Staram się dodawać nowe posty w niedziele. Staram się.



Zakończono tłumaczenie No.6.


Dziękujemy za wszystkie podziękowania. To był miły rok z hakiem. I późniejszy rok. I chyba jeszcze jeden. Te dwa późniejsze składały się z czytania Waszych komentarzy. I tak dzięki.

(Do pań profesor jeśli przypadkiem odwołam się do tego na maturze: przepraszam, ja naprawdę tłumaczyłam to w gimnazjum. Ale prawdziwa książka istnieje. Obiecuję.)


Wszystkie rozdziały można znaleźć w zakładce ,,No.6''/,,No.6 Beyond''.


Kup powieść i mangę w oryginale, wspomóż panią Asano.


Tłumaczenie: Kuroneko
Korekta: Ayo, Dżun

czwartek, 14 czerwca 2012

Tom V: Rozdział 4


((Okej, zazwyczaj dostaje mi się za zbytnie nakręcanie ludzi, więc nie nakręcam was, i mówię jedynie, że to naprawdę dobry rozdział, i że lepiej przebrnąć przez tłumaczenie fragmentu z Safu, żeby to, co zdarzyło się potem dostać w nagrodę, niż przetłumaczyć od razu tę siłą rzeczy fajniejszą cześć (bo jak wiadomo wszystko jest lepsze od Safu), tak więc po prostu życzę miłej zabawy przy ostatnim rozdziale z tomu piątego~ a, i radzę zamknąć drzwi. just do it.))


Rozdział 4
Imię Białych Ciemności


Mój starszy brat jest kanibalem!
Jestem bratem kanibala. 
Nawet jeśli mam być ofiarą kanibalizmu, jestem jednocześnie bratem kanibala! 
Lu Xun, Pamiętnik Szaleńca




„Shi–o–n” – próbowała wypowiedzieć jego imię. Ile razy już je wezwała, odkąd została tu przywieziona? Nieważne, ile próbowała, jej głos nigdy nie docierał.

Safu odetchnęła głęboko. Dźwięk własnego westchnienia wyjątkowo wyraźnie docierał do jej uszu. I nie chodziło jedynie o wzdychanie – słabe odgłosy jej własnego ciała, gdy się ruszała, bicie serca, a nawet cicho wzywane imię, wszystko czysto odbijało się wokół, by zostać przez nią usłyszane. Zaś jej wzrok wiecznie był niewyraźny i ograniczony, niemal całkiem biały. Zupełnie jakby leżała we mgle.

„Gdzie jestem?” – pozwoliła spojrzeniu błądzić po pokoju.

Świat był biały, zupełnie jakby widziała przez bardzo wiele zasłon. Świat owinięty mgłą. Gdy obudziła się po raz pierwszy, myślała przez moment, że zabłądziła w głębokim lesie. Jednak szybko doszło do niej, jak bardzo się myli. Tam jedyną rzeczą były przecież tylko białe ciemności, zasłaniające jej widok. Nie było słychać ćwierkania ptaków w koronach drzew; żadnego pluskania potoku ani szumu drzew. Żadnego zapachu kwiatów czy smrodu błota. Było cicho, bez żadnego zapachu. Jedynie dźwięki jej własnego ciała stawały się wyraźniejsze z dnia na dzień.

„W głębokim lesie...”

Safu znowu westchnęła. Raz spacerowała w lesie z Shionem. Konkretnie w Parku Leśnym w centrum No.6, a więc wszystkie rośliny i zwierzęta były skrupulatnie pielęgnowane ludzkimi dłońmi. „Nie wydaje mi się, że powinniśmy nazywać to miejsce lasem” – powiedział Shion, wyrażając niezadowolenie.

„Ile to lat już minęło od tamtego dnia? Nie pamiętam aż tak dokładnie”.

Safu uśmiechnęła się. Szczęście przepłynęło przez jej ciało. Było bardzo ciepłe, miękkie i pocieszające. Za każdym razem gdy myślała o Shionie, gdy przywoływała spędzone z nim godziny, mogła się uśmiechnąć.

„Pamiętam. Byłam tuż za nim i strasznie się cieszyłam. Shion, nie wydaje ci się, że wspomnienia są niesamowite? Te ze spędzonych z tobą chwil nadal przynoszą mi szczęście. Tak, to prawda. Niczego nie zapomniałam. Twojego tonu, spojrzenia, gestów, zapachu... nie zapomniałam niczego”.


„Wspomniałeś kiedyś o tym, gdy spacerowaliśmy częścią Parku Leśnego z buczyną”.

 – Nazywają je lasem, ale to miejsce jest pod ludzką kontrolą. Nie czuję się za dobrze sam nazywając je lasem. Chciałbym, żeby chociaż pozwolili nam chodzić po naturalnym lesie w Północnym Bloku. Niestety, trudno dostać pozwolenie.

 – Ale jesteśmy w twoim miejscu pracy, nie?

 – Dlatego o wiele lepiej wiem, jak bardzo jest kontrolowane. Czuję, że natura powinna być znacznie bardziej nieprzewidywalna – jak coś, co umyka ludzkiemu pojmowaniu. Safu, nie widzisz w tym wszystkim nic dziwnego?

 – Hmm. Cóż, naprawdę nie widzę w tym nic niezwykłego – zastanawiała się na głos. – Tu przecież jest tak pięknie – Safu pozwoliła spojrzeniu wałęsać się między sklepiającymi się nad nią gałęziami drzew. Bukowe liście zaczynały stawać się żółte. Łapiąc promienie słońca, spływające z czystego, jesiennego nieba, wydawały się niemal świecić.

 – O, spójrz! – zawołała.

 – Hm?

 – Tam była wiewiórka. Przebiegła przez ten cały konar.

 – O tej porze roku buki rodzą owoce, więc zwierzęta często przychodzą tu po jedzenie.

 – Można te owoce jeść?

 – Jasne. Właściwie to orzechy. Zazwyczaj rosną po dwa, trzy, zamknięte w miseczkach owocowych.

 – Co to jest miseczka owocowa?

 – To coś w czym są owoce dębu mongolskiego i szypułkowego... mówią na to, hmm, żołędzie. To coś, przyczepione z dołu, to też ich część.

 – Och, chyba wiem, o czym mówisz – uśmiechnęła się, po czym Shion odwdzięczył jej się tym samym. Jego uśmiech błyszczał w świetle słońca, przepływającym między gałęziami, kłując ją w oczy. Wtedy była taka szczęśliwa, jednocześnie powstrzymując się od wybuchnięcia płaczem.

„Szliśmy razem, tylko we dwoje. A ty o czym mówiłeś? O orzechach? Żołędziach? Mógłbyś być bardziej taktowny w konwersacji? Pomyślałeś chociaż, żeby nic nie mówić, przytulić się po prostu i iść razem, tak żebyśmy czuli swoje ciepło i oddechy? Shion, nie chciałeś mnie trzymać? Nie chciałeś mnie pokochać?” 

„Pewnie nie chciałeś. Ale wydawałeś się cieszyć, że ze mną byłeś. Dużo się śmiałeś i byłeś bardziej rozmowny niż zwykle. A, tak, tak. Tylko raz, ale nawet powiedziałeś to na głos”.

 – Fajnie z tobą być, Safu.

„Nie wydaje mi się, żebyś kłamał. Jesteś typem człowieka, który nigdy by tego nie zrobił”.


„Shion, lubisz ze mną być?”

„Tak. Bardzo”.

„Byłoby miło, gdybyśmy zawsze mogli być razem, prawda?” 

„Jasne, że możemy. Safu, jesteś moją najważniejszą...”

„Troszczyłeś się o mnie. Pocieszałeś mnie. Ale mnie nie kochałeś. Nie czułeś w stosunku do mnie przywiązania, które paliłoby twoje ciało tęsknotą”. 

„Safu, jesteś moją najważniejszą przyjaciółką”.

„Jesteś okrutny. Tak okrutny, że to niemal niewiarygodne. Nie znam chyba nikogo tak łagodnego, niewinnego i okrutnego jak ty”.


„Shion, w kim jesteś zakochany? Do kogo pałasz pożądaniem?

„Znając ciebie, pewnie kochałbyś ją samotnie, z oddaniem i absurdalną wręcz szczerością. Dzielilibyście życie i śmierć, idąc zaś jedynie w stronę życia”.


„Shion, kogo kochasz? Kogo pożądasz? Dlaczego to nie mogę być ja?”

Biała zasłona zatrzepotała. Pojawił się przed nią ciemny, zamglony cień.

„To znowu ten człowiek”.


Człowiek pachnący krwią.

 – Dzień dobry, Safu – Wydawało się, że podnosi dłoń. – Jak się czujesz? – Nawet jego głos ociekał krwią. Nie chciała z nim rozmawiać. Nie chciała mówić. Pragnęła, by odszedł.

 – Wygląda na to, że dobrze mnie słyszysz. Ale jeju, co z odpowiedzią? Nie lubisz mnie, Safu? – Mężczyzna zachichotał. Miał zdławiony, ciemny głos. Tylko dźwięk świadczył o śmiechu. Jego serce nawet się nie uśmiechało. – Nie ma nic smutniejszego niż bycie przez ciebie nienawidzonym. Rozumiem, więc nie lubisz mojego głosu? Boże, cóż za okropna odpowiedź.

 – Nie... widzę...

 – Och! Czyżbym usłyszał głos? Więc teraz chcesz porozmawiać, Safu? Jestem zachwycony możliwością rozmawiania z tobą. Nic nie mogłoby mnie bardziej ucieszyć. Dalej, spróbuj jeszcze raz.

 – Nie... widzę. Tylko... biel...

 – Nie widzisz? Ach, racja, pewnie nie możesz. Jeszcze zupełnie nie wyzdrowiałaś. Wzrok powraca najdłużej. Już niedługo, Safu. Jeszcze trochę, a te zamglone rzeczy zrobią się wyraźne. Wtedy w końcu będziesz mogła na siebie spojrzeć – Mężczyzna znowu się zaśmiał. Tym razem z serca. Wysokim, wulgarnym śmiechem. Przyprawiający ją o dreszcze.

 – Ach, czyżbym znowu sprawił ci nieprzyjemne uczucia? Hm? Te fale... Safu, czyżbyś bardziej niż niechęć czuła strach? – Mężczyzna przysunął się. Poczuła dotyk jego ręki.

 – Przes...tań... odejdź...

 – Safu, nie ma się czego bać. Nie mam najmniejszego zamiaru cię skrzywdzić. Jesteś piękna. Gdybym powiedział, że jesteś najpiękniejszą osobą jaką znam, nie przesadzałbym w najmniejszym stopniu. Widzisz, właśnie dlatego chcę, żebyś była szczęśliwa.

 – Szczęś... liwa...

 – Tak. Szczęśliwa. Nie będziesz czuć żadnego cierpienia ani smutku i nigdy nie zachorujesz ani nie będziesz musiała zwijać się z bólu. Nigdy się nie zestarzejesz... nie, właściwie śmierć po prostu nie będzie dla ciebie istnieć. Taki rodzaj szczęścia pragnę ci podarować.

Człowiek stał się jeszcze bardziej elokwentny. Słowa wypływające z jego ust brzmiały, jakby rzeczywiście był przejęty.

 – Safu, jesteś piękna – powiedział. – Wyznam ci prawdę. Nie umiem kłamać pięknym ludziom. Proszę, nie złość się. Na początku chciałem tylko próbkę kogoś z elity. Dlatego tu jesteś. Nie miało znaczenia, kto to będzie, dopóki należał do elity. Och, ale kobieta. Tak, kobieta... potrzebowałem żeńskiej próbki. Jednak byłaś tak piękna, że skradłaś mi serce. Nie mogłem traktować cię, jak wszystkie pozostałe próbki. Dlatego jesteś właśnie tutaj, gdzie mogę cię dosięgnąć. Widzisz, Safu, niedługo przestaniesz się mnie bać i zaczniesz być mi wdzięczna.

 – Nie... nie... jesteś... straszny...

 – Tak inteligentna i piękna osoba jak ty, nie powinna jęczeć jak uparte dziecko. Powiedz, nie byłaś przypadkiem studentką ze specjalizacją w funkcjach poznawczych? Miałem przyjemność przeczytać sobie tezę, którą zapisałaś w swojej aplikacji na wymianę studencką. Była o unerwieniu kory mózgowej – pod kątem funkcji drobniejszych struktur, mam rację? „Unerwienie Kory Mózgowej jako Moduł Funkcjonalny: Mechanizmy Złożonego Przetwarzania Informacji”, tak to się nazywało. Całkiem interesujące, chociaż forma była raczej mało zgrabna. Mimo to, jak na studencką tezę, pierwszorzędne.

Kolejna z białych zasłon zniknęła. Mężczyzna zmienił się z ciemnej, cienistej sylwetki w coś o ludzkim kształcie.

 – Och? Wygląda na to, że twój wzrok jest na dobrej ścieżce do jak najszybszego powrotu do zdrowia. Dostaję dobre odczyty. Nie dość, że piękna i inteligentna, to jeszcze zdrowa. Doprawdy, ideał. Miałem dużo szczęścia, spotykając kogoś tak doskonałego jak ty.

„Mój wzrok powraca? Mogę uciec z tego białego świata?”

W sercu Safu nie było żadnego szczęścia. Nie czuła żadnej wolności. Przeciwnie, była przerażona. Bała się, co zobaczy, co będzie musiała widzieć, gdy zasłony zostaną odsunięte, a mgła zniknie.

„Shion, chcę cię zobaczyć. Chcę na ciebie patrzeć. Chcę słyszeć twój głos. Jesteś jedynym, którego szukam”.


„Shion”.

 – „Safu”.

Słyszała go. Słyszała jego ukochany głos, wzywający jej imię.

 – Hm? Hej, Safu. Co się stało? Co z tymi odczytami? Skąd dostałaś te bodźce?

„Shion”.

 – „Safu. Czekaj na mnie”.

„Shion”.

 – „Dostanę się tam. Uratuję cię”.

„Shion...”

„Shion jest niedaleko. Jest blisko mnie”.

Pozytywny dreszcz przeszył ciało Safu. Narodziła się nadzieja. Nadzieja była siłą. Była to niesamowita  energia, przepływająca przez całe jej ciało i przywracająca jej życie.

„Shion, jesteś moją nadzieją. Czekam na ciebie. Zaczekam, aż do mnie przyjdziesz”.

„Shion”.

*** 

Złapał w garść włosy. Były długie i mocne. Nie mógł stwierdzić, jaki miały kolor. Złapał się ich kurczowo jak własnego życia i wspinał dalej. Wspinał się na górę usypianą z ludzi, ułożonych jeden na drugim. Wspinał się wyżej i wyżej, wbijając stopy i stając na cudzych głowach, plecach, ramionach i nogach, by poruszać się naprzód.
Ktoś jęknął przez moment, gdy nacisnęła na niego stopa Shiona. Ten niemal krzyknął. Jednak wrzask utkwił w jego gardle i tam pozostał. Część głowy bolała głucho, a mięśnie pleców były napięte i sztywne jak drut. Pot spływał po jego plecach i piersi, pokrywając jego całe ciało.

Był na to przygotowany.

Od momentu, w którym zdecydował się zinfiltrować Zakład Karny, był przygotowany. Tak właśnie myślał. Ale całe jego postanowienie rozpadło się na kawałeczki. Zniknęło, nie zostawiając za sobą śladu. Czy po doświadczeniu tego piekła, mógł nadal powtórzyć z całą pewnością, że chce iść do Zakładu Karnego? Pytał się o to bezustannie, co powodowało jedynie tępy ból głowy.

„To co zrobisz, Shion?”

„To, co powinienem, oczywiście”.

Ale nie mógł powiedzieć tego pewnie. Nie potrafił się nawet uspokoić.

Cóż to była za delikatna decyzja. Cóż za lekkomyślną decyzję podjął.

Uniósł twarz, by spojrzeć na sylwetkę Nezumiego. Przerwa pomiędzy nimi zdawała się być równie duża, co przepaść między niebem a ziemią – Nezumi, który znał to piekło, a mimo to do niego wrócił i on, który chciał zaczerpnąć powietrza wolnego od trudności i skutków jego lekkomyślnej, ignoranckiej decyzji. Byli zbyt różni.

Nie trzeba było się nawet zastanawiać, dlaczego nazywano go naiwnym chłopcem i karcono za to. Taka była prawda.

Jego stopa ześlizgnęła się. Gdy pochylił się i wyciągnął rękę naprzód, dotknął coś delikatnego i ciągliwego. Złapał czyjąś twarz, odwróconą akurat w jego kierunku. Jego środkowy palec wbił się w czyjeś nozdrza. Ból w głowie Shiona wzmocnił się. Miał mdłości. Siła opuszczała jego ręce i nogi.

„Ach, nie mogę...”

 – Shion! – Złapano go za nadgarstek i podciągnięto. – Jesteśmy.

 – Gdzie?

 – Na szczycie. Cóż, to dopiero jakaś połowa drogi za nami. Ale jak na razie – gratulacje, dobra robota.

„Szczyt usypany z ludzkich żyć, co?".

 – Szkoda, że nie wzięliśmy ze sobą drugiego śniadania. Potrzebujesz chwili przerwy?

 – Przerwę... tutaj?

 – Jeśli znasz jakieś inne miejsce, to tam.

Wrzawa jęków wzrosła spod nich. Całkiem dosłownie wznosiły się spod ich stóp.

 – Tam ciągle... są żywi ludzie... – powiedział drżącym głosem Shion.

