Staram się dodawać nowe posty w niedziele. Staram się.



Zakończono tłumaczenie No.6.


Dziękujemy za wszystkie podziękowania. To był miły rok z hakiem. I późniejszy rok. I chyba jeszcze jeden. Te dwa późniejsze składały się z czytania Waszych komentarzy. I tak dzięki.

(Do pań profesor jeśli przypadkiem odwołam się do tego na maturze: przepraszam, ja naprawdę tłumaczyłam to w gimnazjum. Ale prawdziwa książka istnieje. Obiecuję.)


Wszystkie rozdziały można znaleźć w zakładce ,,No.6''/,,No.6 Beyond''.


Kup powieść i mangę w oryginale, wspomóż panią Asano.


Tłumaczenie: Kuroneko
Korekta: Ayo, Dżun

czwartek, 5 lipca 2012

Tom VI: Rozdział 3


Rozdział 3
Powód

Gdy ludzie tworzą urzędy
Czyż powodem nie jest 
ochrona samych siebie,
by stworzyć spokojny, lepszy świat?
A jednak cierpią nędzę, gdy urzędnicy opływają w złocie
Na tej wielkiej ziemi ani jeden
obywatel nie może unieść głosu  w skardze.
Więc skrywają swe blizny, unosząc pierś wysoko.

Chińska pieśń ludowa 



Safu krzyknęła.

„Czy to ja?”

„Dlaczego, dlaczego, dlaczego...”

 – Safu, nie śpisz już? Dzień dobry. Jak się czujemy? Ach, widzę, że wszystkie twoje zmysły poznawcze powróciły już do normy. Wspaniale.

„Czy to ja?”

„Nie, to nie ja”.

„To nie ja”.

 – O czym ty mówisz? Spójrz. Jesteś piękna i nie tylko piękna. Tak, wkrótce będziesz mieć w rękach jedno i drugie, piękno i siłę, jak również nieśmiertelność. Genialnie, czyż nie?

„Nie. Nie”.

„Pomocy”

„Przywróć mnie”.

„Przywróć mnie do tego, kim byłam”.

 – Safu. Nie możesz poddawać się ekscytacji. To boli, czyż nie? Tak, gdy twoje emocje są nasilone, odczuwasz ból. Ból głowy. Więc spokojnie. Uspokój się. Uspokój się i myśl o stanie, w jakim powinnaś teraz być. Tak... dobra dziewczynka. Pomogę ci. Tak, spokojnie...

„Shion...”

„Gdzie jest Shion?” 

 – Zapomnij o nim. Odrodziłaś się. Zapomnij o wszystkim, co znałaś wcześniej. Wszystkim. Żadni ludzie, żadne imiona, żadne wspomnienia już ci się nie przydadzą, Safu.

„Nie chcę zapominać”.

„Nie mogę zapomnieć”.

„Ja... nie zapomnę”.

 – Wiesz, Safu, jutro jest festiwal. Dzień, w którym świętujemy założenie tego miasta. Jubileuszowy festiwal. Nazywamy go „Świętym Dniem”. Na pewno też o tym wiesz. W końcu byłaś mieszkańcem miasta.

„Shion”.

„Shion, gdzie jesteś?”

 – Festiwale są całkowitą głupotą. Każdy robi bezsensowny hałas, a nawet nie wiedzą, co świętują. Głupcy, czyż nie? Chociaż gdyby nimi nie byli, staliby się nieźle kłopotliwi. Ha ha ha... Prawdziwi święci są właśnie tu. Ty i ja. Powinniśmy wznieść toast, Safu? Napijesz się wina?

„Nie zapomnę”.

„Nie zapomnę cię”.

„Nigdy nie będę w stanie ciebie zapomnieć”.

 – Safu, dlaczego wyrażasz smutek? Wiesz, planowałem dla ciebie naprawdę wspaniały prezent. Niedługo. Zrobię z ciebie stworzenie, które każdy będzie podziwiał.

„Będę cię pamiętać”.

„Jak długo moje serce będzie pamiętać".

„Ja nie... zapomnę”.

 – To dopiero kłopotliwe. Myślałem, że będziesz trochę bardziej posłusznym dzieckiem. Jestem odrobinę rozczarowany, Safu. Dobrze więc. Już niedługo poznasz się na mojej dobroduszności. Wtedy upadniesz i zaczniesz być mi wdzięczna. Widzisz, Safu? A tak, tego imienia też już nie będziemy potrzebować. Odrzućmy je. W końcu czeka na nas nowa przyszłość. Widzisz? Nie podnieca cię ta myśl?


„Nie odrzucę mojej duszy”.

„Nie odrzucę moich wspomnień”.

„Nie pozwolę ukraść moich uczuć”.

„Shion...”

„...gdzie...”

 – Podejdź. Podejdź tutaj.

„Shion, gdzie jesteś?” 



Shion skończył mówić. Opowiedział z tyloma detalami, o ilu tylko pamiętał, ostatnie kilka lat, zaczynając od nocy, w którą poznał Nezumiego, a kończąc na momencie, w którym stanął przed Rou. Mimo iż wiedział, że żadna ilość słów nie wystarczyłaby, żeby odpowiednio opowiedzieć całą jego historię.1 Nie był pewien, czy opowiedział o wszystkich zdarzeniach, jakie wplątały go w to zamieszanie. Mimo wszystko mówił dalej. Wykorzeniając garściami niezliczone emocje, zaczynające plątać się po jego duszy, najlepiej jak potrafił, spokojnie i obiektywnie opowiedział o swoich doświadczeniach, o tym, co widział i słyszał, o sceneriach, jakie zobaczył i dźwiękach, jakie dotarły do jego uszu. A przynajmniej to chciał zrobić.

Jednak jego głos zaczął drżeć pod koniec. Nie mógł powstrzymać chęci usprawiedliwienia się od wślizgnięcia się do jego tonu.

„Jestem słaby. Tak bezsilny. Nie potrafię nawet zdławić własnych emocji swoją siłą”.

Zacisnął pięści.

„Wiedziałeś, Shion. Wiedziałeś o tym od dawna. Zostałeś zmuszony do stawienia czoła rzeczywistości, temu, kim naprawdę jesteś, za każdym razem od nowa, aż do chwili, w której tu przyszedłeś. Jaki jest sens bać się teraz własnej bezsilności i ignorancji? Możesz się wstydzić, ale nie bać. Jeśli się zawahasz, nie ruszysz już do przodu. Zaszedłeś tak daleko. Nie możesz wrócić. Nie jesteś tak słaby”.

Shion wziął głęboki oddech i kontynuował.

 – Chcę pomóc Safu. Zrobię wszystko, żeby ją wydostać. Po to tu przyszedłem. Nezumi mnie tu przyprowadził. Nie potrafię sobie wyobrazić, gdzie jestem, ani jak mogę się stąd dostać do Zakładu Karnego. Ale nieważne, co by się działo, muszę to zrobić. Tego jestem pewien. I... To przeze mnie Nezumi się w to wmieszał. Ryzykował dla mnie... to też prawda.

Starzec pozostał bez szelestu. Cisza owijała się wokół nich, uciskając ich, a Shionowi zdawało się, że czuje jak jego kości łamią się pod jej ciężarem.

Nezumi podszedł do niego od tyłu. Podniósł koszulę, którą Shion bezwiednie wypuścił z ręki i podał mu ją z powrotem.

 – Dzięki.

„Heh”.

Nezumi zachichotał.

 – Nie tracisz manier nawet w takiej sytuacji, czyż nie, paniczu? Może dodam do tego przezwiska „ignorancki bachor z zawyżonym mniemaniem o sobie”, skoro już przy tym jesteśmy.

 – Ja? Mieć o sobie zawyżone mniemanie?

 – Tak. Nie przyszedłem tu dla ciebie. Nie pochlebiaj sobie, paniczu.

Zanim Shion zdążył odpowiedzieć, Nezumi odwrócił się na bok.Jego pozbawiony emocji profil odrzucał spojrzenie i słowa Shiona.

 – Rou – starzec nie odpowiadał na wzywanie Nezumiego. Pozostał w bezruchu z zamkniętymi oczami. Wyglądał jakby medytował czy recytował w głowie modlitwę.

 – Rou, w historii Shiona nie ma nic fałszywego. To wszystko prawda. W No.6 pasożytnicze osy zaczęły zabijać ludzi. Shion się uratował. Ale wątpię, że komuś innemu się to udało. Wszyscy ginęli dziwnie... – tu Nezumi zamknął usta i spojrzał na Shiona. W jego oczach przez krótką chwilę widać było cień wątpliwości.

 – Rou? Czy ty mnie słuchasz?

Starzec kiwnął lekko głową.

– Słucham. Twój głos dobrze słychać i bez problemu dociera do uszu słuchaczy.

 – A dotarł również do twojego serca?

 – Oczywiście.

 – Więc chcę, żebyś mi odpowiedział. Opowiedz mi.

 – O przeznaczeniu No.6?

 – Nie, nie muszę o to nikogo pytać. Wiem, co się stanie: destrukcja i wyginięcie. A ja będę tym, który pociągnie za spust.

 – Więc... o co chcesz zapytać?

 – Czym tak naprawdę są pasożytnicze osy.

Shion jęknął cicho. Spojrzał na profil Nezumiego, po czym przeniósł wzrok na starca.

 – Mówisz mi, żebym wyjawił ci prawdę o pasożytniczych osach? – zapytał staruszek.

 – Tak.

 – Dlaczego... mnie o to pytasz?

 – Bo – odpowiedział Nezumi. – Sądzę, że wiesz. Myślałem o tym cały czas – możliwe, że ty znasz odpowiedź na  wszystko, co chciałbym wiedzieć. – Nezumi wypuścił powietrze. Ostre kontury jego profilu poruszyły się, a wątpliwość położyła jeszcze mocniejszy cień na jego twarzy.

 – Wiesz, bo należałeś kiedyś do No.6, jako mieszkaniec... nie, jako twórca. Mylę się?

Tym razem z ust Shiona nie uciekł żaden głos. Nie mógł opuścić gardła.

„Twórca? Ten stary człowiek?”

 – Czy się mylę? Rou?

Starzec nie odpowiedział. Nezumi odwrócił twarz w kierunku sklepienia. Był tam tylko ocean tępego mroku. Jednak Nezumi zamrugał na niego nagle, jakby patrzył na coś oślepiającego. Potem niezwykle ospałym ruchem uniósł rękę w górę.

 – To. – Trzymał kwadratowy kawałek papieru między palcami. Podał go starcowi. Było to zdjęcie, stare, wydrukowane na specjalnym papierze.

 – Miał je podstarzały alkoholik. Twoja mama też na nim jest – powiedział do Shiona. – Powiedzmy, że pozwolił mi pożyczać swoje rzeczy.

 – Ach, to... – było to jedno ze zdjęć zmieszanych wcześniej z rozrzuconą zawartością folderów. Leżały na podłodze, kiedy ostatnim razem obydwaj poszli odwiedzić Rikigę pod adresem z notatki Karan. Na zdjęciu była jego matka ze swoimi przyjaciółmi, młodsza o kilkanaście lat. Pamiętał, że słyszał od Rikigi, byłego dziennikarza, że zdjęcie to zrobił gdy po raz ostatni wszedł do No.6.

Wtedy jeszcze No.6 nie było zamknięte. Nie istniało prawo, wymagające podpisanej przez miasto zgody na wejście czy wyjście, a nikt, kto nie posiadał czegoś takiego, nie był powstrzymywany przed wejściem do miasta. Specjalne bramy i mury nie były jeszcze ukończone. Rikiga powiedział, że w czasach, w których jeździł jeszcze do No.6, okolica była wciąż niepozorna.

 – Młoda kobieta w środku to matka Shiona. Nazywa się Karan.

 – Karan.

 – Znasz ją, prawda? Jesteś z nią na zdjęciu. A może już o niej zapomniałeś?

 – Z nią? Ten człowiek? – Shion był zaskoczony. Czuł, że szczęka mu opadła. Nie mógł się powstrzymać od wgapiania się w białowłosego starca z otwartymi ustami. Wiedział, jak bezczelne było jego spojrzenie, ale nie mógł nic z nim zrobić.

„On zna moją matkę?” – pomyśleć, że człowiek mieszkający w tej podziemnej jaskini, nazywany przez innych „starcem”, był jakoś powiązany z Karan. Nie do wiary, trudno to było inaczej określić.

„Niemożliwe, jak to...?” – przez moment zaskoczenie uderzyło go tak mocno, że czuł jakby rdzeń jego mózgu się zakołysał.

W chwili, w której spotkał Nezumiego, zaczęły się kruszyć granice jego świata. Ten, w którym żył wcześniej, zawalił się. Wszystko było pełne niespodzianek. Rzeczy, w które wierzył, co do których nigdy nie miał wątpliwości, pokazały mu swą inną stronę. Już wiele, wiele razy doświadczył tego bolesnego zrozumienia.

Zdziwienie, groza, niezręczna cisza, dylemat i ból. Doświadczył już tylu uczuć i emocji. A mimo wszystko wciąż mierzył się z tym, jak wielkim ignorantem był, zanim poznał Nezumiego i jak żył, nie wiedząc o niczym, ani nie próbując się dowiedzieć.

Dlatego to bolało. Bolało na tyle, by musiał ponownie nabrać powietrza. Ale mimo to, przysiągł nie wahać się przez zaskoczenie czy dylematy.

Shion na swój własny sposób miał nadzieję odnaleźć prawdę o sobie i świecie, w którym żył. Chciał widzieć przez wszystkie kłamstwa. Nie wahał się przez zaskoczenie czy niepewność; przeciwnie, za każdym razem, gdy zaganiało go to do kąta, czuł, że kolejna warstwa świata rozpościera się przed jego oczami. Zaczął nawet doceniać to doświadczenie.

Jednak tym razem był po prostu zdziwiony. Nadal z otwartymi ustami kierował wzrok na starca. Nezumi dotknął jego wargi. Dlaczego jego palce zawsze były takie zimne? Uczucie jak najbardziej oddalone od zaskoczenia czy rozterki przebiegło na wskroś umysł Shiona. Nezumi lekko cmoknął językiem.

 – Zamknij je. Masz naprawdę niewyobrażalnie idiotyczny wyraz twarzy.

 – Niemożliwe... – wyszeptał Shion. – To jest niewyobrażalne... Nezumi, co się dzieje? Co ma z tym wspólnego moja matka? I czemu ten człowiek ją zna... co to oznacza?

 – Skąd mam wiedzieć? – odciął się Nezumi. – Nie pytałbym, gdybym wiedział. Bo widzisz, jeśli chodzi o zdjęcie, które miał tamten alkoholik – ten, co stoi za twoją mamą to... – Nezumi przełknął ślinę. – To Rou.
Zdjęcie prześlizgnęło się przez palce starca. Spadło na ziemię jak płatek kwiatu.

 – Też byłem zaskoczony, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem to zdjęcie – powiedział Nezumi. – Pewnie miałem taki sam wyraz twarzy, chociaż u mnie nie mógł wyglądać aż tak idiotycznie.

Nezumi podniósł fotografię i podał ją Shionowi. Shion pochylił się naprzód i przyjrzał się jej. Była raczej stara. Kilkoro młodych mężczyzn i kobiet stało przed szarym budynkiem. Karan była w środku. Miała długie włosy i uśmiechała się nieśmiało. Jej uśmiech wciąż nosił ślady dziewczęcej niewinności. Po jej prawej stronie stał wysoki mężczyzna o podłużnej twarzy. Przez ramię miał przewieszony fartuch laboratoryjny, a miłe oczy wpatrywały się przed siebie. Nawet na starym zdjęciu Shion widział kryjący się w nich głęboki intelekt.

„Mój ojciec chrzestny”.  – Nezumi wskazał tego człowieka i wypowiedział te słowa. – „Jest moim ojcem chrzestnym”.

Shion ukląkł przed starcem.

 – Proszę mi powiedzieć – jego głos był zachrypły. Gardło boleśnie szczypało. – Proszę powiedzieć mi prawdę. Tylko o to proszę.

Tułów starca zakołysał się lekko. Przypominał Shionowi bujającą się trawę. Jego białe włosy, lśniące blado w świetle świec, były niemal jak prawdziwe kępy trawy.

 – Poznanie prawdy i uratowanie przyjaciółki – myślisz, że te dwie sprawy są połączone, Shion? – Shion powoli pokręcił głową w odpowiedzi.

 – Nie wiem – powiedział szczerze. Naprawdę nie miał pojęcia.

Musiał zrobić wszystko, by uratować Safu choćby o minutę, sekundę szybciej. Ale czego potrzebował? Czy musiał znać prawdę o pasożytniczych osach, relacjach między jego matką a starcem i przyszłości No.6... czy naprawdę natychmiast musiał to wszystko wiedzieć? Shion nie znał odpowiedzi.

A jednak chciał wiedzieć. Desperacko pragnął tej wiedzy. Jednak najważniejsza w tym momencie była Safu... a może nie?

 – Nie wiem... może poznanie prawdy i uratowanie Safu to dwie zupełnie inne rzeczy. Ale...

 – Ale?

 – Ale ja... czy może raczej my... my, mieszkańcy No.6, włączając mnie, byliśmy przez cały ten czas trzymani z daleka od prawdy. Żyliśmy odcięci od rzeczywistości, nie znając jej prawdziwej formy.

 – Po prostu nigdy nie próbowaliście jej dojrzeć – zauważył bez emocji Nezumi. – Gdybyście otworzyli oczy, zobaczylibyście. Gdybyście poszukali prawdy, odnaleźlibyście ją. Ale nikt z was tego nie zrobił. Upijaliście się, szerząc swoją fałszywą ideę zamożności i siedzieliście leniwi. Nie próbowaliście odnaleźć rzeczywistości. Wasza głupota pozwoliła No.6 przerodzić się w potwora, jakim jest dzisiaj.

 – Z pewnością masz rację – Shion nabrał powietrza. Nezumi miał rację. – „Ale wiesz co, Nezumi? Odkąd z tobą zamieszkałem, byłem w stanie ledwie dotknąć prawdę. Ale dotknąłem ją własnymi rękami. To mój start. To też jest prawda”.

„Zacząłem tam, a teraz jestem tutaj”.

