustach.

 – Jest więcej – powiedział Nezumi. – O tym jak zostałem zamknięty w podziemnej części Zakładu Karnego.

 – Dobrze, posłuchajmy.

„Heh”. Nezumi zaśmiał się bez ostrzeżenia. Nosił ten beztroski, a zarazem ironiczny uśmiech, charakterystyczny tylko dla niego.

 – Nie wyglądasz, jakbyś chciał. Zbladłeś. Przypominasz ścianę.

 – Posłucham. Chcę. Nezumi, chcę wysłuchać twojej historii do końca. Myślę, że powinienem... posłuchać.

Palce Nezumiego uniosły podbródek Shiona.

 – Naprawdę tak się czujesz?

 – Obiecałem. Powiedziałem, że już nigdy cię nie okłamię. Dotrzymam słowa. I... jeśli to możliwe...

 – Jeśli co możliwe?

 – Siebie też nie chcę okłamywać.

 – Niezłe wyzwanie.

Palce odsunęły się. Uśmiech rozjaśnił twarz, która przed chwilą stała się mroczna. Nie było w niej już żadnej ironii czy chłodu. Shionowi wydawała się nawet być łagodna. Gdy ją zobaczył, poczuł, jak cała siła opuszcza jego ciało. Miał zawroty głowy. Zdawało mu się, że ziemia zniknęła spod jego stóp i unosił się w powietrzu. Całe jego ciało zrobiło się zimne.

Mdlał.

 – Shion?

 – To nic – rozstawił stopy dalej od siebie, stając jak najstabilniej.

„Nie padnę tu. Wszystko się zaczyna. To dopiero początek. Muszę posłuchać... muszę usłyszeć, jak mówi prawdę” – zamknął oczy. Tak jak się spodziewał, szalejące inferno wciąż płonęło pod jego powiekami. Płonący ludzie turlali się po ziemi. Słyszał nawet mrożące krew w żyłach krzyki i czuł zapach palonego ciała.

„Jestem po stronie morderców?”

„Dwanaście lat temu byłem w Chronosie. W moim wygodnym pokoju, ciesząc się niezliczonymi daniami i śpiąc w czystym łóżku. Nawet kiedy Nezumi płonął i został niemal zabity, ja miałem wszystko i żyłem życiem, na które nie zasługiwałem.”

„Kto mógłby powiedzieć, że to nie grzech? Nawet jeśli byłem małym dzieckiem, wciąż żyłem w tym samym świecie, co ci odpowiedzialni za masakrę. To nienaruszalna prawda – byłem po stronie No.6, nie Nezumiego. Czy ktokolwiek mógłby powiedzieć, że to nie grzech? Czy ja bym mógł – nie jestem kimkolwiek – jestem nikim”.

Ciemności zachwiały się. Figura Nezumiego zamroczyła. Wszystkie dźwięki stały się odleglejsze. A wtedy para rąk prześlizgnęła się spod jego ramion.

 – Wystarczy. Shion, dalej się nie posunę. – Nezumi złapał go mocniej. Dotyk przywrócił Shionowi zmysły.

 – Jesteś – cóż, ja chyba też – obydwaj jesteśmy wykończeni do granic możliwości. Daliśmy radę przebrnąć przez to wyczerpujące doświadczenie, nie wspominając, że cały czas byliśmy w stanie gotowości. W porządku. Odpocznij. Nabierz trochę energii i sił. Jeśli tego nie zrobisz, jeszcze zawału dostaniesz.

 – ...Nie... słyszę żadnych piosenek.

 – Eh?

 – Nawet jeśli zaczynam tracić przytomność, nie słyszę... piosenek tak jak ty...

 – Shion.

 – Dam... radę...

 – Shion, spójrz na mnie.

Wytężył wzrok, by spojrzeć w parę spokojnych, szarych oczu.

 – Powiedziałem ci wcześniej. Ja to ja, a ty to ty. Nie jesteśmy tacy sami. Nie możemy być tacy sami. Ale możemy się w ten sposób wspierać. Obaj. Przedtem ty przy mnie byłeś i dałeś mi wodę. Pewnie sam byłeś cholernie spragniony, ale każdą maleńką kropelkę oddałeś mi. Shion... urodziłeś się wewnątrz muru, a ja żyłem poza nim. Taka jest rzeczywistość i nic z tym nie zrobimy. Nikt tego nie zmieni. Ale kiedy drugi chwieje się jakby miał upaść, nawet o tym nie myśląc wyciągamy ręce i próbujemy go złapać. Nic nie możemy z tym zrobić. Dajemy mu wodę. Próbujemy go ochronić. To kolejna prawda.

 – Nezumi...

 – Nie chciałem, żebyś czuł się winny. Nie chciałem obwiniać cię o żadną zbrodnię. Ja... nie mogę nawet sobie wyobrazić chwili, w której chciałbym cię skrzywdzić. Przepraszam. Powinienem był pomyśleć trochę o twojej sytuacji.

Shion poczuł, jak obraz mu się lekko zamazuje i ciepło napływające do oczu. Zanim zdążył to powstrzymać, łzy spływały po jego twarzy.

„Zawstydzające. Nie ma sensu tak płakać”.

Przygryzł wargę i spróbował zatrzymać płynące łzy. A jednak jęki dawały radę przecisnąć się przez zamknięte usta.

„Nie bądź dla mnie miły. Nie przepraszaj. Nie przeszkadzałoby mi, gdybyś mnie obwinił, zranił, oskarżył o jakąkolwiek zbrodnię. Gdybyś tego nie zrobił, i tak brałbym za to odpowiedzialność. Oparłbym się na rzeczywistości, o której mówisz, i wymawiał się do samego końca. Wciąż jestem tak słaby”.

Nie mógł kontrolować własnych emocji. Jego nerwy, aż do teraz znajdujące się na krawędzi, miały sporo trudności z opanowaniem się, kiedy raz doszły do głosu. Ignorowały wolę Shiona i pozwalały łzom płynąć bez przeszkód.

 – Nie płacz – Nezumi poklepał jego plecy. – Byłeś tylko małym dzieckiem. Nie można ciebie o nic obwiniać. Ci, którzy powinni za to zapłacić, byli dorośli. Dorośli, którzy urodzili tę kreaturę i pozwalali jej rosnąć, powinni zapłacić za wszystko. Nie mam racji, Rou?

 – Tak. Wina całkowicie spoczywa po naszej stronie.

 – A więc za co sam jesteś odpowiedzialny? Co ty zrobiłeś?

 – Zasiałem ziarno zbrodni.

Zupełnie jakby powietrze zamarzło. Ramiona Nezumiego zadrżały krótko pod pachami Shiona.

 – Ta masakra nie miała na celu uzyskania ziemi pod lotnisko. Jej celem było uzyskanie Elyurias.

Elyurias. Wielka władczyni.

 – Nigdy nie mieliśmy władcy, a przynajmniej ja żadnego nie pamiętam. Nigdy wcześniej nie słyszałem tego imienia – powiedział Nezumi.

 – Naturalnie. To ja ją nazwałem. Twoi ludzie nie nadali jej imienia, ale czciliście ją. Czciliście ją tak jak drzewa, słońce i księżyc, no i baliście się jej. Tak, baliście się. Miała moc, której ani my, ani wy nie mogliście okiełznać . Pewnie żaden człowiek nigdy nie mógłby jej posiąść. Dlatego No.6 jej chciało. Pożądali jej mocy. Nezumi, twoi ludzie wiedzieli wszystko o jej sile, więc bali się i czcili ją. Nigdy nie pomyśleliście o użyciu jej dla własnych celów. To właśnie różnica pomiędzy wami, a nami. Jednakże ja sam nie byłem bezpośrednio zaangażowany w tamtą masakrę. Niemniej wiem, że to nie usprawiedliwienie.

 – Po prostu powiedz nam prawdę. Jaką odegrałeś rolę?