 – Pewnie paru tak. Tym, którzy spadli pierwsi, raczej się nie udało. Ci, którzy spadli drudzy, trzeci, może i mają tylko połamane kości. Jeśli mieli szczęście. Widzisz, Shion, mieliśmy szczęście być w drugiej grupie. Gdybyśmy byli w pierwszej, impakt uderzenia by nas zabił.

Shion pamiętał, co czuł w chwili upadku. Uczucie spadania z góry ludzi. Użył tych z pierwszej grupy jako poduszki, tych nieszczęśliwców, którzy mieli pecha umrzeć zgnieceni siłą własnego impaktu.

„Mogę to w ogóle nazywać szczęściem?”

 – Nic ci nie jest? – zapytał Nezumi. – Jeśli masz mdłości, lepiej żebyś się wszystkiego pozbył.

 – Nezumi...

 – Hm?

 – Przepraszam.

 – Eh? Za co przepraszasz?

Shion zakrył twarz dłońmi. Zapach potu i krwi, jęki umierających ludzi całkowicie go pochłonęły. Wbiły się w jego mięśnie i zatruły kości.

„To mój limit. Już więcej nie zniosę”.

 – Ja... nie mogę tego zrobić – Mógł dojść tylko tak daleko. Postarał się najbardziej jak potrafił. Nie mógł postawić już ani jednego kroku więcej. Gdyby Nezumi nie złapał go wtedy za nadgarstek, spadłby w dół zbocza. Nie mógł zrobić nic sam.

 – Ja... będę dla ciebie tylko zawadą.

 – Co za stare rewelacje mi tu wyciągasz? Zawsze byłeś zawadą. Nigdy nie byłeś niczym ponad to.

 – Nezumi... zostaw mnie tu.

 – Zostajesz sam?

Kiwnął głową.

 – Zginiesz, Shion.

 – Wiem – wyszeptał.

– Nie umrzesz bezboleśnie – powiedział Nezumi. – Nie wiem, ile dni tu będziesz. Może zabije cię zima, ale jeśli zostawiają tu tak te zwłoki, to zaczną gnić. Oszalejesz w smrodzie rozkładu, albo zaczniesz mdleć bez przerwy z braku tlenu i osłabniesz, albo...

 – Albo... sam się zabiję.

 – Shion, nie mów o śmierci tak lekko. Jeśli jej nie docenisz, wróci i pogryzie cię w tyłek. Masz ze sobą jakąś szybko działającą truciznę? Jak niby masz zamiar się tu zabić bez noża, żeby rozpłatać gardło, czy liny, żeby się powiesić? Możesz spróbować odgryźć sobie język albo stąd zeskoczyć, ale nie umrzesz łatwo.

 – Ty... masz nóż – powiedział zachrypłym głosem Shion.

Ramię Nezumiego przekręciło się.

 – Więc o to ci chodziło.

Mocno złapał Shiona za włosy. Jego głowę odciągnął do tyłu i przyłożył nóż do nagiego gardła. Shionowi zdawało się, że ostrze rozetnie je choćby przy głębszym wdechu.

 – Czy ty mnie prosisz, żebym cię zabił? – syknął Nezumi.

Shion cicho nabrał powietrza. Co by się stało, gdyby zginął właśnie tam z ręki Nezumiego? Jego krew trysnęłaby na zewnątrz, barwiąc Nezumiego karmazynem?

 – Shion. – Głos Nezumiego drżał. – Czy ty próbujesz mnie zmusić, żebym cię zabił?

 – Eh?

 – Nie „ehuj” mi tu. Pytam, czy próbujesz mnie zmusić, żebym zabił więcej ludzi, niż już to zrobiłem.

 – Nigdy... – Shion pokręcił głową. Palce Nezumiego odsunęły się. – Nigdy bym tego nie chciał. Znienawidziłbym cię za to.

Długie westchnięcie. Stara suka Inukashi wzdychała w bardzo podobny sposób.

„Drogi Boże. Co my mamy w ogóle z tobą zrobić, dziecko?”

 – Nie no, zastanów się nad tym – odezwał się treściwie Nezumi. – Jeśli poderżnę ci gardło, to morderstwo. Jeśli dam ci nóż, pomagam ci w samobójstwie. I tak, i tak musiałbym wziąć odpowiedzialność za twoją śmierć. Rozkazujesz mi teraz to na siebie wziąć? A poza tym...

Shion znowu został złapany za włosy, tym razem mocniej.

 – Po co niby miałbyś zapamiętywać plan Zakładu Karnego? Twój mózg dopiero zaczyna być najbardziej potrzebny. Nie dam ci teraz wycofać się z meczu. Nie pozwolę na to.

Jego włosy szarpnięto bezlitośnie. Ból przepłynął wprost do jego bredzącej świadomości.

 – Bez ciebie ucieczka stąd będzie prawie niemożliwa. Jeśli chcesz umrzeć, nie będę cię zatrzymywał. Ale po tym, jak się stąd wydostaniemy. Rozumiesz co mówię, prawda?

 – Całkiem nieźle.

 – To słuchaj. Dopiero się zaczyna. Łapiesz, Shion? Potrzebuję cię.

 – Tak.

Shion zmusił własne nogi do utrzymania jego ciężaru. Ledwie, ale wciąż mógł to zrobić.

 – Dobry chłopiec.

 – Taa.

 – Więc się zbierajmy.

 – Okej – Shion nie miał pojęcia dokąd teraz zmierzali, ani czy będą się wspinać czy schodzić w dół. Nie myślał o pytaniu o cokolwiek. Nie miał siły. Mógł jedynie skumulować całą pozostałą energię i iść za Nezumim. Jeśli jego egzystencja miała mu być potrzebna, było to znacznie bardziej atrakcyjne niż śmierć od jednego pociągnięcia nożem. Czuł, że to znaczyło, że wciąż ma wolę życia. Wciąż miał... wolę. A więc jego dusza całkiem jeszcze nie zniknęła.

Nezumi gwizdnął krótko. Czysta, wysoka nuta odbiła się w ciemnościach. Gdy dźwięk zniknął, zapadła cisza. Nawet ludzkie jęki ustały.

Pii.

 – Eh?

Pisk. Pisk.

Para małych, świecących kropek pojawiła się w ciemnościach. Miały kolor, który Shion tak dobrze pamiętał.

 – Hamlet? – był to kolor mysich oczu. Te czerwone gwiazdki świeciły na poduszce Shiona, gdy kładł się spać; były na szczycie wysokiego stosu książek; zawsze błyszczały pod łóżkiem.

 – To nie Cravat ani Tsukiyo, prawda...?

 – Mówiłem, żebyś nie nadawał moim myszom śmiesznych imion – powiedział wkurzony Nezumi. – A poza tym co by tu miały robić?

 – Racja.

 – Ale co do części z myszą, to masz rację. Ta nie ma imienia – Nezumi ponownie zagwizdał. Tym razem dźwięki ułożyły się w melodię. Czerwone światełka zniknęły na moment, a gdy Shion mrugnął, były tuż przy nim. Nezumi odwinął cienką linę z nadgarstka. Rzucił ją lekko w stronę światełek.

 – Jest cała twoja.

Pisk. Pisk. Pisk. Światło zniknęło – mysz odbiegła, trzymając linkę w pyszczku.

 – Och... jest młoda.

 – Co powiedziałeś?

 – Ta bezimienna mysz. Jest młodsza niż Hamlet i reszta, prawda?

 – Skąd wiesz? Nawet jej nie widzisz.

 – Och... cóż, miałem przeczucie.

Po kilku sekundach ciszy, usłyszał cmoknięcie językiem Nezumi.

 – Rany, twoje instynkty wyostrzają się w najdziwniejszych momentach. Nie wiem, czy to pomaga, czy przeszkadza.

 – Po prostu powiedziałem co czułem.

 – Phi – Nezumi prychnął szyderczo. – Gadatliwy się zrobiłeś jak na kogoś, kto minutę temu chciał się poddać. Czyli nadal masz jeszcze siły.

 – Powiedziałeś, że mnie potrzebujesz. Więc dam z siebie wszystko.

 – Rany, brzmisz jak dzieciak. Potrzebny mi tylko twój mózg. Niedługo będziesz go musiał przełączyć na pełne obroty. Ciesz się spokojem póki możesz. Masz, bierz to.

Shion dostał linę. Widział, że powlekana była superfibrą. Czuł w dłoniach jej giętkość i ciągliwość. W zależności od użycia, superfibra mogła służyć do przenoszenia niesamowicie ciężkich przedmiotów czy przecięcia pojedynczego włosa. Napięta lina była do czegoś przywiązana.

 – Owiąż się w pasie. Tylko ciasno, to polecisz.

 – Polecę?

 – Tak, polecisz przez mrok jak nocny ptak. Już zawiązałeś?

 – Tak.

 – Dobra, zaraz skoczymy. Złap oddech – przyciągnął Shiona bliżej i poleciał, niemal niosąc go w powietrzu. Ciemności przepływały wokół Shiona. Czuł się jakby stał się wahadłem. Jednak jego ciało szybko uderzyło o ścianę. Poczuł zapach brudu.

 – Trzymaj się liny obiema rękami. Nie bujaj się i oprzyj się o ścianę. Użyj umiejętności wspinaczki, Shion.

 – Wybacz, ale nigdy wcześniej się nie wspinałem – Powtarzał sobie bez przerwy, że musi się uspokoić. Zapach brudu, łaskoczący jego nozdrza, dodawał mu odwagi. Nie było w nim śladu krwi, wymiocin, czy smrodu umierających ludzi. Shion nabrał powietrza. Nezumi wspinał się ponad nim, jakby dając mu przykład.

 – To nieduży dystans. Nie musisz się spieszyć. To znacznie łatwiejsze niż wspinanie się po górze ludzi.

 – Możesz to powtórzyć – odpowiedział Shion. Jednak trudnym zadaniem było wspięcie się po ścianie, wznoszącej się niemal prostopadle do ziemi. Shionowi zdawało się, że tylko miota się bezowocnie.

 – Mysz tędy weszła na górę? – zapytał.

 – Mają własne ścieżki. Naprawdę kochasz myszy, co nie? O, spójrz, połóż tu dłoń, na tym kamieniu co wystaje – właśnie. A teraz tu: tam jest żłobienie, prawda? Zostań tak i podnieś się.

Prowadzony przez precyzyjne instrukcje Nezumiego, Shion chwycił ścianę z całą swoją koncentracją. Wyglądało na to, że Nezumi trzymał się liny tylko jedną ręką. Chwilami bujał się niestabilnie. Lina pewnie nie była dość długa, by obaj owiązali ją sobie wokół talii.

„Jestem znacznie gorszy niż przeszkoda – mogę być zagrożeniem dla życia Nezumiego.  Taki jestem bezsilny”.

Shion zderzył się z inną rzeczywistością.

„Jestem bezsilny. Ale...”

„Potrzebuję cię”.

Dokładnie smakował te słowa w ustach. Były jak afrodyzjak. Czuł, jak studzą jego ciało. Shion wbił paznokcie w ścianę brudu i kontynuował wspinaczkę, centymetr po centymetrze.

Jego palce dotknęły coś twardego. W chwili w której to zauważył, został pociągnięty w górę. Gdy padł na twarz pozbawiony oddechu, czuł ten sam twardy dotyk na policzku. Był zimny.

„Czy to... kamień?”

Pisk. Pisk. Pisk.

Beztroskie piszczenie myszy. Czuł małe zwierzątka, biegające po jego plecach. Cravat i reszta często przemykali po nim w ten sposób w poszukiwaniu jedzenia czy zabawy.

Shion wstał ostrożnie. Uważnie szarpnął linę zawiązaną wokół swojej talii. Drugi koniec był dobrze zabezpieczony o wystający kamień. Ten był dziwny; miał okrągłą dziurę w końcówce. Mysz przebiegła przez nią kilka razy, by lina dobrze się trzymała. Może była do tego wytrenowana? Jeśli tak, to i ten kamień był produktem ludzkich rąk, ustawiony jak cuma dla statku? Odwiązał linę i owinął ją wokół ramienia.

Próbował podać ją Nezumiemu, jednak ten nie miał zamiaru podnosić się z miejsca, w którym leżał na podłodze. Jego oddech był nierówny pomimo jego atletycznej kondycji. Nic dziwnego. W końcu opiekował się Shionem, dawał mu instrukcje i pomagał mu się wspiąć przez ten cały czas. Pewnie zmarnował kilkakrotnie więcej energii niż byłoby potrzeba dla niego samego. Serce Shiona bolało.

 – Nezumi... Przepraszam. Ja...

 – Nie przepraszaj – jego głos, trochę bardziej zachrypnięty niż zwykle, uciął wywód Shiona. – Za wszystko przepraszasz. Przepraszam, przepraszam, przepraszam. Co przeprosiny zrobią, żeby rozwiązać problem? Jedynie łagodzą twoje delikatne i zranione sumienie, żeby mogło sobie odpocząć.

 – Tak.

 – Nie używaj słów, jako wymówki dla poczucia winy. Szanuj je bardziej.

 – Dobrze – miał rację. Nieważne, ile dziesiątek tysięcy przeprosin by wyrecytował, zupełnie nic by to nie zmieniło. Od teraz miał zamiar połykać słowa, które chciały uciec z jego ust zbyt łatwo. Zamiast przepraszać, nosiłby ciężar własnego poczucia winy.

Przyglądał się profilowi Nezumiego, którego usta rozwarte były w wycieńczonym oddechu, sprawiając, że jego ramiona unosiły się i opadały.

„Któregoś dnia zwrócę dług. Powiedziałeś, że mnie potrzebujesz. Dożyję tego. Położę moje życie na szali, żeby cię ochronić”. 

 – O... Nezumi.

 – Zamknij się. Mówiłem, że masz przestać przepraszać.

 – Nie, chciałem powiedzieć... Widzę twoją twarz.

 – Idiota. Sporo ci to zajęło, nie? Od teraz będziemy mieć światło. Małe bo małe, ale nadal światło. Hojny prezent, nie sądzisz?

Shion rozejrzał się wokoło. Miejsce, w którym się znajdowali, było odrobinę większe od powierzchni łóżka. Ziemia i ściany pokryte były niezliczonymi kamieniami wszelkich rozmiarów, a kilkanaście świeciło białym światłem.

 – To są... LEDy...

– Taa. Diody emitujące światło. Pewnie znajome światło dla mieszkańca No.6, nie? Chociaż w No.6 raczej świecą trochę mocniej.

 – Ale co tu robią LEDy...? – zapytał Shion ze zdumieniem. – Przejście tam na dole miało jedynie świecące kule. Nezumi, jesteśmy w środku Zakładu Karnego, prawda?

 – Niestety, jeszcze tam nie dotarliśmy.

 – Ale... Ściana, po której się wspinaliśmy, była naturalna. Nie była dziełem człowieka.

 – Och, zauważyłeś? – powiedział Nezumi z podziwem.

 – Nawet ja mogłem do tego dojść –odpowiedział z oburzeniem Shion. – Gdyby była sztuczna, nie mógłbym się po niej wspiąć nawet z twoją pomocą. Albo to, albo byłoby znacznie łatwiej. Ale nic z tych rzeczy. Były miejsca, w których dało się oprzeć ręce i nogi, ale tylko na tyle, żebym dał radę się wdrapać, i to nie sam.

 – Ciągle jesteś obrażony, że sam nie umiałeś się wspiąć? Całkiem wrażliwy jesteś. Tak łatwo zranić twoją dumę?

 – Moja duma w praktyce boli właśnie teraz – stwierdził. – Nezumi, o co tu chodzi? Co to za naturalna jaskinia, połączona bezpośrednio z podziemiem Zakładu Karnego, polem egzekucji?

Nezumi wstał. Mysz pojawiła się na jego ramieniu zanim zdążył to zauważyć. Była szara i mała. Miała odrobinę dłuższy ogon niż Cravat.

 – To miejsce jest naturalnie występującym, wielkim kompleksem jaskiń. No.6 postanowiło użyć części jako miejsca egzekucji. To wszystko.

 – Ale te kamienie nie są naturalne. To miejsce też stworzono ludzką ręką, prawda? Jednak jest zupełnie inne od Zakładu Karnego. Co oznacza, że musiało zostać zrobione przez kogoś innego...

Dłoń Nezumiego poszybowała w jego stronę. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, zacisnęła się na jego nosie.

 – Za dużo gadasz. Przymknij się i idź za mną.

 – Dobrze. Tuż za tobą.

 – Shion, czy twoją ciekawość tak łatwo ruszyć jak dumę? Twoje oczy wręcz promienieją.

Zdecydowanie tak było. Ciekawość biła w Shionie stabilnym rytmem serca. Co tam było? Piekło nie mogło być jedyną rzeczą, kryjącą się w tym miejscu. Było coś jeszcze, świat inny niż ohydne inferno.

„Co to?”


„Co tam czeka?”

Nezumi powoli szedł stromym spadem. Jego plecy majaczyły w ciemnościach.

Przejście wyrzeźbiono w eratyku. Sufit był niski i nie dało się przejść pod nim w wyprostowanej pozycji. Nezumi zatrzymywał się raz na jakiś czas, żeby złapać oddech, a jego ramiona opadały. Wyglądało na to, że zaczynał mieć trudności.

Gdy już Shion miał zapytać, czy nic mu nie jest, Nezumi przechylił się i oparł ciężko o ścianę.

 – Nezumi!

Zastanawiał się, czy stało się to samo, co ostatnim razem. Czy Nezumi upadłby nagle i stracił przytomność. Shion wyciągnął ręce, spodziewając się, że Nezumi nie będzie w stanie utrzymać własnego ciężaru. Ale on nie upadł. Wciąż opierając się o ścianę, mruknął jedynie:

 – To znowu przyszło.

 – Eh?