 – Safu została porwana, a pasożytnicze osy zaczęły szaleć... No.6 zmieniło się w potwora, bo przez cały czas odwracaliśmy od niego wzrok. Zbrodnia, którą popełniliśmy, jest ogromna, rozumiem to. Ale dlatego właśnie chcę wiedzieć. Chcę zobaczyć prawdziwą formę świata własnymi oczami...

Shion przygryzł wargę. Nie, niemal powiedział to na głos. Nie czuł się z tym dobrze. To nie tak, że okłamał starca. Po prostu udekorował trochę swoje słowa. Żal i rezygnacja z przeszłości nie były jedynymi powodami, dla których chciał poznać prawdę.

Ciekawość. Nie, to nie było tak zwyczajne uczucie; czuł głęboko zakorzenione pragnienie. Ryło koła w jego piersi.

Intryga wobec świata, którego nie był w stanie objąć oczami wyobraźni. Zainteresowanie nieznanym. I bardziej niż cokolwiek innego... chęć dowiedzenia się czegoś, co miałoby związek z Nezumim.

Część siebie, którą pokazał mu Nezumi, była tylko niewielkim fragmentem. Nezumi miał wiele twarzy, których Shion nie potrafił przejrzeć. I odczuwał to boleśnie za każdym razem.

„Skąd jesteś?”


„Gdzie się urodziłeś?”


„Jak żyłeś przed tą burzową nocą, w którą się poznaliśmy?”


„Jest jeszcze obietnica poznania twojego imienia, której nadal nie spełniłeś”.

Jego dusza skręcała się niespokojnie. Wykręcała ją ciekawość i niechęć wobec myśli, że ktoś jeszcze miałby wiedzieć to, co on. Ale musiał grać. Musiał udawać przyjaciela, niewinnego młodzieńca, który po prostu chciał prawdy.

Jego serce i słowa odwróciły się od siebie. Jakże piękne i racjonalne słowa wypływały z jego ust. A jednak piękne i racjonalne były tylko do tego miejsca, w którym zaczynała się ich sztuczność. Jego własne słowa wstrząsały jego sercem.

Przygryzł wargę. Mocno zacisnął zęby.

„Potrafię mówić tylko w taki sposób?”


„Dlaczego nie umiem mówić jak Nezumi? Potrafię używać jedynie tych oficjalnych słów. Dlaczego próbuję udawać? Dlaczego wciąż mówię, kiedy nawet nie wiem, czego chcę?”


„A przecież byłem u jego boku tyle czasu...”

Spojrzał na Nezumiego, nawet o tym nie myśląc. Nie było mowy, żeby nie zauważył dekoracji słów Shiona, jednak profil Nezumiego nie pokazywał żadnego śladu pogardy, lekceważenia czy żalu. Obniżył lekko podbródek, pogrążając się bardziej w czarnej pustce.

Nezumi nigdy nie bawił się ze swoimi słowami.

Safu była taka sama.

Niczym błyskawica przeszywająca nocne niebo, w umyśle Shiona pojawił się pomysł. Safu nigdy nie manipulowała swoimi słowami. A przynajmniej te kierowane do Shiona były prawdziwe. Niezliczone razy otrzymywał jej szczere, bezpośrednie słowa.

Zrozumiał, że powinien się za siebie wstydzić. Zarówno przed Nezumim i Safu, jak i przed samym sobą.

 – Ja... chcę wiedzieć – wydukał z bólem każde słowo. – Jest tyle rzeczy, których nie wiem. Dlatego... chcę się dowiedzieć. To wszystko.

Ciało starca zakołysało się po raz kolejny.

 – Sama wiedza nie musi uczynić cię szczęśliwym, Shion. Możesz skończyć życząc sobie, żebyś nigdy się tego nie dowiedział. Taka rzeczywistość może na ciebie czekać, Shion.

 – Jestem na to przygotowany – wolał raczej cierpieć od wiedzy, niż od błogiej ignorancji. Wolał ból i znoszenie prawdy od fałszywego szczęścia. Z tym, jako paliwem, mógł ruszyć dalej. Nie mógł polegać na iluzji, która nie mogła dać porządnego oparcia.

Ścisnął swoją pierś. Był pewien swoich uczuć.

Nie miał co do nich żadnych wątpliwości.

„Moje uczucia są we mnie. Nikogo nie oszukuję”.

 – Jestem przygotowany. A przynajmniej myślę, że mogę się przygotować. Chociaż... nie mogę powiedzieć na pewno, że nie będę tego żałował... pewnie sporo razy stwierdzę, że tego żałuję... ale czuję, że lepiej żebym to wiedział, niż przeszedł obok. Tego przynajmniej jestem pewien... więc, em, ja... – gdy tylko spróbował przemówić szczerze, jego język odmówił współpracy. Jego słowa nie miały zamiaru zwinnie wypływać z ust jak do tej pory.

Szczere słowa były ciężkie.

Niosły ciężar wiary, emocji i prawdziwych uczuć.

Starzec uśmiechnął się nagle. A przynajmniej Shionowi wyglądało to na uśmiech. Człowiek momentalnie pozwolił temu uśmiechowi odejść i opuścił powieki. Zapadła cisza.

 – Rou, dlaczego jesteś cicho? – zapytał szybko zniecierpliwiony Nezumi. – Rou!

 – Elyurias – poruszyły się usta starca, a szept uciekł z nich wraz z oddechem. Było to słowo, którego Shion nie rozumiał.

 – Elyurias? – Nezumi uniósł brew. Najwyraźniej on też nie rozumiał.

 – To imię.

 – Czyje?

 – Jej.

 – Jej?

 – Nezumi, twoje oczy.

 – Eh?

 – Zamknij oczy. I ty też, Shion.

Shion i Nezumi spojrzeli na siebie. Głos starca był niski i spokojny, nie nosił żadnego znaku rozkazu. A jednak wykonali polecenie. Czuł się jakby pozwalał się prowadzić delikatnemu biegowi rzeki i urodzić się w morzu. Shion zamknął oczy.

 – Elyurias – wyszeptał ponownie starzec. – Była wielkim władcą. Rzadkim stworzeniem.

„Elyurias...”

Nezumi wziął oddech za Shionem.

 – Spoglądając za siebie, wydaje się, że to opowieść z zamierzchłych czasów – kontynuował staruszek. – Gdy jeszcze ta ziemia była zielona... tak, ta ziemia, wciąż bez murów. Zamiast muru był gęsty, zielony las. Jeziora, bagna, trawiaste doliny. Setki gatunków współżyły ze sobą w harmonii. Raj... może i ostatni raj na tej planecie. Raj, który uciekł przed ludzką destrukcją. Kraina cudów. Miejsce, mogące podtrzymać życie i dać wieczny spoczynek. Ona tu rządziła. Naprawdę istniała. To ja ją odnalazłem.

Głos starca stał się jeszcze niższy.

 – Ach, nie... to aroganckie z mojej strony, tak to nazywać. Nie znalazłem jej. Spotkałem ją. Spotkaliśmy się dzięki losowi... zupełnie jakby Bóg nas do siebie przyprowadził. Elyurias – była wielkim władcą. Pewnie byłaby nim do dziś. W końcu nadal rządzi.

 – Elyurias – powiedział Shion naśladując starca. Elyurias. Brzmiało to znajomo dla jego ucha i języka. Nie mógł sobie wyobrazić wyglądu czy głosu osoby noszącej to imię. Nie wspominając o tym, że była „wielkim władcą”... Shion pokręcił głową z niedowierzaniem. To brzmiało zbyt majestatycznie, zbyt dźwięcznie. Czuł dominację. Czyżby w tym miejscu istniało kiedyś królestwo? Tak jak teraz No.6 rządziło tą krainą, kiedyś zarządzał nią władca, nazywany Elyurias...

„Starzec powiedział: „jej”. To by z niej robiło królową. Raj zarządzany przez królową? Brzmi jak tani dramat. Raczej trudno mi w to uwierzyć”.

Powietrze poruszyło się odrobinkę. Usłyszał zachrypły jęk. Gdy Shion uniósł powieki, pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, był zakrywający twarz rękami Nezumi. Chwiał się jakby miał zaraz paść na kolana.

 – Nezumi! – Nezumi upadł wprost w jego wyciągnięte ramiona. Shion poczuł ciepło i ciężar jego ciała. Niski jęk wypłynął spod palców Nezumiego.

„Jest tak samo. Jest tak samo jak ostatnim razem”.

Rozmawiali o pasożytniczych osach i podstawach ich rozwoju. Stało się to, gdy tylko konwersacja zeszła z nieznanych wirusów na tajemniczą prawdę, kryjącą się za osami. Nezumi nagle upadł.

Pili gorącą wodę. Shion pamiętał, jak kubek wyślizgnął się z dłoni Nezumiego i uderzył o stos książek, zanim przetoczył się po ziemi.

 – Nezumi... spokojnie. Słyszysz mnie? – Shion przyklęknął, zabezpieczając rękami jego ciało. Jeśli było tak samo, jak poprzednim razem, nie miał się czego bać. Nezumi wrócił wtedy do siebie bez problemu. Jeśli teraz nic by się nie zmieniło...

 – Ał! – palce wbiły się mocno w ramię Shiona. Nezumi nabrał powietrza, pozwalając klatce piersiowej wznieść się i opaść. Drżenie końcówek jego palców powiększyło zmartwienie Shiona.

 – Wody – mruknął Shion, rozglądając się dookoła. Nikt się nie ruszył. – Proszę, przynieście trochę wody. Ktokolwiek.

 – On umrze? – zapytał głos zza niego. Był zimny i pusty. Należał do Sasoriego, mężczyzny w kolorze piasku. Przysunął się do nich zanim Shion go zauważył.

 – On umrze? Jeśli tak, nie ma potrzeby przynosić wody. – W jego tonie pojawiła się pogarda. – Nie ma potrzeby dawać niczego umierającemu wody. Co więcej, on już raz odszedł. Dlatego tym bardziej nie ma potrzeby.

Shion odwrócił się. Spojrzał na mężczyznę, który sprzeciwiał się tak lakonicznymi słowami. Nie ma potrzeby.

 – Przynieś – rozkazał Shion. Odkąd pamiętał, nigdy nie wydał nikomu polecenia tak opresywnym tonem. Jednak nie czuł się dziwnie, mówiąc to.

 – Przynieś mi wodę. Szybko.

Sasori poruszył się niezręcznie. Jego źrenice drgnęły i rozszerzyły się. Pojedyncza kropla potu spłynęła z kąta jego oka.

 – Proszę – podano mu drewnianą misę. Była do połowy wypełniona wodą. Małe, chude dziecko trzymało ją, jakby chciało mu ją oddać. – Mama kazała mi... to przynieść.

 – Dziękuję – Shion wziął od niego miskę. Dziecko odwróciło się na pięcie i pobiegło z powrotem w mrok.

Pisk, pisk.

Mała myszka wspięła się na ramię Shiona. Kręcąc noskiem, wpatrywała się w jego dłonie.

 – Nezumi... wypij to – przytrzymując jego ciało jedną ręką, Shion powoli wlał wodę do ust Nezumiego. Jego gardło współpracowało. Połknął.

– Nezumi, słyszysz mnie?

Jego rzęsy poruszyły się, by pozwolić wyjrzeć parze szarych oczu. Dla Shiona były piękne. Miały kolor nieba przed nadejściem świtu. Pochłaniały światło, jednocześnie delikatnie je uwalniając.

Były piękne jak niebo przed świtem.

Poranne niebo pełne błyskawic łączyło się gdzieś z nadzieją życia. Tworzyło światło, sygnalizujące drogę tym, którzy wybrali życie, a przynajmniej próbowali żyć aż do dziś. Dlatego były piękne.

„Tyle nadziei przyniosły mi te piękne oczy”.

Shion cmoknął na siebie językiem.

„Debilu, to nie moment na podziwianie go”.

 – ...Shion.

 – Jak się czujesz? Pij powoli... okej... wszystko. I weź głęboki oddech.

Nezumi posłusznie wykonał polecenie. Wypił wodę, nabrał powietrza i westchnął.

 – W porządku?

 – Powiedzmy.

 – Boli cię głowa? Jakieś mdłości, dezorientacja...

 – Dziesięć.

 – Eh?

 – Trzy plus siedem to dziesięć. I jak już przy tym jesteśmy, dwadzieścia jeden.

 – Och... trzy razy siedem. – A więc Nezumi zapamiętał pytania, jakie zadał Shion, gdy obudził się ostatnim razem. Shion zaśmiał się cicho. Tak, rzeczywistość była brutalna i okrutna. Ostatnie kilka godzin wypełnione było ludzką rozpaczą, śmiercią i krzykami. Zabarwił je kolor terroru, bezowocności i bezustannego żalu. A jednak było w nich wiele momentów, wywołujących ciepło na sercu, chwil przyspieszających jego puls i podnoszących go na duchu. Wspomnienia o Nezumim zawsze takie były. Zawsze przynosiły do jego serca ciepło i ekscytację.

„Wspomnienia?”

Shion wyprostował plecy i włożył więcej siły w ramiona.

„Dlaczego właśnie pomyślałem o „wspomnieniach”, jakby był kimś z przeszłości?”

Nezumi wymamrotał coś w ramię Shiona.

 – Słyszałem wiatr.

 – Wiatr?

 – Wiatr śpiewał. Słyszałem jego piosenkę – Nezumi podniósł się. – Słyszałem ją wcześniej. Ale tym razem była... była czystsza. To miła melodia.

 – Co to była za piosenka?

 – To...

 – Możesz ją zaśpiewać?

 – Ja? Hm... może. Chyba mogę.

 – Zrób to.

Nezumi zamrugał, a jego usta się poruszyły. Piosenka o miłej melodii popędziła naprzód.

Ach, ukochana ziemio, wietrze i deszczu; O Niebiosa i światłości.
Zatrzymajcie  tu wszystko
i żyjcie w tym miejscu.
Niechaj w waszych ramionach odnajdę ukojenie.
Ach, duszo ma, me serce, o miłości i nadziei.
Powróćcie do mnie
i odnajdźcie ukojenie.

Mała myszka podniosła się na ramieniu Shiona. Przestała się ruszać, jakby zesztywniała i ściszyła oddech. Ludzie wokół robili to samo. Nawet ci ukryci w ciemnościach zastygli w bezruchu. Ich oczy były zamknięte, a ciała całkowicie oddały się pieśni. Wszystko się zatrzymało. Zupełnie jakby zatrzymał się czas. Głos Nezumiego i jego pieśń, wydawały się w nich wsiąkać, obejmować ich, kołysać ich i sprawiać, by czuli się jakby ich ciała i dusze unosiły się.

Wiatr kradnie dusze, ludzie skradają serca.
Ale ja pozostanę.
Śpiewając.
Proszę,
poprowadź moją pieśń.
Proszę,
przyjmij moją pieśń.

Piosenka ucichła, a ktoś westchnął delikatnie. To nie była tylko jedna osoba. Tu i tam w ciemnościach słyszeć dały się lekkie westchnięcia. Nezumi powoli pokręcił głową.

 – Czuję się jakbym już to kiedyś słyszał. Jakbym słuchał tego bez przerwy od bardzo, bardzo dawna. Ktoś kiedyś nauczył mnie tej piosenki.

Shion uniósł głowę i wysunął pytanie do siedzącego przed nimi starca.

 – Czy ta piosenka ma jakiś związek z Elyurias?

 – Tak myślisz, dziecko?

 – Tak. – Był tego pewien w chwili, w której odpowiedział. Nezumi i Elyurias mieli ze sobą jakiś związek. Starzec wytrzeszczył oczy, a jego wzrok zawisł w powietrzu.

 – Od dawna tego nie słyszałem. Byłem przekonany, że ta pieśń dawno temu została zapomniana. Rozumiem... wciąż jest ktoś, kto umie to zaśpiewać.

 – Wiatr śpiewa – wyszeptał Nezumi wycierając swoje mokre usta wierzchem dłoni. – A może ktoś śpiewa w wietrze. A ja... słyszałem to. Mogłem to usłyszeć.

Starzec kiwnął głową.

 – Od kiedy?

 – Od niedawna. Tak – zaczęło się trochę przed Polowaniem. To już trzeci raz. Zawsze tracę wtedy przytomność, jakbym widział ciemność... i wtedy pojawia się zielona sceneria... a potem...

Oczy Nezumiego zwróciły się ku Shionowi. Jego spojrzenie chwiało się. Shion pamiętał tamtą burzową noc. Noc, w którą spotkał Nezumiego. Pojawił się wtedy przed nim chłopiec skąpany we krwi, przemoczony do suchej nitki. Był tak delikatny, że Shionowi zdawało się, że rozsypie się od samego dotyku. Przyciągnięty przez tę wrażliwość i te dygocące oczy, tworzące ze sobą tak wielki kontrast, Shion wyciągnął ku niemu dłoń.

 – Opatrzę twoje rany. – Te słowa uciekły z jego ust bez śladu wątpliwości, bez wahania. Czuł, że musi coś zrobić. Zdawało mu się, że ochrona tego chłopca była jego obowiązkiem. Nigdy nie czuł tak silnej potrzeby chronienia kogokolwiek przed tym incydentem ani potem.

Ostry, wyraźny moment. Tylko ten jeden wypalił takie znamię na jego życiu. Za każdym razem, gdy go przywoływał, jego serce przyspieszało.

Delikatność, która poruszyła instynkt opiekuńczy Shiona – ta sama delikatność, która została kompletnie wytarta przy ich kolejnym spotkaniu po czterech latach – znowu powróciła do tych oczu.

Jego serce przyspieszyło.

 – Nie jestem pewien – kontynuował Nezumi. – Byłem jeszcze mały i łaziłem po trawie. I widziałem... niebo.

 – Tak.

 – Błękitne niebo. Miało naprawdę przepiękny kolor. Skrzydła bzyczały... i brzmiała piosenka. Nie umiałem stwierdzić, czy śpiewał ją męski, czy żeński głos. Był dziwny. Brzmiał niemal zupełnie jak wiatr gwiżdżący przez pola albo tuż nad ziemią, czy spadający z nieba. Ja... po prostu tam stałem... i słuchałem tej piosenki...

„Pieśń pędząca tuż nad ziemią i spadająca z góry. Może...”