 – Ja... spotkałem Elyurias w lesie, odkryłem jej moc i opowiedziałem reszcie o niej. Można powiedzieć, że byłem przez nią oczarowany./Miałem na jej punkcie obsesję i prowadziłem nad nią badania na szeroką skalę. Wyższe organy No.6 wyraziły silne zainteresowanie i przeznaczyły na moje badania spore fundusze. Nazwali mnie rzadkim klejnotem wśród naukowców. Obrosłem sławą i fortuną. Och...

Słowa starca urwały się. Tylko przez moment, jego wzrok majaczył w powietrzu.

 – Co?

 – Nie... Pamiętam, co wtedy powiedziała mi Karan. Mówiła, że się mnie boi. Powiedziała, że moja twarz wygląda przerażająco i niebezpiecznie. Bała się mnie, choć nie wiedziała, dlaczego... dużo czasu musiało minąć zanim w końcu zrozumiałem czemu. Tak... nie zauważyłem nawet... zmiany nie tyle w No.6, co w samym sobie... śmiałem się nawet ze strachu Karan. Nie wiedziałem, że odrzuciłem własne ideały i zszedłem ze ścieżki, którą powinienem był iść. Ale... do tego czasu główne organizacje No.6 zdążyły się ustabilizować i stawały się podporami nowego świata. Dyskretnie zbierano armię, a umiejętny system kontroli i władzy nad ludźmi był bliski ukończenia. Nigdy nie wiedziałem... Nie domyśliłem się nawet w najmniejszym stopniu. Wciąż wierzyłem... Wciąż...

 – ...Że No.6 było utopią?

 – Tak. Pacyfistyczne miasto z nieskończonym pokojem jako fundamentem, integrujące się ze światem bez żadnej broni. Miasto wspierające ludzkie życie w każdej postaci; respektujące każde pojedyncze ludzkie stworzenie. No.6 i świat, nauka i natura, ideał i rzeczywistość przychodziłyby razem bez żadnych kontradykcji. Wierzyłem w to. Zagłębiłem się we własne badania i... przyniosłem tragedię. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że No.6 mogłoby mieć armię. Jak również nie wyobrażałem sobie, że mogliby ją zmobilizować i najechać pobliskie tereny. Gdy dowiedziałem się o masakrze, było już za późno... ale spanikowałem. Uderzyło mnie to z siłą wystarczającą, by całkowicie unieruchomić moje ciało. Dopiero wtedy zrozumiałem znaczenie słów Karan. Zrozumiałem, że upiłem się radością z niesamowitych postępów moich osiągnięć i stałem się kimś, kto nie potrafił już czuć, kto stał się głuchy na świat wokół niego, kimś kto był głupszy i niebezpieczniejszy niż cała reszta. Zrozumiałem to i zaapelowałem do wyższych organów o ujawnienie prawdy o masakrze. To był mój własny protest.

Nezumi pozwolił swoim ramionom się trząść, jakby od dawna nie słyszał nic śmieszniejszego.

 – Myślałeś, że cię posłuchają.

 – Tak.

 – Naiwnie.

 – Sądziłem, że byli po mojej stronie. Myślałem o nich jak o przyjaciołach, wiernych partnerach, z którymi dzieliłem nadzieję i ideologię stworzenia utopijnego miasta – nie jak o politykach i naukowcach.

 – Więc wyraziłeś ognisty sprzeciw. A w rezultacie zamknęli cię jako rebelianta.

 – To prawda... chociaż nie mieli zamiaru mnie zabić.

 – Nawet oni mieli jeszcze resztki litości.

 – Nie... to nie to – starzec przesunął dłonią po kolanie. – Pewnie zdecydowali, że skoro straciłem ciało, nie ma sensu mnie zabijać. Shion

 – Tak.

 – Spójrz na to. – Starzec wyciągnął ramię i odwinął ukrywające je szaty.

 – ...

Nezumi poruszył się na swoim miejscu za Shionem. Shion także wstrzymał oddech i posunął się naprzód. Czerwona blizna przypominająca wstęgę wspinała się w górę od łokcia starca do jego ramienia. Zakręcała tak jak ta Shiona, choć miała trochę ciemniejszy kolor.

 – To... od pasożytniczej pszczoły...

 – Teraz mogę powiedzieć to z całą pewnością. Gdzieś w moim ciele są pewnie resztki osy, która nie mogła się wykluć. Byłem wtedy w domowym areszcie pod nadzorem władz. Przewróciłem się nagle w moim pokoju i straciłem przytomność. Kiedy wróciłem do zdrowia, na moich rękach były ślady... a obie nogi przestały funkcjonować.

 – Twoje nogi...

 – Ty straciłeś kolor włosów, a ja moje nogi. Chyba to był koszt przetrwania. Jednak wtedy nikt nie wiedział, dlaczego tak się stało, nawet ja...Gdyby teraz stało się to jeszcze raz, przeprowadziłbym porządny eksperyment. Jednak wtedy ci z góry nie mieli czasu na racjonalne myślenie. Byli zajęci budową organów władzy. Zakład Karny wciąż był w budowie. Udało mi się złapać liny, w zamian tracąc nogi i zostając zamkniętym w podziemnej jaskini. I tak wymazali moje istnienie. Shion, ja byłem pierwszym żywicielem osy i tym, który przetrwał.

 – A więc Rou... – Nezumi uniósł podbródek i skierował wzrok prosto na starca. Wbijał się w niego niczym strzała.

„Niesamowite”.

Nezumi wciąż miał nad sobą pełną kontrolę. Był w stanie wyciszyć swoje emocje i myśli. Shion wytarł łzy wierzchem dłoni i zacisnął ją w pięść. Nezumi powiedział, że nie mogli być tacy sami. Pewnie tak było. Ale wciąż mógł próbować się do niego zbliżyć.

„Chcę być spokojny jak on. Chcę się powstrzymać. Chcę zostać, kim jestem”.

„Nie będę miał nadziei ani się modlił; przysięgnę to sobie. Pewnego dnia stanę się silniejszy i posiądę ten rodzaj siły, który powstrzyma mnie od robienia sobie wymówek w nieskończoność”.

Nezumi wskazał palcem w górę.

 – A więc Rou, czy ci z góry nie wezwą cię jakoś niedługo? Może w końcu zauważyli te wszystkie wypadki w mieście i nie mają pomysłu, co z nimi zrobić. Już chyba czas, żeby ich arogancki wzrok zaczął widzieć rzeczywistość taką, jaka jest. Nie wydaje ci się, że przyszliby do ciebie po pomoc?

 – To się nie stanie. Wszystkie moje badania zostały skonfiskowane. Pewnie przeanalizowali co mogli. Jestem już dla nich niemal całkowicie bezużyteczny. Zestarzałem się. Przeżyję czas, jaki mi został pod ziemią i umrę – takie jest moje życzenie. Nie mam ani siły, ani woli do zmiany rzeczywistości. Ale jedno wiem na pewno: to, co stanie się z No.6 będzie o wiele bardziej przerażające i destruktywne niż ci się wydaje. Wielu ludzi zginie. Ani ja, ani No.6 nie możemy temu zapobiec. Ale ty możesz.

 – Zapobiec? Śmierć i zniszczenie? Po co mam temu zapobiegać? Nie mógłbym sobie życzyć nic lepszego.

 – Nezumi, ginąć będą mieszkańcy miasta. Dzieci i dorośli, nikt nie zostanie pominięty. Mówisz, że masz zamiar bezczynnie na to patrzeć?

 – A co w tym złego?

 – Powiedziałeś, że Shion nie ponosi winy za żadną zbrodnię. To prawda. Skoro tak, to o co masz zamiar obwinić dzieci żyjące wewnątrz muru? Umyjesz ręce i będziesz patrzył, wiedząc, że one tam giną? Jeśli pozwolisz, żeby tak się stało i nic nie zrobisz... ty, i każdy kto tak uczyni...

Starzec wyprostował plecy i spojrzał na Nezumiego.