 – Nieważne...

 – Możesz iść?

 – Jasne. Mam nogi. I to o wiele lepsze niż twoje.

Odsunąwszy dłoń Shiona, Nezumi kontynuował marsz. Shion zacisnął lekko swą dłoń zwisającą samotnie, bez nikogo, kto chciałby ją złapać i także ruszył naprzód.

 – To jest...

Wytrzeszczył oczy. Bez wątpienia, byli w sercu jaskini. Chropowate eratyki leżały gdzieniegdzie, ale sama przestrzeń była całkiem spora. Było tam zbyt ciemno, by dojrzeć kąty, jednak nie panowały tam ciemności, które nie miały końca. Słabe światła nadal świeciły. Jednak nie pochodziły z diod.

 – Świeczki? – Było ich sporo, palących się na szczytach skał. Shion spotkał się z tymi światłami w Zachodnim Bloku.

 – Nezumi, gdzie...

„...jesteśmy?” – miał zamiar skończyć, jednak słowa utkwiły mu w gardle. Nezumi zesztywniał. Jego gardło poruszyło się powoli, gdy przełykał ślinę. Rzadko widziało się go w takim stanie.

 – Coś nie tak? Co jest...

 – Shion, na dół!

Gdy tylko Nezumi krzyknął, Shion poczuł szarpnięcie w dół. Upadł do tyłu na ziemię. Czarny cień przeleciał tuż przed jego nosem.

Purrriii, prriii.

Usłyszał dźwięk przypominający nakręcanie zardzewiałych trybów.

Nezumi machnął ręką. Czarny cień odbił się i upadł u stóp Shiona.

 – Łaa! – odsunął się do tyłu. Leżał przed nim szary szczur, całkiem duży. Wyglądało na to, że wyszedł ze ścieków.

Prri.

Co chwilę atakował ich kolejny ściekowy szczur. Jeden skoczył na ramię Shiona, otworzył pysk i mając zamiar zatopić kły w jego gardle. Ten go jednak złapał i zrzucił. Szczur śmierdział wilgocią. Potem jego rękę przebiegł głuchy ból. Dobrał się do niej kolejny. Ręka Shiona ruszyła się zanim zdążył poczuć strach.

 – Cholera! – uderzył całym ramieniem o ścianę.

Prri, prri.

Rozległ się rdzawy, skrzeczący dźwięk. Szczury podnosiły alarm.

Niezliczone czerwone światła patrzyły na niego. Ze szpar w skałach dookoła, czerwone oczy wpatrywały się w Shiona. Był otoczony przez kilkadziesiąt ściekowych szczurów. Ich karmazynowe spojrzenia skierowane były prosto na dwóch chłopców, jakby czekały na kolejną okazję do ataku.

 – Shion, nic ci nie jest?

 – Oczywiście, że nie.

 – Udawanie kota ich nie odstraszy, tak tylko mówię.

 – Domyśliłem się. Sam kot byłby pewnie bardziej przerażony.

 – To jakiś rodzaj powitania kogoś, kogo nie widziały dłuższy czas.

 – Eh? Dłuższy czas?

Nezumi włożył dwa palce do ust i zagwizdał. Zmienna melodia, przeskakująca z wysokich dźwięków w niskie, popłynęła naprzód. To była długa piosenka, której Shion nigdy jeszcze nie słyszał. Przyniosła mu na myśl mgłę, dryfującą pośród drzew w ciemnościach. W jego głowie odgrywał się czarnobiały film.

Pii. Piii.

Jeden ze szczurów zaskrzeczał niedaleko nich i powoli do nich podszedł. Nezumi łagodnie wystawił dłoń przed siebie, a szczur powąchał jego palce. Te poruszyły się delikatnie, głaszcząc z miłością jego szare futro.

Prri, prri.

Jeszcze jeden, potem kolejny, schodziły ze skał. Oczy Nezumiego skierowały się na Shiona przez chwilę. Ten kiwnął głową ze zrozumieniem. Przykucnął i wyciągnął dłoń tak jak Nezumi.

Prii. Prri, prri.

Trochę mniejszy szczur otarł się o jego dłoń. Shion podrapał go między uszami.

Wytrzeszczył swoje czerwone oczy. Cieszył się.

„Hej, nie różni się tak bardzo od Cravata”.

Mała mysz również uwielbiała, gdy głaskało się ją pomiędzy uszami. Zawsze zanim Shion poszedł spać, Cravat prosił się o to. Tak samo było z psami Inukashi. Cieszyły się za każdym razem, gdy się je czesało.

 – Już, już. Proszę bardzo. Hej, czekaj. Ciebie też podrapać? – Shion spojrzał w dół, by zauważyć kilka szczurów siedzących już na jego kolanie. Oczywiście, nie były tak słodkie jak myszy. Ale nie sprawiały, że się ich bał. Nie okazywały już ani odrobiny wcześniejszej agresji. Coraz więcej i więcej szczurów wspinało się na jego kolana i zaczynały mu już ciążyć.

 – Spójrz na siebie – odezwał się Nezumi, przestając gwizdać, by pokręcić lekko głową. – Mógłbyś zostać pucybutem– Podniósł podbródek i spojrzał w przestrzeń. – Czy to koniec dzisiejszego powitania? – jego głos rozbrzmiał czysto. Piękny głos Nezumiego odbił się echem od sufitu i wibrował w powietrzu. Zupełnie jakby był na scenie o doskonałej akustyce.

 – Pokaż się. Twoje szczury już na nic się nie przydadzą.

Mały kamień potoczył się po ziemi. W ciemności pojawił się otwór. Jakby ją rozdzierając, czarna masa spadła z góry, lądując bezdźwięcznie.

Szczury zeskoczyły z kolan Shiona i w mgnieniu oka rozpłynęły się w mroku.

„Czy to człowiek...?”

Wyglądało to na ludzką sylwetkę w czarnej tkaninie. Gdy opadła, ukazując to, co się pod nią kryło, Shion wstał i wstrzymał oddech.

Stał przed nimi wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Wszystko było w nim szare. Długie włosy, docierające aż do pasa i skóra były szare. Kolorem jego wpatrujących się w nich oczu był szary. Nie lśniący ciemnoszary jak u Nezumiego. Kolor ten przypominał raczej piasek. Szary był też kolorem pustyni. Odrzucała życie i niezbyt łatwo akceptowała cudze. Niczego nie kształciła i zmieniała się z kierunkiem wiatru. Rozległa, bezowocna ziemia. Tak jak Shion mógł wyczuć od Nezumiego żywą energię, tak ten mężczyzna promieniował powietrzem pustego świata.

 – Po co wróciłeś? – przemówił, ledwie poruszając ustami. Shion poczuł dreszcz, przechodzący przez jego plecy, choć nie wiedział dlaczego. Mocno złapał własne ramię.

 – Wróciłeś. A więc musisz umrzeć.

 – Daj mi zobaczyć Rou – Nezumi posunął się naprzód o pół kroku. – Muszę z nim przedyskutować coś ważnego. Pozwól mi go zobaczyć.

Mężczyzna także posunął się o pół kroku.

 – Musisz umrzeć. Takie są zasady.

Był przecież pustynią. Nie było w nim żadnego śladu życia. Dreszcze Shiona stały się silniejsze.

– Musisz zginąć. Takie są zasady – Poczuł od niego uderzenie mroźnego wiatru. Czyżby to było złudzenie?

Nezumi powoli wypuścił powietrze. Ciemności poruszyły się nad jego głową.

Shion nie mógł wyłapać momentu, w którym mężczyzna ruszył, częściowo ze względu na mrok. Gdyby byli pogrążeni w atramentowej czerni, jego szare ciało mogłoby być chociaż odrobinkę widoczne. Jednak w tym półmroku, z jedynymi źródłami światła w świecach, człowiek ten z łatwością mógł wtopić się w tło, kryjąc się całkowicie przed wzrokiem Shiona. Jednak za jego ruchami trudno byłoby podążać nawet w świetle słońca. Był za szybki. Jego ciało sunęło i rzucało się na Nezumiego. Ten odskoczył na bok w ostatnim momencie. Mężczyzna tracił równowagę tylko na chwilę, by znów rzucić się bezdźwięcznie.

Szczur wskoczył na ramię Shiona.

Piii, piii, prriii.

Ostro wzniósł głos i skulił razem łapki. Shion nie wiedział, czy po prostu przyglądał się walce dwóch ludzi, czy też dopingował jednego z nich, jednak głos ten wydawał się być dziwnie podekscytowany.

 – Widzisz, co się dzieje?

Prrri, prri, prii.

 – Czyli widzisz. Nezumi... czy z Nezumim wszystko w porządku? – Shion desperacko zmrużył oczy w półmroku. Tylko to mógł zrobić. Mógł jedynie patrzeć.

„Zawsze tak było. Zawsze tak musiało być. Ale... ale nie mogę po prostu pozwolić się temu tak skończyć. Muszę coś zrobić... cokolwiek”.

Ten człowiek powiedział, że Nezumi musiał zginąć. I nie była to czcza groźba. Choć jego głos był wtedy wyprany z wszelkich emocji, pełno w nim było morderczej intencji. Naprawdę chciał zabić Nezumiego.

Prii!

Szczur przesunął się naprzód i zaskrzeczał jeszcze głośniej. W tym samym momencie Shion usłyszał głuchy dźwięk ciała uderzającego o ciało. Nezumi upadł u jego stóp.

 – Nezumi!

 – Idioto! Nie zbliżaj się! – Nezumi skulił się i odkaszlnął. Podniósł się niestabilnie.

 – Co jest? – zapytał mężczyzna z ciemności tym samym pustym głosem. – Naprawdę zmiękłeś podczas tego całego czasu, jaki spędziłeś nad ziemią, czyż nie?

 – Cóż, można powiedzieć, że... cieszyłem się wakacjami... trochę za bardzo – słyszał, jak Nezumi usiłuje nabrać powietrza. Shion postawił krok naprzód.

 – Głupiec. Nie ma możliwości, żebyś mógł ze mną walczyć – ledwo stoisz.

 – Oczywiście! – krzyknął Shion. Nie był nawet w stanie dobrze go zobaczyć. Ale mógł rzucać w niego słowa. – Jak myślisz, ile siły Nezumi zużył, żeby w ogóle się tu dostać? Spróbuj to powtórzyć, kimkolwiek, do cholery, jesteś, zanim zaczniesz zachowywać się jak jakiś wielki niepokonany. Spróbuj wspiąć się na tę ścianę z ciężarem takim jak ja na linie.

Spotkała go chwila ciszy. Szczur machnął leniwie ogonem na ramieniu Shiona.

 – Kto to?

 – Taka tam kula u nogi – odpowiedział Nezumi.

 – Po co go tu przyprowadziłeś?

 – Chcę go przedstawić Rou.

 – I co potem?

 – Chcę opowiedzieć Rou całą historię.

 – Jego?

 – Moją.

 – Nikt nie będzie słuchać takiego głupca jak ty, który nawet nie ma pojęcia, jak ukryć własny wstyd.

 – Nie wiesz, póki nie spróbujesz – Nezumi zbliżył się delikatnie do Shiona. Wyglądało na to, że mógł widzieć wszytko bez najmniejszego problemu. Słabe światło było dla niego wystarczające.

 – Shion, słuchaj – wyszeptał mu do ucha. – Luka między skałami jest tuż za nami. A w niej wąski korytarz. Wskocz do niego. I wiej.

 – A ty?

 – Mną się nie przejmuj. Idź! – Shion poczuł pchnięcie. Pobiegł.

 – Nie tak szybko – Chęć mordu owego mężczyzny uderzyła w niego jak fala. Nezumi wydał krótki rozkaz.

„Biegnij”... a może „uciekaj”?

Shion zatrzymał się i odwrócił. Dwa cienie napierały jeden na drugi. Widział ich zamglony obraz w ciemnościach. Zdecydowanie mógł ich dojrzeć.

 – Nezumi.

Mężczyzna ciągał Nezumiego na boki, trzymając dłonie zaciśnięte wokół jego gardła. Nezumi szarpał się, by się od niego uwolnić. Shion odetchnął szybko i przełknął ślinę.

„Nezumi przegrywa?”

Nigdy nie widział Nezumiego w takiej pułapce, szamoczącego się o życie z taką siłą.

„Musisz umrzeć”.

Tamten człowiek to powiedział. Definitywnie to powiedział.



Shion uniósł nadgarstek. Była wokół niego owinięta lina z superfibry. Nie myślał. Jego ciało odcięło się od duszy i mózgu, poruszając się samo z siebie. Nie – może to właśnie dusza mu rozkazywała.

„Zabij go”.

Szczur zeskoczył z ramienia Shiona. Wskoczył do szpary między skałami, do której kazał mu uciec Nezumi. Shion nie miał zamiaru za nim podążać. Miał zamiar odwrócić się od słów Nezumiego.

Prii.

Kilka szczurów wypełzło ze swych kryjówek pośród skał. Ich głosy rozdzierały powietrze w poruszeniu i strachu. Mężczyzna zamarł. Jego wzrok przeczesał okolicę. Podniósł lekko podbródek w doskonałej chwili.

Shion wskoczył na jego plecy. Zahaczył linę pod podbródkiem, skrzyżował ją i odciągnął do tyłu, napierając całym swoim ciężarem.

Gah!

Mężczyzna wykręcił się. Shion wbił stopę w jego ramię i zacieśnił uścisk tak mocno, jak tylko mógł. Wcześniej, gdy próbował udusić męczącego się człowieka w pokoju przyłączonym do pola egzekucji, prawie nie miał pojęcia, co robił, a jego procesy myślowe były prawie całkiem zamrożone. Jednak tym razem było inaczej. Był całkowicie świadomy. Jego umysł był świeży i czysty. Miał władzę nad własnymi zamiarami i myślami.

„Zabiję go”.

„Jeśli spróbujesz zabić Nezumiego, musisz zostać zniszczony. Twoim przeznaczeniem jest zniszczenie”.

Pociągnął mocniej.

Ciało mężczyzny wygięło się jak łuk.

 – Shion! – rozbrzmiało wycie. Krzyk. Zduszony głos wzywał jego imię.

 – Shion! Przestań... Przestań, proszę... – Nezumi rzucił się na niego od tyłu. – Przestań, błagam cię. Shion.

 – Eh...?

Para rąk objęła mocno jego policzki.

 – Słyszysz mnie?

 – A... Tak.

 – Puść. Szybko. Rozluźnij uścisk.

Zrobił co mu kazano. Mężczyzna przeturlał się i bezskutecznie spróbował wstać. Pozostał jednak na kolanach, kaszląc ciężko. Powietrze świszczało przeciskając się przez jego na wpół zapadnięte gardło niczym wiatr na pustym polu.

 – Shion... Mówiłem ci wcześniej. Nie jesteś stworzony do bycia egzekutorem – Nezumi podniósł linę i ścisnął ją w dłoni. Jego czerwone usta się poruszyły. – ...Czy może nazwiesz to rozwiązaniem?

 – Nie.

 – To jak? Jeśli próbowałeś mnie uratować, to nie była twoja sprawa. Shion, nawet nie próbuj więcej robić czegoś tak śmiesznego. To nie jest coś, co powinieneś zrobić.

 – To kara.

 – Co?

 – To kara.

 – Kara... o czym ty mówisz?

 – Ten człowiek próbował cię zabić. Więc musiał za to zapłacić.

 – Shion, ty...

 – Zrobię to jeszcze raz. Jeśli ten człowiek spróbuje cię zabić, zrobię dokładnie to samo.

Mężczyzna siedzący na ziemi, wciąż nabierając powietrza, trzymał się za gardło.

 – Kim... on jest?

Tym razem Nezumi nie odpowiedział. Spojrzał na Shiona w ciszy. Jego trzymające linę palce trzęsły się.

 – Złapał mnie – powiedział z niedowierzaniem mężczyzna. – I ja... ja, ze wszystkich ludzi... nie mogłem go zauważyć.

 – Tak... pewnie, że nie mogłeś.

 – Zaskoczył mnie od tyłu i nie mogłem uciec.

 – Tak. Rzucałeś się jak królik w pułapce.

 – Szczury się go bały.

 – Ehe.

Mężczyzna zadrżał.

 – Kim... on jest?

 – Mieszkańcem No.6.

 –  No.6? ...Co tu robi mieszkaniec miasta?

Nezumi odetchnął krótko.

 – Daj mi porozmawiać z Rou. Opowiem mu wszystko.

Shion usiadł, słuchając rozmowy tych dwóch. Jego dłonie w końcu zaczęły czuć ból z miejsc, w których wbiła się lina.

 – Posłuchajmy więc twojej historii.

Głos dobiegł z góry.

Shion uniósł twarz i rozejrzał się. Widział ciemność, której nie rozjaśniało nawet światło świec. Stamtąd dochodził głos. Tylko jedno zdanie...

„Posłuchajmy więc twojej historii”.

Wraz z tymi słowami, zniknął. Nie było tam już ludzkiej prezencji.

 – Jestem zobowiązany – westchnął Nezumi. Mężczyzna wstał. Przekuśtykał i zniknął pomiędzy skałami.

 – No to chodźmy, Shion.

 – Ach... racja – ruszył w stronę mroku.

 – Shion.

 – Hm?

 – Pewnie nie ma sensu tego mówić, ale...

 – Mhm?

 – Shion, nie chcę, żebyś się zmieniał.

 – Eh? Co masz na myśli?

 – Shion, którego znam, nigdy nie popełniłby grzechu. Nigdy. Walcz z tym – mruknął Nezumi. – Chcę żebyś walczył ze sobą.