 – Czy to była pieśń chwalebna? – zapytał Shion. Podsunął mu to głównie instynkt. Iskra pomysłu zmieniła się w słowa i wypłynęła z jego ust. – Pieśń ofiarowana Elyurias... chwaląca ją i adorująca... mam rację?

Pierś starca wypięła się i opadła. Wyglądało na to, że brał kilka głębokich oddechów. „Jest poruszony? Zastanawia się?”

 – Sasori – wezwał starzec. Mężczyzna w kolorze piasku zmaterializował się niczym kleks na czarnym papierze. – Zapewnij tej dwójce jedzenie i odpoczynek.

 – Rou...

 – Pewnie nie będą mieli na to dużo czasu... nie ma rady. Zapewnij im wszystko, czego sobie zażyczą, najlepiej jak będziesz mógł.

 – Dlaczego? – krzyknął z wściekłością Sasori. – Dlaczego im pomagasz? Nezumi już raz opuścił to miejsce. Odszedł, przysięgając nigdy nie wrócić. Miał zakaz powrotu, prawda?

 – Tak.

 – Ale powrócił. Do tego przyprowadził ze sobą demona. Rou, nie rozumiesz? On jest uosobieniem zła. Przynosi klęski i zniszczenie – palec Sasoriego wskazał prosto na Shiona. – Widziałeś jego oczy przed chwilą? To oczy diabła. Oczy wyklętego mroku. Nezumi daje się manipulować temu demonowi.

 – Teraz ty posłuchaj – Shion był już bardziej niż wściekły. – Powtarzasz się. Ledwo na ciebie spojrzałem, a ty już robisz ze mnie niewiadomo jakie monstrum. Cokolwiek niemiłe, nie wydaje ci...
Sasori uciął słowa Shiona kręcąc głową. Jego twarz wykręciła się jakby słowa Shiona nosiły w sobie klątwę.

 – To doskonały obraz potwora. Rou, nie mam nic do Nezumiego. Jeśli mi rozkażesz, posłucham. Zapewnię mu odpoczynek i jedzenie. Ale nie temu drugiemu. Jeśli teraz go nie zabijemy, przyniesie nam nieszczęście. Może całkowicie nas pogrążyć.

 – Sasori – Nezumi wstał. – Czasem trucizna i lek mogą pochodzić z tej samej rośliny. Choć nie dowiesz się czy to trucizna czy lek, dopóki nie skosztujesz. Prawda?

 – ...O co ci chodzi?

 – Nie ma potrzeby wyciągać tak zwanej „prawdziwej osobowości” Shiona, ani tego czy jest demonem, czy też nie. To nie ma znaczenia. Póki co interesuje mnie najbardziej utrzymanie go przy życiu. To wszystko.

 – Dlaczego?

Palce Nezumiego złapały w garść włosy Shiona.

 – W tej głowie, Sasori, są informacje o wewnętrznej strukturze Zakładu Karnego. Nawet w miarę aktualne. Osobiście stawiam, że są tak samo trafne jak dane komputerowe. Bez tego nie będę w stanie zniszczyć Zakładu Karnego.

 – Zniszczyć Zakład Karny... – Szok malował się nas twarzy Sasoriego. Tylko przez moment ekspresja ta sprawiła, że mężczyzna w kolorze piasku wyglądał jak prawdziwy człowiek. Okazał dokładnie taką samą reakcję na słowa Shiona jak Rikiga i Inukashi.

„Ach, rozumiem” – pomyślał Shion.

Jego skóra i oczy miały dziwną barwę, ale to były jedyne różnice. Ten człowiek miał prawdziwe ciało. Krew płynęła w jego żyłach i oddawał ciepło do atmosfery. Czuł ból, gdy był raniony i miał zarówno emocje jak i inteligencję. Był normalnym człowiekiem. Skóra i oczy były tak małymi różnicami, że nawet się nie liczyły.

 – Chyba nie myślisz naprawdę o zrobieniu tego... – powiedział z niedowierzaniem.

 – Myślę – odpowiedział pewny swoich słów Nezumi. – Właściwie tylko o tym myślałem. Zakład Karny nie jest tylko więzieniem. To też organizacja badawcza, połączona z samym rdzeniem No.6. Jeśli je zniszczymy, z całą pewnością zostawi to rysę na No.6. Jeśli użyjemy tej rysy jako oparcia, będziemy mogli wpędzić No.6 do grobu. A żeby to zrobić, potrzebuję Shiona. Powiedziałem już wcześniej, Sasori, że nie pozwolę ci go zabić tak łatwo.

Starzec otworzył usta zanim Sasori zdążył to zrobić.

 – Być może już pojawiła się rysa.

 – Co? Co masz na myśli?

 – No.6 może się zdezintegrować jeszcze zanim w nie uderzycie, a to za sprawą Elyurias.

 – Rou! – zaszczekał z irytacją Nezumi. – Mów tak, żebym zrozumiał. Jeszcze nic nawet nie wyjaśniłeś.

 – Nezumi, może to przeznaczenie, że przyprowadziłeś ze sobą Shiona. Może już dawno o tym zadecydowano.

 – Zadecydowano? – odpowiedział Nezumi. – Kto do diabła może decydować, jak będę żyć? Chciałbym zobaczyć, jak ktoś próbuje. Nigdy nie pochylę się przed takimi tanimi słowami jak Bóg czy przeznaczenie. Wystarczy, Rou. Koniec słownych gierek. Przestań pleść te tajemnicze głupoty i odpowiedz na moje pytanie. Byłeś zamieszany w narodziny No.6, prawda?

 – Tak.

 – Jak?

 – Usiądź. Ty też, Shion. Spokojnie. Dam wam wodę. Pewnie jesteście spragnieni – zanim starzec skończył mówić, podano im parę odrobinę większych mis. Były pełne czystej wody.

Shion poczuł jak uderza go silne pragnienie.

Nie zauważył nawet jak bardzo potrzebował wody. Czuł się jakby cała wilgoć została z niego wyciśnięta przez niezliczone doświadczenia, prowadzące go do miejsca, w którym się znajdował. Jego gardło było tak spragnione, że zdawało się kruszyć. Gdy napoił wcześniej Nezumiego, nie chciał dla siebie ani łyka. Całkowicie o sobie zapomniał. Jednak teraz jego wysuszone usta zdawały się reagować na widok wody; czuł się jakby płonął.

 – Woda... – Shion złapał miskę obiema dłońmi i chciwie wypił jej zawartość. Była zimna i pyszna, jak woda, którą Nezumi podawał mu podczas jego walki z osą – woda mająca swe źródło niedaleko ruin Inukashi. Miała ten sam smak. Była zachwycająca i orzeźwiająca.

Wypił wszystko duszkiem. Więcej wody nalano do jego pustej misy. Shion był tak wdzięczny, że czuł się, jakby miał zacząć płakać.

 – Dobra, nie?

Shion bezwiednie pokiwał żywo głową w odpowiedzi na pytanie Nezumiego. Była zbyt dobra, by określić to słowami.

 – Jest tu podwodne jezioro. Ma pełno minerałów. ...Rany, naprawdę chciało ci się pić.

Shion w końcu przestał, by wziąć oddech po wypiciu kilku misek wody. Starzec musiał na niego czekać, bo dopiero otworzył usta, by przemówić.

 – To może trochę zająć. Nie miałem zamiaru opowiadać nikomu całego mojego życia... ale teraz będę musiał. Jednakże zanim to zrobię... Nezumi.

Nezumi uniósł podbródek.

 – Jest ścieżka prowadząca do Zakładu Karnego, ale połączenie jest tylko częściowe. Zakład wybudował drzwi ze swojej strony, odcinając drogę. Nie były otwierane przez dekady.

 – Wiem.

 – Nie ma innej drogi do Zakładu, jak tylko je otworzyć. To też wiesz, prawda?

 – Naturalnie.

 – Nie da się ich otworzyć od tej strony. Nie żeby kiedykolwiek otworzono je od strony Zakładu. To się absolutnie nie stanie.

 – Co do drzwi... – blady uśmiech pojawił się na ustach Nezumiego. – Nie będziesz czekać uprzejmie aż same się otworzą. Zmusisz je do tego. 

 – Masz plan?

 – Nie jestem nieprzygotowany.

 – Nie spodziewałbym się ciebie bez żadnej strategii. Ale nie mogę sobie wyobrazić, jak chcesz otworzyć te drzwi.

 – Shion. – Nezumi przesunął się w jego stronę i położył dłoń na jego ramieniu. Przerażona myszka szybko uciekła mu z drogi. – Drzwi, o których mówimy, to jedyny punkt na mapie, łączący pustą przestrzeń z poziomem gruntu. Wiesz, gdzie to jest, prawda?

 – Tak. – W jego myślach pojawiła się mapa, plan Zakładu Karnego, który Nezumi kazał Shionowi zapamiętać, jakby jego życie od tego zależało.

 – To w sektorze po1–z22. Wnioskując z rozmiaru Zakładu, został oznaczony jako Punkt X.

 – Pamiętasz kable energetyczne, połączone z tym punktem, prawda?

 – Tak. Pojedynczy przewód, stary system. Nie ma obwodów pomocniczych.

 – Drzwi nie do otwarcia nie potrzebują dokładnych systemów obsługi – powiedział Nezumi. – Sprawność jest najważniejsza. Usuńcie wszystko, co nie jest absolutnie potrzebne. Zarówno ludzi jak i maszynerię – zaśmiał się. – Brzmi jak coś, o czym by pomyśleli. Ale to właśnie działa na naszą korzyść.

Nezumi pstryknął palcami.

 – Drzwi nie do otwarcia otworzą się. My je otworzymy. Rou, będziemy prowadzić własną walkę. Nie musisz się o nic martwić.

 – Czeka tylko śmierć.

 – Na nas?

 – Na wielu ludzi. Wielu ludzi pewnie zginie, więcej niż możesz sobie wyobrazić. Prawdopodobnie wy dwaj jesteście jedynymi, którzy mogą temu zapobiec. Nezumi, przeznaczenie istnieje. Przeznaczenie połączyło was ze sobą i to przez nie tutaj jesteście. Moim przeznaczeniem było spotkać Elyurias. Zacznijmy więc tę historię. Słuchajcie dobrze i wyciągajcie wnioski, albo będzie za późno. Musicie się pospieszyć...

Starzec zaczął mówić. To była historia No.6.

Shion i Nezumi oparli się o siebie i trwali nieruchomo, jak dzieci słuchające dziadka, opowiadającego o przeszłości. Tylko ich uszy pracowały, by słuchać.

To była historia No.6.

Historia zniszczenia i stworzenia.


==Koniec rozdziału 3==

Przypisy, a właściwie jeden:

1 ((o, tu go zawstydzę. z pominięciem 3 rozdziału tomu 2 i 2 rozdziału tomu 4 bo ich akurat na komputerze nie miałam, liczba słów z angielskiego tłumaczenia wyniosła łącznie 181326, przy czym ciekawostka – najkrótszy jak do tej pory rozdział miał prawie równo 4000 słów i był to 5 rozdział tomu 4, a najdłuższy był ponad 3 razy dłuższy, bo miał lekko ponad 12000 słów i był to rozdział 3 tomu 5, zaś średnia długość rozdziału to 7555 słów. zagięłam Shiona. bijacz.))

czwartek, 28 czerwca 2012

Tom VI: Rozdział 2


((nu, pogratulujcie mi poradzenia sobie z zacytowaną przez panią Asano nigdy nie przetłumaczoną rymowanką Babci Gąski~ miłego zakończenia roku~~))


Rozdział 2

Kto widział, jak umiera?

Kto zabił koguta Robina?
Ja, zaraz wróbel rzecze,
Strzałą i łukiem przecie.
Zabiłem koguta Robina.
Kto widział, jak umiera?
Ja, odzywa się mucha,
Oczkami jak igieł ucha,
Widziałam, jak umiera.

Babcia Gąska



Mężczyzna spoglądał zafascynowany na podarowaną mu przez Inukashi złotą monetę.

 – Prawdziwa – wyszeptał odwróconemu człowiekowi Inukashi, przyglądając się jego chudemu, wystającemu podbródkowi. Obniżył głos, by brzmieć jak najbardziej przekonująco.

 – Naprawdę... jest prawdziwa? – Jabłko Adama na szyi mężczyzny poruszyło się.

 – Przyglądaj się ile chcesz. Bez względu jak na nią spojrzysz i tak nie przestanie być prawdziwa.

 – T–tak... masz rację, prawdziwa...

 – Jest twoja – tym razem Inukashi przemówił szybciej, jakby rzucał swoimi słowami. Podbródek człowieka zatrząsł się.

 – Moja?

 – Taa. Twoja. Daję ci ją.

 – Co? Ale.. a... to cała złota moneta, tyle pieniędzy...

 – Oczywiście nie mówię, że masz ją za darmo. Aż tak dobrze mi się nie powodzi. Zapłacę ci nią za wykonaną robotę. Co ty na to?

 – Robotę?

Mężczyzna przeniósł wzrok ze złotej monety na Inukashi. Jego oczy były okrągłe jak u przerażonego zwierzęcia. Przebiegł je cień podejrzeń.

„Nadchodzi”.

Inukashi zacisnął pięści.

„To kluczowy moment. Nie mogę dać temu gościowi się namyślać. Nie pozwolę żadnemu podejrzeniu wślizgnąć się do jego głowy. Pomacham przed nim złotem i go omamię. To złoto, człowieku, złoto. Tego się nie widzi na co dzień. Poza tym, na pewno potrzebuje pieniędzy... chociaż nie znam nikogo, kto by ich nie chciał, no chyba że martwy”.

Trzeba było po prostu położyć komuś to, czego najbardziej pożąda, tuż przed nosem. Trzeba było oczarować go przebiegłymi słowami. Zagonić w kąt, z którego nie dało się uciec. Dokładnie i umiejętnie. Wszystko, co miał, to wspomnienie o podobnym sposobie działania Nezumiego. 

„Wkurzające, ile razy już mi to zrobił”.


„Hehe”.

Zdawało mu się, że słyszy śmiech Nezumiego. Mógł nawet zobaczyć ten unikalny, ironiczny uśmiech na jego twarzy.

„Zobaczymy, czy będziesz umiał to zrobić tak, jak cię nauczyłem. Dobry piesek. Dostaniesz potem nagrodę”.

„Przymknij się, Nezumi. Żebyś wiedział, nie robię tego, bo chcę ci pomóc. Po prostu chcę złoto. Przekraczam niebezpieczny most, żeby położyć ręce na sztabkach złota”.

Pokręcił głową, by rozwiać iluzję.

„Przestań mi tak włazić do głowy, dupku”.

 – Robotę... co masz na myśli?

 – Robota to robota. Chcę żebyś coś dla mnie zrobił. Za złotą monetę.

Mężczyzna nazywał się Getsuyaku. Jego pracą było sprzątanie Zakładu Karnego i był znajomym Inukashi. Minęło trochę czasu, odkąd Inukashi zaczął dostawać resztki ubrań i jedzenia od Getsuyaku. Oczywiście nie było to legalne – po prostu szmuglowali towary. Zazwyczaj raz na trzy dni, Inukashi odbierał od niego kolejną dostawę i wręczał odpowiednią zapłatę. Jeśli dostał coś niezłego, Getsuyaku dostawał srebrną monetę.

Jednak po raz pierwszy wymienili ze sobą aż tyle słów. Zawsze kończyło się na zwykłym „To wszystko”; „Dzięki. Oto zapłata”; „Dobrze”. To nawet nie zaliczało się do konwersacji, żaden z nich nie próbował nawet nawiązać kontaktu wzrokowego. Zawsze tak było.

Getsuyaku zajmował się zarówno spalaniem śmieci z Zakładu Karnego, jak i operowaniem robotami sprzątającymi. W małym pokoiku połączonym ze śmietnikiem i piecem, spędzał całe dnie z maszynami.

 – Kiedy tam jestem, przez cały dzień się nie odzywam. Nikogo nie widzę, z nikim nie rozmawiam. Jest naprawdę pusto. Czasem nie mogę stwierdzić, czy jestem jeszcze człowiekiem, czy sam staję się maszyną – wyznał pewnego dnia Getsuyaku, co było bardzo rzadkim zjawiskiem. Inukashi dał mu niczego nie rozwiązującą odpowiedź. Kiwnął głową, mówiąc, że musi mu być ciężko, jednak w głowie powiedział coś zupełnie innego.

„Przestań zachowywać się jak dzieciak”.

Pomieszczenie monitoringu dla śmieci i resztek jedzenia zlokalizowane było w najważniejszej części Zakładu Karnego. Wszystkie odpadki z zakładu były właśnie tam gromadzone. Maszyny sortowały je i odsyłały do pieców; ustalały temperaturę spalania i pozbywały się popiołów. Niemal cała procedura była zautomatyzowana. Pracą Getsuyaku było jedynie doglądanie i przełączanie maszyn. Jedna osoba wystarczała do tej pracy. Jasne, miejsce, w którym z nikim nie można było porozmawiać, musiało być samotne. No i co? Nikt jeszcze nie umarł od siedzenia cicho od czasu do czasu.

„Spróbuj żyć życiem, w którym jesteś bez przerwy głodny, a jedzenie jest jedynym, o czym potrafisz myśleć. Samotność? To tylko luksus dla tych, którzy nie muszą się martwić o zapełnienie swoich brzuchów”.

Ale Inukashi mówił takie rzeczy tylko w myślach. Na głos wyrażał współczucie, wypowiadając słowa typu: „musi ci być ciężko”. Getsuyaku był jego ważnym biznesowym partnerem. Nic dobrego nie wyszłoby z okazywania swojej gorszej strony.

Mimo że sortowanie, spopielanie i pozbywanie się popiołów było całkowicie zmechanizowane, krok przed sortowaniem wymagał ludzkich rąk. Polegał on na przeniesieniu śmieci z miejsca zbiórki na taśmę transportową. Z jakiegoś powodu jedynie ta czynność nie była zautomatyzowana. Getsuyaku sam musiał posługiwać się niewielką koparką do przeniesienia śmieci na pas. Czasem musiał używać czegoś tak archaicznego jak łopata, by przełożyć je własnymi rękami. Przy tym zajęciu mógł łatwo odłożyć surowe jedzenie czy ubrania ciągle nadające się do noszenia i je ukryć. Inukashi sporo od niego kupował – tak to działało. Dalej udostępniał swój towar ulicznym sprzedawcom jedzenia i używanych ubrań z Zachodniego Bloku, przyzwoicie na tym zarabiając.