 – ...będzie mordercą.

Nezumi wydał cichy, gardłowy, zdławiony dźwięk.

 – To nie coś, co ja powinienem mówić. A jednak jestem do tego zmuszony. Nezumi, przetrwałeś masakrę. Dlatego nie wolno ci stanąć po stronie morderców. Nie możesz sobie pozwolić stać się taki jak ci, których nienawidzisz.

 – Gh...

Nezumi siedział cicho, gdy Shion postawił krok naprzód.

 – Co powinniśmy zrobić? Co możemy zrobić?

Jego matka była w mieście. Mieszkała tam też Riri, dziewczynka z sąsiedztwa. Tam była jej rodzina. Byli uczniowie, którzy przychodzili co rano kupować rogaliki; robotnik, z którym witał się co rano idąc do pracy.
Wspomnienie Karan, dziewczynki, którą poznał w Zachodnim Bloku, połączyło się z tym o Riri. Nie wiedział czemu.

„Nie mogę. Nie mogę ich zabić”.

 – Nie wiem – powiedział starzec. – Nie mogę przewidzieć, co możemy zrobić, by zapobiec tej tragedii. Nic nie przychodzi mi do głowy. Musicie działać, jak podpowiedzą wam wasze serca. Wy i wasze serca – będą w stanie uchronić ludzi od zniszczenia. Tak to z mojego punktu widzenia wygląda, nie widzę żadnego innego sposobu. Shion.

 – Tak?

 – Weź to. – Starzec przesunął dłoń po podłokietniku. Wysunęła się z niego maleńka szuflada. Wyciągnął z niej coś małego i podał Shionowi, wydając kolejne ze swych niezliczonych westchnień. Wyglądał jakby nagle się postarzał. Chłopięcy blask w jego oczach zmalał.

 – To jest... chip.

 – Tak. Jest na nim niemal cała dokumentacja moich badań. Pasożytnicze osy, Elyurias, Ludzie Lasu... wszystko. Kiedy już uratujesz przyjaciółkę, spróbuj go, proszę, odkodować.

 – Ja?

 – Powierzam go tobie. A teraz... jestem już trochę zmęczony. Od dawna tyle nie mówiłem. Dlatego muszę odpocząć.

„Powierzam go tobie. Musisz znaleźć odpowiedź. Proszę, znajdź ją – taką, która nie będzie wymagała w zamian krwi” – Shion słyszał w myślach niewypowiedziane słowa starca.

Było tak wiele tajemnic: jak powstała ta podziemna społeczność; jak Nezumi się tam znalazł; dlaczego odszedł; wszystko co prowadziło do ich spotkania – chciał wiedzieć, ale na razie musiał zatrzymać słowa pytań w sercu.

Nadszedł czas na działanie, a nie zadawanie pytań.

Pisk, pisk, pisk. Pisk, pisk, pisk.

Gryzonie nagle wybuchły donośnym głosem. Szczur u stóp Shiona zaczął piszczeć z poruszeniem.

Piii, piii!

Shion słyszał już ten głos. To...

 – Tsukiyo. Nezumi, Tsukiyo tu jest.

 – Wiem. Rany, jak możesz je tak rozróżniać? – Nezumi włożył palec do ust i zagwizdał ostro.

Pii, Piii!

Mała, czarna mysz zeszła niemal turlając się po kamiennej ścianie.

Pisk, pisk, pisk.

Szczur podbiegł i rzucił się na Tsukiyo.

 – Przestań!

Gryzoń zatrzymał się na komendę Shiona.

 – Nie jest wrogiem. To jeden z naszych. Puść go. – Szczur uniósł przednie łapki, przyciskające Tsukiyo do podłoża. Czarna myszka wstała i z zawrotną szybkością wspięła się na Nezumiego.

 – Dobrze, że udało ci się tu dotrzeć. Wiadomość od Inukashi?

Tsukiyo kiwnął głową. Na całym jego maleńkim ciałku widać było rany, które zaczynały już krwawić. Nezumi przysłuchał się piszczeniu Tsukiyo i przełknął ślinę. 

 – Wygląda na to, że na górze wszystko już gotowe. Musimy się pospieszyć. Rou, chciałem jeszcze kilka rzeczy od ciebie usłyszeć, ale wygląda na to, że nie mam czasu. Będziemy się zbierać.

 – Więc idźcie. Życzycie sobie czegoś jeszcze?

 – Jedzenia i wody. Jestem tak głodny, że chyba zaraz zemdleję.

 – Natychmiast zostaną przygotowane. Sasori, daj im wszystko, czego chcą.

 – Ale przedtem... – Sasori stanął za Nezumim. – Nezumi, chcę cię o coś zapytać.

 – Co?

 – Chyba nie planujesz wysadzić drzwi mikrobombą? Jeśli to zrobisz, to miejsce też się zawali.

Nezumi uniósł brew i spojrzał na niego z dzikim rozczarowaniem.

 – Sasori, żeby się tu dostać, musieliśmy przejść przez bramę Zakładu Karnego. Stary detektor bomb to nadal detektor, a w bramie raczej go zainstalowali. Moglibyśmy przemycić przez nią noże albo małą broń palną, ale nie mikrobombę. Gdybyśmy mogli, przemycilibyśmy przynajmniej setkę.

 – Nie ma problemu, dopóki nie wpakujesz nas w żaden bałagan.

 – Wątpisz we mnie?

 – Kto wie, co zrobisz. Jesteś niebezpieczny.

 – Hej, myślałem, że to Shion jest tu demonem.

 – Demony nie płaczą. – Sasori spojrzał na Shiona. – Demony nie płaczą... w ten sposób.

Shion poczuł jak jego twarz płonie na te słowa. Był niesamowicie zawstydzony.

 – To dziwne – powiedział mężczyzna. – Jak można tak bez zahamowań i otwarcie przed innymi płakać.

 – Cóż, nie... – wydukał Shion. – J–ja byłem po prostu naprawdę zmęczony i... moje nerwy – były w kawałkach – to naprawdę... to nie tak że płaczę w ten sposób cały czas...

Sasori się śmiał. To był pierwszy uśmiech, jaki Shion u niego zobaczył.

 – Jesteś interesujący. I może nawet... o wiele bardziej przyzwoity niż Nezumi.

Szczur na ramieniu Shiona otarł się o niego nosem.

 – On też tak myśli – powiedział mężczyzna, wskazując na szczura. – Mówi, że jesteś znacznie bardziej ludzki.

 – A to co, do diabła, miało znaczyć? – Nezumi cmoknął językiem. Uniósł nieznacznie podbródek.

 – Chodźmy, Shion.

 – Tak.

 – Rou. To pożegnanie. Tym razem to juz raczej nasze naprawdę ostatnie spotkanie.

 – Tak będzie najlepiej. To ty musisz żyć na powierzchni. Jesteś kimś, kto musi czuć światło i wiatr. Modlę się, żebyśmy już nigdy się nie spotkali. Ach, ale ty nie potrzebujesz modlitw, prawda?

 – Nie potrzebuję.

 – Och... Rou, ja też idę – powiedział Shion. – Chciałbym usłyszeć więcej twojej historii.

 – Ufam, że sam dowiesz się reszty. Dzięki tobie, mogłem ożywić wspomnienie Karan. Ale nie musisz jej o mnie mówić. Sam też powinieneś o mnie zapomnieć. To pożegnanie, Shion.

 – Żegnaj. Dziękuję za wszystko.

Zaczęli iść.

Gdy Shion się odwrócił, świeca już zgasła. Ciemności pochłonęły wszystko, co było za nim.


***


Lampka zaświeciła, a dźwięk alarmu rozdarł powietrze.

Drzwi do Zakładu Karnego otworzyły się powoli przed Getsuyaku. Postawił stopę wewnątrz. Powitał go biały korytarz o pustych ścianach, urzeczywistnienie czystości.