To było błaganie. Jego ton bez wątpienia był nienaturalny i błagalny. Czy to nie ton głosu, którego sam Nezumi najbardziej nienawidził?

Shion zamknął oczy.

Pod powiekami widział ciemność jeszcze większą niż ta, którą miał przed oczami.


==Koniec rozdziału 4==
((Drzwi radziłam zamknąć, bo domowników i sąsiadów zdecydowanie rozwścieczają piski. Just saying. Dżun przeprasza za wprowadzanie w błąd w komentarzach z poprzedniego (poprzedniego?) rozdziału, nikt się nie spodziewał, że to się stanie tak szybko. Serio. Ale Nezumi nie płakał, więc nie szkodzi .w. a przynajmniej jeszcze nie płakał .w. nadal obstawiam, że łzy szczurowe zobaczymy za dwa-trzy tygodnie .w. co najmniej .w.))

czwartek, 7 czerwca 2012

Tom V: Rozdział 3


((Gram w Ib, mój mózg nie istnieje, po prostu nic nie napiszę i życzę miłego wieczoru.))


Rozdział 3
Ci, których pąki rozkwitają

Powinienem więc zapytać o to dwóch pierwotnych Duchów Egzystencji, najpierw Najświętszego z najświętrzych, by przejść do Najgorszego ze złych – ani nasze decyzje, ani słowa, ani czyny; prawdziwe myśli ani dusze, nie będą się zgadzały.



Dziecko zaczęło płakać. Leżąc na kłującym kocyku, energiczne sie wiercąc i wznosząc głos tak mocno, by odbił się echem od sufitu.

„Jezu, jeszcze ci nie dość”.

Inukashi cmoknął językiem i włożył monety z powrotem do sakiewki, które liczył przed chwilą. Jego dzisiejszy zysk był całkiem niezłą sumką.

Od Polowania minęła już cała noc, a Zachodni Blok nadal pogrążony był w zdezorientowanej boleści i udręce. Nie wiadomo było, ilu zostało zabitych, a ilu udało się uciec. Jednak nikt nie miał siły ani powodu się tego dowiadywać.


Wcześniej tego ranka Inukashi zabrał psa na spacer po bazarze. A właściwie po tym, co niegdyś za niego służyło – połaci ziemi, na których stał do wczoraj.

Większość budynków, chociaż wątpliwym było, żeby którykolwiek z tych baraków zasługiwał na to miano, została zniszczona i zamieniona w gruz. Polowanie było raczej spore, o większym zasięgu w porównaniu do poprzednich. Nie, to niedomówienie. Mimo że niszczyli domy już wcześniej, a nawet kompletnie je burzyli, by zgromadzić razem ludzi, nigdy nie mieli nawyku skłaniania się do siania takiego zniszczenia. Gdyby Inukashi mógł to obejrzeć z lotu ptaka, prawdopodobnie ujrzałby dziwny obraz – krater po środku targowiska, z gruzami uformowanymi w pierścienie wokół jego skrajów.

Bazar, wypełniony był przecież sypiącymi się, a jednak tak bardzo zaludnionymi barakami, stojącymi tuż obok sklepów o wątpliwym zaufaniu, pełnych prostytutek, złodziejaszków, starych żebraków, karaluchów i wyłażących zewsząd szczurów. Mimo to zniknął z tego miejsca w kilka minut.

„To rozsadza czaszkę” .

Inukashi stanął w najwyższym punkcie ruin i westchnął. Nie było to westchnięcie rozpaczy. Nie był tak niewinny, by zadręczać się tą katastrofą. Dziwiło go to raczej.

„A więc są zdolni nawet do tego się posunąć”.

Ludzie z Zachodniego Bloku nie byli wrogami. To nie była forma zemsty. Ledwo zebrali się w tym miejscu, bez sił czy broni. Z jakiego powodu mieli zostać zmiażdżeni w taki sposób?

Zamiast bólu czy gniewu, zastanawiało go to.

Ta destruktywna siła bez jakiejkolwiek litosność. Zdumiewało go to.

Schylił się, by podnieść odłamek gruzu leżący u jego stóp. Mimo że był mocno pokruszony, nie nosił śladów ognia. A więc przy tym Polowaniu, No.6 nie użyło broni palnej. Zazwyczaj wyciągali przestarzałe bronie wysokiego kalibru jak armaty czy granatniki; czasami po prostu spalali wszystko do gołej ziemi miotaczami ognia.

Inukashi pociągnął nosem. Nawet ze swoim węchem nie mógł wyczuć wyrazistego zapachu broni palnej. Uderzał go jedynie przytłaczający smród zwłok. Broń pozbawiona zapachu. Nie pozostawiałaby po sobie żadnego śladu.

„Dźwiękowe fale uderzeniowe?”

Próbował powiedzieć to na głos. Pamiętał o nich trochę z tego, co mówił Nezumi. Zaczęli od rozmowy o wielorybach, jednak nie miał pojęcia, jakim cudem doszli do tego tematu. Inukashi nigdy się nie spotkał, ani nie widział wcześniej, żadnego wieloryba. Nie wiedział nawet oceanu. Świat, jaki znał Inukashi, ograniczał się do hotelu i jego otoczenia. Odkąd pamiętał, żył w jego granicach. Nigdy nie myślał o podróży poza Zachodni Blok. Był usatysfakcjonowany swoim kawałkiem świata, ze wszystkimi ruinami, jego psami i bazarze w centrum. Nie miał zamiaru nigdzie się ruszać. Ale Nezumi był włóczęgą. W jednej chwili się pojawiał, by zniknąć w innej. Nie osiadał w jednym miejscu zbyt długo. Inukashi nie ufał włóczęgom i dopóki miał na to wpływ, nie chciał mieć z nimi nic wspólnego. Jednak spodobały mu się historie o innym świecie, które wylewały się z ust Nezumiego. Opowiadały o rzeczach, których nigdy nie widział i prawdopodobnie nigdy by nie zobaczył. Ocean był jedną z nich. Wielka, błękitna przestrzeń błyszczącej, słonej wody i ogromne, żyjące w niej stworzenia – serce Inukashi przyspieszało z podekscytowania, gdy tylko o nich słyszał. Mimo że planował pozostać tam gdzie był, to jego serce przyciągał ten nieznany świat z opowiadań Nezumiego. Prawdopodobnie miało to związek z jego umiejętnym formowaniem opowieści i pięknym głosem – może i słowo „piękny” było adekwatne, ale często okazywało się po prostu jedynym określeniem, jakie przychodziło na myśl. A z potrzeby posłuchania tego głosu i śpiewu, mieszkańcy Zachodniego Bloku zbierali swoje zarobki i przepuszczali je na zapuszczony teatr.

„Każdy tak łatwo wpada w jego pułapkę. Ale nie ja. Jasne, słucham jego historii jak w transie, ale mnie nie nabrał. Wiem o tym. Ciągle mam dość rozumu”.

 Inukashi wypchnął z dumą pierś, chociaż wokół nie było nikogo, komu mógłby się pochwalić.

Jednak nie przegapił jednej ważnego faktu.

Inukashi zauważył, że ton Nezumiego zmieniał się nieznacznie podczas opowieści o wielorybach. Stawał się płaski, tracąc całą swą delikatność, z którą zwykle muskał lekko słuchaczy niczym piórko. Stało się to, gdy właśnie Inukashi wyciągnął pchłę z futrzastego karku jednego ze swoich psów i wrzucił ją do ust.

 – Dźwiękowe fale uderzeniowe? – Inukashi oblizał palce i powtórzył po Nezumim. – Co to?

 – Porażenie dźwiękiem. Zmieniają fale dźwiękowe w fale uderzeniowe, żeby ogłuszyć ofiarę i ją schwytać.

 – Te... kaszamłoty, czy co to tam?

 – Kaszaloty.

 – Hah– wybuchł Inukashi. – Łapać jedzenie falami dźwiękowymi, co?. To całkiem imponujące. Postaw teraz przede mną jakiegoś kaszalota, a poproszę go o autograf!

 – Ludzie też mogą to robić.

 – Eh?

 – Mówię, że ludzie też mogą zacząć tego używać.

 – Tych dźwiękowych fal jak–im–tam–było?

 – Tak.

 – Żeby łapać jedzenie?

 – Żeby niszczyć.

„Niszczyć falami dźwiękowymi?” – Inukashi nie rozumiał. Chociaż oczywiście połowa tego, co mówił Nezumi, była dla niego nie do ogarnięcia. Nie żeby w ogóle chciał rozumieć. Jednak prawdą było, że wiele jego słów, których nie zrozumiał, zostawiło ślady w jego głowie.

„Żeby niszczyć”.

 – Czy on...

Inukashi ścisnął w dłoni kawałek gruzu.

„Czy on przewidział, że to się stanie? Czy wiedział o nadejściu tej destrukcji, tej katastrofy?”

Wiał wiatr. Jakby kpiąc z wcześniejszych zdarzeń. Dzień był jasny i słoneczny, a błękitne niebo wisiało nad jego głową. Jakże urzekający był to kolor, wbijający się w jego oczy.

Inukashi wziął głęboki oddech. Jego ciało trzęsło się ze szczęścia, że żyje, że właśnie w tym momencie może oddychać. Wielu zginęło. Nezumi i Shion zniknęli. Choć mogli również być pochowani pod tymi gruzami, albo udało im się wślizgnąć do Zakładu Karnego – w każdym razie, już nigdy ich nie spotka. Był tego pewien.

„Wszyscy zginęli. Wszyscy zniknęli. Ale ja nadal tu jestem, udało mi się przetrwać” – polizał dolną wargę. Uśmiechał się właściwie do nikogo.

„Żyję”. 

Triumfalna chwała przepływała przez jego ciało, sprawiając, że chciał krzyczeć; wstrząsała jego ciałem i duszą z ogromną siłą. Strata? Apatia? Nie miał czasu na takie uczucia. Ci, którzy żyją, są zwycięzcami.

„Żyję. Jestem zwycięzcą. Prawda, Nezumi?”

W tym momencie doszło go szczekanie psa. Kopał w gruzie przednimi łapami, zanurzając w nim nos i drapiąc w większe odłamki.

 – Znalazłeś coś?

Pies o szarym futrze i opadających uszach wydał dumne szczeknięcie i podbiegł do Inukashi, by rzucić zawartość swojego pyska na jego dłoń. Była to srebrna moneta.

 – Dobry piesek – Pogłaskał go. – Poszukaj jeszcze trochę. Musimy znaleźć więcej gotówki.
Pies machnął dziko ogonem na komplement pana.

 – Słuchaj. Tam stał kiedyś mięsny. Kop, a znajdziesz mięso. To będzie twoja dzisiejsza kolacja. Mięso i pieniądze. Upewnij się, że znajdziesz jedno i drugie.

Tym razem zaszczekał mały, biały pies. Miał w pysku sakiewkę.

 – No, nieźle!

Nie było w niej złotych monet, ale znalazł kilka srebrnych i pełno drobniaków. Inukashi czuł się, jakby miał za chwilę zacząć skakać z radości. Naprawdę nie spodziewał się znaleźć tyle w tak krótkim czasie.

„Mam dzisiaj szczęście. To chyba będzie najszczęśliwszy dzień w moim życiu”.

Zachęcił psy do kopania i dalszego szukania.

Słyszał kiedyś, że właściciel sklepu mięsnego chował sporą sumkę. Przed chwilą potwierdził, że ten sam właściciel leży martwy pod gruzem. Znajoma, owłosiona ręka wystawała bez życia z dziury w zawalonym murze. Ta sama ręka, która rzucała niegdyś gałęzie i kamienie w dzieciaki, wałęsające się przed sklepem, czy żebraków. Sam Inukashi kiedyś niemal w ten sposób oberwał. Mężczyzna nosił wielkie, złote pierścienie na kciuku i palcu wskazującym, które błyszczały za każdym razem, gdy podnosił na kogoś rękę. Inukashi zwinął pierścień z palca wskazującego. Z kciukiem nie mogło być tak łatwo, zwłaszcza, że został całkowicie oderwany.

„Był ostrym, chciwym draniem. Szkoda. Jako martwy nie możesz już wydawać, ani oszczędzać pieniędzy”.

Po mięsnym, Inukashi planował kopać przy stoisku z używanymi ubraniami. Gdyby poszło dobrze, może znalazłby dwa, trzy zdatne do czegoś ubrania. Wolałby grubą kurtkę, ale nawet pojedyncza koszulka czy czapka byłaby przydatna. Potem było stoisko z jedzeniem. Miło byłoby znaleźć ten wielki gar, w którym mieszali nad ogniem resztki zupy.

Inukashi poczuł czyjąś obecność. Jego oczy błądziły wokoło, cmoknął cicho językiem. Spore zbiorowisko ludzi pojawiło się znikąd i także zaczęło grzebać w gruzie. Niektórzy wykopali coś i cieszyli się jak Inukashi przed chwilą. Grupka brudnych dzieci walczyła o kawałek tkaniny, chyba koca. W takim momencie w Zachodnim Bloku przedmioty miały większą wartość niż pieniądze, które były bezużyteczne w tak zniszczonym miejscu. Ale nie minąłby miesiąc, a bazar już powróciłby do dawnej formy. Znowu zapełniłby się chaotycznie pomieszanymi sklepami, ludzie zaczęliby przychodzić i odchodzić, a całość wypełniłaby się wrzaskami, pozdrowieniami, śmiechami i różnymi zapachami. Prostytutki stałyby w ciemnych alejkach, a żebracy wałęsaliby się wokół. Złoto i srebro w końcu wróciłoby do łask.

Coraz więcej ludzi gromadziło się wśród gruzów. Wydawali się wychodzić z samych zniszczonych budynków. Gdyby Inukashi guzdrał się jeszcze trochę, pewnie wszystkie cenne przedmioty zostałyby już wyniesione. Miał niezliczonych rywali.

„Co za wrzody na tyłku”.

Inukashi jeszcze raz cmoknął językiem zanim zaśmiał się bezgłośnie. Uniósł głowę i spojrzał na majaczącą w oddali linię No.6, oddzielające je od świata mury.

„No.6, oto kim jesteśmy. Nieważne ile razy na nas nadepniecie, i tak znowu podniesiemy głowy. Nigdy nie zostaniemy zniszczeni. Przeczołgamy się po ziemi, zapuścimy korzenie i będziemy żyć. Jesteśmy znacznie twardsi, niż wam się wydaje”.

Wytężył wzrok. Specjalny mur błyszczał, zbierając promienie światła z nieba. Inukashi zawsze odwracał wzrok od tego światła. Było zbyt oślepiające dla jego oczu. Ale nie dzisiaj. Błyszcząca ściana wyglądała tak samo tanio i słabo jak pierścienie na dłoni właściciela sklepu mięsnego.

 – Może to ty jesteś tym słabszym. – Przestraszył się. Rozejrzał się wokoło, zastanawiając się czy ktoś inny to powiedział, jednak poza jego psami nikogo nie było w zasięgu słuchu. Inukashi był jedynym, posługującym się ludzką mową.

Przyłożył dłoń do ust i spochmurniał.

Nie powinien był myśleć o No.6. Nie powinien mieć z nim nic wspólnego. Święte Miasto zawsze rządziło nad ich głowami. Było tyranem. Miało absolutną siłę i miażdżyło Zachodni Blok pod swoimi stopami. Ale z drugiej strony prawdą było, że ludzie i handlarze wynosili z miasta do Zachodniego Bloku różne rzeczy przez ścieżki szmuglerskie. Prawdą było również, że sam Inukashi bogacił się na tych transakcjach.

Przyczepiłby się do No.6 jak pchła czy kleszcz i żył spokojnie. Mimo wszystko ich egzystencja nie była dla No.6 warta więcej niż życie pcheł czy kleszczy – chociaż mieszkańcy miasta pewnie nigdy żadnych nie widzieli.

Tak myślał przez cały czas.

„Święte Miasto rządzi; co do nas, jesteśmy jak insekty”.

Myślenie w ten sposób nie sprawiało mu problemu. Dawno zapomniał o czymś takim jak duma czy wstyd. Odkąd pozbył się bezużytecznych uczuć i powiedział sobie, że rzeczy mają się właśnie w taki sposób, mógł żyć gdziekolwiek.

To była filozofia Inukashi, którą budował całe życie. Żył zgodnie z nią wraz ze swoimi psami, mniej lub bardziej przyzwoicie.

Jednak ostatnio czuł się trochę dziwnie. Oś jego filozofii zaczęła się chwiać. Niesforsowane mury Świętego Miasta, które powinny być absolutne, wyglądały dla niego czasem jak tania zabawka. A teraz był tutaj, mrucząc rzeczy takie jak: „Może to ty jesteś tym słabszym”. Coś musiało być nie tak. To było naprawdę dziwne.

„Może...”­ – pomyślał. – „A co jeśli...” – pokręcił głową.

Absurdalna historia. Absurd, bez wątpienia. Kleszcz to kleszcz. Dopóki uda mu się nie zostać zmiażdżonym, może wysysać po trochu krwi i to jest dobre. Mądrze było nawet nie myśleć, co by się stało, gdyby przebić się przez wrażliwsze miejsce żywiciela.

Inukashi znowu powtórzył to sobie i skrzywił się. Jego oszalały umysł zmuszał go do wykopywania wartościowych rzeczy, zamiast zostawiać wszystko psom. Jednak jego ręce nie chciały się ruszyć.

Z opuszczonymi rękami, Inukashi uniósł brew i odwrócił spochmurniałą twarz ku murom miasta.

„Święte Miasto rządzi”.

„Co do nas, jesteśmy tylko insektami”.

Za późno, dotarła do niego ta myśl – mógł wstrząsnąć fundamentami tego skojarzenia. Mógł przedrzeć się przez sztuczny mur i obnażyć nagie No.6. To była ich wina.