Dla Inukashi darem niebios był fakt, że istniała ręcznie wykonywana czynność pomiędzy zautomatyzowanymi procesami. Dzięki temu nawet on na tym zarabiał.

W miejscu pracy Getsuyaku nie było właściwie żadnych kamer czy czujników systemu bezpieczeństwa. Gdyby coś się stało, sam musiał nacisnąć przycisk w kącie swojego panelu kontrolnego.

 – Nie mogę sobie wyobrazić, żeby przyszli, nawet gdybym faktycznie nacisnął guzik. – Inukashi pamiętał, że Getsuyaku wspomniał o tym kiedyś, spoglądając na czerwony przełącznik.

 Chociaż zazwyczaj pracownicy zakładu przewożeni byli z bram do ich sekcji busem, Inukashi słyszał gdzieś, że Getsuyaku był jedynym wciskanym w stary, maleńki automobil.

 – Bycie tak traktowanym sprawia, że wstydzę się sam siebie. Nie mam już za grosz dumy.
To pewnie była jedna z jego kolejnych skarg. Ich ilość wzrosła wtedy zauważalnie.

„Duma? He he, najpierw samotność, a teraz duma? Więc wyciągasz mi tu kolejną luksusową zabawkę? Rany, mógłbyś teraz chociaż mówić o czymś, co zapełni mi żołądek”.

Oczywiście to również były jedynie jego myśli.

Nie obchodziła go samotność czy duma Getsuyaku. Wszystkim, co się dla niego liczyło, było to jedno jedyne miejsce, wyjęte spod całej sieci obserwacyjnej Zakładu Karnego. Jedyne miejsce połączone bez żadnych dodatkowych barier zarówno z Zachodnim Blokiem, jak i No.6. Bez problemu rozumiał, dlaczego właśnie tam swój wzrok zwracał Nezumi. Jednakże niemożliwym było dostanie się do środka Zakładu Karnego z tego miejsca. Korytarz prowadzący do głównych części gmachu zablokowany był przez podwójne drzwi, których nie dało się otworzyć od strony Getsuyaku.

Ktokolwiek zaprojektował budynek, zrobił z niego coś w rodzaju lochu, którego nie dało się tak po prostu zinfiltrować i uciec; może człowiek ten przelał w życiu już tyle krwi, że nie zwracał uwagi na systemy sprzątające. A może po prostu nie interesowali go odpowiedzialni za nie ludzie. Nawet w Ministerstwie Bezpieczeństwa, stojącym bezpośrednio ponad Zakładem Karnym, nie było pewnie żadnych urzędników zainteresowanych warunkami pracy Getsuyaku. Gdyby przy jego pracy zdarzył się jakiś wypadek i zostałby śmiertelnie ranny, nie istniała nawet jedna tysięczna szansy, że Zakład otworzy drzwi, by zapewnić mu opiekę medyczną. Drzwi pozostałyby zamknięte, a Getsuyaku umarłby w samotności.

Dziwnie się czuł, myśląc o tym w ten sposób.

Jako mieszkaniec Utraconego Miasta, Getsuyaku był na wpół mieszkańcem miasta. Nie zmieniało to jednak faktu, że w nim mieszkał. Mógł być biedny, ale żył bez strachu przed głodem czy bólem zamarznięcia na śmierć. Miał dość szczęścia, by narzekać na samotność. Dla ludzi z Zachodniego Bloku jak Inukashi, taki styl życia byłby rajem.

Inukashi mógł stwierdzić nawet po ich niezbyt rozwiniętej wymianie słów, że Getsuyaku był uczciwym i lojalnym człowiekiem. Ale nawet jego wzrok mógł nosić czasem odrobinę pogardy czy wyższości, gdy spoglądał na Inukashi, mieszkańca Zachodniego Bloku.

„Ciągle jestem ponad nim”.

„Mogę jeść do syta”.

„Nie zamarznę zimą na śmierć”.

„Jestem mieszkańcem No.6”.

„Dlatego jestem ponad nim”.

To dopiero śmieszna historia.

Ludzie szufladkowali się nawzajem. Dzielili się na tych, których się wykorzystuje i patrzy się z góry, i na tych, którzy patrzyli z góry i wykorzystywali innych. Nie zmuszał ich do tego mechanizm społeczności; ludzie robili to w swoich sercach, z własnej woli.

Getsuyaku, będący przez władze traktowany gorzej niż maszyny, który lamentował nas swoimi warunkami i zastanawiał się nad nimi, patrzył z góry na Inukashi, tylko dlatego, że żył w Zachodnim Bloku. Myślał, że był od niego lepszy.

To dopiero śmieszna historia. I dziwna.

Czasem myślał, że ludzie to jeszcze głupsze zwierzęta niż psy. Psy również miały funkcje wyznaczane przez społeczność, ale w ich wypadku bazowały one na sile poszczególnych osobników. Psy nie oceniały się pod kątem rodowodu, stanu futra czy miejsca, w którym się urodziły.

Ludziom w ogóle nie przeszkadzało robienie czegoś, czego nawet psy nie chciały robić. Ludzie... co za śmieszne...

„Wszyscy jesteśmy tacy sami”.

Nagle usłyszał czyjś głos. Brzmiał cicho gdzieś głęboko w jego uszach. Nie należał do Nezumiego. Właściwie jego głos też był słyszalny, ale nie miał tej delikatności.

„Shion...”

„Jest dziwnym, rozpieszczonym chłopcem o białych włosach. Nie wspominając już, że to zbiegły przestępca i to pierwszej kategorii. To nie coś, czym możesz sobie zdecydować że będziesz, kiedy obudzisz się rano. Jestem pod wrażeniem, naprawdę. Ale z drugiej strony okazało się, że jest takim lekkoduchem z tą całą obławą na ogonie... to naprawdę zbija mnie z tropu. Jest strasznym dziwakiem”.

„Ale raz to powiedział”.

„Są takimi samymi ludźmi jak my, Inukashi”.

„Więc przyszła moja kolej na pytanie.”

„Czyli ty i ja jesteśmy tacy sami?” 

„Tak”.

„A ludzie z No.6 to tacy sami ludzie jak my?” – Odpowiedź wróciła czysta, bez żadnych śladów wahania.

„Tak”.

Shion. Bez przerwy był dziwakiem.

„Hej, Shion. Naprawdę nie masz w sercu ani odrobiny poczucia hierarchii? W ogóle nie oddzielasz od siebie ludzi? Nigdy nie czułeś do innych pogardy i nie czułeś się od nich lepszym?”

„Shion, jako ludzie naprawdę jesteśmy sobie równi?”

 – Co masz na myśli przez... robotę? – zapytał go zachrypły głos. Umysłowi Inukashi, pogrążonemu wówczas głęboko we własnych myślach, zajęło chwilę zareagowanie.

 – Eh?

 – Robota za sztukę złota... co mam zrobić?

 – Och! Racja.

„Naprawdę szybko połknął haczyk. Ten staruszek musi naprawdę potrzebować pieniędzy”.

 – Tylko żebyś wiedział, że nie wezmę żadnych niebezpiecznych zadań – powiedział szybko Getsuyaku. – Moje dziecko urodzi się na wiosnę. Ciągle muszę pracować i zarabiać. Nie ma warunków, dla których mógłbym narazić własne życie.

„Rozumiem. Dobrze, dobrze. Sam nie chcesz być w niebezpieczeństwie. Ale i tak potrzebujesz pieniędzy tak bardzo, by zrobić niemal wszystko. Rozumiem”.

Inukashi wytrzeszczył oczy i pozwolił by uśmiech powoli pojawił się na jego ustach. Tego wyrazu twarzy również nauczył się od Nezumiego. Kiedy chciało się kogoś skusić, trzeba było uśmiechnąć się do niego delikatnie, właśnie w taki sposób. Jeśli to możliwe, tak pięknie, że innym zaprze dech w piersiach.

„Marne szanse, żeby mi się udało. Nie jestem aktorem. Nie potrafię omamiać ludzi tak łatwo jak Nezumi”.

Mimo to próbował się w ten sposób uśmiechać.

„No i... co teraz, Nezumi?”

Czuł bicie własnego serca. Jakby usiłowało uciec z piersi. Słyszał jego dźwięk w uszach. Jego ściśnięte w pięści dłonie zaczęły się pocić. Pot spływał również po jego plecach. Gardło było suche, a język przypominał papier ścierny.

Inukashi zauważył, że nerwy niemal go wykończyły.

Zrozumiał, że musiał nakłonić tego człowieka używając wszelkich dostępnych metod. Musiał sprawić, że zrobi co mu każe, nieważne jakim sposobem. Musiał go zmusić. Gdyby przegrał, droga ucieczki Shiona i Nezumiego zostałaby kompletnie odcięta. Już nigdy więcej by ich nie zobaczył.

Od samego początku postawili ryzykowny zakład. Szansa na ucieczkę z Zakładu Karnego wynosiła mniej niż jeden procent. A tych dwóch i tak tam weszło. Pomyślał, że musieli być naprawdę głupi, żeby to zrobić. Najgłupsi z głupców. Śmierć była dla takich całkiem logiczna. Zbierali owoce tego, co sami zasiali.

„Wiem to, naprawdę wiem. Ale...”

„Ale wciąż chcę, żeby wrócili. Chyba po prostu chcę ich jeszcze raz zobaczyć. Tak, jasne, o złoto też mi chodzi. Nie widzę już prawie nic poza górą błyskotek. Ale i tak chcę ich zobaczyć. Jeszcze raz chcę usłyszeć na własne uszy sarkazm i śmiech Nezumiego i te niezręczne zdania Shiona”.

„ – O, wróciłeś”.

„ – Owszem. Mówiłem, że wrócę. Nie rzucam słów na wiatr”.

„ – Eh, przestań zgrywać cwaniaka. Czy to znaczy, że znowu będzie trzeba słuchać tego twojego gadania? Rany, już się nie mogę doczekać”.

„ – Inukashi, przepraszam, że musiałeś się martwić”.

„ – Martwić? Shion, nadal śnisz? Kto by się martwił o takich...”

„ – Martwiłeś się o nas, prawda?”

„ – Debil”. 

Chciał przeprowadzić z nimi tego typu rozmowę. Chciał jeszcze z nimi porozmawiać.

„Ja... Ja naprawdę modlę się, żebyście przetrwali i wrócili żywi. Nie będę się modlić do Boga. Nie uklęknę przed Nim. Będę się modlić do siebie i klęczeć przed sobą. Zrobię cokolwiek się da, żeby to zrobić. Nie poddam się... i będę wierzyć w siebie i w was”.


„Czy tego właśnie nie nazywa się modlitwą, Nezumi?”

Getsuyaku zauważył uśmiech na twarzy Inukashi i odsunął podbródek do tyłu. Więc nie poszło tak łatwo jak Nezumiemu. Doprawdy. Pewnie było w nim coś niezręcznego. I to musiało przerazić Getsuyaku.

Inukashi oczyścił gardło i zacisnął usta.

 – No to nieźle. Gratulacje. Nie martw się, nie poproszę cię o nic tak idiotycznego, jak oddanie życia za zapłatę. To naprawdę prosta robota. A jednocześnie coś, co tylko ty możesz zrobić. Dlatego jest warta złotej monety.

 – Prosta, ale warta sztuki złota – powtórzył podejrzliwie Getsuyaku.

 – Mówię przecież, że tylko ty to możesz zrobić. Nie mam wyboru, jak tylko polegać na tobie, Getsuyaku-san. Naprawdę. Tylko ty możesz to zrobić. I wiem, że będziesz w stanie to zrobić.

Twarz Getsuyaku rozluźniła się nieznacznie.

„Tylko ty możesz to zrobić”.

„Będziesz w stanie to zrobić”.

To musiało trafić prosto w jego dumę. Pogłaskać go lekko samymi słowami. Bez wątpienia zahaczyć o niskie i zszargane poczucie własnej wartości.

 – Proszę cię. Współpracuj ze mną, Getsuyak-san.

 – To nie takie proste... co mówisz, że mam zrobić?

 – Chcę żeby roboty sprzątające powariowały.

 – Eh?

 – Nadzorujesz zarówno pozbywanie się śmieci jak i pracę robotów sprzątających, prawda?

 – Ach... cóż, tak. Chociaż nadzór ogranicza się do naciskania guzików na robotach. Same zaczynają się ruszać i wykonywać polecenia. Zajmuję się nimi tylko ustawiając kolejkę zadań co miesiąc.

 – Kiedy jest następny raz?

 – Za jakiś tydzień.

 – Mógłbyś to zorganizować jutro?

 – Jutro? Jutro jest Święty Dzień.

 – Prawda? To święto w No.6.

 – T–to święto, a więc większości pracowników nie będzie... między innymi mnie.

 – Nie będziesz miał wtedy wolnego – odpowiedział Inukashi. – Sam mi wcześniej mówiłeś. Masz tylko trzy dni wolne w miesiącu, a Święty Dzień się do nich nie zalicza. Skarżyłeś się na to.

 – Cóż... A–ale...

 – To powinno być łatwe. Wymyślasz jakąś wymówkę, że widzisz coś dziwnego w ich ruchach i wciskasz termin na tydzień wcześniej. Tylko tyle.

 – Nie, nie ma mowy żeby...

 – Możesz to zrobić. Musiałeś już wiele razy spotkać się z czymś takim w przeszłości – Shion kiedyś mu o tym opowiedział.

„ – Roboty sprzątające wykonują właściwie znacznie bardziej skomplikowane ruchy niż można się spodziewać. Jeśli chodzi o takie jak Ippo i reszta – (tu Inukashi przerwał mu wywód, by zapytać czym właściwie był Ippo. Zaskoczyło go, że to imię robota. O dziwo to martwy kolega Shiona go nazwał. Ippo, Niho i Sanpo. Jeden krok, dwa kroki i trzy kroki. Nie mógł uwierzyć jak łagodny był ten dzieciak. Zauważył, że to śmieszne, że ten beztroski chłopiec wymawiał imiona robotów z miłością, jak to robił z myszami) – i miały jedynie sprzątać park, potrzebowałyby jedynie prostych ruchów, bo nie miałyby przymusu sortowania śmieci. Ale jeśli nie pracują w budynku i to dość nietypowym, otrzymują śmieci wszystkich rodzajów w jednej kupie. Ruchy zwykłego rodzaju nie wystarczą. Typy odpadów i sposób ich utylizacji będzie się wahał, więc jestem pewien, że i mechanizmy są znacznie bardziej skomplikowane”.

„ – A to oznacza, że potrzebują stałego nadzoru. I że będą miały tendencję do psucia się”.

„O ile dobrze pamiętam, Nezumi to powiedział”.

„ – Z doświadczenia stwierdzam, że rzeczywiście robią sporo problemów. Ich funkcje się mieszają, ruchy robią powolne i takie tam”.

„ – Rozumiem”.

„Wtedy Nezumi posłał mi ten swój słaby uśmiech i na mnie spojrzał. Nie lubię tego spojrzenia. Jakby miało jakieś znaczenie i było wręcz sugestywne. Nic dobrego nigdy z tego nie wychodzi, kiedy patrzy na mnie w ten sposób. W takim momencie trzeba szybko zerwać kontakt wzrokowy. Chociaż wtedy już było za późno”.

„Kto by wtedy zrozumiał, co miał na myśli? Teraz już wiem. „Inukashi, to twoja szansa, żeby zabłysnąć. To kluczowa rola. Zagraj ją dobrze”.

„Wiem. Tylko patrz, Nezumi. Zrobię to tak dobrze, że przyćmię cię moim blaskiem”.

 – Podobno roboty sprzątające często się psują. Mylę się?

Getsuyaku uniósł brew. Odpowiedział niechętnie.

 – Cóż, nie aż tak często.

 – Więc jak z przyspieszeniem dnia zmiany ustawień? To wcale nie jest nienaturalne.

 – Cóż, znaczy... to nie coś, czego nie mogę zrobić, ale...

Inukashi powstrzymywał się od wybuchnięcia śmiechem. Ten człowiek był zbyt szczery.

Śmieszyło go to, że Getsuyaku chcąc nie chcąc dawał mu proste odpowiedzi, mimo iż powinien być wobec niego podejrzliwy. Jednak to nie był moment na śmiech, a poza tym nie miał jak się na nim skupić. Inukashi zacisnął szczęki. Musiał przeciągnąć mężczyznę na swoją stronę, nawet jeśli musiałby wykorzystać tę jego prostolinijną i szczerą naturę.

 – Skoro to zadanie nie należy do nierealnych, to możesz to zrobić, prawda, Getsuyaku–san?

 – Przesunięcie konserwacji na wcześniejszy termin nie jest... cóż, nie jest niemożliwe. Ale co masz na myśli mówiąc, że chcesz, żeby roboty powariowały?

 – Dokładnie to. Chcę żebyś nauczył roboty przeciwieństwa sprzątania.

 – Przeciwieństwa?

 – Każ im porozrzucać śmieci, wszystkie, jakie się nazbierały. I chcę, żebyś to w nie wmieszał.
Inukashi wyciągnął słoik z małą kapsułką w środku i pokazał mu go.

 – Co to?

 – To nic niebezpiecznego, nie martw się. Po prostu wypuszcza trochę smrodu. Nie jest nawet aż tak silny. Kapsułka zaczyna topnieć kiedy będzie mieć dostęp do powietrza. Chociaż dość powoli jej to idzie.

 – Dlaczego mam to wmieszać? Już nie mówiąc o kazaniu robotom, żeby rozsypały śmieci.

 – To kawał – wzruszył ramionami Inukashi, chichocząc lekko. Jednak wcale nie wydawało mu się być tozabawne. Całe jego ciało było mokre od potu. Nie był w stanie się śmiać.

A jednak to robił. Pokazał Getsuyaku uśmiech dziecka, wymyślającego jakąś psotę. Getsuyaku zaś nie śmiał się wcale. Z jego twarzy dało się wyczytać, że wcale nie wierzy Inukashi.

„Rany, jak można być aż tak podejrzliwym. To naprawdę jest tchórz”.