 – Co to ma, do diabła, być, hę? – Getsuyaku spotkał się z potokiem obelg, gdy tylko wszedł do pomieszczenia monitoringu. – Co z tymi robotami sprzątającymi? Rozprzestrzeniają tylko odór i rozrzucają śmieci zamiast sprzątać. Zająłeś się nimi jak powinieneś? – Mężczyzna był praktycznie gigantem, niemal dwa razy większym niż Getsuyaku.

– Przepraszam. Same to robią. Nie wiem czemu tak powariowały.

 – Wystarczy wymówek. Posprzątaj, szybko.

 – Tak, proszę pana.

 – Och, śmierdzi – powiedziała długowłosa kobieta, z grymasem zatykająca nos. – Nie mogę pracować w tym smrodzie. – Opuściła pokój, a jej głos rozbrzmiewał. Wychodząc, stanęła na palec Getsuyaku; czy chciała to zrobić, czy to był przypadek – nie wiedział. Nie przeprosiła, nawet nie spojrzała na niego.

Pokój podzielony był na części przez przeźroczyste ściany. Sekcje rozkładały się według priorytetowości. Ważniejsze pomieszczenia umieszczone były w dalszej części. Getsuyaku był w przestrzeni obok drzwi, zazwyczaj nazywany manekinem. Ta sekcja monitorowała głównie wentylację. Miejsce, które było stosunkowo nisko na skali priorytetowości i pewnie dlatego wpuszczono go do środka bez większych problemów.

 – Bardzo mi przykro. – Chodził dookoła z odkurzaczem, wciągając śmieci rozrzucone na podłodze.

 – Jesteś całkowicie bezużyteczny. Wiesz, mogę znaleźć tuzin innych woźnych na twoje miejsce. Następnym razem, kiedy nabałaganisz, zostaniesz natychmiast zwolniony. Och, ale okropnie śmierdzi. Nie mogę tego znieść. Hm? Na co się gapisz?

 – Na nic, proszę pana. – Getsuyaku obniżył wzrok.

 – Masz coś do powiedzenia? Skargę? Mieszkaniec Utraconego Miasta zgrywa wielkiego i potężnego, co?
Getsuytaku poczuł silne kopnięcie w łydkę. Zachwiał się i uderzył mocno biodrem o kant biurka.

 – No? Nie stój tak. Pospiesz się i pracuj!

Wiatr tańczył w jego głowie. Nie, wiał wściekle. Wydawał okropnie głośny hałas.

„Cholera” – mruczał. – „Cholera, cholera, cholera, cholera”.

„Czemu myśli, że może być aż tak arogancki względem mojej osoby? Co mu zrobiłem, żeby mógł mnie aż tak obrażać? Po prostu wykonuję moją pracę. Robiłem to przez cały czas – pracowałem ciężko i uczciwie. ...Cóż, może trochę szmuglowałem, ale nikt nie miał przez to problemów. Gdyby nie ja, bylibyście pochowani pod górą śmieci. Nie lubicie smrodu? Brud, mówisz? To wszystko jest wasze. Nie wciskaj mi kitu. Traktujesz mnie jak psa. Bez względu skąd pochodzę wciąż jestem człowiekiem, a nie żadnym kundlem”.

Jego zraniona duma zmieniła się w gniew i pozbawiła Getsuyaku jakichkolwiek śladów niepewności, jakie ze sobą nosił, gdy wchodził.

Zobaczył w głowie opaloną twarz Inukashi.

„Puszą się tak bez przerwy i nawet nie mają pojęcia, jak ciężka jest twoja praca, ani ile jest warta. Patrzą na ciebie z góry. Więc? Co powiesz na pokazanie im, jak ty się czujesz? To chyba niezły pomysł, co nie?”


„Masz absolutną rację, Inukashi. Jest naprawdę niezły”.

Rzucił okiem na ekran na ścianie. W No.6 jak i w tym budynku, wszystkie zegary były ze sobą zsynchronizowane z dokładnością do 0,1 sekundy.

Kapsułka leżała na ziemi tuż obok jego stopy. Nie stopiła się.

„A cholera by to”.

Nadepnął na nią delikatnie prawą nogą. Potem przyszła kolejna. Zrobił to samo...

 – Co do... – jakiś człowiek wstał. Jego twarz wykrzywiała się z obrzydzeniem. – Co to za okropny zapach?

 – Nie mam pojęcia... – odpowiedział natychmiast Getsuyaku. – Pachnie jak gnijące mięso... Chyba musiało się wmieszać w śmieci... – Miał rację. Zapach był okropny. Nie był to co prawda odór pozbawiający przytomności, ale wystarczył, by działać na nerwy. Nawet Getsuyaku, który przywykł do smrodu, czuł mdłości.

 – Nie mogę tego znieść. Ugh... z drogi! – mężczyzna zakrył usta i wyszedł z pokoju. Stanął na stopę Getsuyaku, tak jak to zrobiła kobieta.

 – To boli, za co to?

 – Zamknij się. Z drogi!

Mężczyzna pchnął dłonią pierś Getsuyaku. Ten zachwiał się i wpadł na panel kontrolny.

Stop. Nadeszła umówiona godzina.

Getsuyaku udał, że trzyma swoje biodro i jęczy z bólu, gdy tak naprawdę wcisnął zielony przycisk po swojej prawej. Gdy już to zrobił, przełączył przełącznik. Teraz smród podróżował przez przewody wentylacyjne, roznosząc się po całym zakładzie. Getsuyaku nie wiedział, do czego służył zielony guzik. Podążał tylko za instrukcjami Inukashi. Stanął niestabilnie i podniósł rurę odkurzacza. Zaczął sprzątać.

Oblał go zimny pot.

Jak wyglądał dla kamery umieszczonej pośrodku sufitu? Czy jego ruchy były nienaturalne?

„Zrobiłem to”.

Pod biurkiem topniała kolejna kapsułka. Opary nabierały intensywności.

Getsuyaku wzmocnił uścisk jego trzęsących się palców i trzymał mocno rurę odkurzacza.


****


„Shion”.

„Czuję to. Jesteś blisko”.

„Shion”.

„Nie przychodź. Proszę, nie przychodź”.

„Nie chcę, żebyś mnie zobaczył”.

„Nie przychodź, Shion”.

„Ja naprawdę”

„naprawdę”

„chciałabym cię móc zobaczyć”.



****


„Kolejna ofiara. Teraz jest już ponad trzydzieści. Klasa społeczna, zamożność, historia chorób, miejsce zamieszkania, płeć, wiek, budowa, styl życia, wszystko bez związku. Kto był następny...?”

Strach, niepewność i dezorientacja narastały w No.6.

 – Co robią władze?

 – Badają i odkrywają przyczyny.

 – Dlaczego nie podejmiecie żadnych konkretnych środków?

 – Rozesłać medyków, szybko.

 – Burmistrzu, twoja awaryjna konferencja prasowa.

„Co się stało naszemu No.6? Nasze miasto, nasze No.6, co...”


****


Palce Nezumiego stuknęły w drzwi, prowadzące do Zakładu Karnego. Safu była gdzieś za nimi.

 – Już prawie czas. Niedługo zapalimy fajerwerki, Shion.

 – Taa.

 – Nerwowy?

 – Nie. Myślałem.

 – O czym mógłbyś myśleć w takiej chwili? – zapytał z niedowierzaniem Nezumi.

 – Myślałem o Safu. Chcę ją zobaczyć.

 – Nie bądź taki do przodu, bo ci tyłu zabraknie.

 – I... zastanawiałem się, tylko przez chwilkę.

 – Nad czym?

 – Czy to możliwe, żebym dowiedział się o tobie wszystkiego.

 – Jałowe myśli.

 – Tak sądzisz?

Palce Nezumiego szarpnęły ucho Shiona. Przeszedł je krótki ból.