„Ci dwaj, Shion i Nezumi, zatruli mój umysł”. 

Nagle w jego głowie pojawiła się twarz Shiona. Zaskoczony gwałtownie się cofnął, odginając tak mocno do tyłu, że prawie dotknął rękami ziemi.

Shion. Chłopak, którego przyprowadził ze sobą Nezumi. Były mieszkaniec No.6, beznadziejnie tępy i, w co trudno uwierzyć, przestępca pierwszej kategorii.

Rzeczywiście, nie do wiary. I te włosy. Pomimo młodego wieku, jego włosy były całkiem białe. To zbyt dziwne. Cóż, może same włosy nie były takie złe. Błyszczały i nie były typem włosów, które można by gdzieś ot tak po prostu zobaczyć. Gdyby Inukashi mógł je jakoś zgolić, sprzedałby je za niezłą cenę – ale to nieważne, jego wygląd nie był jedyną dziwną rzeczą; właściwie on sam był dziwniejszy niż jego wygląd.

 – Tak – czysta odpowiedź Shiona zadźwięczała w jego uszach. „Czy ludzie z No.6 są tacy sami jak my?”, zapytał wtedy Inukashi. Shion dał mu czystą odpowiedź.

 – Tak.

Inukashi go wtedy wyśmiał, jednak przez chwilę na te słowa coś w jego piersi zabiło mocniej.

„Tacy sami ludzie. A więc ludzie, którzy żyją po tej stronie muru i po tamtej, są tacy sami?”

„Tak”.

Inukashi mógł stwierdzić, że Shion nie wygłaszał wtedy pustej formułki – on naprawdę w to wierzył. Biorąc pod uwagę jego słowa, nieważne, gdzie żyłeś, jaki miałeś kolor skóry czy włosów, każda osoba zaliczała się do kategorii „człowieka”. To było dziwniejsze, niż ktokolwiek mógł sobie wyobrazić.

„Można bo było zapytać, gdzie to usłyszał”.

I Nezumi. On też nie był lepszy. Tajemniczy i znacznie bardziej niebezpieczny niż Shion. Planował któregoś dnia zniszczyć No.6. Miał zamiar rozciąć miasto i rozedrzeć je na pół, tak jak rozciąłby czyjś brzuch nożem, by wyciągnąć z niego organy.

Inukashi potarł ręce. Miał gęsią skórkę. I to nie przez chłodny wiatr. Dostawał jej za każdym razem, gdy myślał o Nezumim. Bał się. Wolałby umrzeć, niż to przyznać, ale Inukashi panicznie bał się Nezumiego. Od ich pierwszego spotkania, bał się go.

Te szare oczy, ten porywający duszę głos, sposób, w jaki obchodzi się z nożem – to nie było normalne. Niemożliwym było się do niego zbliżyć. Nie mógł położyć na nim palca. Z jakiegoś powodu, to było przerażające. Ale najdziwniejsze było to, że Nezumi bał się Shiona. Inukashi nie był tego kompletnie pewien, ale czuł to. Ufał swoim instynktom.

Nezumi bał się Shiona. Tylko on znał powód, co do tego nie było wątpliwości. Obydwaj byli dziwni. Osobliwi.

„Ale ja... ja daję im się zatruć. I mogę im wierzyć – że któregoś dnia zburzymy te mury i sprowadzimy na ziemię”.

Pies zaszczekał. Pewnie znalazł jakieś mięso. Ślina ciekła z obu stron jego pyska. Spojrzał na Inukashi z prośbą w oczach.

 – Jedz. – Inukashi wyciągnął podbródek. Trzy psy doskoczyły do kawałka mięsa. Chłopiec o zapadniętych policzkach wpatrywał się w nie bez przerwy. Inukashi pociągnął nosem dość głośno, żeby zdołał go usłyszeć.

„Szkoda, dzieciaku. Idź znaleźć własne jedzenie. Nikt nie da ci resztek”.

Chłopiec odszedł. Psy rzuciły się na mięso i zatopiły w nim kły. Niebo było błękitne, bez pojedynczej chmurki.

„Shion, Nezumi”.

Spojrzał w niebo.

„Naprawdę odeszliście? Naprawdę już nigdy się nie zobaczymy? Naprawdę już was tu nie ma? Zostałem tylko ja?”

Chwała pulsująca w jego ciele kilka chwil temu, nie okazywała żadnych znaków ponownego przyjścia.

„Jak mam zburzyć ten mur w Zachodnim Bloku bez was, chłopaki?”


Ałuuuu.

Pies zawył. Nie był to głos żadnego z psów, które ze sobą przyprowadził. Inukashi umiał rozpoznać każdego psa po sposobie, w jaki szczekał.

„Ten głos, to...”

Inukashi zeskoczył z góry gruzu i zagwizdał krótko. Wielki, ciemnobrązowy pies wyszedł z cienia tego, co pozostało ze sklepu mięsnego. Podbiegł do Inukashi.

 – Udało ci się przeżyć, co?

Gdy zbliżało się Polowanie, niebezpiecznie było kręcić się przy bazarze. Ale gdyby zamknął się w ruinach, nie miałby jak pracować. Więc kazał temu psu rozejrzeć się na bazarze. Jako że pies nie wrócił do domu ostatniej nocy, Inukashi poddał się, przyjmując, że pies zginął podczas Polowania. Nie spodziewał się znaleźć go żywego.

 – Dobra robota, przeżyłeś to. Ale czemu nie wróciłeś prosto do domu? Hm? Jesteś ranny, czy co?
Inukashi przejechał szybko rękami po ciele psa. Nie miał krwi na rękach. Nie wyglądało na to, żeby coś go bolało. Był brudny, nie ranny.

 – No co się stało? – zapytał srogo. – Skoro jesteś żywy, powinieneś był przyjść prosto do... – urwał w pół zdania. Usłyszał płacz i to nie był głos psa.

„Czy to... człowiek?” – brzmiało jak dziecko. Pies złapał zębami rękaw Inukashi i pociągnął go.

 – Co?

Pies chciał, żeby za nim poszedł. Inukashi miał złe przeczucie i niestety często okazywało się, że miał co do tego rację.

„No nie, nie mówcie mi że...”

Pies poprowadził swojego pana pomiędzy ruinami sklepu mięsnego i stoiska z ubraniami. Odwrócił się i poruszył dumnie uszami. Inukashi stał nieruchomo, gapiąc się na rzecz schowaną między kawał zwalonej ściany, a ziemię. Jego wzrok błądził przez chwilę, po czym zamrugał i wybadał przestrzeń między ścianą a ziemią.

To było dziecko. Nieważne, jak na to spojrzeć, to było ludzkie dziecko. Płakało owinięte ciemną tkaniną. Był to głośny, pełen energii głos, niemal nie pasujący do tego miejsca.

 – Byłeś z tym dzieciakiem całą noc? Nie pozwalałeś mu zamarznąć?

„No raczej” – zdawał się mówić przejmująco brązowy ogon psa, machający na boki.

 – Debil – naskoczył na niego Inukashi. – Co ty masz zamiar osiągnąć, przygarniając ludzkie dzieci? Co dobrego z niego przyjdzie, skoro nie można go nawet sprzedać ani zjeść ? Co ty sobie myślałeś?

Chociaż prawdopodobnie nie miało to nic wspólnego z wywodem Inukashi, dziecięcy płacz zamienił się w porażający wrzask. Był dość głośny, by Inukashi zaczął się zastanawiać, czy ściana się od niego za sekundę nie zawali. Z ciężkością odwrócił się do niego plecami.

Nic dobrego nie przyszłoby z zajmowania się dziećmi. Świnie i kozy dają mleko oraz można je zjeść. Nie było żadnej straty w trzymaniu ich. Ale ludzkie dzieci nie były niczym innym niż tylko kulą u nogi, bezużytecznym bagażem. Chociaż z drugiej strony istniała możliwość sprzedania ich, po osiągnięciu pewnego wieku. Niewątpliwie w Zachodnim Bloku byli handlarze, kupujący i sprzedający dzieci.

„Ja chyba jednak podziękuję”.

Inukashi zwykle nigdy nie odwracał się od niczego, co mogło dać mu pieniądze. Brudził ręce przy niemal każdej transakcji. To miejsce nie było dość miłe, żeby pozwolić żyć z pięknymi ideologiami. Tak. Robił wszystko, by utrzymać się przy życiu, i nadal miał taki zamiar. Ale sprzedawanie dziecka zdecydowanie nie było czymś, co chciał zrobić. Tylko ci, którzy po upadku na dno zaczęli kopać jeszcze niżej, kładli łapy na tym biznesie. Inukashi nie próbował prawić żadnych morałów. Po prostu nie chciał upaść aż tak nisko. Chociaż nie znaczyło to, że ma zamiar ocalić płaczące za nim dziecko. Lubił myśleć, że nie był zdolny do tego rodzaju miękkości, który zmuszałby go do wyciągania ręki z litości czy sympatii do czegoś, co byłoby tylko ciężarem.

Gdyby zostawił to dziecko, bez żadnych wątpliwości zmarłoby. Czyste niebo zaczęło się już chmurzyć. Pewnie po południu zacząłby padać śnieg. Ziemia zmarzłaby wraz z nadejściem nocy, łatwo gasząc płomyk światła tego bezsilnego zawiniątka.

Ale co to znaczyło dla niego? Jeśli dziecko miało umrzeć, to lepiej szybciej niż później. Mogłoby opuścić ten świat, nawet nie wiedząc, czym jest cierpienie. Może właśnie tak byłoby dla niego lepiej. Wykopałby nawet dla niego grób. To byłoby znacznie łatwiejsze niż chowanie psa.

Hau!

Pies zaszczekał i wtulił głowę w Inukashi, niemal go przewracając.

 – Hej, przestań! Wystarczy tego – nakrzyczał na niego Inukashi. Ich oczy się spotkały. Nawet pośród innych psów, żyjących w ruinach, ten był wyjątkowo mądry. Poza tym, był dzieckiem suki, która wychowała Inukashi.


„Ma takie same oczy jak moja mama”. 

„Spokojne, inteligentne oczy”.

„Gdyby tylko ludzie mieli takie oczy, jak moja mama...” 

Czasami te myśli pojawiały się w jego umyśle.

„Gdyby wszyscy mieli takie oczy jak mama, może świat byłby lepszym miejscem”. 

Pies wyciągał dziecko spod ściany. Lekko grzebał łapą w ziemi.

 – Co do... cholery... – Inukashi przełknął ślinę. Rozpoznał materiał, w który owinięte było dziecko. Gdy go podnosił zauważył, że była to kurtka. W sumie z drugiej ręki, ale dobrej jakości.

 – Shion... – Shion to nosił. To była kurtka, którą kupił i wcisnął mu Rikiga. – Dlaczego Shion...

Pies położył się u jego stóp. Inukashi przypomniał sobie teraz, że ten pies bardzo lubił Shiona. Tak samo jak Shion jego. Niemal codziennie czesał mu futro. Obaj byli mądrzy; może po prostu do siebie pasowali.

 – Shion zostawił ci to dziecko?

Pojedyncze szczeknięcie odezwało się w potwierdzeniu jego obaw.

 – T–to musi być jakiś żart – powiedział wzburzony. – Dlaczego mam skończyć z jakimś dzieciakiem? W życiu, nie ma mowy, że się nim zajmę. Rany, jaja sobie ze mnie robisz?

Dziecko poruszyło się w jego ramionach. Już nie płakało. Dwoje szklanych oczu wpatrywało się w Inukashi. Były czarne, z domieszką fioletu. Przez sposób, w jaki oświetlało je słońce, fiolet błyszczał o wiele bardziej. Może to przez łzy, ale te oczy przypominały mu powierzchnię nocnego jeziora, błyszczącego nieruchomą wodą. Pomyślał, że były bardzo podobne do oczu Shiona. A może nawet takie same.

 – Hej, nie mógłbyś być dzieciakiem Shiona, co nie? On pewnie nawet nie wie skąd się biorą dzieci –  odezwał się bezwiednie Inukashi. Dziecko nagle uśmiechnęło się. Wciąż patrząc na Inukashi, uniosło głos w dźwięcznym chichocie. Inukashi czuł się jakby coś, co dotarło do jego piersi, szarpnęło gwałtownie. Zdawało mu się, że zaraz zacznie płakać.

„Co do cholery, człowieku...”

Inukashi był roztrzęsiony przez śmiejące się niemowlę i uczucie, że za chwilę sam się rozpłacze. Nie wiedział, co zrobić.

Słońce zasłonił cień. Nadchodziły chmury. Wiatr owinął się wokół jego ciała. Czuł coś lodowatego u podstawy szyi. Inukashi w końcu zrozumiał, że się pocił.

„Pójdę do domu”.

Inukashi mocno wbił pięty w ziemię. Żwir poruszył się pod jego stopami.

„Pójdę do domu. Eh... to co teraz... tak, zostawię dziecko gdzie było i pomacham na pożegnanie. A potem, a potem... muszę się pospieszyć i wracać do ruin... Ach, wcześniej trzeba by jeszcze poszukać czegoś ze sklepu z ubraniami...”

Spojrzał na gruzy za sobą i niemal zaczął ryczeć. Prawie trzy razy więcej ludzi niż kilka minut temu kręciło się wokół, odkopując pozostałości budynków gołymi rękami. Nie obchodziło ich, czy ich ręce zaczną krwawić, a paznokcie odpadną. W porze brutalnego zimna, ciepłe ubrania były niemal tak potrzebne, jak jedzenie. Nie obchodziło ich poniesione ryzyko potłuczenia się jak talerze czy bycia zgniecionym jak owoc; jeśli wyciągnęliby, wyczyścili i załatali ubrania, byli uratowani.

„To się nazywa późny start”.

Inukashi cmoknął językiem. Nawet gdyby dołączył do tłumu, pewnie nie znalazłby zbyt wiele. Mógł użyć psów, żeby odgonić ludzi? Przebiegło to mu przez myśl, jednak odrzucił ten pomysł. To było zbyt niebezpieczne. Mieszkańcy Zachodniego Bloku zawsze byli na krawędzi, kurczowo trzymając się swoich żyć, jednak dzisiaj byli jeszcze bardziej zdesperowani. No.6 wraz z bazarem zburzyło ich niewielkie morale i porządek, który pozwalał im zapuścić korzenie na tej ziemi.

Gdyby Inukashi nasłał na nich psy, ludzie rozbiegliby się natychmiast. Ale co stałoby się potem? Zostałby otoczony i zlinczowany. Ludzie nie wybaczają tym, którzy próbują zmonopolizować to, co potrzebne do przeżycia, podczas ogólnego roztrzęsienia i zniszczenia. Gdyby pozwalali się temu dziać, ich własna porcja nie spadłaby z nieba. Nie było mowy o tolerowaniu kogoś, kto zagraża ich własnemu życiu. Taki rodzaj ludzi nie miał tam prawa bytu.

Inukashi wiedział bardzo dobrze, jak niebezpieczny może być ktoś zagoniony w kozi róg. Niczym nie różnił się od głodnego wilka. Ale Inukashi wiedział również, że gdy tylko zamieszanie zniknie, porządek powróci, choćby na najniższym poziomie. Porządek istniał nawet w stadzie wilków.

Skoro to było już niemożliwe, dzisiejsza praca była dla niego skończona. Musiał zadowolić się tym, co zdołał wyciągnąć ze sklepu mięsnego. Idiotyzmem było ryzykowanie dla chwili poszukiwań.

Wiedza kiedy się poddać była jedną z rzeczy potrzebnych do przetrwania w tym miejscu.

 – A–ba – bełkotało dziecko, wyciągając do niego ręce. Jego delikatne dłonie dotknęły policzka Inukashi. Pewnie chciało mleka – wydęło usta i wydało ten ssący dźwięk. Zajmowano się nim nawet całkiem nieźle, bo nie było żałośnie chude. Jak na dziecko z Zachodniego Bloku, była to rzadkość.

Czuł niezachwiane ciepło i wagę w swoich ramionach, trzymając dziecko.

Inukashi westchnął i spojrzał na nie. Wziął je w ramiona. Nawiązał kontakt wzrokowy. Czuł ciepło i ciężar w rękach. Teraz nie było odwrotu.

„O rany...”

Chciał odrzucić głowę do tyłu i krzyczeć do nieba.

„Co ja mam zrobić z jeszcze większym bagażem? Co, do cholery, mam zrobić?”

Chmury zaczęły ukrywać niebo ponad nim. Wiatr zrobił się jeszcze chłodniejszy.

„Co ja mam zrobić, Shion?”

Pies u jego stóp machnął mocno ogonem, jakby chcąc dodać mu odwagi.


Inukashi nie miał doświadczenia w wychowywaniu dzieci. Za to jeśli chodziło o szczeniaki, wychował ich na pęczki. Powtarzał sobie, że jakoś da radę.

„W końcu ludzie i psy aż tak się od siebie nie różnią”.

Z doświadczenia Inukashi wiedział, że to prawda. Jedyną różnicą było to, że jedno z nich miało dwie nogi, a drugie cztery, czy też kwestia posiadania ogona.

„Biorę to na siebie. Wychowam je”.

Podniósł je i zabrał do domu – teraz nie było już miejsca na porzucanie dziecka. Wychowałby je po swojemu. Jeśli miał szczęście, urosłoby. A jeśli nie... cóż, nie było za bardzo o co się martwić. Najwyżej by umarło.

Dwa z jego psów miało młode poza sezonem. Narodziny o złej porze roku często oznaczały śmierć płodu. Każda suka miała czworo szczeniąt, a połowa każdego miotu była martwa w chwili narodzin.