 – Jeśli roboty zaczną rozwalać śmieci i smrodzić, zrobi się zamieszanie. Nie mylę się co do tego, prawda? – kontynuował mimo wszystko Inukashi.

Getsuyaku kiwnął głową. Jego palce owinięte było wokół złotej monety.

 – Zamieszanie będzie na pewno. Ci ludzie z Zakładu, nie licząc więźniów, zawsze pracują w czystych, sterylnych pokojach. Pewnie nigdy nawet się nie pobrudzili. Tak, z całą pewnością w całym swoim życiu żaden z nich nie dotknął nawet śmieci.

 – Co nie? Nikt nawet nie myśli, jak ważna jest twoja praca. Dlatego zrobisz im mały kawał. Roboty sprzątające wariują i zaczynają rozrzucać wszędzie śmieci. Będzie zamieszanie, a co ci ludzie zrobią najpierw?

 – Rozkażą mi zatrzymać roboty.

 – Dokładnie. A ty to zrobisz. Wtedy... wtedy pewnie wezwą cię do środka budynku.

 – Żeby naprawić roboty? Tak, tak pewnie by się stało.

 – I po nich posprzątać. Rozkażą ci sprzątnąć rozsypane śmieci. Nikt inny nie potrafi sprzątać. Wezwą cię. I je otworzą.

 – Co?

 – Drzwi. Drzwi, których nigdy nie mogłeś otworzyć ze swojej strony, otworzą się do ciebie. W tym czasie kapsułka zacznie już się roztapiać, a smród rozprzestrzeniać. Jeśli będzie miała opory, nadepnij na nią lekko. Tak, to będzie bardziej efektywne – mruknął do siebie Inukashi.

 – A, i nie musisz się o nic martwić. Mówię przecież, że nie śmierdzi tak bardzo. Czujniki zapachów mogą się aktywować, ale poziom niebezpieczeństwa nadal będzie wynosił zero. Mój nos pewnie tak się do tego przyzwyczaił, że nawet tego nie wyczuję. Ale ci goście spod klosza ciężko to zniosą. Zamieszanie będzie jeszcze większe. Wtedy ty udasz pośpiech do posprzątania śmieci i...

„Teraz zrobiło się poważnie”.

Inukashi obniżył głos i wyszeptał coś do ucha Getsuyaku.

Jedno, dwa słowa.

Całe ciało Getsuyaku zesztywniało. Jego usta pozostały na wpół otwarte, a pełen zestaw dobrze wyglądających, białych zębów zadygotał.

 – A... Absolutnie nie ma mowy, żebym to zrobił.

 – Czemu nie? To takie proste. Chyba nawet używanie łopaty jest cięższe.

 – A jeśli ktoś się dowie? Wywalą mnie... nie, pewnie będzie jeszcze gorzej. Aresztuje mnie Ministerstwo Bezpieczeństwa i... Och, nie, przestań – jęknął. – Sama myśl o tym przyprawia mnie o gęsią skórkę. Nie, dzięki. Absolutnie i definitywnie. Idź do domu, Inukashi. Oddaję ci to.

Getsuyaku cisnął w niego złotą monetę. Była prawdziwa; błyszczała słabo. Usta Inukashi wykrzywiły się w uśmiechu. Czuł że ten wyszedł mu trochę lepiej niż poprzedni.

 – Oddajesz, hę. Rozumiem. Nie kuszą cię korzyści materialne?

 – Moje życie jest ważniejsze niż korzyści materialne.

Inukashi delikatnie położył swoją opaloną dłoń na tej odwróconej wcześniej w górę Getsuyaku.

 – Och... – Getsuyaku przełknął powietrze. Złota moneta zamieniła się w dwie. – Hej, Inukashi, ja nie...

 – Jeszcze jedna. – Położył trzecią sztukę złota na jego dłoni. – Trzy złote monety. Co ty na to?

 – Dlaczego... Czemu... oferujesz aż tyle...

 – Robota, o którą cię proszę, jest tego warta. Jeśli dobrze pójdzie, dam ci trzy razy tyle jako rekompensatę.

 – Inukashi, czego ty chcesz? To nie jest tylko jakiś stary kawał, prawda? Nie może być. I skąd masz aż tyle pieniędzy?

 – Nie ma potrzeby pytać. Powiedz mi jedynie, czy bierzesz, czy nie. Właściwie takiej oferty już chyba nie odrzucisz.

 – D–dlaczego nie? Odrzucę. Widzisz? Odrzucam – odpowiedział uparcie Getsuyaku.

 – Nie da się. Sprzedałeś mi wewnętrzne informacje. Zapomniałeś już? – Spróbował polizać dolną wargę.  Była sucha i szorstka. Walenie w jego piersi się uspokoiło. Oglądając odpływającą z twarzy Getsuyaku krew, Inukashi poszerzył swój uśmiech.

„Nic mi nie jest. Spokój. Nie spanikuję i nie zniszczę zakończenia. Nic mi nie jest”.

 – To było... cóż... powiedziałem ci tylko, co mi się wydaje.

 – Ale powiedziałeś. Nie, sprzedałeś mi to. Chyba za dwa srebrniaki. Sprzedałeś informacje o swoim miejscu pracy za dwa srebrniaki. Jeśli ktoś się o tym dowie, czeka cię coś gorszego niż zwolnienie z pracy, zostaniesz...

 – P–potrzebowałem pieniędzy! – zaprotestował Getsuyaku. – Moja żona zachorowała i musiałem zapłacić za leczenie.

 – Taa. Jesteś dobrym gościem, dla rodziny wszystko. Ale myślisz, że władze zmienią przez to zdanie? Sprzedałem informacje Zachodniemu Blokowi za dwa srebrniaki, żeby wykarmić rodzinę. Przepraszam. Jak myślisz, co zrobią goście z Ministerstwa Bezpieczeństwa, jeśli to wyznasz? Co, poklepią cię po plecach i powiedzą: „musiało ci być ciężko”? Nie ma mowy. To by się nigdy nie stało i ty dobrze o tym wiesz. Nawet ty rozumiesz swoją pozycję i jak niebezpieczne może być Ministerstwo Bezpieczeństwa, co nie? Och, przerażające. Dostaję gęsiej skórki na samą myśl.

Inukashi potarł swoje nagie ramiona. Twarz Getsuyaku straciła jeszcze więcej kolorów, wyglądając jak smutna karykatura naszkicowana na kawałku papieru.

 – C–czy ty mnie szantażujesz?

 – Po prostu mówię ci prawdę. Za darmo.

Getsuyaku wydał dziwny, gardłowy odgłos.  Inukashi poklepał go lekko po ramieniu.

 – W porządku. Nie będziesz w żadnym niebezpieczeństwie. Zajmę się tym. Pomyśl tylko: do tej pory byłeś ciężko pracującym człowiekiem. Jesteś legalnie zarejestrowany jako mieszkaniec miasta. Kto miałby być wobec ciebie podejrzliwy? Nikt. Bo nikt nie zwraca na ciebie uwagi. Nikt cię nie widzi.

 – Ale kamery bezpieczeństwa...

 – Jeśli wykonasz jakieś podejrzane ruchy, zostaniesz złapany. Ale jeśli będziesz poruszał się naturalnie i niezauważalnie, oszukanie kamer to bułka z masłem. Maszyny mogą być w stanie wysyłać obrazy, ale żadna nie zgadnie, co kryje się w twojej głowie. W każdym razie, nic nie zmienia faktu, że pierwszy krok już postawiłeś.

Inukashi położył złote monety z powrotem na jego dłoni i zamknął ją w pięść.

 – Weźmiesz ode mnie tę robotę, prawda, Getsuyaku–san?

 – Eh... tylko raz. Tylko ten jeden raz.

 – Dziękuję – powiedział z gracją Inukashi. – A więc do jutra. Tuż przed końcem twojej zmiany.

 – Tak... i naprawdę dasz mi resztę złota?

 – Oto gdzie leży różnica między ludźmi a psami. My nie kłamiemy. Gdy coś obiecamy, zawsze dotrzymujemy słowa.

 – Ale... eh?

 – Co?

 – Nie słyszałeś płaczu dziecka?

 – Dziecka? Nic nie słyszę.

 – Mógłbym przysiąc, że słyszałem...

 – Może się przesłyszałeś. Czy nie zbliżają się przypadkiem narodziny twojego dziecka? Dlatego wycie wiatru może przypominać ci jego płacz. Ale widzisz, mam rację – kiedy dziecko się urodzi, będziesz potrzebował jeszcze więcej pieniędzy. Musi przecież mieć ciepłe posłanie i dobre mleko.

Getsuyaku poruszył ustami jakby chciał coś powiedzieć. Zamiast tego bez słowa zamknął drzwi pokoju monitoringu.

Gdy tylko zgasło wypływające z niego światło, ciężkie ciemności owinęły się wokół Inukashi. Mroźny, nocny wiatr przewinął się nad jego stopami.

Fiu. Westchnął głęboko. Nawet w tej zimowej pogodzie całe jego ciało spływało potem. Jego ramiona były ciężkie, pewnie od napięcia mięśni.

Fiu. Tym razem całkowicie wypuścił powietrze. Gdy nabrał go z powrotem, mroźny wiatr wślizgnął się głęboko do jego piersi.

„Udało się? Ich lina ratunkowa została dobrze zawiązana?”


„Pewności nie ma”.

Getsuyaku, ten strachliwy, dobroduszny człowiek, martwiłby się pewnie. Wahałby. Pewnie nie mógłby się zdecydować aż do ostatnich chwili.

„Co ja zrobię? Co powinno się w takich chwilach robić? Iść dalej? Przerwać? Och, co ja mam zrobić. Co ja zrobię”.

Jaką decyzję podejmie Getsuyaku w ostatniej chwili? Postąpiłby jak chciał Inukashi? Nie był pewien odpowiedzi.

„Ludzkie myśli są jak końce cienkich gałązek”.


„Tak łatwo wstrząsa nimi wiatr”.


„Chyba po prostu muszę uwierzyć”.

Nie w Getsuyaku. Musiał uwierzyć we własne szczęście. W jego myślach pojawiła się twarz Shiona. I profil Nezumiego.

„Chyba muszę w nich uwierzyć”.

Szedł powoli przez mrok. Cień poruszył się za wózkiem z resztkami jedzenia. Usłyszał zdławiony płacz.

 – Przestań doprowadzać go do płaczu – powiedział Inukashi, cmokając ostro językiem. Na jego twarzy pojawił się grymas. – Co z ciebie za opiekunka? Zajmij się nim porządnie. A przynajmniej upewnij się że nie będzie tak jęczeć, błagam cię, staruszku.

 – To ja tu chcę beczeć, rany – odpowiedział Rikiga sam cmokając językiem z dzieckiem na rękach. On też pewnie jęczał. Inukashi nie widział go przez otaczające ich ciemności. – Zobacz, Shionn. Twoja mama wróciła. Czy to nie wspaniale?

 – Kogo nazywasz mamą?

 – Kogo to obchodzi? Ja tu na pewno matką nie jestem. Masz – podał Inukashi dziecko owinięte w miękki kocyk. Rikiga musiał go gdzieś dostać. Inukashi czuł ciepło i ciężar dziecka w ramionach. Zdawało się być odrobinę cięższe.

„To możliwe? Nie ma mowy. Pewnie tylko mi się wydaje”.

Dziecko, które zabrał z gruzowiska piło psie mleko, machało rękami i nogami, często się śmiało i bez przerwy płakało. Miało wielkie, okrągłe oczy i miękkie policzki.

 – Mama – Dziecko wyciągnęło rączki do Inukashi. Zdawało się szukać, chcieć czy wzywać coś.

 – Widzisz, nazywa cię mamą – powiedział Rikiga. – Tęskni za swoją.

 – Pewnie nie mógł po prostu znieść twojego śmierdzącego oddechu, staruszku. Biedactwo. To musiało być okropne.

 – I jak?

 – Hm?

 – Jak poszło?

 – Nie wiem. Ale lepiej już nie będzie. Wszystko jak mówił Nezumi.

Rikiga pociągnął nosem.

 – Eve, co? Ten bezczelny gnojek. Daje się wsadzić do Zakładu Karnego i ma jeszcze czelność wydawać nam rozkazy. Za kogo on się ma?

 – Nezumi to Nezumi, staruszku. Raczej za nikogo się nie ma. Poza tym nie dali się tam wsadzić. Przeszli przez bramy z własnej woli.

 – Bramy piekieł.

 – Hej, staruszku.

 – Co?

 – Myślisz, że wrócą?

 – Kiedy przeszli przez te bramy? Niemożliwe. Musiałby się zdarzyć cud.

 – Podobno cuda zdarzają się dość łatwo. Nezumi mi o tym powiedział.

 – Eve to oszust. W jego słowach nie znajdziesz prawdy większej niż głowa muchy. Chociaż wiesz, Inukashi, ja... ja naprawdę chciałbym, żeby Shion wrócił.

 – A co z Nezumim?

 – Nie obchodzi mnie Eve. Ucieszyłbym się, gdybym już nigdy nie musiał go widzieć. Właściwie byłbym wtedy nawet szczęśliwszy. Zawsze to jakieś pocieszenie. Hmf.

Inukashi zaśmiał się cicho. Rikiga był w okropnym nastroju. Wydało mu się to śmieszne. Znał powód, przez co było to jeszcze bardziej zabawne.

 – Tsukiyo – Inukashi obniżył głos i wezwał imię małej myszki. Tą też nazwał Shion. Hamlet, Cravat, Tsukiyo... to było dziwne. Odkąd znał ich imiona, zauważył, że potrafi je rozróżnić, podczas gdy wcześniej były dla niego „tylko myszami".

Dziwne, niewątpliwie.

Pisk.

Czarna myszka wyszła spod brzucha równie czarnego psa, leżącego na ziemi.

 – Wiadomość dla twojego pana: „Zadanie wykonane. Jutro wieczorem zacznie się akcja”.

Pisk.

 – Będę się modlić żebyś dotarł do pana bezpiecznie, Tsukiyo.

Pisk, pisk, pisk.

Mysz zniknęła szybko w ciemnościach.

 – Wie, gdzie jest Eve?

 – Mam nadzieję.

 – Rozumie, co powiedziałeś?

 – Ciebie też pewnie może zrozumieć, staruszku. Dopóki jesteś trzeźwy, zrozumie co chcesz powiedzieć.

 – Dlaczego? To tylko mysz.

 – To nie taka zwykła mysz. Zwykłe myszy nie rozumieją ludzkich słów. Te są niezwykle mądre. Nie tylko rozumieją słowa, ale i intencje, jakie zawierają. Nezumi na pewno dobrze się z nimi obchodzi.

 – Czemu to nie są zwykłe myszy?

 – Skąd mam wiedzieć?

 – To mikroroboty?

 – Nie. Całkowicie naturalne stworzenia. Po prostu mają intelekt. Wiesz, Shion nawet im czytał. Jakiegoś klasyka, jak mu tam było. Pewnie nigdy nie czytałeś klasyków, co nie, staruszku?

 – Na pewno nie „jak mu tam było” – odpowiedział sarkastycznie Rikiga. – To czemu te myszy mają intelekt?

 – Przecież mówię, że nie wiem. Są w końcu Nezumiego. To nie byłoby dziwne, gdyby były jakieś niezwykłe.

 – Oczywiście, że to dziwne. Skąd Eve w ogóle ma te myszy?

 – Staruszku.

 – Co?

 – Czemu tak się nimi interesujesz? Co, zastanawiasz się, czy dasz radę jakoś na tych myszkach zarobić?

 – Oczywiście, że nie – powiedział ze złością Rikiga. – Jakbym w ogóle chciał mieć do czynienia z myszami Eve. Nie tknąłbym ich, nawet gdyby miały w zębach złote monety.

Inukashi jakoś nie mógł uwierzyć, że Rikiga dałby uciec myszom ze złotymi monetami, jednak wzruszył jedynie ramionami w odpowiedzi i niczego nie powiedział.

„Myszy rozumiejące ludzką mowę...”

Jedna z nich w dzień przyniosła Inukashi list. Był od Nezumiego. Słowa naskrobane były cienkopisem.


Inukashi. Kazałem zanieść ci ten list po polowaniu. Znając moje myszy, definitywnie im się udało.


List zaczął się bez żadnego formalnego wstępu czy pozdrowień i był raczej rzeczowy.

„On w ogóle wie jak napisać porządny list? A może myśli, że nie ma sensu marnować na mnie pozdrowień? Jeśli tak, cóż, to naprawdę wredna świnia”.

W każdym razie list od Nezumiego był niespodziewany i raczej niezwykły, a jego oczy przykleiły się do niego, gdy się nad nim zastanawiał. Przeczytał go i skrzywił się.

W liście zapisane były dokładne instrukcje dla tych pozostałych w Zachodnim Bloku. Dopiero po przeczytaniu go Inukashi zrozumiał znaczenie tamtego sugestywnego spojrzenia Nezumiego.

„Rozumiem. Więc tego ode mnie chcesz. Co za dotkliwy list miłosny mi przysłałeś”.


„Ten koleś jest zatruty. Nie żeby to było coś nowego”.

Wziął głęboki oddech. Musiał zdecydować – pognieść list i udawać, że nigdy go nie widział, czy postąpić według poleceń Nezumiego.

Krótki moment wahania przyszedł i odszedł. Inukashi starannie złożył list i wypuścił powietrze.

Poza instrukcjami dla niego, były też rozkazy dla Rikigi. I to właśnie stało się źródłem jego niezadowolenia.

 – Ten szczeniak myśli, że może mnie rozstawiać po kątach. Cholera, czuję że ten nędzny szczur mnie kontroluje. Wkurzające.

 – To co, zignorujesz ich?

 – Nie mogę tego zrobić. Tu chodzi o życie Shiona.

 – I górę złota.

 – Dokładnie.

Miłość i chciwość. Dwa warunki, które najczęściej zmuszały ludzi do ruchu. Jak na ilość skarg, wypływającą z ust Rikigi, poruszał się on zaskakująco szybko i efektywnie. Przyniósł nawet w pudełku mikrobomby. Pewnie przygotował je na wszelki wypadek jakiś czas temu.