 – Shion, słuchaj. Odtąd scena jest twoja. Kiedy drzwi się otworzą, będziemy w Zakładzie Karnym. Lepiej przełącz ten swój genialny mózg na pełne obroty. Będę cię słuchał. Jesteś moją linką asekuracyjną. Ani się waż pęknąć.

 – Oczywiście, że tego nie zrobię. Nawet tak nie mów.

Nezumi uśmiechnął się niezręcznie i wyciągnął dłoń wierzchem do góry. Po czym widząc ten gest Shion położył na niej swoją.

Klik.

Coś zabrzękało.

Klik, klik, klik.

Otwierały się automatyczne zamki.

 – Doskonale. Muszę potem nagrodzić Inukashi.

Klik, klik, klik. Krak.

 – Chodźmy, Shion.

 – Racja.

Drzwi się otworzyły.

Poraziła ich biel światła.

Było oślepiające.

Błyszczące miejsce, pochłonięte przez światło.

Bez wątpienia – to właśnie był świat No.6.


==Koniec rozdziału 5==

((I tym wspaniałym akcentem kończymy tom 6~~ od przyszłego tygodnia (czego nie jestem pewna, bo wyjeżdżam na urlop i wszystko zależy od tego czy będę miała komu nad morzem kraść wifi) prawdopodobnie zaczynamy zabawę z białą częścią Zakładu Karnego~~))

czwartek, 12 lipca 2012

Tom VI: Rozdział 4


Rozdział 4
Żegnaj się z nadzieją

Przeze mnie droga w miasto utrapienia, 
Przeze mnie droga w wiekuiste męki, 
Przeze mnie droga w naród zatracenia. 

Jam dzieło wielkiej, sprawiedliwej ręki. 
Wzniosła mię z gruntu Potęga wszechwładna, 
Mądrość najwyższa, Miłość pierworodna;

 Starsze ode mnie twory nie istnieją, 
Chyba wieczyste — a jam niepożyta!
Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją...

Dante, Boska Komedia;  Piekło, Pieśń III



Zaczęło się nagle. Nikt nie był w stanie tego przewidzieć.

Nadeszło znienacka, pośród tłumu zebranego na placu. Rozpoczęło się, gdy wydostał się długo zatrzymywany pod ziemią gaz.


Święty Dzień, 2017.
12:15 – Plac Frontowy, Ratusz Miejski (znany również jako Kropla Księżyca)


Wiał mroźny, wbijający się w skórę wiatr, jednak słońce mocno świeciło. Niebo było czyste, pomalowane jakby doskonałym błękitem, idealnym na świętowanie. Ludzie o prężnych sercach machali flagami, błogosławiąc tym Świętemu Miastu.

 – Nasze wspaniałe No.6!

Plac przed Ratuszem Miejskim, na którym odbywała się ceremonia, pękał w szwach od przebywającego na nim tłumu.

 – Jest tak gorąco – skarżyła się kobieta wciśnięta w zbiegowisko. Była młoda i smukła. – Chyba się uduszę od tych wszystkich ludzi.

 – Prawda, prawda – zgodziła się jej przyjaciółka stojąca z tyłu. Była niską, czarnowłosą kobietką. Westchnęła, ścierając pot z nosa. – Czyż to nie okropne, że ledwo da się przejść? Obrzydliwie jest pocić się zimą. Cała się lepię.

 – Doprawdy, nie mogę w to uwierzyć. Po co to nasze całe strojenie się.

 – Dokładnie.

Obie ledwie doświadczyły pocenia się. Zawsze mieszkały w miejscach z jak najwygodniej ustawionymi dla ludzi temperaturą i wilgotnością powietrza. Nie mogły znieść potu pod pachami i na plecach. Ciepło ściśniętego tłumu uważały za wyjątkowo nieprzyjemne.

Czarnowłosa kobieta wydęła pomalowane usta.

 – Mój przełożony powiedział, że obowiązkowo muszę uczestniczyć w ceremonii. Inaczej nie dostałabym mojej wypłaty.

 – U mnie to samo. Rozkazy szefa. Powiedział, że definitywnie muszę się pokazać. Gdyby nie to, na pewno by mnie tu nie było.

 – Będą wiedzieć z Karty Identyfikacyjnej, czy przyszłaś, prawda? W wejściu skanują twój numer obywatelstwa i słyszałam, że potem przesyłają informacje do twojej siedziby pracy.

Szczupła kobieta kiwnęła ponuro głowę i uniosła brew. Kropla potu spłynęła po jej policzku.

„Och, to takie nieprzyjemne. Chciałabym wziąć prysznic i się odświeżyć”.

Czarnowłosa kobieta nadal się skarżyła.

 – Moja młodsza siostra jeszcze się uczy, ale powiedziała mi, że musieli się wszyscy spotkać w szkole i tu przyjechać.

 – Naprawdę? Za naszych czasów nie robili nic takiego, prawda?

 – Nie. Słyszałam, że zaczęło się dopiero w tym roku. Chcą potwierdzić twój poziom lojalności wobec miasta. Moja siostra narzekała, że jeśli nie będziesz uczestniczyć, dostaniesz ujemne punkty w kolumnie „Zajęcia”. A tym samym spadasz do Rangi D. To oznacza, że nie możesz już się uczyć, ani nie dostaniesz pracy. Wydaje mi się, że to trochę za surowe, nie uważasz?

 – Dokładnie. Praktycznie nas do tego zmuszają. A właśnie – nie za dużo o tym ostatnio mówią? Gdzie nie pójdziesz wszędzie słyszysz o poziomie lojalności. To chyba trochę dziwne...

Szczupła kobieta przerwała, gdy ktoś złapał ją za ramię. Biała koszula, szare spodnie. Dobrze zbudowany mężczyzna w średnim wieku, którego trudno było jakoś szczególnie określić.

 – Em, co...? – zaczęła kobieta.

 – O czym przed chwilą panie rozmawiały?

 – Słucham?

 – O czym przed chwilą rozmawiałyście?

Kobiety spojrzały na siebie. Ich serca przyspieszyły.

 – M–my mówiłyśmy o... wie pan, jak jest gorąco... i innych takich...

 – Naprawdę? Dla mnie brzmiało to raczej jakbyście wyrażały jakiś bunt, nieposłuszeństwo wobec miasta. Mylę się? – Jego zimne oczy błysnęły. Pomimo uprzejmych słów, ich blask był ostry i kłujący. Sprawił, że kobiety drżały. Strach przebijał się przez ich ciała.

Ministerstwo Bezpieczeństwa.

 – N–nie! – zaprotestowały. – Nieposłuszeństwo... nie... nigdy... nigdy byśmy czegoś takiego nie powiedziały. Nigdy byśmy o czymś takim nie pomyślały. Nie my, my nigdy... – Czarnowłosa kobieta przycisnęła trzęsące się palce do piersi. Łzy zbierały się w jej oczach.

„Pomóżcie mi. Mamo, tato. Pomóżcie!”

 – Nieważne. Pozwolicie, że odeskortuję was obie? Potem będziemy mieć mnóstwo czasu na usłyszenie waszych wyjaśnień.

 – Jak można... to nie... nie... – nie mogąc znieść już niczego więcej, czarnowłosa kobieta zaczęła płakać. Jej szczupła towarzyszka także się trzęsła.

 – Pozwólcie, że was odeskortujemy. – Kolejny mężczyzna w podobnym ubraniu pojawił się znikąd i złapał ramię smukłej kobiety. Jego palce były niesamowicie zimne.

„Nie... to niesprawiedliwe, my tylko rozmawiałyśmy. Mówiłyśmy tylko na głos, co myślimy”.

Była tak oszołomiona przez incydent, że żadne łzy nie pojawiły się w jej oczach. Nie mogła płakać jak jej przyjaciółka. Smukła kobieta jedynie się trzęsła.

 – Chodźmy więc. – oczy mężczyzny mignęły wnikliwie.

„Boję się. Tak bardzo się boję. Pomocy, mamo, tato”.

Ngh.