 – No, trzymaj się, mały. Od fortuny zależy, czy przeżyjesz, czy nie. Jeśli masz pecha, nie wiń mnie. Masz Boga... nie, Shiona, żeby mu za to podziękować. Łapiesz?

Położył dziecko za suką o czarnym futrze, tak by wtuliło się w jej brzuch. Psia matka, która straciła ostatnio swoje dzieci, westchnęła jedynie, gdy kładł je na ziemi. Dziecko spojrzało na Inukashi wielkimi oczami.
Były zupełnie jak powierzchnia wody w nocy. Nie odbijały niczego, a wszystko jedynie w nich tonęło. Inukashi odwrócił wzrok i szybko oddalił się od niego. Musiał przejrzeć to, co dziś zgromadził. Szybko zajął się srebrnymi monetami, usypanymi na stole.

Było ich więcej niż przypuszczał. Wciąż żałował, że nie znalazł żadnych ubrań ani naczyń, jednak nie mógł gniewać się przy takim zysku.

„Jedna, dwie, trzy... ten staruch z mięsnego, teraz dopiero widzę, jaki był chciwy. Ile on tego oszczędził... Nie martw się, ja się tym wszystkim zaopiekuję. Możesz spokojnie sobie siedzieć na tamtym świecie”.

Gdy tak trzymał lśniące bladym światłem monety, mógł się jedynie uśmiechać.

„Chciałoby się, żeby ten dzieciak przyszedł z własną sakiewką”.

„Ale...” – pomyślał, ściskając w dłoni monetę. – „Jak można tak złagodnieć?”

Westchnął, pogrążając się w myślach.

„Dlaczego? Czemu w ogóle pozwalam, żeby to tu było?”

Inukashi podniósł kurtkę z podłogi. Należała do Shiona. Usłyszał z grubsza, jak się sprawy mają od psa. Shion owinął dziecko w swoją kurtkę i zostawił pod jego opieką. Czy raczej, pod opieką Inukashi.

„Inukashi, proszę, zajmij się nim”.

Nawet zanim usłyszał to od psa, gdy tylko dziecko na niego spojrzało, usłyszał w głowie głos Shiona.

„Inukashi, proszę, zajmij się nim”.

Niemal widział sylwetkę białowłosego chłopca w środku Polowania, pośród wszechobecnego chaosu na bazarze, ukrywającego dziecko pod gruzem. Dlatego Inukashi nie mógł się oprzeć. Nie mógł porzucić czegoś, co Shion pozostawił mu ryzykując własnym życiem. Gdyby Inukashi pozwolił temu dziecku umrzeć, Shion...

„Shion pewnie by mnie nie winił” – pomyślał. Byłby pewnie po prostu smutny. Fiolet jego oczu zrobiłby się głębszy, a ciężki smutek malowałby się na jego twarzy. Taki widok Shiona bolał Inukashi. – „Ja... nie chcę, żeby tak się stało”.

Wziął oddech. Srebrna moneta wyślizgnęła się z jego dłoni na stół.

„Hej” – zganił się ostro w myślach. – „Czy ty twierdzisz, że jeszcze ich zobaczysz? Żywych?”

Jego wewnętrzne ja odpowiedziało.

„Nie, ja... oczywiście, że nie”.

„Tak. To niemożliwe. Racja? Tak samo niemożliwe jak to, że wstaniesz jutro i przejdziesz się całkowicie odbudowanymi ruinami”.

„Taa... masz rację... to może być prawda, ale...”

„Ale? Hej, o czym ty myślisz? Rozmawiamy o Polowaniu. Widzisz stąd te góry gruzu, nie? Jak możesz mieć pewność, że Shion i Nezumi nie są gdzieś tam pogrzebani? Cóż, nie mogę sobie tego wyobrazić, skoro Nezumi wchodzi w grę. Staruszek z mięsnego został pogrzebany pod własnym domem, haha. Ale mimo wszystko – jeśli udało im nie dać się pogrzebać, to co? Pewnie otoczyli ich i zabrali. Do Zakładu Karnego”.

„Zabrali do... Zakładu Karnego”. 

„Tak. Do Zakładu Karnego. Kiedy przekroczysz jego bramy, już nigdy nie wyjdziesz. Oni przeszli te bramy śmierci, człowieku. Poszli do piekła. Nie wrócą. Nie ma mowy, żeby mogli. Nigdy więcej się ich nie zobaczysz". 

Inukashi przygryzł wargę. Mocno uderzył pięścią pierś.

Ludzie, którzy przechodzili przez bramy śmierci, nigdy nie wracali do świata żywych. Wiedział. Oczywiście, że to wiedział.

Jego umysł wiedział. Ale to – to tutaj, odmawiało przyjęcia tego do wiadomości.

Otworzył dłoń i potarł chudą pierś.

Jego serce się sprzeciwiało. Krzyczało, że nic jeszcze nie zostało przesądzone.

Tyle razy to mówili. „Idziemy do piekła, ale wrócimy żywi”. Nezumi na swoje sposoby, a Shion na swoje, obydwaj mówili, że definitywnie wrócą.

„Tak, a... a poza tym Nezumi obiecał”.

„Obiecuję, że przyjdę do ciebie, kiedy któregoś dnia zmierzysz sie z nieznośnym cierpieniem. Nieważne gdzie będziesz, moja pieśń odprowadzi twoją duszę. Przysięgam”. 

Inukashi nie mógł zapomnieć jego poważnego tonu, gdy szeptał te słowa. Chociaż w sercu chował do nich urazę, musiał przyznać, że podnosiły go na duchu. Gdyby mógł owinąć się w ten przepiękny głos, całe cierpienie by zniknęło, a spokojna śmierć, na którą zawsze miał nadzieję, mogłaby nadejść. Nie bać się śmierci znaczyło nie bać się życia. Dzięki Nezumiemu, Inukashi nigdy nie musiał bać się zbytnio życia czy śmierci.

„Obiecał. Mam zamiar mu wierzyć”.

Jeden był dzieciakiem z głową w chmurach, a drugi wysoce niebezpiecznym oszustem, ale żaden z nich nie cofał swoich słów.

Wróciliby do domu.

Wstał i odwrócił się. Doszło do niego, że za nim było nienaturalnie cicho.

Dziecko przyłożyło usta do sutka suki i ssało. Czarny pies podniósł głowę, patrząc z ciekawością na ludzkie dziecko, pijące jego mleko.

 – Łał – mruknął Inukashi. Musiał przyznać, że go to zaskoczyło. – Twardy jesteś.

Nie spodziewał się, ze dziecko tak łatwo zacznie ssać mleko od psa. Chociaż to był jedyny, który uciekł od rzezi Polowania. Musiał mieć naprawdę wielkie szczęście.

Przeznaczenie decydowało o życiu lub śmierci. Bóg je zapisał. Ale umiejętność trzymania się życia i czerpania z niego, zależała już od człowieka.

 – Cóż, szczęście daje życiu szansę – Inukashi szturchnął dolną połowę dziecka palcem u nogi. Nie kopnął go. Naprawdę, tknął je tylko, jakby chcąc je połaskotać. Ale niemowlę zaczęło płakać. Zamachnęło się kończynami i jęczało. Niedługo potem jęk przeobraził się w potworny jazgot.

 – Eh? Hej, hej, co jest? – Inukashi szybko podniósł je na ręce, a płacz ustał natychmiast. – Nie płacz, głupku. Ciągle mam pieniądze do przeliczenia. Mam co robić. Brak mi czasu na bawienie się z tobą.

Odłożył dziecko, a ono natychmiast ponownie zalało się łzami. Gdy ponownie je podniósł, przestało, a nawet się uśmiechnęło.

Więc Inukashi musiał łazić po pokoju z nim na rękach. Dziecko pozostawało w niezwykle dobrym nastroju, dopóki było noszone. W końcu zapadło w sen, oddychając miarowo w ramionach Inukashi.

Delikatnie odłożył dziecko na koc i przykrył kurtką Shiona. Ciemnobrązowy pies położył się obok niemowlęcia. Po chwili wahania, czarna suka także położyła się za dzieckiem, jakby otaczając je brzuchem.

„Co z nim? Jest tylko dzieciakiem, a psy już go lubią”.

Psy wokół Inukashi były na wpół dzikie i na wpół udomowione. Żyły w świecie ludzi i przebywały obok nich, ale im nie ufały. Były spostrzegawcze, strachliwe, a czasem nawet ich atakowały. Były ostrożne i agresywne. Zdecydowanie niepodobnym do nich było akceptować jakiegokolwiek człowieka poza Inukashi tak łatwo. Jasne, to było bezbronne dziecko, ale Inukashi nie mógł uwierzyć, że tak łatwo wzięły go pod swoje skrzydła. Przygotował się nawet na to, że pogryzą dziecko raz czy dwa...

„Rany, co z tym dzieciakiem? Może naprawdę ma w sobie trochę krwi Shiona. Tylko nie mówcie mi, że wyrośnie z niego taki sam naiwniak jak on”.

Wyglądało to nawet zabawnie, gdy spróbował to sobie wyobrazić; zaśmiał się. A teraz nie musiał się już martwić, że dziecko zamarznie. Miało pełen brzuch i mogło spać wolne od chłodu. Dla Inukashi wydawało się to być najwspanialszym zbiegiem okoliczności, największym dobrodziejstwem, a mimo to dziecko płakało. Cokolwiek doprowadzało je do płaczu, wywołało go nie później niż pięć minut po odłożeniu dziecka na ziemię. Gdy je nosił, przestawało i zasypiało; gdy odkładał je na ziemię, budziło się i płakało. Powtarzało się to bez przerwy. Liczenie pieniędzy było ostatnią rzeczą, jaką mógł zrobić.

 – Ty debilu. To ja tu chcę płakać. Jak się w końcu nie zamkniesz, wrzucę cię do garnka i przerobię na karmę dla psów – odezwał się. Raczej nie doszło to do dziecka, bo zaczęło piszczeć i bełkotać entuzjastycznie, a jego głos odbijał się od ścian.

„Gdyby był tu Nezumi, pewnie zaśpiewałby kołysankę” – pomyślał. – „Miłą i przyjemną kołysankę, po której dzieciak zapadłby w głęboki sen i nie obudził się aż do rana”.

Inukashi nie znał żadnej kołysanki. Wychowany przez psy, jedyną rzeczą, jaką słyszał, był dźwięk wiatru i warczenie psów. Jedno i drugie mieszało się razem, tworząc bardziej niepokój niż senną atmosferę.


„Dam radę położyć jutro ręce na jakimś jedzeniu?”

„Dam radę nie zamarznąć jutro na śmierć?”

„Dam radę uniknąć jutro zbyt ciężkiego pobicia?”

„Dam radę jutro nadal żyć?”

Wiatr przyniósł śnieg, a warczenie wieści o niebezpieczeństwie. Zawsze tak było.

„Niebezpieczeństwo, niebezpieczeństwo. Uważaj. Nie spuszczaj gardy nawet na sekundę. Widzisz, ten cenny moment mógł kosztować cię życie. Uważaj, jest niebezpiecznie. Uważaj, tylko ostrożnie”.

Psy i wiatr zawsze szeptały te słowa. Nikt nigdy mu nie śpiewał, nie mówił, że ma się uspokoić i odpocząć, spać spokojnie.

Inukashi zatrzymał się i zakołysał dziecko w ramionach.

„Kiedy zobaczę następnym razem Nezumiego, poproszę, żeby zaśpiewał dzieciakowi kołysankę. Za darmo, oczywiście. To dziecko i tak jest problemem Shiona, nie będzie mógł odmówić”.

„Też chcę ją usłyszeć” – pomyślał. – „Chcę usłyszeć kołysankę Nezumiego, chociaż raz”

Dotknął policzka dziecka. Był miękki i elastyczny. Miło było go dotykać.

„Mógłby być nawet smaczny”.

Na wpół poważny pomysł przebiegł mu przez myśl. Jego brzuch, bezpieczny schowek na resztki jedzenia, zaczynał burczeć coraz bardziej nieustępliwie. Poczuł ślinę w ustach. Koniec końców, mięso było ważniejsze niż kołysanki. Potrzebował pełnego brzucha bardziej niż snu. Przełknął ślinę.

„Rany, naprawdę jestem głodny".

Powietrze przyspieszyło. Atmosfera wokół ruin zmieniła się. Szczekanie psów przerwało ciąg jego myśli.

„Kto to?”

Ktoś się zbliżał. Psy leżące na zewnątrz, podnosiły teraz głosy z lękiem. Jednak nie było czego się bać. Szczekanie psów, dużych i małych, nie było alarmem czy groźbą.

To nie był wróg, włóczęga czy też włamujący się złodziej. Był to ktoś niechciany, ale nie niósł ze sobą zbyt wielkiego ryzyka.

Inukashi uniósł twarz i skrzywił nos. Złapał zapach alkoholu. W tym samym momencie szczeniaczek z naderwanym prawym uchem wbiegł do pokoju. Szczekał bez przerwy, informując kim jest gość. Inukashi machnął na niego ręką, każąc się zamknąć.

„Właśnie, psy są świetne. Każesz im się zamknąć i się zamykają”.

 – Wiem, wiem. Czuję to już stąd. Stary alkoholik, co nie?
Jego oczy skierowały się ku monetom na stole.

 – O cholera –Wepchnął dziecko w psa i szybko zgarnął pieniądze do sakiewki. W chwili, w której wcisnął ją do kieszeni, usłyszał nierówne kroki na schodach.

Drzwi otworzyły się gwałtownie.

 – Zapukasz chociaż? – Inukashi usadowił się na krześle i jęknął z rozdrażnieniem. – Co gdyby ktoś się tu przebierał?

 – Nikt cię... nie odwiedza... a ile... razy... w swoim życiu... w ogóle... sam zmieniałeś ubranie? – wysapał ciężko Rikiga, a jego ramiona wznosiły się i opadały przy każdym oddechu. Oparł się o ścianę.

 – Ej, staruszku, lepiej nie biegaj za dużo, bo się udusisz i umrzesz. Twoje mięśnie już się pewnie roztopiły od tego całego chlania.
Rikiga wyciągnął prawą rękę, wciąż dysząc.

– Co? Mam ci ją uścisnąć? – zapytał Inukashi.

 – Daj mi... szklankę wody.

 – Jedna brązowa moneta.

 – Co?!

 – Chcesz coś do picia, płacisz brązową monetę.

 – Inukashi... ty mały...

 – Hej, to są ruiny. Nie mam bieżącej wody jak ty, staruszku. Biorę ją ze strumienia. Drogie cacko. Jedna brązowa moneta, reszty nie wydam.

Rikiga cmoknął językiem. Jego czoło oblane było potem nawet pomimo panującego chłodu. Musiał się naprawdę spieszyć, bo doprowadzenie oddechu do normalnego stanu zajęło mu chwilę. Świszcząc nierówno, opadł na krzesło i zażartował sarkastycznym tonem:

 – Za siedzenie... chyba nie trzeba płacić, prawda?

 – Tym razem na koszt firmy. To jaką ma pan sprawę, co?

 – Więc Polowanie naprawdę przyszło, hę.

 – Ano.

 – Zabrali Shiona.

 – Na to wygląda.

 – Tak... się martwię, tak bardzo... że nie mogę bezczynnie siedzieć i czekać.

 – Więc postanowiłeś przebiec tu maraton? Chwała ci.

Pięść Rikigi uderzyła w stół. Brązowa moneta, której Inukashi zapomniał odłożyć, przetoczyła sie po stole i spadła na podłogę. Nadepnął na nią i podniósł.

 – Nieważne ile będziesz się martwić, nic dobrego z tego nie wyniknie, staruszku. Poza tym wszystko poszło zgodnie z ich planem, nie? Udało im się wślizgnąć do Zakładu Karnego tak jak chcieli. Powinniśmy im gratulować – dmuchnął na monetę i przetarł ją rękawem. – Jeśli przeżyją, to dopiero będzie powód do świętowania.

Głębokie westchnienie uciekło z ust Rikigi. Śmierdziało alkoholem.

 – Shion... biedny chłopiec... kiedy wyobrażam sobie, przez jakie okropne rzeczy musi teraz przechodzić... on jest takim dobrym chłopcem, takim dobrym chłopcem... proszę, bądź bezpieczny.

 – Staruszku.

 – Co?

 – Nie żeby mnie to obchodziło, czy coś, ale nie zapominasz o czymś?

 – Zapominam? Niby o czym?

 – Shion nie wślizgnął się do Zakładu Karnego sam.

„Właściwie w ogóle się nie „wślizgnęli”... bardziej to ich złapali” – dodał w myślach.

 – W każdym razie nie jest sam. Ma partnera. O niego się nie martwisz?

Twarz Rikigi się wykrzywiła. Gdyby podsunąć komuś pod nos gnijące zwłoki, jego wyraz twarzy pewnie byłby właśnie taki. Był to wyraz oczywistego zniesmaczenia.

 – Mówisz o Eve? On mnie nie obchodzi. Ciężar spadłby mi z serca, gdyby mógł złapać się w pułapkę na myszy.

 – Zgadzam się – powiedział uprzejmie Inukashi. – Samo wyobrażenie sobie Nezumiego, biegającego wokoło z pułapką na myszy na ogonie przyprawia mnie o zawroty śmiechu. Ale byłeś jego fanem, staruszku. Podobno chodziłeś nawet oglądać go w teatrze.

Rikiga lekceważąco pociągnął nosem i odwrócił się na bok.

 – Oszukano mnie. Kto mógł sobie wyobrazić taką osobowość za tą twarzą i głosem? Boże, jest kłamliwy jak lisica.

 – Kiedy to facet.