Powiedział, że wydał niesamowite ilości pieniędzy. Ale jeśli mieli zamiar dostać to złoto, ofiara była nieduża.
Zarówno Inukashi jak i Rikiga wypełnili już połowę rozkazów Nezumiego. Teraz przyszła pora na resztę. Zaczynał się krytyczny moment.

 – Wiemy na pewno, że Tsukiyo i reszta są po naszej stronie. To wystarczy, żeby się na chwilę uspokoić? – Inukashi wymówił swoje prawdziwe myśli. Nieważne czy to człowiek, pies, czy mała myszka, dopóki nie był wrogiem, mógł być za to wdzięczny. Miał nadzieję, że Rikiga zacznie się martwić o tę „dziwność” i „tajemniczość” później, kiedy wyjdą z tej nieprzyjemnej sytuacji.

„Od jakichś setek lat wiadomo, że Nezumiego po prostu nie da się zrozumieć, staruszku”.

 – Aba, aba, aba – gaworzył żywo Shionn.

 – Pogratuluj nam, Shionn – Inukashi uniósł maleńkie ciałko w górę do nocnego nieba, z którego spoglądały na nich gwiazdy. – Świętuj za nas. Za naszą teraźniejszość i przyszłość.

 – Babuu – Shionn owinięty w starą tkaninę nagle uniósł rączki. Wyciągnął je prosto w górę, jakby chciał coś złapać.

 – Co? – Inukashi spojrzał w górę na złote miasto. Święte Miasto No.6 rozdzierało swym światłem mrok.

Maleńkie paluszki Shionna zatrzymały się właśnie na tym złotym świetle.

 – To No.6. Co z nim? Wpadło ci w oko?

Shionn się nie uśmiechał. Ani nie płakał. Szeroko otwartymi lekko fioletowymi oczami wpatrywał się jak zahipnotyzowany w No.6.


==Koniec rozdziału 2==

piątek, 22 czerwca 2012

Tom VI: Rozdział 1


((Doberek~ tak oto z jednodniowym opóźnieniem rozdział wędruje do waszych rączek, panie i panowie~ A warty czekania, otóż powitamy dzisiaj czerwonego węża i ludzi na skałkach. (Dżun, jak ja niby mam zmienić tego węża, skoro to jego własne słowa? xD) Tak więc wy cieszcie się wykładem z historii No.6, a ja pojaram się spokojnie wynikami z egzaminu i zastanawianiem się czy trafię do klasy a czy b xD))



Skąd pochodzisz? Gdzie się urodziłeś?

***
Rozdział 1
Lepiej byłoby utracić poczucie samego siebie

Obok uczucia takiej okropności.
Lepiej byłoby utracić poczucie
Samego siebie.
Zbudź tym kołataniem
Dunkana! Obyś mógł tego dokazać!
Makbet – Akt II, Scena II

Usłyszał dźwięk wiatru. Był to suchy, smutny głos.

„Nie może być...”

Shion zatrzymał się, było ciemno. Nawet z oczami przywykłymi do mroku, ciemność odbijała się mrokiem w jego oczach, malując wszystko przed nim na czarno. Oczywiście, nigdzie nie wiał żaden wiatr.

Byli przecież na dnie ziemi.

Miejsce w samym sercu No.6, a właściwie dom mroku. Podziemie Zakładu Karnego. Oczywiście, że nie mógłby tam wiać żaden wiatr. Nie było mowy, żeby mógł usłyszeć jego dźwięk. A jednak definitywnie słyszał wysoki gwizd. Przez krótką chwilę, ale był tego pewien.

To nie był dźwięk, jaki mógłby usłyszeć w No.6, w którym do niedawna żył. Nie była to bryza delikatnie muskająca gruby dach, ani coś, co przynosiło mu słodki zapach kwiatów. To był...

Wiatr ruin.

Płacz wiatru świszczącego w pozostałościach zniszczonego hotelu w kącie Zachodniego Bloku. Był zimny. Za każdym razem, gdy czuł go przez skórę, przypominał sobie jak głębokie dreszcze wywoływał. Bez wątpienia, starzy ludzie, którzy upadli na drodze, nie mogąc się ruszać czy dzieci pozbawione energii przez głód, były oplatane tym mroźnym powietrzem i szybko zamarzały na śmierć. Zabijał je okrutny, bezlitosny, zimowy wiatr.

A jednak za nim tęsknił.

Znacznie bardziej uwielbiał zimne powiewy, wstrząsające nim do kości podczas pracy w ruinach, niż delikatne, spokojne bryzy z No.6.

Jak Inukashi się miewał? Mieszał resztki zupy w wielkim garze, chcąc przygotować jedzenie dla psów? Zajmował się cały dzień liczeniem łupów? Inukashi, ze swoją opaloną skórą, hebanowymi włosami i giętkim ciałem.

Zostawił dziecko pod jego opieką. Podrzucił mu niemowlę wbrew jego woli.

„Odwal się, Shion. Prowadzę tu biznes, mam hotel. Co ja jestem, charytatywny sierociniec?”

Shion wyobraził sobie jego twarz, wykrzywiającą się ze zniesmaczeniem.

„Wybacz, Inukashi. Na nikim innym nie mogłem polegać. Nie miałem innego wyjścia, jak tylko błagać cię o pomoc”.

„Tsk”.

Cmoknął Inukashi.

„Jesteś wrzodem na tyłku, nawet jak cię nie ma. Dobra, wezmę je. Nawet ja mam dość serca, żeby współczuć chociaż odrobinkę. Ale tylko troszkę, nawet pies czuje więcej. Trudno, nie mam wyboru. Dla tego dzieciaka mój własny pies ryzykował życie. Nie mogę go po prostu porzucić... Zobacz, jak łatwo mnie do wszystkiego przekonać. Aż rzygać się chce”.

„Inukashi, jestem ci wdzięczny”.

„Raczej mnie to nie uszczęśliwia. Zysku to ja z tego mieć nie będę. Shion, na razie zatrzymam dziecko. Jasne? Tylko na razie. Lepiej chodź i go zabierz. Ty go wziąłeś, ty go wychowaj. Zrozumiano? Lepiej chodź...”

 – Shion.

Nezumi odwrócił się w jego stronę. Shion bez problemu widział parę błyszczących, szarych oczu. Nawet w tym mroku oczy Nezumiego pochłaniały światło i wypuszczały je.

„Chyba że...” – Shion pozwolił myślom toczyć się własnym rytmem.

„Chyba że mogę nadal dostrzec te oczy, nawet jeśli nie ma pojedynczego promienia światła, który by je oświetlił”.

 – Nie przestawaj iść. Trzymaj się za mną.

 – Ach... racja. Wybacz, trochę odleciałem.

 – Odleciałeś?

 – Zdawało mi się, że słyszałem wiatr. Jak ten, który wiał w ruinach Inukashi... Wiem, że po prostu się przesłyszałem, ale... Nezumi.

 – Hm?

 – Zastanawiam się jak ma się Inukashi.

Nezumi zamrugał. Shion dostrzegł jak łapie oddech.

 – Ty to masz jaja.

 – Eh?

 – Nie każdy może odlecieć sobie w takiej sytuacji. Są pewnie setki ludzi, którzy staliby się po prostu kłębkiem nerwów, ale słyszeć wiatr czy ot tak myśleć o innych ludziach – to dopiero niesamowite. Z takim zachowaniem można cię już chyba zaliczać do bogów. Pozwolisz mi się czcić codziennie, rano i wieczorem?

 – To sarkazm? – zapytał bez emocji Shion.

 – Co? Nigdy – odpowiedział Nezumi. – Nie miałbym odwagi pyskować bogu. Doprawdy, jestem pod wrażeniem. Ale...

Shion poczuł uścisk na ramieniu. Bolało. Czuł jak palce Nezumiego się w niego wbijają. Wiedział, ile było w nich siły, pomimo tak delikatnego wyglądu. Tyle razy Nezumi ściskał jego ramię, sprawiając, że krzywił się z bólu. Tak wiele razy łapał go za rękę i pomagał wstać. Znowu i znowu, niezliczone razy – ze śmierci ku życiu, z rozpaczy ku nadziei, z fikcji do rzeczywistości, Shion był w stanie wspinać się w górę dzięki tym palcom.

 – Od teraz bądź trochę większym tchórzem. Mam gdzieś Inukashi. Myśl tylko o chronieniu samego siebie.

 – Jasne.

 – ...Naprawdę rozumiesz?

 – Tak... chyba.

 – Chyba, co? Nic mnie mniej nie uspokaja – Nagle Nezumi zaśmiał się krótko. Jego głos był cichy, ale beztroski i wypełniony wesołością. – No spójrz tylko o czym my rozmawiamy, w tym miejscu, w takiej sytuacji. Żywy przykład nonszalancji, i ty, i ja. Może ja też zostanę bogiem, jeśli jeszcze trochę się przy tobie pokręcę.

Jego ton przeszedł niespodziewanie w ten ciężki i surowy. Palce wbił z jeszcze większą siłą.

 – Nieważne co się stanie, nie oddzielaj się ode mnie. Trzymaj się własnymi rękami. Mówiłem ci o tym już wcześniej. Więcej nie powtórzę.

Shion kiwnął głową. Nezumi odwrócił się i powrócił do marszu, widząc lub czując to lekkie przechylenie Shiona w odpowiedzi. Idąca przed nim postać nie spojrzałaby na niego znowu tak łatwo. Shion dobrze o tym wiedział.

Gdyby nie był dość zdesperowany, by żyć, gdyby nie trzymał się kurczowo własnego oddechu, Nezumi nigdy by się nim nie zainteresował.

Nezumi nigdy nie czciłby nonszalanckiego, obojętnego boga. Shion nabrał w płuca ciemności i postawił krok naprzód.


Mały korytarz kontynuował opadanie pomiędzy skałami. Był dość szeroki, by przeszedł nim tylko jeden dorosły. Może i był ciaśniejszy niż ten poprzedni, zbudowany z betonu, ze świetlistymi kulami w równych odstępach. Nie była to długa podróż, ale zakręty dość ją utrudniały.

„Ale przynajmniej...”

Shion wytarł pot wierzchem dłoni.

„Ale przynajmniej tutaj nie pachnie krwią”.

Powietrze przepełnione stęchlizną krwi wypełniało inny korytarz. Nie było w nim żadnych krzyków ani jęków dziesiątek umierających ludzi – ofiar mordu.

Była jedynie ciemność.

Nawet jeśli trwało to tylko chwilę, jeżeli za ciemnościami znajdowała się kolejna rzeczywistość, wymykająca się wyobraźni Shiona jak za każdym razem, przynajmniej w tamtym korytarzu nie musiał oddychać odorem wymazywanych ze świata niesłusznie ludzi.

Był wdzięczny. Zupełnie jakby odnalazł oazę na pustyni – był wdzięczny.

„Jesteś naiwny”.

Przygryzł dolną wargę.

Nezumi nie musiał mu tego nawet mówić. Był tak okropnie naiwny.

„Po prostu nie mogę tego poczuć. Nie mogę tego usłyszeć. Nie mogę tego zobaczyć, przez mur, który nas dzieli”.

„Ale to wciąż się we mnie dzieje”.

Rzeczywistość dziesiątek ludzi, nawet noworodków, będących niesprawiedliwie i żałośnie wymazywanych z tego świata, wciąż istniała na tej samej ziemi, na której stał wtedy Shion.

Tylko dlatego, że nie mógł jej poczuć, usłyszeć, zobaczyć, to nie znaczyło, że nie istniała. Fakt, że odnalazł oazę, nie znaczyło, że pustynia zniknęła.

„Jestem naiwny. Jestem zbyt idealistyczny” – był w stanie jedynie robić sobie wymówki. Potrafił zapomnieć gniew, jaki czuł spotykając się z taką brutalnością. Chciał odwrócić wzrok od przerażających rzeczy. Próbował skulić się i uwolnić, zapadając w ignorancki sen.

„Jestem naiwny. I jestem słaby”.

Natrafił dłonią na skalną ścianę, dając z siebie wszystko, by nie zgubić Nezumiego.

W tamtej chwili najbardziej liczyło się podążanie za nim. „Zawsze za nim podążałem”. Po raz pierwszy w nocy wyszedł dopiero w Zachodnim Bloku. Nawet udało mu się to przetrwać. Gdyby nie to doświadczenie, pewnie nie byłby w stanie przebrnąć przez nachalne ciemności, zdające się teraz dosłownie miażdżyć mu gałki oczne.

„W tym sensie trochę się zahartowałem” – powtarzał sobie. – „Uwierz. Masz w sobie własną siłę. Uwierz w siebie z całego serca” – Łatwo było paść z płaczem i próbować się poddać, ale to już nie miało znaczenia. Wiara w siebie była siłą. Z siłą jako paliwem i bronią, można było pokonać niezliczone trudności.

Shion skupił się na podeszwach swych stóp i poruszał się naprzód krok po kroku. Zauważył światło. Było słabe. Stopniowo zaczęło mu się rozjaśniać przed oczami.

Sylwetka Nezumiego sunęła w świetle, gdy obserwował ją z tyłu. Shion przyspieszył kroku.

 – Och... – Jego oddech utkwił w gardle.

Weszli do sporej komnaty. Była znacznie większa od tej, w której Nezumi walczył z człowiekiem w kolorze piasku. Sufit był wysoko. Pomieszczenie zdawało się mieć jakieś trzy piętra. Te same popękane eratyki wystawały ze wszystkich stron.

„To miejsce to naturalnie występujący, ogromny kompleks jaskiń” – Nezumi mu o tym powiedział. – „A więc to musi być jedna z komnat, stworzonych przez naturę”. – Świece migotały swoim światłem ze szpar, a w niektórych miejscach dawało się nawet zauważyć światło lamp. Wszystkie światełka były słabe, jednak oświetlały drogę. Były też naprawdę piękne – jak małe kwiaty w kolorze płomieni, kwitnące w skalnych niszach.

Niszach?

Shion zmrużył oczy. Złapał oddech i wytężył wzrok jak tylko mógł. Nabrał więcej powietrza.

Cień się poruszył.

Jeden, dwa, trzy, cztery... To nie były myszy; nie zaliczały się nawet do małych zwierząt. Niezliczone cienie przemykały wokoło. Stały na dwóch nogach, szepcząc między sobą.

„Ludzie!”

Przełknął ciężar w gardle. Jego serce przyspieszyło.

„Ludzie. Tu są ludzie. Patrzą na nas z nisz. Ludzie” – gdyby jeszcze bardziej wytężył wzrok, mógłby dojrzeć wielką pieczarę, rozdzierającą paszczę za światłem świec. A więc w tej jaskini było znacznie więcej tuneli. Ci ludzie pewnie właśnie stamtąd wyszli.

Shion nie był w stanie dostrzec poszczególnych figur, ale mógł stwierdzić, że byli zróżnicowani we wzroście i budowie.

Czyżby byli tam mężczyźni i kobiety, zarówno dorośli, jak i dzieci? Wszyscy identycznie posuwali się naprzód, by spojrzeć na nich z góry. Shion widział pusty blask w oczach niektórych z nich.

 – Nezumi, ci ludzie...

 – Jak myślisz, kim są?

 – Och... ci, którzy przeżyli. Muszą być tacy jak my – uciekli z miejsca egzekucji.

 – Źle – Nezumi pokręcił głową. Był to ospały gest, bardzo rzadki u niego. – Żyli tu o wiele wcześniej.

 – O wiele wcześniej... co masz na myśli?

 – Zaraz się dowiesz.

„„Zaraz się dowiesz” – chyba masz rację”.


„Zobaczysz. Tak długo, jak masz siłę i wolę”.

Shion zacisnął pięść. To było proste pytanie. Aż do teraz, zawsze je sobie zadawał. Zawsze wybierał łatwiejszą ścieżkę, błagając Nezumiego o odpowiedź, zamiast samemu próbować pojąć rzeczywistość, którą miał przed oczami.

„To już nie przejdzie”.

Sam musiał znaleźć odpowiedź. Dorwałby ją. Odnalazłby ją. Inni ludzie byli innymi ludźmi, nawet ktoś tak mu bliski jak Nezumi. Nie byłby w stanie zrozumieć prawdy, gdyby wciąż polegał na cudzych słowach. Nie byłby w stanie spotkać się z rzeczywistością, wykraczającą poza granice jego wyobraźni. Nie mógłby być równy Nezumiemu.

Musiał sam do tego dojść.

Nezumi spuścił wzrok z Shiona. Jego szare oczy zachmurzyły się. Oczyszczając je mrugnięciem, Nezumi machnął ręką w bok w płynnym geście. Był to jego unikalny, pełen gracji ruch.

 – Spójrz, czyż to nie spektakularne? Wszyscy wychodzą na paradę powitalną.

 – Nawet w takim miejscu jesteś sławny?

 – ...Debil. Shion, to twoje powitanie.

 – Moje?

 – Ty tu jesteś częścią spektaklu. Wparował tu nieznany nikomu obcy. A na dodatek mieszkaniec No.6.

 – Były mieszkaniec – sprostował Shion. – Już nim nie jestem. Dawno temu pozbyłem się identyfikatora. Już nie mieszkam w tamtym mieście.

 – Nie złość się o to. To tylko sformułowanie.

 – Będę się złościł – odparł uparcie Shion. – I to nie „tylko” sformułowanie. Nie jestem tak słaby, jak sądzisz. Nie jestem przywiązany do No.6.

Może to było zuchwalstwo. Jednak Shion rozluźnił ramiona na tyle, na ile mógł.

„Jestem słaby. Mój umysł i ciało są zbyt wrażliwe. Ale nic nie zmieni mojej decyzji. Nic nie pomiesza moich uczuć. Postanowienie życia nie w, ale poza miastem; chęć pozostania obok ciebie – nic nie może ich zmienić”.

 – Kto powiedział, że jesteś słaby?

 – Ty, zawsze tak mówisz.

 – Nigdy. Masz nadludzkie zdolności. Chwilę temu przytłoczyłeś mnie swoim geniuszem. To coś... Teraz jestem nawet pod większym wrażeniem. Zdecydowanie – Nezumi wzruszył ramionami. – I w życiu bym nie pomyślał, że zaczniesz mnie łapać za każde słowo i się nad nim zastanawiać. A zwłaszcza w takiej sytuacji.

Drap, drap, drap.