Stłumiony jęk. Wydobył się z gardła jednego z mężczyzn. Jego oczy wychodziły z orbit szeroko otwarte, a usta otwierały się i zamykały jak u ryby. Nie uciekał z nich żaden głos. Tylko wargi się poruszały. Jego dłonie zacisnęły się na szyi. Twarz zaczęła tracić kolor.

 – C–co się dzieje?

Mężczyzna o zimnych palcach spróbował ją złapać.

„Aaaa!”

Kobieta krzyknęła. Miała wrażenie, że jej wrzask rozerwie gardło na pół. Jej czarnowłosa przyjaciółka zaczęła krzyczeć niemal w tym samym momencie.

 – Drogi Boże!

Mężczyzna przestał się ruszać. Zesztywniał z wciąż otwartymi oczami i ustami. Można było w nie zajrzeć.

Puk.

Coś spadło na bruk, wydając delikatny dźwięk. Coś małego i białego...

Zęby.

Wszystkie jego zęby wypadały z ust, jeden po drugim. Łysiał. Włosy stawały się białe i pękami wypadały. Oczy mężczyzny powędrowały do góry, gdy upadał twarzą do ziemi. Jego ciałem rzucały konwulsje. Czarny nalot rozchodził się od jego szyi. Pojawił się bąbel, a wtedy...

Fala strachu, której nie można było do niczego porównać, spadła na nią znienacka. Czuła, że oszaleje. Choć pewnie już była szalona. Pewnie zdążyła już postradać zmysły i dlatego widziała rzeczy, które nie powinny były istnieć. Nie miała żadnego wyboru, pozostał jej tylko krzyk. Wzniosła głos, by uwolnić się jakoś od wszechobecnego terroru. Gdyby tego nie zrobiła, jej ciało nadęłoby się i wybuchło. Rozpadłaby się.

Kobieta nabrała powietrza.

„Aaaaaaa!...''


Aaaaa!

Zanim zdążyła otworzyć usta, wrzaski i krzyki wzrosły pośród innych części tłumu. Tu i tam co chwila pojawiały się nowe. Głosy mężczyzn, wysokie piski kobiet, krzyki dzieci, starców – wszystko mieszało się, dźwięczało i kręciło dookoła.

 – Nie! – czarnowłosa kobieta gorączkowo machała rękami i nogami. Przypominało to dość niepokojący taniec. – Ktoś... ktoś tam jest. We mnie. Pomocy... Pomóż mi...! – Jej zęby wypadły, gdy otworzyła usta, by krzyknąć.

Puk, puk, puk.

Nalot rozchodził się na szyi czarnowłosej kobiety.

 – To trucizna! – wołał ktoś w tłumie. – Uciekać! Zostaliśmy otruci!

Słyszała inny głos. Mówił: „wszyscy zginiemy”.

„To trucizna. Uciekaj. Wszyscy zginiemy. To trucizna. Uciekaj. Wszyscy zginiemy”.

Kobieta przeskoczyła nad upadłym mężczyzną i spróbowała pobiec. Jednak zanim jej się to udało, coś błysnęło jej przed oczami. Robak? Ktoś otarł się o jej plecy. Gruba kobieta przewróciła się i upadła obok. Masa ciał przebiegła po niej bezlitośnie.

„To jest piekło. Muszę się stąd wydostać... szybko... natychmiast” – nieświadomie przyciskając dłoń do własnej szyi, kobieta przeskoczyła nad ciałami na ziemi i zaczęła desperacko biec.


Święty Dzień, 2017.
7:02 – Utracone Miasto


Karan piekła właśnie ciastka w kształcie krawacików. Skręcała ciasto z płatkami migdałowymi tak, by przypominało krawat. Dodawała jeszcze aromat pomarańczowy, a na koniec posypywała cukrem pudrem.

 – Wyglądają przepysznie – powiedziała Riri przełykając ślinę w ustach.

 – I takie też są. Odłożę parę, a potem zjemy je razem do herbaty. Chyba że wolisz do nich trochę ciepłego mleka, Riri.

 – Wolę zimne mleko.

 – Dobrze, dostaniesz. Jednak tylko trochę zimnego mleka, aby brzuszek cię nie rozbolał. Jednak pamiętaj, Riri, przedtem...

 – Muszę pani pomóc w sklepie, tak? – dokończyła. – Naprawdę się postaram. Uwielbiam pomagać pani w sklepie.

 – Dziś jest Święty Dzień, więc będzie duży ruch.

 – Wiem. Najpierw mówię: „dzień dobry, witamy”, a potem wkładam rogaliki i mufinki do torby.

 – Dokładnie. I nie zapomnij powiedzieć: „proszę bez obaw używać tac na stole przy wejściu. Można położyć na nie towar”. A jeśli klienci są dziećmi albo nie mogą używać rąk czy nóg, zapytaj: „może to podam?”.

 – Dzień dobry, witamy! Proszę użyć... eee...

 – Tac na stole przy wejściu.

 – Tac na stole przy wejściu. Można na nie położyć towar. Może to podam?

 – Wspaniale, Riri! To się nazywa  fachowa pomoc. I nie zapomnij się uśmiechać.

Nozdrza Riri rozszerzyły się z apetytem.

 – Łatwo się uśmiechać, kiedy to pachnie tak ładnie. Policzki mi się od tego topią – cień przebiegł oczy Riri, gdy uderzała rączkami w swoje policzki. Jej ton lekko opadł.

 – Proszę pani?

 – Tak, kochanie?

 – Mogę zabrać trochę ciastek dla tatusia?

 – Oczywiście. Zostawię trochę i dla twojej mamusi, i dla tatusia. – powiedziała Karan spoglądając na Riri. – Co jest, Riri, coś się stało? Coś nie tak z Renką?

Karan słyszała, że matka Riri, Renka, była w ciąży z drugim dzieckiem. Może coś jej się przydarzyło. Mieszkańcy dzielnicy Chronos mieli zapewnioną doskonałą opiekę medyczną i warunki, wyspecjalizowaną kadrę na każde skinienie od zapłodnienia po poród. Jednak mieszkaniec Utraconego Miasta mógł najwyżej pomarzyć o leczeniu na takim poziomie jak w Chronosie. Karan nie była niezadowolona ze swojego życia w Utraconym Mieście. Jednak wiele razy musiała stawiać czoła fakcie, że znajdowała się na samym dole ścisłej hierarchii zbudowanej przez miasto. 

Przeszedł ją dreszcz.

Poczuła go nie przez zrozumienie, że była na dnie, ale przez rzeczywistość, w której ludzie dominowali nad innymi ludźmi, rządząc nimi. A także przez to, że tak późno to zrozumiała.

Och, jakże była beztroska.

Riri pokręciła głową. Jej płowe, jasne włosy podskoczyły.

 – Nie, nie chodzi o mamusię, a o tatusia.

 – Getsuyaku–san? Coś mu się stało?

 – Musiał iść do pracy nawet w Święty Dzień.

Święty Dzień był jednym z najważniejszych świąt w No.6. Instytucje edukacyjne i rządowe były pozamykane, tak samo jak duża część miejskich sklepów i biur. Większość mieszkańców miasta zbierała się na placu przed Ratuszem Miejskim, by posłuchać pieczołowicie przygotowanej mowy burmistrza i celebrować narodziny i istnienie No.6. Jednak w tym roku miasto postawiło przede wszystkim  na frekwencję. Dzięki bramom ustawionym w przejściu, natychmiast można było stwierdzić, czy ktoś uczestniczył w ceremonii, czy też nie. Każdy obywatel, który nie miałby wiarygodnego powodu nieobecności, byłby dokładnie sprawdzany przez władze. Plotki mówiły, że przypominało to raczej przesłuchanie.

Karan czuła, że miasto stawało się coraz bardziej duszące z dnia na dzień. A jednak wielu mieszkańców uczestniczyło w obchodach nie dlatego, że zostali zmuszeni, ale dlatego, że chcieli. Z własnej woli machali białymi flagami ze złotym symbolem miasta. Z własnej woli... ale czy na pewno?