 – Bez różnicy, to nie zmienia faktu, że jest podstępnym, lisim demonem.

„Lisi demon, hę? To dobry opis. Pasuje do niego bardziej niż szczur, chociaż pewnie bliżej mu do wilka niż do lisa”.

Inukashi wzruszył ramionami i zamknął jedno oko.

 – A więc Shion ma ze sobą lisiego demona. Nic mu nie będzie.

Rikiga posunął się do przodu i złapał ramię Inukashi. Niemal krzyknął, tak silny był uścisk Rikigi. Instynktownie przykrył dłonią kieszeń. Czuł jakby jego srebro miało mu zostać skradzione.

 – Naprawdę? – Nabrzmiałe krwią oczy Rikigi były szeroko otwarte. – Naprawdę tak myślisz?

 – C–co myślę? Cholera jasna, staruszku, to boli. Puść mnie.

 – Naprawdę myślisz, że Shionowi nic nie jest?

 – Skąd niby mam wiedzieć? – Wyrwał rękę. Rikiga zaczął mamrotać coś do siebie.

 – Eve to kanalia, oszust i naciągacz, ale jest kiedy go potrzeba.

 – Ty go obrażasz, czy komplementujesz?

Rikiga zignorował go i kontynuował mamrotanie.

 – Tak. Mogę na niego liczyć. Eve pewnie ochroni Shiona. Mam rację, Inukashi?

 – Przecież mówię, że nie wiem – zamknął usta i spojrzał na sufit.

Nezumi bez wątpienia był kanalią, oszustem i naciągaczem, a i to łagodne określenia. Jednak można było na niego liczyć, i to też było łagodne określenie. Co do tego nikt nie miał wątpliwości. Nezumi był najbardziej podstępną i ostrożną osobą, jaką znał Inukashi. Ale nie można mu było również odmówić zrównoważenia, zwinności i twardego charakteru. Był jak samotny wilk.

Nigdy wcześniej nie widział prawdziwego wilka. Ale matka mu o nich opowiadała.

„To przerażające kreatury. Nie otwierają serc przed ludźmi jak psy. Nigdy. Wolałyby zginąć, niż pozwolić ludziom się nimi opiekować. Są dumne. Ale i zdradzieckie, zawsze szukają własnego zysku. Są chciwe i bezlitosne. Nie mają w sercach ani odrobiny sympatii. To właśnie różnica między psami a wilkami. A teraz słuchaj, jesteś psem. Nie człowiekiem, ani wilkiem. Jesteś psem. Nie zapominaj o tym”.

Dumne, pozbawione serc stworzenia. W umyśle Inukashi obraz wilka, o którym tyle razy mu opowiadano, idealnie nakładał się na obraz Nezumiego. Był niebezpieczny, jeśli odwrócił się przeciwko tobie. Ale jako strażnik, nie było nikogo lepszego.

Jeśli Nezumi naprawdę starał się chronić Shiona, może byliby w stanie powrócić żywi z Zakładu Karnego. Była maleńka szansa, ale wciąż większa niż zero.

Nezumi pewnie naprawdę chronił Shiona wszelkimi dostępnymi środkami. Zrobiłby to. Dopóki Shion by go nie przewrócił, pewnie byliby w stanie powrócić żywi jak obiecali.

Serce Inukashi się uspokoiło.

„Tak. Tak, to prawda” – powtarzał sobie.

Ewidentnie czytając coś z wyrazu twarzy Inukashi, Rikiga usadził się wygodnie w krześle i kiwnął głową.

 – W takim razie my też powinniśmy zacząć się ruszać.

 – Eh? W jakim razie?

 – Musimy pomóc im od zewnątrz, żeby Shion mógł wrócić do domu. Co innego?

 – Kiedy niby o tym zadecydowaliśmy? Wypadam z tego – powiedział szybko Inukashi. – Już raz wzięliśmy mnie za przynętę. Powinniście mi zapłacić za nadgodziny.

 – Zachowujesz się jak skrzywdzony wolontariusz – odciął się Rikiga. – Dostałeś za to zapłatę, o ile się nie mylę.

 – To nawet nie były drobne. Nieważne. Nie mam zamiaru po raz kolejny mieć coś wspólnego z Zakładem Karnym. Odpada. Serio, mówię ci.

 – Czyli nie masz zamiaru pomóc Shionowi?

 – Coś ci powiem, staruszku. Nie mam żadnych długów ani przysług do oddania temu dzieciakowi. Nie jesteśmy przyjaciółmi, rodzeństwem, krewnymi, ani rodzicem i dzieckiem.

 – Ale jest częścią naszej grupy.

 – Naszej grupy? – Inukashi cofnął podbródek. Nie spodziewał się słów „nasza grupa” od kogoś w rodzaju uchlanego, skorumpowanego faceta, publikującego sprośne gazetki i zarabiającego na sprzedawaniu ciał kobiet. To dopiero niespodzianka.

Grupa towarzyszy?

 – Jesteśmy w tym wszyscy razem. Mylę się?

Zdecydowanie sie mylił.

„Razem?” – końcówka jego nosa drgnęła. Inukashi pozostał obojętny na to, nie wiedząc czy powinien się śmiać, czy wściec. Z drugiej strony Rikiga wydawał się stać znacznie bardziej elokwentny niż minutę temu.

 – Shion jest częścią naszej grupy. Nikt nigdy nie mógłby go zastąpić. No dalej, Inukashi, też go lubisz, prawda?

 – Nie... cóż... Nie nienawidzę go.

 – Jest jak anioł. Nieskalany. Nie możesz znaleźć tak czystych ludzi gdziekolwiek się obejrzysz.

 – Uuu, tak mówisz? – odezwał się pusto Inukashi. – Wybacz mi bycie tą skalaną częścią twojej kompanii.

 – Nikt nie mówi, że jesteś skalany. Spójrz, Shion nigdy nie łapałby tak ludzi za słowa. Akceptuje rzeczy otwarcie, takimi jakie są. Jego serce jest zakorzenione w tym samym miejscu, co jego matki. Och, Karan, zastanawiam się, jak się miewa – odezwał się samotnie Rikiga. – Co jeśli zachorowała od zamartwiania się o syna?

 – Kim jest Karan? Nie rozmawialiśmy o Shionie przypadkiem? A poza tym, staruszku, cały czas mówisz tylko, że Shion to, Shion tamto. Co z Nezumim? Skoro Shion jest częścią naszej grupy, to Nezumi też, nie?

 – Eve, jednym z nas? Daj mi chwilę. Wolałbym poszerzyć moją rodzinę o ślimaki niż byś w tej samej grupie co ten kłamliwy lis.

 – Z pewnością traktujesz go inaczej niż Shiona, nie? – Inukashi spojrzał na noszącą bardzo wyraźne ślady spożywania alkoholu twarz Rikigi.

„Czysty i anielski? Ten staruszek mówi serio?”

Tak jak nie wiedział, jaki naprawdę był Nezumi, tak również nie miał pojęcia, co mogło się kryć w Shionie. Gdyby pozbył się swojej wierzchniej warstwy, ukazałaby się ta cała anielska czystość? Może był znacznie bardziej okrutny i przerażający, niż ktokolwiek by się spodziewał. Może w Shionie istniała jakaś ciemna strona, której bał się nawet Nezumi.

Rikiga za bardzo chwalił Shiona. Anioł? To absurd. Ludzie mogli być diabłami, ale nigdy aniołami. Poza tym, czasem anioły potrafiły być znacznie bardziej brutalne niż diabły. Ktoś tak doświadczony przez życie jak Rikiga, powinien wiedzieć to najlepiej.

„Śmierdzi”.

Czuł inny smród niż tylko alkoholu. Jednak nie był to zapach, którego Inukashi nie lubił. Wolał stęchliznę gnijącego mięsa niż woń perfum.

Łapiąc spojrzenie Inukashi, Rikiga uśmiechnął się niejasno.

 – Taki bezinteresowny, nie wydaje ci się, Inukashi?

 – Kto? Ja?

 – Powiedz mi gdzie, do cholery, mogę znaleźć w tobie altruizm? Mówiłem o Shionie. Zinfiltrował Zakład Karny, ryzykując własne życie, by uratować przyjaciółkę. Stawia swoje życie na szali dla innych ludzi.

 – W tej okolicy nazywamy takich ludzi Wielkimi Idiotami.

 – Przestań, Inukashi. Jeśli my im nie pomożemy, kto to zrobi? Shion w nas wierzy i czeka na naszą pomoc.

 – Staruszku.

 – Hm?

 – Mogę ci pomóc, w zależności od okoliczności i warunków.

 – Teraz lepiej, Psiarzu z Ruin.

 – Bez słodzenia mi tu, mów jak naprawdę się sprawy mają.

 – Naprawdę?

 – Twój cel, staruszku. Czego chcesz od Zakładu Karnego?
Rikiga zamrugał.

 – Czego ja... O czym ty mówisz? Ja tylko chciałem pomóc Shionowi, to mój jedyny...

 – Ile zysku ci to da? – Inukashi posunął się naprzód, wciąż trzymając dłoń na kieszeni. W odpowiedzi Rikiga odsunął się z krzesłem do tyłu.

 – Jezu, spójrz na siebie. Każde twoje słowo ma coś wspólnego z zyskiem. Kasa, kasa, kasa. Nie umiesz myśleć o niczym innym?

 – Myślę o wielu rzeczach. Mój mózg zawsze pracuje na pełnych obrotach i twój też, staruszku. Twoje trybiki dalej chodzą, a chciwość ciągle rośnie. Jedyna rzecz, jaka spowolniła, to pewnie twoja krew od alkoholu. Nie ma opcji, żebyś dał się wciągnąć w robotę, która nie dawałaby zysków, mam rację, staruszku? Poza tym mówimy o Zakładzie Karnym, bezpośrednim partnerze Ministerstwa Bezpieczeństwa No.6. Nie ma groźniejszych wrogów. I ty, i ja pomogliśmy Nezumiemu się tam wślizgnąć, ale tylko dlatego, że zostaliśmy oszukani albo nakłonieni. Zazwyczaj na tym się kończy. Dostaliśmy pieniądze za tę robotę i wróciliśmy do własnych spraw. Cokolwiek stanie się potem, to już nie nasz interes... prawda? Tak zazwyczaj jest.

 – Inukashi, posłuchaj...

 – Ale tym razem, staruszku, wychodzisz z własnego gniazda, z własnego terytorium i twierdzisz, że chcesz iść na jeszcze bardziej niebezpieczne. Dla Shiona? Oczywiście, że nie. W życiu w to nie uwierzę. Jeśli moje psy zaczną beczeć jak owce, może się nad tym zastanowię.

 – Jak mówiłem, to...

Inukashi machnął niecierpliwie ręką. Miał dość wymówek i usprawiedliwień. Zauważył, że nieco go to zirytowało. Coraz bardziej czuł, że ma dosyć tracenia słów i prób wymawiania się przed sobą nawzajem. Był ponad owijaniem własnych słów w kłamstwa i odczytywaniem cudzych intencji.

„W końcu...”

Inukashi wziął głęboki wdech nosem. Mroźne powietrze pokoju, które nie miało żadnego ogrzewania, przebiegło jego ciało.

„W końcu ci dwaj nigdy nie robili sobie wymówek”. 

Nie myślał, że Nezumi i Shion całkowicie obnażyli się sobie nawzajem. Zwłaszcza Nezumi nie miał pewnie takiego zamiaru. Ale nigdy nie robili sobie wymówek. Nie próbowali manipulować jeden drugim i wymieniali szczere opinie. Żyli dla siebie nawzajem, nie dając czy biorąc, nie z chciwości, ani dla zysku.

Inukashi nigdy nie spotkał się z tym rodzajem relacji. Były matki, które umierały za swoje dzieci. Znał dziewczynę, sprzedającą własne ciało, żeby wesprzeć swoją rodzinę. Ale ci dwaj nie byli w tak ofiarnym związku. Jeden z nich nie musiał niszczyć samego siebie, by uratować drugiego.

Przyjaźń, miłość, bratnie dusze, litość, sympatia, empatia – nieważne jaką dać temu nazwę, żadna nie pasowała do ich stosunków.

Obaj mogli żyć dla siebie bez dawania czy brania, bez chciwości, bez kalkulacji, bez ofiar. Pewnie był zmęczony. Inukashi zauważył, że zazdrościł im trochę tego związku – tylko odrobinkę.
Znowu nabrał powietrza.

„Ale nie muszę im zazdrościć. Mam moje psy. Ludzie zawsze kiedyś cię zdradzą. Nigdy nie oddadzą ci się całym ciałem i duszą jak psy. Psy mi wystarczą”.

 – Dobrze – Rikiga wzruszył ramionami. Na jego twarzy pojawił się zadowolony uśmiech. Cóż to był za ohydny wyraz twarzy. Jakby popełnił niemal każdą zbrodnię za pieniądze. Nie miał nic przeciwko oszukiwaniu, naciąganiu czy wykorzystywaniu ludzi.

„Tak, ta twarz już bardziej pasuje. Dzień, w którym naciągniesz maskę jakiegoś dobrego samarytanina, będzie dniem, w którym przestanę z tobą rozmawiać”.

 – Wiesz, Inukashi, chyba nie zostało już zbyt wiele czasu.

 – Tobie? Och, naprawdę? Szkoda. Tak mi się zdawało. Alkohol cię zatruł, staruszku. Jeśli masz coś, co po sobie zostawisz, pospiesz się i przekaż to mnie, zanim będzie za późno.

 – Kto powiedział, że mam na myśli siebie? Mówię o No.6.

 – No.6?

 – Tak. To och–jakie–piękne Wszechmocne Święte Miasto.

 – Nie zostało dużo czasu? Detale jakieś?

Uśmiech Rikigi się poszerzył. „Złapałeś przynętę” – mówił jego wyraz twarzy. Czasem trzeba było połknąć przynętę, nawet jeśli widzi się haczyk. A to była zbyt atrakcyjna przynęta, by ją zignorować.

 – Coś dziwnego dzieje się w No.6?

 – Tak. Widziałem ostatnio dziwne poruszenie w mieście, to naprawdę odstawało od normy.
Wydawało się, że Rikiga mówił poważnie – uśmiech zniknął z jego twarzy, a sarkazm ulotnił się z głosu.

 – Po pierwsze w mieście odnotowano kilka przypadków śmierci na dziwną chorobę. Co to jest, ani czy jest zaraźliwe, jeszcze nie wiemy. Ale pamiętasz, co powiedział Fura, prawda? To nowe skrzydło Zakładu Karnego i Ministerstwo Zdrowia i Higieny są połączone. Ministerstwo Zdrowia i Higieny, rozumiesz? Czym ono się zajmuje?

 – Monitoruje zdrowie i warunki życiowe wszystkich obywateli...

 – Dokładnie. A to oznacza, że ta dziwna choroba też jest powiązana z Zakładem Karnym. Do tego punktu rozumiesz, prawda?

 – Mniej więcej. Daliście mi miejsce w pierwszym rzędzie podczas tej naszej farsy.

 – Wiemy, że przyjaciółkę Shiona porwano do Zakładu Karnego. I to ciągle niepotwierdzona informacja, ale... ktoś, kto był zamieszany w budowę tego skrzydła w Zakładzie Karnym, zginął nagłą śmiercią. Oczywiście, był mieszkańcem miasta.

 – Został zabity?

 – Co do tego nie ma pewności. Ale cuchnie śmiercią, i to z miasta. No i mamy dźwiękowe fale uderzeniowe. Wyciągnęli je, prawda? Jeden strzał i cały bazar poszedł. Używają najnowszej broni do rozwalania baraków. To jak jedzenie resztek na srebrnym talerzu.

 – Dobre porównanie. Wręcz kipi wychowaniem.

 – O, dziękuję – powiedział niestrapiony Rikiga. – Więc to znaczy, że miasto posiada w sekrecie bronie, zabronione przez Traktat Babiloński. A teraz zaczęło używać ich na widoku. Tym razem Polowanie było pewnie po prostu testem nowej broni.

Inukashi zakręcił szyją szerokie koło.

Rikiga przybiegł tam, wykańczając się, martwił się o Shiona – albo udawał – ale zebrał te wszystkie informacje o Polowaniu i zbadał pozostałości po destruktywnej sile miasta. Może sam przedzierał się przez gruz i wyciągnął coś, co mogło przynieść mu zysk, gdyby się w to zamieszał.

„Nie możesz w żaden sposób zaufać temu człowiekowi, ma więcej siły, niż się wydaje” – zachichotał w myślach Inukashi.

 – Nie wydaje ci się, że ostatnio było dość gorąco? – kontynuował Rikiga. – I za dużo ludzi umiera. Nie tylko w Zachodnim bloku, nawet w No.6 – idealnym mieście, Świętym Mieście, za jakie uchodziło. Nie miałem zbyt długiego związku z tamtym miejscem. Zawsze wiodło prym i układało za sobą ścieżkę dla innych miast jako niezachwiana utopia. Oczywiście, byli zabijani ludzie, i ci, którzy popełniali samobójstwa, ale...

 – Nie tak krzykliwie.

 – Tak. Każdą śmierć owijali w bawełnę i ogłaszali jako miłą i spokojną. Kojarzysz Dom Spokojnego Zmierzchu?

 – Co z nim?

 – Z zewnątrz to zakład opieki. Hospicjum, tak to możesz nazwać. Chorzy pacjenci, którym nie zostało dużo czasu, zazwyczaj starzy, zostają pozbawieni cierpienia i mogą umrzeć spokojną śmiercią, niewiele różniącą się od snu. Mówią, że właśnie po to jest Dom Spokojnego Zmierzchu.