Szczur wspiął się po ciele Shiona i usiadł na jego ramieniu. Był dość ciężki w porównaniu do Hamleta czy Cravata. do tego śmierdział zgnilizną. Jednak ruszał pyszczkiem i przechylał głowę na bok w ten sam sposób. Kolejny wgramolił się na jego bark. Przystawił głowę do śnieżnobiałych włosów Shiona i wtulił się w nie. Następny, tym razem mały, otarł się o jego stopę. Przychodziły kolejne, jeden po drugim.

Szczury wspinały się w górę i schodziły w dół po ciele Shiona, piszcząc bez przerwy.

Pi, pi, pii.

– Hej, przestań – odezwał się Shion, wstrzymując śmiech. – Nie jestem placem zabaw. Przestań, to łaskocze! – Shion zatrząsł się odrobinę.

Powietrze ruszyło. Ciemność drgnęła niespokojnie. Shion czuł obecność mieszkańców jaskiń – wdychane powietrze, ciche szepty, ruchy ciał, dalekie spojrzenia.

 – Intrygujące dziecko.

Głos spadł z góry. Był niski, ale rozbrzmiewał czysto. Nie był to poziom śpiewu Nezumiego, ale głos ten swoją głębią wsiąkał i rozkwitał wygodnie w jego uszach. Czyżby to był ten sam dźwięk, co kilka chwil temu? Głos, który spadł z czarnej próżni?

„Posłuchajmy więc twojej historii”. Czy to był ten sam głos?

Spojrzał w górę i ujrzał człowieka, siedzącego na krześle pośrodku półki skalnej, w miejscu przypominającym balkon. A przynajmniej... zdawało mu się, że to człowiek. Wyglądał jak... starzec z długimi, białymi włosami i długą, białą brodą, owinięty w długi, przypominający szatę, materiał. Było zbyt ciemno, by mógł dojrzeć jego twarz.

 – Intrygujące dziecko. Nie wzbudziłeś w myszach złości ani lęku. Czy mogę zapytać cię o imię? Jak cię zwą?

 – Shion.

 – Shion... ach, cóż za piękne imię.

 – D–dziękuję. Za... em... komplement – wybełkotał. – A pan?

 – Ja? Co ze mną, Shion?

 – Jak pan ma na imię?

Szepty.

Ciemność drgnęła znacznie silniej. Szczury odezwały się na jego ramionach. Wzniósł się śmiech. Z półek we wszystkich kierunkach, wzniosły się różne rodzaje śmiechu i spadły deszczem na Shiona.
Chichot.

„Imię, mówi”.

Chichot.

„Zapytał o jego imię”.

Chichot.

Nie miał pojęcia, dlaczego się z niego śmiali. Zapytał jedynie o jego imię. Dlaczego spowodowało to taką drwinę?

Chichot.

Śmiech nie opadł. Shion odwrócił się do stojącego u jego boku Nezumiego.

Ten stał w bezruchu. Nie uśmiechał się. Naturalnie. Jego twarzy nie zdobiła żadna ekspresja. Był jak statua.

 – Rou. – Niski głos przedarł się przez drżącą ciemność. Hałas w jaskini ucichł natychmiast. Zapadła niemal bolesna cisza, jak ta, którą słychać w lesie, gdy przestaje wiać wiatr. W tym bezruchu słowa starca rozwinęły się powoli.

 – Rou. Tak mnie nazywają.

 – Rou... Czy to twoje imię?

 – I tak, i nie. Może oznacza po prostu starca.

 – A więc to nie twoje prawdziwe imię?

Kilka chwil ciszy.

 – Młodzieńcze. Nikt tutaj nie przywiązuje wagi do imion. Nikt. Czyżby Nezumi cię tego nie nauczył?

„Jak o tym pomyśleć...”

Shion wypuścił powietrze.

„Jak o tym pomyśleć, nadal nie znam prawdziwego imienia Nezumiego”.

 – Rou – poruszył się Nezumi. Postawił kilka kroków naprzód. – Chcę, żebyś wysłuchał naszej historii.

 – Opowiedz ją nam. – Starzec wyprostował się w krześle. – Wróciłeś. Pomimo że nie mieliśmy się już nigdy spotkać, a ty pojawiasz się przed moimi oczami. Opowiedz nam, dlaczego.

 – Jestem wdzięczny.

 – Wdzięczny? Nezumi, widzę, że stałeś się słaby i tchórzliwy od tego całego wiatru z zewnątrz. Ale nieważne jak słaby i tchórzliwy jesteś, mam nadzieję, że nie zapomniałeś zasad.

 – Oczywiście, że nie.

 – Ci, którzy opuścili to miejsce, nigdy nie mogą powrócić. Złamałeś tabu. Musisz to zrekompensować.

 – Wiem. Zapłacę za to. Więc proszę, wysłuchaj mnie.

Starzec pstryknął palcami. Choć Shion nie zauważył tego wcześniej, do nóg jego krzesła przymocowane były dwie, długie belki. Chociaż właściwszą nazwą niż krzesło, byłaby lektyka.

Dwóch mężczyzn złapało belki i podniosło starca wraz z lektyką.

„Jego nogi...”

Nic nie wypełniało niższej części szaty starca. Brzegi zwisały bez życia. Starzec stracił swoje obie nogi do kolan.

Lektyka ze starcem powoli zaczęła wędrować w dół po skałach, jakby zsuwając się ze ściany. Cienista figura, której długie włosy związane były w kucyk – ewidentnie kobieta, sądząc po sylwetce – zamiatała ścieżkę, którą przenoszono lektykę, czymś, co przypominało miotłę. Była jak osoba, wyznaczająca początek procesji.

Ścieżka. Na tyle szeroka, by przechodzący nią ludzie mogli pozbyć się kamieni spod swych stóp. Zbocze było strome, a jednak mężczyźni zeszli nim stabilnie, nawet na moment nie tracąc równowagi.

Nie było to naturalne zdarzenie. Przejście zostało wyrzeźbione w skale ludzkimi dłońmi. Gdy przyjrzał się bliżej, zauważył że ścieżki rozciągały się pomiędzy skalnymi ścianami; były więc tak skonstruowane, że ludzie mogli przejść swobodnie.

„Czy to... osada?”

Shion rozejrzał się po raz kolejny. Pieczary, bez wątpienia służące za domy; ścieżki w skalnych ścianach; ta komnata; ciemna przestrzeń, rozciągająca się za nią – i niemal czuł zapach czegoś gotowanego czy smażonego. Poza tym słabo, bardzo słabo, czuł wiatr. To znaczyło, że powietrze przepływało, a tamto miejsce musiało być połączone z powierzchnią. To była ludzka osada.

„Podziemne miasto?”

Zatrzymał swoje myśli, które chciały już rozbiec się w różnych kierunkach. Zebrał je i poszukał konkretnej ścieżki.

Nezumi powiedział, że mieszkańcy ciemności nie byli ludźmi, którzy przetrwali Polowanie. Prawdopodobnie miał rację. Podziemny świat, do którego nie mogło dotrzeć żadne światło, byłby raczej niezbyt dobry na ludzką siedzibę. Ludzkie organizmy były stworzone do życia na ziemi. Wydawało się być nieprawdopodobnym, by dało się żyć w miejscu, w którym nie było ani odrobiny światła, wiatru czy żywej natury. Jednak miał przed oczami takich właśnie ludzi i miejsce, w którym żyli.

Sceneria wokół niego zdecydowanie nie była czymś, co można by stworzyć w jedną noc. Tego był pewien. Czyżby ci ludzie żyli tu od tak dawna, że ustatkowali swoją siedzibę i zaadaptowali się do jej warunków? To był jedyny pomysł, jaki przychodził mu do głowy.

Shion nieświadomie wydał długie westchnięcie.

„Przypomnij sobie. Podziemie Zakładu Karnego. Co tu robi osada? Czy to był przypadek?”

„Może...”

Myśli Shiona wytwarzały w jego głowie wściekłe iskry. Nieważne, ile się nad tym zastanawiał, nie był w stanie ich złapać. Nie mógł wyjść poza granice spekulacji. Jednak właśnie dlatego wysilał się bardziej. Sukał. Snuł teorie, gdybał. Desperacko.

Co jeśli ci ludzie żyli tu znacznie dłużej – w miejscu, będącym od samego początku wielkim kompleksem jaskiń?

Aborygeni...

A co jeśli żyli tu ich przodkowie jeszcze przed narodzinami państwa–miasta No.6?

Zachodni blok był kiedyś przecież małym, pięknym miasteczkiem. Mieszkali tam różni ludzie, między innymi Rikiga. Jego matka też tam była. I jego ojciec, choć nie pamiętał nawet jego twarzy, także tam przebywał. Miasteczko zmieniło się i stało matką, z której zrodziło się No.6. Pomijając fakt, że to nie miasteczko się zmieniło, a ludzie. Pod kontrolą ludzkich dłoni wyrósł gigantyczny mur, a państwo–miasto mogło się urodzić. Poza nim, pozostałości miasta stały się nagą pustynią, znaną jako Zachodni Blok. A to tylko zachodnia strona.

Czy zachodnie miasteczko było jedyną ofiarą No.6? Co z północnymi górami, lasami, zielonymi łąkami, rozciągającymi się z południa na wschód, jeziorami i stawami, pokrywającymi ziemię od wschodniego do zachodniego krańca? Biorąc pod uwagę geograficzną lokalizację No.6, logiczną była myśl, że rozprzestrzeniało się we wszystkich kierunkach, poszerzając swoje granice...

Przeszedł go dreszcz.

W północnych górach, na południowych polach, wśród wschodnich bagien. Gdzieś tam, żyła niegdyś nieznana Shionowi rasa ludzi. I to nie tylko jedna. W górach, lasach i na wzgórzach, żyli ludzie. Nawet w tych pieczarach...

Aborygeni. Ludzie, którym dawno temu odebrano domy w jaskiniach.

Pewnie byli z innego rodzaju świata niż ten, w którym żyli Rikiga i jego matka; mieli własne terytorium, z którego się nie ruszali, tak jak „miastowi” nie ruszali się ze swojego, więc nie mieli ze sobą żadnego kontaktu. Pewnie nawet jedni nie wiedzieli o egzystencji innych.

Połać ziemi kiedyś była wielkim lasem. Na tej planecie pozostało już tylko sześć miejsc, utrzymujących warunki, w których można było podtrzymać życie.

Ludzie zbudowali w nich miasta, a one stały się z czasem miastami–państwami. Z tego, czego uczono go na historii, wynikało, że porzucili wojny między sobą. Zgodzili się zabronić posiadania wojska i pozwolić przetrwać gatunkowi ludzkiemu, podpisali więc Traktat Babiloński, nakazujący porzucenie armii i broni. Również w akcie jedności, każde miasto porzuciło swoją własną nazwę i przyjęło numer zamiast tytułu – od No.1 do No.6.

Sześć miast wciąż respektujących jedność i niezależność pozostałych, nawiązały między sobą silne więzi i stały się częścią jednego narodu; zarówno politycy jak i mieszkańcy zgadzali się, że w ten właśnie sposób powinni myśleć.

„Te ziemie są wszystkim, co nam pozostało. Dalsze zniszczenie nie może być tolerowane. Wojna jest zła. Prowadzi wszystko do wyginięcia. Grozi naszemu istnieniu. Musimy porzucić broń dla przyszłości gatunku ludzkiego”.


„Zgodnie z tą ideologią powinniśmy utrzymać sześć miast połączonych przyjaźnią i zrozumieniem”.


Od No.1 do No.6.

Szósty region został obdarzony znacznie lepszymi warunkami naturalnymi niż jakikolwiek inny. Zostało wybrane wszystko co najlepsze – owoce natury, ludzka inteligencja i naukowa technologia – by zbudować tą utopię, rzadko znajdowaną na kartach historii.

Tak narodziło się No.6.

To właśnie usłyszał Shion na lekcjach jako kandydat do elity w swojej doskonale wyposażonej klasie.

Jego dreszcze się wzmocniły. Czuł się jakby zamarł aż po końcówki palców.

Gdy zamykał oczy – a nawet, gdy były otwarte – widział sceny z Polowania, przemykające mu przez myśl. To była rzeczywistość. Widział to na własne oczy.

Baraki rozpadały się na części; namioty zostawały podarte. Szalali, uciekający ludzie byli bezlitośnie mordowani. Mężczyźni i kobiety, starzy i młodzi, nawet niemowlęta, znikały z powierzchni ziemi. Najnowsza broń atakowała ludzi, którzy mogli ich co najwyżej obrzucić kamieniami. Jeśli w ogóle można to było jakoś nazwać, nazwano by to masakrą.

Oczywiście, „porzucić całą broń”.

Bez myślenia przygryzł wargę. W jego ustach pojawił się smak krwi. Przełknął go wraz ze śliną. Nie wiedział o innych miastach.

„Ale... ale...”

Wiedział przynajmniej, że No.6 posiadało niesamowitą wojskową potęgę.

„Od kiedy?”

Po raz kolejny przełknął krwawą ślinę.

„Kiedy miasto zaczęło się zmieniać? Kiedy zaczęło oddalać się od założeń i ideologii Traktatu Babilońskiego? Od kiedy... od początku?”

Shion poczuł na sobie cudze spojrzenie. Jego oczy spotkały te Nezumiego. Poczuł się jakby owijano go w elegancji, szary płaszcz. Rdzeń jego ciała pulsował. Wszystkie myśli, kotłujące się w jego głowie, ustały.

Chwila przyjemności.

To było dziwne. Sam rodzaj światła w oczach Nezumiego wystarczał, by wzbudzić w nim uczucie odrzucenia, lub zostania objętym.

Jednak to nie był moment na poddawanie się samolubnym, pobłażliwym emocjom. Ludzie łatwo odpływali, gdy odmawiali myślenia. Zbyt łatwo dawali się porwać prądowi cudzych słów i mentalności czasów.

Nezumi nigdy nie objąłby ani nie ochronił nikogo, kto odmawiał myślenia, kto pozwalał sobie po prostu popłynąć z prądem.

„A poza tym...” – pomyślał Shion, unosząc podbródek, – „...Nie chcę być przez niego chroniony. Nie porzuciłem moich myśli. Wciąż będę rozszyfrowywał rozciągający się przede mną świat na własny sposób. Spotkam się z prawdziwą formą świata i spojrzę rzeczywistości w oczy. Możesz to pewnie nazwać walką, Nezumi”.

Shion odwrócił wzrok od Nezumiego i odetchnął. Po raz kolejny puścił myśli w ruch.

„Od kiedy?”


„Od początku?”

„Tak, od początku. Pewnie w No.6 nie istniały ideologie pokoju i koegzystencji od samego momentu jego narodzin”.

Na tej ziemi mieszkali ludzie, żyjący tu od bardzo dawna. No.6 na nich napadło. Próbowało ich zdominować tak, jak głodna bestia pożera ofiarę i wgryza się w jej kości. Właśnie przez to poszerzało swoje granice i ustatkowało swe fundamenty jako państwo–miasto. Pokój? Koegzystencja? Śmiało się tym słowom prosto w twarz i z brutalną siłą zawłaszczyło sobie swoje okolice.

Tak, jak zniszczyło Zachodni Blok. Tak, jak zmasakrowało ludzi. Używając przytłaczającej siły wojskowej.

„Ale... co z całą resztą? LEDy – diody emitujące światło” – LEDy zapalały się, gdy przewód elektryczny podłączony był do dwóch specjalnych półprzewodników. Były ludzkim wynalazkiem, który nie istniał w naturalnym świecie. Naukowo stworzone światło. Czy to nie No.6 je stworzyło? Czy... czy może ta cywilizacja powiązana była z jakąś znacznie bardziej zaawansowaną niż No.6? Ale gdyby tak było, nie poddałaby się tak łatwo. Wiedział, że nauka nie była wszechmocna, ale...

Nie miał pojęcia. To było jak błądzenie we mgle. Nieważne, ile się zastanawiał i gdybał, nieważne, jak daleko by zaszedł, nigdy nie dotarłby do prawdy. Im więcej myślał, im dalej zaszedł, tym bardziej się gubił. Nie mógł wyjść z labiryntu. Jego myśli błąkały się bez celu.

Był zdenerwowany.

Pisk.

Szczur zeskoczył z ramienia Shiona. Mniejsze gryzonie też szybko ukryły się w szczelinach.

„Co jest?”

Gdy tylko Shion zaczął gonić szczury wzrokiem, został nagle zaatakowany od tyłu. Cień owinął wokół niego linę. Zakneblowano mu usta. W mgnieniu oka był już całkiem związany. Popchnięto go od tyłu. Poczuł swoje dłonie wiązane ciasno przy plecach. Uderzył ramieniem o ziemię.

 – A to za co było? – krzyknął.

 – Shion, siedź cicho – Nezumi, który także klęczał związany, pokręcił głową. – Nie opieraj się. Bądź cicho.

 – Ale czemu... Ał! Ta lina naprawdę boli!

 – Rozluźnij się. Wypuść powietrze to nie będzie tak ciasno. Poczujesz się trochę lepiej.

Zrobił jak mu kazano. Nezumi miał rację – poczuł się odrobinę lepiej.

„To nawet całkiem niesamowite. Złapać nas i związać w ułamku sekundy... och, ale wciąż...”

 – Nie tak dobrze, jak ty.

 – Co?

 – Lepiej uchwyciłbyś linę. Właściwie nieważne czy to lina, czy nóż.

 – O, dzięki za komplement. Chociaż naprawdę, nie zasługuję na ten przywilej cieszenia się twym dobrym słowem.

 – Zawsze do usł... egh – Lina wbiła się w jego szyję. Oddech zatrzymał się w gardle.

 – Nie odzywaj się – syknął pusty głos.

„Kto to? Człowiek o szarych włosach, skórze i oczach?”

 – Gadaj dalej, a złamię ci kark.

Linę zaciśnięto. Naprawdę czuł, jakby jego kark miał się zaraz złamać. Jego drogi oddechowe zaczęły się blokować przez nacisk. Nie mógł oddychać. To bolało.

 – Przestań – powiedział cicho Nezumi. – Mścisz się za tamto? Wyżywasz się na bezbronnym człowieku? Chyba znalazłeś sobie kolejne złe nawyki, odkąd się nie widzieliśmy, Sasori.