 – Proszę pani, ciastko. – Zamrugała Riri. Karan dopiero teraz zauważyła, że ściskała krawacik w dłoni.

 – Ojej, jedno zmarnowałam. A więc – wróciła do tematu. – Getsuyaku–san nie mógł wziąć dnia wolnego?

 – Nie...

Święty dzień był wielkim wydarzeniem, jednak mimo to wielu ludzi nie miało innego wyboru, jak tylko iść do pracy. Karan była jednym z nich. Nie mogła żyć, jeśli nie pracowała. Ciasta i słodycze sprzedawały się wyjątkowo dobrze w święta. Można by w takich dniach powiedzieć nawet, że „pieniądze same wpadały do kieszeni”. Karan planowała użyć tej wymówki jako powodu nie uczestniczenia w obchodach w tym roku. Na swojej Prośbie o Nieuczestnictwo, którą musiała wcześniej złożyć, musiała napisać opis swej profesji, miesięczne zarobki i przewidywany zysk, gdyby otworzyła swój sklep w święto. Musiała ją też osobiście zanieść do recepcji księgowości miasta. Mimo że był to dodatkowy wysiłek i byłoby łatwiej po prostu zamknąć sklep, i przyłączyć się do obchodów, Karan nie chciała iść na łatwiznę.

„Nie mogę pozwolić sobie pójść łatwiejszą ścieżką”.

Zawsze wybierała to, co wydawało jej się być po prostu łatwiejsze. Wyszła z wprawy w płynięciu pod prąd. Pozwoliła swemu sercu się stępić. Czyż nie nauczyła się, jakie to niosło konsekwencje?

Jej syn został zabrany.

Najlepsza przyjaciółka jej syna została zabrana.

To, co było dla niej najważniejsze, zostało jej wyrwane nagle i niesprawiedliwie. Nie chciała pozwolić ponieść się po raz kolejny. Musiała wbić pięty w ziemię, albo za bardzo wstydziłaby się spojrzeć w oczy Shionowi czy Safu. Nie byłaby w stanie ich objąć i spojrzeć im w oczy, gdyby już wrócili. To była ostatnia rzecz, jaką mogła jeszcze stracić.

 – Riri, jesteś samotna, bo twojego tatusia tu nie ma? Chyba nie możemy nic na to poradzić, skoro pracuje.

 – Nie – zaprotestowała Riri. Znowu pokręciła głową. – Mamusia już powiedziała, że nic na to nie poradzimy. Nie jestem samotna przez tatusia. Mogę pomagać pani w sklepie, to naprawdę ekscytujące. Wszyscy moi przyjaciele byli zazdrośni, kiedy im powiedziałam, że będę pracować w piekarni... więc nie jestem samotna, tylko... ja... ja się martwię.

 – O ojca?

Riri kiwnęła głową.

 – Dlaczego? Stało się coś, co cię zmartwiło, Riri?

 – Niezupełnie – powiedziała z wahaniem. – Tatuś zawsze całuje mnie w policzek zanim pójdzie do pracy. Mówi, że to go rozwesela w środku. Stwierdził nawet, że to dla niego jak amulet na szczęście.

 – Ojej, to miło z jego strony.

 – Tak. Jest najlepszy. Ale dzisiaj zapomniał. Poszedł do pracy bez całowania mnie. Wyszedł kiedy ja i mamusia rozmawiałyśmy w kuchni... nie powiedział nawet, że już idzie. Po prostu wyszedł.

 – Może był zajęty.

 – Nie wiem, ale nawet nie dokończył dziś śniadania. Zjadł tylko pół kromki chleba i wypił kawę I wzdychał. O tak. – Riri opuściła ramiona i wypuściła dużo powietrza.

Karan poczuła przypływ miłości do niej.

Riri martwiła się o ojca na swój własny sposób. „Może coś go trapi, może jest zmęczony” – zauważała te małe zmiany w swoim ojczymie w oka mgnieniu. Martwiła się o niego. Riri doświadczyła utraty ojca w młodym wieku. Czyżby stąd brało się to zatroskanie?

 – Riri... – Karan kochała tę małą duszyczkę. Przyklękła przy Riri i pogłaskała jej płowe włosy. – Uśmiechaj się. Twój uśmiech to mój szczęśliwy amulet. Smutno mi, kiedy widzę cię taką zmartwioną, Riri.

 – Prze pani... Tatuś mnie dziś nie pocałował, ale to nic nie znaczy, prawda? Bóg ochroni tatusia, prawda?

 – Oczywiście. Już wiem – czemu nie pocałujesz tatusia, kiedy wróci do domu, Riri?

 – Tak! Właśnie tak zrobię!

 – Dobrze, już chyba pora otworzyć sklep. Mogłabyś ułożyć w linii te krawaciki i wystawić je na wystawę?
Pisk, pisk. Usłyszała wysoki dźwięk.

 – Panie myszko! Ciągle pan tu jest? – zawołała szczęśliwie Riri. Brązowa mysz pokręciła noskiem pod stołem. Złożyła razem przednie łapki i poruszała głową w górę i w dół. Karan szybko pojęła, że to gest pożegnalny.

 – Wracasz do swojego pana?

„I do mojego syna?” – Karan odłamała kawałek ciastka, które ściskała wcześniej w pięści i położyła je przed myszką. Ta złapała je w przednie łapki i zaczęła jeść bez wahania.

 – Prze pani, proszę spojrzeć, Pan Myszka i ciastko mają ten sam kolor.

 – Och, faktycznie. Masz taki sam kolor futerka jak ciasteczka w kształcie krawatów.

Pisk, pisk, pisk. Mysz uniosła pyszczek i spojrzała na Karan. Miała oczy w kolorze ciemnych winogron.

 – No tak, krawat... tak masz na imię? Cravat?

Pisk, pisk. Myszka zapiszczała, jakby chciała powiedzieć: „tak”.

 – Cravat. Cóż za ładne imię. A więc żegnaj, Cravat. Proszę, powiedz swojemu panu, że jestem mu wdzięczna. Jego słowa dały mi dużo wsparcia... Jestem naprawdę, naprawdę wdzięczna. Proszę, przekaż mu to.

„I jeśli możesz, Shionowi też powiedz. Że czekam – że mama zawsze będzie czekać i nigdy się nie podda. Więc każ mu wrócić żywym”.


Jeszcze się spotkacie. Nezumi 


Krótki liścik, jaki dostała od Nezumiego. Ileż odwagi dodały jej te słowa.


Jeszcze się spotkacie. Nezumi


Cóż to była za silna wiadomość. Wspierając jej rozpadające się serce cały ten czas.

„Nezumi, będę miała szansę cię uścisnąć? Będę w stanie objąć cię ramionami wraz z Shionem? Mogłabym czekać i wierzyć, że to się kiedyś stanie?” 

Cravat skończył swój ostatni okruszek, złożył przednie łapki razem i skulił główkę. Potem pobiegł w kąt pokoju i szybko zniknął z pola widzenia Karan.

 – No i poszedł – zmarszczyła brwi Riri. – Czy on już nie wróci?

 – Nie, jeszcze go zobaczymy. Na pewno, któregoś dnia. Dobrze, otwórzmy sklep. Będzie ruch, liczę na ciebie, Riri.

 – Tak, pani szefowo! Proszę zostawić to mnie. – Riri pochyliła się w teatralnym ukłonie. Karan śmiała się, otwierając drzwi swojego sklepu. Widziała niebo. Jego czysty błękit sprawiał, że jej oczy łzawiły. Wiatr był mroźny, ale zapowiadał się słoneczny dzień.

„Wygląda na to, że pogoda będzie świetna...” 

Poczuła dreszcz. Na jej ciele pojawiła się gęsia skórka.

„Co? Co to?” 