Inukashi zamruczał w gardle. Zdawało mu się, że się ślini. Śmierć niewiele różniąca się od snu – coś, czego chciał bardziej niż czegokolwiek innego. Objęłaby go delikatność, ciepło i zamknąłby spokojnie oczy. Nigdy by się nie obudził. Jego serce powoli przestałoby bić, a oddech oddaliłby się. Przeżyłby ostatnie chwile bez bycia wciągniętym przez ciemności. Uśmiechałby się.

Rikiga spojrzał mu w oczy.

 – Rany, nie patrz tak błagalnie. Naprawdę łatwo cię zrozumieć. To, co mówiłem o Domu Spokojnego Zmierzchu zostało opublikowane przez władze.

 – ...To znaczy?

 – Właściwie rzeczy mają się inaczej.

 – Inaczej?

 – Dom Spokojnego Zmierzchu nie jest hospicjum; to miejsce egzekucji.

 – Miejsce egzekucji? Mają takie rzeczy nawet w murach Świętego Miasta?

 – Oczywiście to nic w rodzaju Zakładu Karnego. Nie jest tak oczywiste... wszyscy pacjenci przywiezieni do Domu Spokojnego Zmierzchu żyją zgodnie z zasadami i umierają naturalną śmiercią... gdy tylko ich przetransportują, zostają nafaszerowani lekami, uśpieni i...

Chyba nawet Rikiga miał opory przed powiedzeniem tego na głos; przekręcił jedynie ustami i wydał długie westchnięcie.

 – Ale czemu robią to własnym mieszkańcom? Po co?

 – Bo są bezużyteczni – odpowiedział natychmiast Rikiga, jakby spodziewał się pytania Inukashi. – No.6. jest tego rodzaju miastem. Bezlitosne wobec tych, którzy są dla niego bezużyteczni. Jeśli ktoś czeka już tylko na śmierć, czemu by jej nie przyspieszyć i nie ułatwić lekami? Mniejsza strata. Tak właśnie myślą.

Inukashi zatrząsł się. Dostawał gęsiej skórki.

Widział już dość przerażających śmierci. Widział je tyle razy, że palce obu jego rąk nie wystarczyłyby, gdyby na jeden palec przypadały po dwie śmierci. Wyrył w swoim sercu twierdzenie, że tu, w Zachodnim Bloku, trzeba zaakceptować każdy rodzaj śmierci. Życie i śmierć były inne w murach i poza nimi. Ale czyżby przerażające śmierci zdarzały się także w mieście?

 – Staruszku, od kogo to usłyszałeś?

 – Od klientów. Fura nie był jedynym, który wyślizgiwał się z No.6 w poszukiwaniu kobiet. Ścisłe instrukcje, jakich udzielają mi za każdym razem, ciągle uprzykrzają mi życie i to na tyle, że czasem mam ochotę rzucić to w diabły, ale klienci ciągle wracają. Paru z nich pracuje pod bezpośrednim nadzorem miasta, chociaż nie mają tak wysokich stanowisk jak Fura. Ci goście gadają dziewczynom różne rzeczy. Jak myślisz, czemu?

 – Czemu... cóż... robią się gadatliwi jak skończą, czy coś... – powiedział niezręcznie Inukashi.

 – Nie, nie. To dlatego, ze nie myślą o prostytutkach z Zachodniego Bloku jak o ludziach. Nie myślą nawet, że te dziewczyny mogą mieć mózgi i serca jak oni. Nie wydaje im się, żeby mogły myśleć za siebie, czy odczuwać jakikolwiek smutek. Więc sypią. Dla nich to pewnie jak mówienie do kamienia na drodze. Dlatego mogą bez przeszkód rozpowiadać sekrety z pracy. Ludzie to gadatliwe zwierzęta; nie potrafią się zamknąć. „Nie mogę nic mówić w mieście, więc czemu nie opowiedzieć tego prostytutce z Zachodniego Bloku? Pewnie i tak nie rozumie po naszemu”. Tak myślą. Ale te dziewczyny słuchają. Czasem nawet ich zagadują, żeby wyciągnąć coś więcej.

 – A ty bierzesz i sprzedajesz te informacje, albo używasz ich do szantażu, tak, staruszku?

 – Cóż, dostajesz mieszankę dobrych i złych informacji. Większość jest bezużyteczna. Ale moi klienci z No.6 zrobili się ostatnio bardziej gadatliwi niż kiedykolwiek. Wcześniej to były głównie przechwałki i przesadzone kłamstwa... ale teraz się wyżalają, zrobili się wylewni... niepewni. Cały czas słyszę historyjki o niepewności. Widzisz, Inukashi, No.6 nie jest żadną utopią. Po prostu stara się utrzymać umiejętną kontrolę nad mieszkańcami. A to zaczyna się już robić oczywiste. Rozrywa się w szwach. Mieszkańcy powoli duszą się w jego wnętrzu. Żyją w idealnym mieście, a nie mogą nawet oddychać i zaczynają się zastanawiać dlaczego. Słyszałem klienta, leżącego w nocy w łóżku i mruczącego pod nosem: „czemu? Czemu tak jest?”.

 – Rozumiem – Inukashi w końcu dostrzegał, co się działo.

„A więc to tak się sprawy mają”.

 – Dziwna choroba, nowe wyposażenie Zakładu Karnego, ten cały wyciek informacji i góra zmartwień, niezadowolenia i niepewności. Mówisz, że to wszystko piętrzy się w murach No.6 jak gaz, rozsadzając je od środka?

 – Tak, zupełnie jak gaz. Może i jest go jeszcze wszystkiego, ale co się stanie, jeśli stężenie wzrośnie? – Rikiga rozszerzył palce obu dłoni, imitując wybuch.

 – Wybuchnie? Mówisz, że No.6 zawali się od środka?

 – Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem. Zanim państwo–miasto No.6 zdobędzie przytłaczającą siłę wojskową – siłę, którą zapanuje nad mieszkańcami, musimy podpalić ten gaz. A zaczniemy od Zakładu Karnego. Większość sekretów gromadzi się w tym miejscu. Spróbujemy dźgnąć mrowisko dla informacji. Nie ekscytuje cię myśl o dowiedzeniu się tego wszystkiego?

 – ...i to właśnie powiedział Nezumi.

 – Głupiś. Jak dzieciak jak on mógłby wysnuć tak rozbudowaną teorię?

 – Rozbudowaną, niewątpliwie. Żaden normalny alkoholik by tego nie wymyślił. Co się stało z rozmową o robieniu pieniędzy, hm? Co, skarb wybuchnie razem z miastem i spadnie nam na głowy z deszczem?

 – Nie spadnie z nieba. Musimy go wykopać.

 – Wykopać?

 – W piwnicy Zakładu Karnego podobno jest ukryty sejf.

 – Ukryty sejf? Masz na myśli tą pustą przestrzeń?

 – Nie wiem, gdzie dokładnie jest. Ale plotki mówią, że ten burmistrz No.6 ma tam schowane kilka tysięcy ton czystego złota.

 – Złota... Czystego złota, mówisz?

 – Dziesiątki tysięcy ton czystego złota. Może być w sztabkach, nie mam pojęcia. No i? Nie oślepia cię sama myśl o tym blasku?

 – Ale... skąd masz tę informację?

 – Od dziewczyny, oczywiście. Ta ruda, na którą mówią Sulu, jej stałym klientem jest urzędnik z Ministerstwa Finansów. Całkiem ładna.

Inukashi nie przejmował się rudą kobietą. Był znacznie bardziej pochłonięty myślą o złocie, niż o ludzkim ciele.

 – Czyli ona ci to powiedziała?

 – Tak. To była opowiastka na dobranoc, więc nie jestem pewien co do autentyczności. Ale to prawdopodobne, prawda? Góra złota w miejscu, z którego nie da się uciec, ani do którego nie można się włamać. Bezpieczniejsze niż jakiekolwiek inne. Mogę stwierdzić, że to całkiem możliwe.

 – Będziemy w ogóle mieć szansę się do niego dobrać?

 – Dostaniemy je. Gdy tylko No.6 zacznie się walić, cała okolica pogrąży się w chaosie. Jeśli to wykorzystamy... co o tym myślisz?

Inukashi mruknął miękko. To brzmiało jak sen. Powinien się zaśmiać i nazwać to wszystko dziecinną bajeczką, czy posłuchać i ot tak stać się tej niepewnej bajki częścią?

 – Nezumi ma zamiar zniszczyć Zakład Karny?

 – Eve? Mogłoby mu się to nawet udać. Nie umie zbyt wiele tworzyć, ale niszczyć potrafi jak nikt inny. Czemu by go do tego nie nakłonić? Popatrzylibyśmy sobie na spektakl z nim w roli głównej.

Zakład Karny, ucieleśnienie samego strachu, upadłby. Serce Inukashi tańczyło na samo wyobrażenie sobie jego destrukcji.

Walący się Zakład Karny i błyszczące złoto w dłoniach. Dostałby najwspanialszą rekompensatę, jaką mógł sobie wyobrazić. Zdecydowanie było to warte ryzyka. Jednak...

Inukashi oblizał usta. Odetchnął, wypełniając nozdrza zapachem psów, zgromadzonych w pokoju.

Jednak gdyby miał kłaść na szali własne życie, odmówiłby. Wolał już zostać w ruinach głodując i wciąż żyjąc ze swoimi psami, niż umrzeć pochowany w złocie.

 – Co mam zrobić? Jeśli to ryzykowne, odpadam.

 – Wiem, wiem. Nie naraziłbym cię na niebezpieczeństwo. Potrzebuję jedynie twoich koneksji.

 – Koneksji?

 – Jest facet, który szmugluje dla ciebie resztki jedzenia z Zakładu Karnego, mam rację?

Inukashi wytrzeszczył oczy i lekko zamknął szczęki. Za niemal nieprzytomnym od alkoholu mężczyzną w średnim wieku, jawił się firmowy, ironiczny uśmiech Nezumiego. Mógł go dostrzec.

„Dobra robota, Nezumi. Ot tak skruszyłeś gościa twardego jak kamień. To się nazywa mieć umiejętności”.

Wiele innych uczuć i chęci mieszało się, kotłowało i narastało w Rikidze – prawdziwe współczucie dla Shiona, destruktywne impulsy, silne pragnienie zobaczenia No.6 walącego się przed jego oczami i przewyższające wszystko inne przywiązanie do złota. Nezumi wykorzystywał to na swoją korzyść. Wyjątkowo zręcznie używał tego przy proszeniu go o przysługi, dawał mu polecenia i kontrolował go w ten sposób. Godne podziwu. Z drugiej strony możliwe było, że Rikiga wiedział, że jest kontrolowany i zgodził się grać marionetkę dla Shiona i złota; z chciwości i miłości.

Inukashi westchnął bezwiednie. Byli jak szop i lis, próbujący się nawzajem oszukać. Nagle zatęsknił za Shionem. Był zagadką, owszem, ale nadal miliony razy przewyższał starego szopa i lisiego demona. Inukashi tęsknił za tymi jego naiwnymi, niezręcznymi ruchami; jego szczerym i idiotycznie bezpośrednim sposobie wyrażania się; jego beztroskim uśmiechem. Chciał zobaczyć Shiona.

 – Dostajesz całkiem sporą ilość resztek, prawda? Ta ścieżka jeszcze nie została odcięta, nie mylę się?

 – Nie – nie była jeszcze odcięta. Mężczyzna, którego zadaniem było pozbywanie się resztek jedzenia, wynosił nie tylko to, ale również ubrania i rzeczy osobiste więźniów sekretnymi ścieżkami. Raz nawet wspomniał, że został wyznaczony do sprzątania zwłok. Wyniósł je do miejsca, w którym gromadzono wszystkie śmieci i ciała. Znajdowało się w środku Zakładu Karnego i strzeżono je w mniejszym stopniu, a więc stanowiło słabe ogniwo w łańcuchu ochrony. Jednakże prawdopodobnie niemożliwym było wykorzystanie tego człowieka, by wślizgnąć sie do środka. Wspominał, że nie mógł postawić nawet jednego kroku poza strefą przetwarzania odpadów. Drzwi, prowadzące do środka, nie otwierały się tak łatwo.

 – W ogóle będzie użyteczny...? – odezwał się pełen wątpliwości Inukashi.

 – Będzie. Każdy nóż, nieważne jak tępy, znajdzie swoje zastosowanie.

 – To też powiedział Nezumi?

 – A kogo to obchodzi? Chyba naprawdę coś do niego masz. W każdym razie, Inukashi, spróbuj utrzymywać kontakt z tym człowiekiem. To będzie pomocne. Jeśli możesz, owiń go sobie wokół palca.

 – Jasne.

„Jak mu tam było? Miał chudą, długą twarz, opadające brwi i często wzdychał. Strasznie martwił się o swoją rodzinę – wspomniał, że nie mógł im nawet powiedzieć, że pracuje w Zakładzie Karnym, inaczej natychmiast by go wywalili. Powiedział: „To naprawdę przygnębiające, nie móc powiedzieć własnej córce gdzie się pracuje”. Córce? A tak, miał jedną córkę. I mówił, że drugie dziecko niedługo się urodzi... i dlatego potrzebował pieniędzy. Chciał zapewnić dobre życie swojej rodzinie – tak, zmiękczenie go nie będzie trudne”.

 – Potrzebuję kasy. Wesprzesz mnie gotówką, prawda, staruszku?

 – Tak, tak. Nie będę cię zmuszał do wygrzebywania własnych oszczędności, które właśnie masz w kieszeni – Rikiga podrapał się w szyję i wyszczerzył. – Znalazłeś oszczędności faceta z mięsnego, co? Masz niezłe oko. Wrócił mi do ciebie szacunek, Inukashi.

 – Tak samo ty. Kto by się spodziewał, że tak szybko to zauważysz. Całkiem nieźle. Jestem pod wrażeniem.

„Cholera, to naprawdę jakiś szop. Niczego nie przegapi”.

Inukashi wzruszył ramionami, w tym momencie dziecko zaczęło płakać. Rikiga wstał z krzesła.

 – Co to było?

 – A co niby?

 – Ten głos. To dziecięcy płacz.

 – Eh? Niczego nie słyszę – powiedział nonszalancko Inukashi. – Masz już omamy słuchowe, staruszku?
Łączę się z tobą w bólu i nadziei.

Rzuciwszy spojrzenie na Inukashi, Rikiga podszedł wielkimi krokami do leżących w kącie pokoju psów. Natychmiast wstały i zaczęły na niego warczeć.

 – Inukashi, co to?

 – Moje psy.

 – To płaczące coś leży między nimi również? Nowy szczeniak? Bo jakoś nie ma ogona.

Ryk ponownie odbił się po pomieszczeniu, tym razem jeszcze głośniej. Inukashi niechętnie podniósł dziecko na ręce. Rikiga pokręcił głową.

 – Po kiego je zabrałeś? Masz zamiar je sprzedać?

 – Gdyby to ode mnie zależało, nie byłoby go tu, ale ktoś mi je podrzucił – odezwał się uparcie Inukashi. – Twój mały aniołek.

 – Shion?

Inukashi wyjaśnił mu wszystko pokrótce. Rikiga kiwnął w skupieniu głową z poważnym wyrazem twarzy.

 – Brzmi jak coś, co Shion mógłby zrobić. Pewnie nagle przyszło mu do głowy, żeby ukryć dziecko. Kiedy tak kładzie na szali własne życie... toż to żywy anioł.

 – Anioły nie podrzucają innym ludziom dzieciaków. Rany, o niezłą kulę u nogi mnie przyprawił.

 – Nie sprzeciwiaj się. Pomyśl o tym, jak Shion musiał się czuć. Ten maluch ma taką słodką buźkę. To chłopiec, hę. Jak ma na imię?

 – Shionn.

 – Eh?

 – On mi je podrzucił, to niech ma po nim imię. Hej, staruszku, nie wydaje ci się, że oczy tego dzieciaka wyglądają zupełnie jak Shiona?

 – Hmm, teraz jak o tym wspominasz, rzeczywiście mają ten sam kolor – powiedział Rikiga z zamyśleniem. – I są czyste jak jego. Piękne oczy.

 – Prawda. Mały aniołek. To weźmiesz go do domu, dobrze? – wcisnął mu dziecko w ręce. Rikiga odsunął się, kręcąc głową.

 – Nie, wybacz, jestem samotny.

 – No widzisz, ja też. Ale ty masz na pęczki bab z wielkimi balonami, staruszku.

 – Tak, ale żadna z nich nie daje mleka. Za to ty nawet nie potrzebujesz pieluszek, bo psy wyliżą dziecko do czysta i jeszcze je ogrzeją. Też tak się wychowałeś, prawda? Doskonałe środowisko do wychowywania dziecka... och, już wiem, znajdę jakieś mleko w proszku i ci przyniosę.

 – Wiesz, Shion je zostawił – powiedział dosadnie.

 – A dla ciebie jakiś koc skombinuję. Właściwie to nie jeden, a dwa czy trzy. Cóż, to do zobaczenia, Inukashi. Niedługo znowu przyjdę.

Niosąc za sobą hałas przyspieszonych kroków, Rikiga wybiegł wręcz z pokoju. Najwyraźniej jego zdolności do szybkiego uciekania całkiem jeszcze nie zniknęły.

Dziecko uśmiechnęło się w ramionach Inukashi. Niebo całkiem ukryte było za szarymi chmurami.
„Żyj, Shion. Żyj, żeby zabrać stąd tego malucha”.

Gdy Inukashi odwrócił się w stronę dryfujących płatków śniegu, doszło do niego, że wyszeptał nieświadomie te słowa jakby w modlitwie.

==Koniec rozdziału 3==