Lina zelżała. Przez moment Shion nie wiedział, co się działo. Rzucił się na ziemię, słabo pokaszlując. Usłyszał dźwięk ciała uderzającego o ziemię, jakby się po niej przetaczało. Podniósł się.

Nezumi leżał za nim. Stopa mężczyzny wylądowała na jego ramieniu. Nosił stare sandały, wyglądające jak paski kory.

 – Ty też, Nezumi – Jego głos stał się cięższy. – Koniec twoich bezczelnych skarg. Nie rozumiesz tego miejsca? To tylko kwestia czasu, zanim wszystko pojmiesz.

Jego stopa ruszyła się, by kopnąć ramię Nezumiego.

 – To wy przyszliście z zewnątrz. Nie macie prawa protestować, jeśli zostaniecie zabici.

 – Przestań! – Shion obrócił się i krzyknął. Nezumi uniósł twarz i pokręcił głową, jakby chciał kazać mu się zamknąć. Ale nie mógł.

 – Ty tchórzu! Jesteś dokładnie taki, jak mówi Nezumi. Związać nas, żebyśmy nie mogli się bronić i wtedy bić – to obrzydliwe, ohydne!

 – Shion – skrzywił się Nezumi. Kilka strużek krwi spływało po jego policzku. Shion ścisnął brzuch i spojrzał na mężczyznę.

 – Co to za miejsce? No.6?

 – No.6, mówisz? – Całe ciało mężczyzny zaczęło dygotać. Jego oczy w kolorze piasku zadrżały. Ich światło zdawało się być niemal mordercze. Ale Shion nie miał zamiaru dać się uciszyć. On też się trząsł, ale nie ze strachu. Z gniewu. Narastał w nim gniew.

 – To prawda. Jesteście tacy sami. Niczym się nie różnicie od No.6. Siłą gnębicie słabszych. Nadużywacie żałosnej przemocy. Gdzie tu są jakieś różnice?

 – Ja akurat nie jestem słaby, tak tylko mówię – Nezumi wzruszył ramionami z dłońmi związanymi za plecami. – Shion, rozumiem co chcesz powiedzieć. Po prostu to tak zostaw. Powiedz więcej, a zatłuką cię na śmierć. Wiesz, kopanie to specjalność tego staruszka.

 – Zabiję cię – warknął mężczyzna. – Jesteś demonem. Przeklętym dzieckiem nieszczęścia. Jeśli nie pozbędę się ciebie teraz, przyniesiesz nam jedynie katastrofę.

 – To się nazywa mieć sokole oko, Sasori – westchnął teatralnie Nezumi. – Raz spojrzysz i już wszystko wiesz. Oczywiście, katastrofę. Z najwyższej półki.

 – Nezumi, co masz na myśli przez „katastrofę”? ...W sensie że mnie?

 – Tak, ciebie – zaśmiał się beztrosko Nezumi.

 – On jest złem – kontynuował mężczyzna. – Nosi demoniczną aurę jak płaszcz i niesie za sobą nieszczęście gdzie tylko się nie ruszy. Widzę to. Nezumi, powiedziałeś, że to mieszkaniec No.6.

 – Właściwie to były mieszkaniec. Był w mieście tylko do niedawna.

 – A więc dlatego jest taki zły. Jest jak... samo No.6.

Nezumi wytrzeszczył oczy. Końcówka jego języka zlizała krew z warg.

 – Samo No.6, hę... Rozumiem. Więc tak go widzisz.

 – Wiem – odpowiedział mężczyzna. – Widzę to. Muszę go zabić. Muszę go sprzątnąć nim będzie za późno. Jeśli nie... – Mężczyzna postawił krok naprzód. Shion cofnął się bez myślenia. Człowiek ten promieniował tak morderczą intencją, że nic innego nie mógł zrobić. 

„On jest poważny...” 


„Ten człowiek naprawdę chce mnie zabić”. 

Mężczyzna postawił kolejny krok przed siebie, jednak nagle przekoziołkował naprzód i uderzył o ziemię. Nezumi go przewrócił.

Nezumi podniósł się w mgnieniu oka. Liny opadły na ziemię. Jak w magicznej sztuczce. W jego dłoni znajdował się mały nóż. 

Mężczyzna spróbował wstać, jednak zatrzymało go kolano Nezumiego, wbijające się w jego brzuch. Człowiek jęknął. Przewrócił się w bólu na plecy, pozostawiając gardło bez ochrony, przez co szybko znalazło się przy nim ostrze.

 – Nieźle się napracowaliśmy, żeby się tu dostać. Nie dam ci go sprzątnąć tak szybko.

 – Dlaczego... przyprowadziłeś tu... taką katastrofę? – wykaszlał mężczyzna. – Masz zamiar nas zniszczyć?

 – Przeciwnie – Na ustach Nezumiego zatańczył uśmiech. – Chcę wysłać No.6 do grobu. Dlatego go przyprowadziłem.

 – No.6? Ten chłopiec może to zrobić?

 – Kto wie. Nie wiemy, póki nie spróbujemy. Przedtem nie mogę pozwolić ci go zabić. A właśnie, co do tej twojej zazdrości – nie powinieneś się jej czasem wstydzić?

 – Zazdrości?

 – Taa. Jesteś zazdrosny o Shiona. Zgarnął twoje szczury jakby to nie było nic takiego. Jesteś zazdrosny. Mam rację?

Rozległ się ciężki dźwięk miażdżenia. Człowiek zgrzytał zębami.

 – Nezumi... tak samo niemiły jak zawsze. Denerwuje mnie to. Najpierw ciebie uduszę.

 – Cóż za wspaniała obietnica. Nie mogę się doczekać. Ale przedtem... – Blady uśmiech zniknął z jego twarzy. Kropla krwi spłynęła po podbródku mężczyzny, barwiąc go szkarłatem.

 – Obiecaj mi coś, Sasori. Przysięgnij, że nigdy więcej nie tkniesz palcem Shiona.

Ostrze noża uniosło się. Tak samo stało się z gardłem, na którym spoczywało.

 – Przysięgnij.

Mężczyzna nie odzywał się uporczywie.

 – Wystarczy – rozbrzmiał miły głos. Był w nim nawet posmak śmiechu. – Nic się nie zmieniłeś, Nezumi. Ani sposób, w jaki posługujesz się nożem, ani sarkazm w słowach. Powiedziałbym, że w obydwu podszkoliłeś się nawet.

Starzec w lektyce uśmiechał się tak samo życzliwie, jak życzliwy był jego ton. Stabilnie opuszczono go na ziemię.

 – Rou.

 – Urosłeś. Ledwie cię rozpoznaję. Nigdy nie pomyślałbym, że spotkam cię jako dorosłego mężczyznę.

Nezumi wypuścił Sasori i uklęknął. Nóż błysnął jeszcze raz w jego dłoni nim zniknął. To też wydawało się być jakąś magiczną sztuczką. Człowiek mruknął coś i jeszcze mocniej zazgrzytał zębami. Szczury wskoczyły na kolana Shiona.

 – Wierzyłem, że odszedłeś gdzieś daleko już dawno temu. Nie kazałem ci tego zrobić? Zostawić to miejsce za sobą, zapomnieć o wszystkim, odrzucić wszystko inne i żyć wolnością?

 – Rou, proszę, posłuchaj mnie.

 – Nigdy nie powinieneś był wracać. Nieważne, co miałoby się dziać, nigdy nie powinieneś był wracać.

 – Nie mogę być wolny. – Nezumi ścisnął mocno palce w pięść. – Dopóki No.6 istnieje, nie mogę być wolny. Nie mogę o tym zapomnieć, ani odsunąć tego na bok.

 – Nezumi.

 – Powinieneś wiedzieć. No.6 nadal tam jest. Ciągle istnieje. Jak mogę być jedynym wolnym? To niemożliwe.

 – Powiedziałem ci, żebyś się nie dał zamknąć w pułapce. Kazałem ci żyć nieskrępowany. Gdybyś nie posłuchał, nie byłbyś w stanie przetrwać. Dlatego wypuściłem cię do zewnętrznego świata. Ale pomyśleć, że wrócisz...

 – Zrozumiałem.

 – Zrozumiałeś?

 – Zrozumiałem, że twoje słowa były tylko białymi kłamstwami.

Powietrze przyspieszyło w poruszeniu. Głosy, które ledwie można było nimi nazwać, wzniosły się pośród ludzi stłoczonych na półkach skalnych, przyglądających im się z góry.

 – Twoje słowa były białymi kłamstwami. Fałszem. Nie było dla mnie możliwości ucieczki przed pułapkami. Przeciwnie, musiałem dać się złapać. Nawet gdybym się oszukiwał, udawał, że jestem wolny, i tak byłbym w łańcuchach. Od teraz własnymi rękami będę walczył o prawdziwą wolność. Uwolnię się. Dlatego wróciłem.

 – Czy wolnością, o której mówisz, jest walka z No.6?

 – Walka i zwycięstwo. Wymazanie go z tej ziemi. W dniu, w którym istnienie Świętego Miasta dobiegnie końca, po raz pierwszy będę wolny. Będę mógł naprawdę żyć. Będę w stanie opuścić to miejsce... z własnej woli.

 – Nezumi! – Shion krzyknął. Złapał ramię Nezumiego. – Co masz przez to na myśli? Opuścić to miejsce? Co...

 – Shion – Nezumi zamrugał gwałtownie. – Lina... jak ty...?

 – Eh?

 – Lina. Jak się z niej wydostałeś? Nie masz ze sobą noża.

 – Co? A, szczury ją dla mnie przegryzły.

 – Szczury? Nie ma mowy, musiałbyś być...

Shion podniósł końcówkę liny i pomachał nią Nezumiemu przed oczami.

 – No zobacz. Wszystkie na raz ją gryzły. Poszło od razu. Niesamowite, nie?

Oczy Nezumiego omiotły koniec liny nim uniósł brew.

 – Masz aż tyle kontroli nad tymi szczurami?

 – Ja? Nie, oczywiście, że nie. Nie umiałbym zrobić czegoś takiego. Szczury same to zrobiły. Wszystkie są bardzo miłe i inteligentne – stwierdził z dumą Shion.

 – Miłe i inteligentne, mówisz. Czyli twoje szczury przegryzły linę, którą zawiązał ich pan. Racja; są miłe i inteligentne. Nieźle je wytrenowałeś, Sasori.

Mężczyzna w kolorze piasku, nazywany Sasori, jedynie drgnął lekko i nie odpowiedział. Za to starzec wypuścił krótki oddech.

 – Wystarczy sarkazmu, Nezumi. To twój zły nawyk. Nadal masz do tego tendencję i chyba nigdy z tego nie wyrośniesz. Rzeczywiście, problem.

W tonie starca czuć było ciepło. Był jak ojciec uśmiechający się z rozdrażnieniem nad wybrykiem dziecka. Jego głos promieniował źródłem swego ciepła – miłością.

Ten człowiek był czuły dla Nezumiego.

Shion spojrzał na jego lektykę.

„To pierwszy raz” – pomyślał. Pierwszy raz spotykał kogoś, kto ze spokojem i ciepłem odnosił się do Nezumiego.

Nezumi zawsze był sam. Zawsze żył samotnie. Nigdy nikogo przy nim nie było. Nie pozwolił nikomu się do siebie zbliżyć. Shion sam się go trzymał, oczarowany przez jego energię, zwinność i piękno. Miał nadzieję pozostać po jego stronie. Te uczucia bez wątpienia niewzruszenie w nim istniały; jednakże faktem było również, że nie był pewien, jaką powinien nadać im nazwę.

Podziw, przyjaźń, szacunek, miłość... Nie miał pojęcia, nic nie dało się na to poradzić.

Ale to, co czuł od starca w lektyce, było zdecydowanym uczuciem. Jak rodzic kochający swe dziecko.
Pomyśleć, że Nezumi miał kogoś takiego.

 – Shion – zawołał starzec.

 – Tak?

 – Podejdź tu.

 – Tak, proszę pana.

 – Czekaj – Sasori postąpił naprzód i złapał ramię Shiona. – Rou, ten chłopak jest niebezpieczny. Jest ubrany w zło. Nie możesz go do siebie dopuścić.

 – Zły... ten chłopiec?

 – To nie jest tylko chłopiec. To demon. Zniszczy wszystko. Widzę to. Jednak czemu ty nie widzisz tego, Rou?

Ciężko było się nie wściec, gdy tyle zostało na jego temat powiedziane. Shion próbował pozbyć się uścisku ze swojego ramienia. Palce Sasoriego nie okazywały żadnych oznak osuwania się i ścisnęły go nawet mocniej, wbijając się w skórę.

 – Nie widzę żadnego problemu. Przyprowadź tu Shiona.

  –Rou.

 – Nie widzę problemu. Dobro i zło, cnota i grzech, prawda i kłamstwo – są bardzo podobne. Tak podobne, że trudno je od siebie odróżnić. Mam rację, czyż nie, Nezumi?

 – Rozumiem, o czym mówisz.

 – To chłopiec, którego ty przyprowadziłeś. Z całą pewnością nie jest ani całkowicie przeklęty, ani żaden z niego chodzący anioł. A teraz, Shion, podejdź, jeśli możesz.

Palce osunęły się z jego ręki. Sasori cofnął się o kilka kroków, warcząc nisko. Jego ciało w kolorze piasku wniknęło w mrok. Shion powoli podszedł do lektyki. Kilka szczurów biegało u jego stóp.

Starzec miał czyste, ciemne oczy. Błyszczały niczym maleńki płomień, gdy niezachwianie patrzył na Shiona.

„Ten człowiek...”

Shionowi wydał się młodszy, niż myślał na początku. Przez znaczenie imienia mężczyzny i okalające twarz i białe włosy przyjął, że to dosłownie stary człowiek. Jednak siła światła w jego oczach nie mogła należeć do kogoś takiego.

Starzec uniósł dłoń. Była chuda i blada.

 – Twoja głowa.

 – Słucham?

 – Mogę dotknąć twoich włosów? To raczej dziwny kolor.

Shion przykucnął i pochylił głowę naprzód. Starzec dotknął jej, delikatnie przebiegając dłonią włosy w ruchu tworzącym okrąg. Troszkę łaskotało. Shion poczuł się trochę jak owca, jakby głaskano go po głowie.

 – Dlaczego? – odezwał się starzec ciężkim głosem. Słychać w nim było chrypę. Łagodny ton zniknął, zastąpiony przez napięcie.

 – Dlaczego twoje włosy...

 – Nie tylko włosy – Nezumi postąpił ze zdecydowaniem naprzód. – Shion, pokaż mu swojego czerwonego węża.

 – Eh? Nie ma mowy.

 – Czemu niby?

 – Musiałbym się rozebrać. Nie chcę stać nago przed tyloma ludźmi.

 – Debil – Nezumi cmoknął językiem. – Z jakiego zamku cię wyciągnęli, królewno? To nie moment na zabawę w czterdziestoletnią dziewicę. Szybko! Pokaż im, co musiałeś znieść.
Palce Nezumiego podniosły jego koszulę. Shion cofnął się szybko.

 – Dam sobie radę! Sam to zrobię. Przy rozbieraniu nie potrzebuję pomocy.

 – Och tak? Jestem pod wrażeniem. Skombinuję ci za to jakąś nagrodę.

Oczy Nezumiego nie nosiły tyle optymizmu co głos. Ich spojrzenie było ostre i napięte. Shion odrzucił koszulę na bok i postawił kolejny krok w stronę starca.

Ten wziął oddech. Jego trzęsące się palce przejechały po szkarłatnej wstędze, przecinającej pierś Shiona.

 – Te... te blizny...

Nezumi uniósł podbródek, jakby chcąc zachęcić Shiona.

„Mogę mu powiedzieć?”

 – Te znaki, dlaczego... – odezwał się starzec. – Nie, nie może być...

 – Zostawiła je pasożytnicza osa.

 – Pasożytnicza osa – powtórzył starzec.

 – Żywią się ludźmi. Ostatecznie zabijają żywicieli przed wykluciem. Ja... dałem radę przetrwać. Rezultatem są te blizny i moje włosy.

Usta starca przekręciły się. Jego oczy, kryjące się głęboko pomiędzy zmarszczkami, błysnęły nienaturalnie jasno. Nezumi złapał nagle bark Shiona.

 – Rou, No.6 zostanie zniszczone. Któregoś dnia zawali się nie tylko z zewnątrz, ale i od wewnątrz. To są pierwsze znaki.

 – Pasożytnicze osy, żywiące się ludźmi... Rozumiem... a więc zaczęły pojawiać się w mieście.

 – Tak. I najwyraźniej dosłownie znikąd. Zjawiły się niespodziewanie; nawet ci rządzący No.6 nie mogli tego przewidzieć. Kilku mieszkańców zmarło w dziwny sposób. Władze nie były w stanie temu zapobiec. Chociaż nie wydaje mi się, żeby jakoś desperacko próbowały. Może jeszcze nie mają pojęcia, jak poważna jest sytuacja. Zrobili się beztroscy.

 – Beztroscy...

 – Są beztroscy, bo myślą, że świat tańczy, jak mu zagrają. Są dość aroganccy, by uwierzyć, że rzeczywiście mogą być wszechmocnymi władcami... zostali oślepieni przez własne złudzenia i nie mogą dojrzeć prawdy. Stracili umiejętność spoglądania poza fasady.

Nawet jeśli zdawało się, że brzmiał przy powierzchni ziemi, głos Nezumiego bez problemu docierał do uszu wszystkich słuchaczy. W ciemności powietrze wypełniał jedynie jego niski, głęboki głos.

 – W mieście nadal jest cicho. Wciąż dają radę zachować spokój i zwyczajną codzienność. Ale to jak z kubkiem, napełnionym wodą po brzegi. Może się rozlać w każdej chwili. Zachowuje balans, choć bez przerwy grozi mu upadek.

 – Trzeba go tylko lekko popchnąć, a wszystko się rozleje... to właśnie masz na myśli?

 – Wybuchnie. Zniszczy kubek i spadnie dookoła deszczem.

Starzec mruknął coś cicho. Złożył palce razem, jakby w modlitwie.

 – A więc opowiedz nam wszystko, od samego początku.

Para błyszczących oczu spoczęła stabilnie na Shionie.


==Koniec rozdziału 1==