Instynktownie złożyła dłonie razem. Było zimno. Czuła, że całe jej ciało umierało w środku z zimna. Tylko przez sekundę, a jednak poczuła, jak jej twarz się napina, a dłonie i stopy sztywnieją. Włosy na jej ciele stały na sztorc.

Jej skóra się zjeżyła. Znowu i znowu. Coś się do niej zbliżało, coś, czego nie mogła zobaczyć.

Tłum rozmawiających ze sobą ludzi przeszedł obok niej z flagami miasta w dłoniach. Ludzie ci uczestniczyli w pochodzie z Utraconego Miasta do bram przed ratuszem. Zobaczyła kilka znajomych twarzy. Byli wśród nich tacy, którzy kiwali Karan głową z szacunkiem, inni patrzyli na nią z ciekawością, a jeszcze inni zatrzymywali się na chwilę, by powąchać aromat wypieków, wylewających się na ulicę. Ojciec szedł z dzieckiem na rękach; obok przechodziły młode pary; starsza kobieta ukrywała pod kapeluszem śnieżnobiałe włosy.

Szli do Ratusza Miejskiego, by tam wziąć udział w ceremonii. W środku drogi wszyscy uczestnicy mieli otrzymać od miasta obiady w pudełkach. Każda twarz nosiła zrelaksowany uśmiech, jakby cieszyli się piknikiem w dniu wolnym.

Karan mogła tylko stać nieruchomo.

Dreszcz.

Czuła, jak gęsia skórka w sekundę jeży się na jej skórze jeszcze bardziej. Trzęsła się, spoglądając w niebo. Było czyste i błękitne. Zimowe niebo, błękitna tafla szkła, rozciągała się ponad jej głową. Jednak w tym niebie kryło się coś jeszcze. Mogła to wyczuć. 

Nie potrafiła tego zobaczyć ani usłyszeć. Jedynie czuła.

Coś tam było.

Coś nadchodziło.


Święty Dzień, 2017.
Nieznany czas – pokój w ruinach, Zachodni Blok.


Inukashi obudził się. Nawet nie zauważył, że zasnął.

„A to rzadkość. Ciekawe, kiedy ostatnio tak mi się spało” – może nawet kiedy był jeszcze dzieckiem, śpiącym przy piersi swojej psiej matki.

Śmierć zawsze była blisko Zachodniego Bloku i tak samo jak przemoc czy napady była na porządku dziennym. Złodzieje w każdej chwili mogli wślizgnąć się z bronią do ruin. Nawet ze swoimi psami, nie mógł się rozluźnić. Inukashi miał zdrowy rozsądek w okropnym środowisku, w jakim dane było mu żyć; przy strachu, co dzień wkradającym się do domu. Dlatego nigdy nie spał zbyt głęboko. Jego nerwy zawsze gotowe były kazać mu wstać i zmierzyć się z każdym nadciągającym niebezpieczeństwem, nieważne czy to w dzień, czy w nocy. Był jak małe, dzikie zwierzę.

A jednak przed chwilą zbudził się z głębokiego snu. Nie mógł uwierzyć, że on ze wszystkich ludzi spuścił gardę, nawet na tak krótki czas.

„Może po prostu mnie to wszystko zmęczyło?” – Uniósł grzywkę. – „Chyba wykańcza mnie to, co ma się stać – to, co mam zamiar zrobić. To musi być to. Nawet brzuch mnie boli z tych nerwów”.


„Wy mnie chłopaki wykańczacie, wiecie ? Jesteście do niczego. Bardziej niechciani niż jakaś plaga”.

Próbował skarżyć się iluzjom Shiona i Nezumiego. Nezumi pozostał bez emocji, a Shion kulił ramiona, przepraszając. Inukashi znowu uniósł grzywkę. Rozciągnął ramiona i pokręcił karkiem.

„Eh?”

Jego ciało było lżejsze, niż się spodziewał. Był głodny, ale nie boleśnie. Spał dobrze i czuł, że energia pulsowała w jego ciele.

„A więc moje ciało nie spało, bo umierało ze zmęczenia, tylko dlatego, że chciało zachować energię”.

„Rany, czy ja naprawdę o tym myślę?” – Nieświadomie cmoknął językiem. Im więcej przebywał z Nezumim i Shionem, tym bardziej mieszały mu się jego własne opinie. Uczucia, które chował głęboko, na samym dnie swojego serca, wypływały na wierzch tak po prostu. Wkurzało go to dostatecznie, żeby cmokać językiem. A jednak po części podobało mu się to.

„Czyli poważnie o tym myślę” – spróbował zagwizdać. Czarny pies u jego stóp ruszył uchem.

„A więc decyduję się z nimi walczyć. To oznacza wiarę. Czyli... Gdzieś w środku próbuję uwierzyć w nich, w przyszłość i, bardziej niż w cokolwiek innego, w siebie”.

Irytujący, niski dźwięk odciągnął Inukashi od własnych myśli. Rikiga skulił się pod kocem, chrapiąc głośno. Kilka pustych butelek było rozrzuconych wokół niego. Zdawało się, że za każdym razem, gdy oddychał, wypuszczał spaliny pachnące alkoholem. Obrzydzało to Inukashi.

 – Jezu. Jest doskonałym przykładem dorosłego, którym nigdy nie chciałoby się stać. – Inukashi pociągnął nosem z pogardą. Spojrzał w kąt pokoju. Fioletowy kocyk wciśnięty był pomiędzy leżące psy. Rikiga dał go dziecku. Powiedział wtedy z dumą, że dobrał kolor do oczu Shionna, ale Inukashi widział tam raczej krzykliwy, obrzydliwy odcień fioletu. Nie był nawet bliski kolorowi oczu Shionna. Naturalnie wziął go z przyjemnością, w końcu kocyki dla dzieci były luksusowym towarem, którego nie można było tak po prostu dostać w Zachodnim Bloku.

 – Shionn? – Dziecko było cicho. Nie było nawet słychać dźwięku oddychania. Serce Inukashi zaczęło walić z niesamowitą siłą.

„Ej, nie mówcie mi, że...”

Niemowlęta i małe dzieci rzadko przeżywały w tak niezdrowym środowisku jak Zachodni Blok. Głód, hipotermia, wypadek, morderstwo. I nagła śmierć. Śmierć zawsze wałęsała się w poszukiwaniu ofiar, zmieniając formę i kształt za każdym razem. Bezsilne niemowlęta były dla niej niczym pokarm.

 – Nie jesteś martwy, co nie? Jaja sobie ze mnie robisz. – Porwał do góry cały kocyk. Ciemnofioletowe oczy, zupełnie jak te Shiona, błyszczały wpatrując się w niego. Inukashi czuł się jakby pogrążył się w głębokich ciemnościach. Miały kolor momentalnie formujący wiele warstw czerni. Shionn zamrugał. Jego okrągłe usta wydęły się, jakby chciał mleka. Inukashi uspokoił swoje pędzące serce.

 – Shionn, żyjesz. Nie strasz mnie tak.

Dwoje fioletowych oczu skierowało wzrok gdzie indziej. Shionn przekręcił się w ramionach Inukashi. Ten szybko zmienił uścisk tak, by go nie upuścić. Dziecko nie śmiało się, ani nie płakało – patrzyło tylko prosto przed siebie. Inukashi czuł, że trzyma w ramionach dziwne stworzenie.

 – Co jest? Na co patrzysz?

Wzrok Shionna nie był skierowany tam, gdzie się zdawało; patrzył gdzie indziej, gdzieś bardzo daleko. Inukashi nie miał pojęcia, gdzie dokładnie.

 – Shionn...

„Co w ciebie wstąpiło? Dlaczego robisz takie oczy? Widzisz tam coś, Shionn?”

Pełen niepewności, Inukashi objął mocno dziecko.

Wiatr świszczał, wiejąc przez ruiny nad jego głową.


==Koniec rozdziału 4== 

Użyto fragm. „Boskiej Komedii” Dantego w przekładzie Edwarda Porębowicza.