Staram się dodawać nowe posty w niedziele. Staram się.



Zakończono tłumaczenie No.6.


Dziękujemy za wszystkie podziękowania. To był miły rok z hakiem. I późniejszy rok. I chyba jeszcze jeden. Te dwa późniejsze składały się z czytania Waszych komentarzy. I tak dzięki.

(Do pań profesor jeśli przypadkiem odwołam się do tego na maturze: przepraszam, ja naprawdę tłumaczyłam to w gimnazjum. Ale prawdziwa książka istnieje. Obiecuję.)


Wszystkie rozdziały można znaleźć w zakładce ,,No.6''/,,No.6 Beyond''.


Kup powieść i mangę w oryginale, wspomóż panią Asano.


Tłumaczenie: Kuroneko
Korekta: Ayo, Dżun

sobota, 7 kwietnia 2012

Tom IV: Rozdział 1


((Ufam, że opóźnienie nie ochłodziło waszego entuzjazmu aż tak bardzo, albowiem lecimy z czwartym tomem~~ i przy okazji, wesołego jaaajkaaa~~))


***
Wracamy żywi. Nie zapominaj o tym...
***

Rozdział 1
Kurtyna w górę

Jęcz, jęcz, jęcz, świecie! — O, wy wszyscy z głazu!
Gdybym miał wasze oczy, wasze usta,
Poruszyłabym niebiosa mym jękiem. Już po niej!
Król Lir, Akt V Scena III

Za bramą rozciągał się świat ciemności.
Było zimno. Człowiek zadrżał, unosząc kołnierz swojego płaszcza. Utkano go z najlepszego kaszmiru, toteż był lekki i ciepły. Miał nawet wszyty miernik temperatury, aby dopasować temperaturę przy skórze. Sam zaś miernik był mniejszy niż stempel pocztowy.
Czuł szczypiący chłód na ledwie zakrytej twarzy, jednak reszta jego ciała była szczelnie owinięta ciepłem płaszcza. Dlatego gdy zadrżał, nie miało to nic wspólnego z zimnem.
To przez ciemność. Było zbyt ciemno.
No.6, w którym mieszkał mężczyzna, było miastem światła. Błyszczało i promieniało zarówno w dzień jak i w nocy. Światło nie było jedyną rzeczą, do której miał wolny dostęp – dzięki postępom naukowym w biotechnologii jedzenia nigdy nie brakowało, niezależnie od pory roku czy warunków pogodowych, a on mógł sobie zapewnić dowolne przysmaki. Dopóki mieszkali w mieście, ludzie mieli zapewnione spokojne, bezpieczne i czyste życie. Z dala od nich istniało jeszcze pięć innych państw-miast, jednak nigdzie nie było tak perfekcyjnego środowiska jak u nich. Właśnie dlatego No.6 nazywano Świętym Miastem.
Człowiek ten miał ważne stanowisko w jednym z organów rządowych Świętego Miasta. Zajmował trzecią najważniejszą posadę w Centralnym Ministerstwie Administracji. Był elitą pośród elit. Jego syn, kończący w tym roku trzy lata, uzyskał najwyższy wynik w teście na inteligencję podczas Dziecięcego Egzaminu. Mężczyzna otrzymywał wskazówki, co do jego wychowania od specjalistów z Programu dla Uzdolnionych. Jeśli nie byłoby żadnych problemów, a takowe naturalnie nie miały prawa się wydarzyć, w końcu w No.6 nie działo się nigdy nic nieprzewidzianego, jego syn miałby już ustawioną przyszłość i spokojne życie pośród elity. To mu było obiecane.
Człowiek nie mógł przestać się trząść. Jakże było ciemno. Jakże złowieszczo. Nie miał pojęcia, że noc może ciągnąć za sobą taki mrok. Nie miał, dopóki nie stanął w Zachodnim Bloku.
„Co on, do cholery, robi?”
Nie było jeszcze mężczyzny, który miał go stamtąd zabrać. Zazwyczaj czekał na niego w ciemnościach, ale dziś się spóźniał.
„Coś się stało?”
„Może ma jakiś problem?”
„Jeśli tak… Nie byłoby zbyt dobrze”.
Człowiek westchnął w ciemnościach.
Zostawanie tam zbyt długo nie było dobrym pomysłem. Musiał przejść przez bramę i wrócić do Świętego Miasta. Musiał.
Rozum rozkazywał mu powrót, odwrócenie się na pięcie oraz wrócenie do komfortu i światła. Jednak on nie mógł się poruszyć.
„Jeszcze tylko chwilę. Poczekam jeszcze tylko pięć minut”.
Palące uzależnienie. Jego uzależnienie od kilku godzin przyjemności i dekadencji, którymi miał zamiar się wkrótce cieszyć. To uzależnienie od kilku godzin spędzanych na zabawianiu się z kobietami z Zachodniego Bloku obciążało jego stopy, uniemożliwiając powrót do domu. Ta kusząca perspektywa stracenia kilku godzin życia na piciu w towarzystwie kobiet o różnych kolorach oczu i włosów. Miał tak już niemal od roku. Nie potrafił się od tego uwolnić.
System zarządzania miasta robił się coraz surowszy. Zwykli obywatele byli naturalnie ograniczeni, jednak zaczęło się to udzielać nawet w całkowicie wolnych dotąd wyższych sferach, które niezbyt cieszyły się ze swoich limitów. Podróż między miastem a Zachodnim Blokiem była jedną z rzeczy, którą mu ograniczono.
Wszystkie podróże między innymi blokami były zabronione jeśli nie posiadało się dobrego powodu albo nie złożyło się wcześniej aplikacji.
Pamiętał, że rozczarował się lekko, gdy zauważył, że miasto rzeczywiście zwraca na to uwagę. Centralne Ministerstwo Administracji było departamentem, przez który przepływały wszystkie informacje. Zbierały się tam wszystkie dane osobiste obywateli. Nazwisko każdego z nich, płeć, data urodzenia, strukturę rodzinną, historię chorób, Curriculum Vita – wszystko to można było znaleźć w tamtym miejscu. Wszystkie codzienne zajęcia każdego z nich były skrupulatnie rejestrowane przez Centralne Ministerstwo Administracji dzięki licznym kamerom i sensorom w całym mieście, a także chipom wbudowanym w ich Karty Identyfikacyjne. Ten system był już całkowicie stabilny.
Przez sposób przepływania danych, nieważne, czy był zły czy dobry, człowiek ten był blisko serca systemu. Używał swojej pozycji do zmiany i nadpisywania własnych danych już wiele razy. Zmienił swoje pliki w taki sposób, że nikt nie mógł dowieść, że był kiedyś w Zachodnim Bloku. Zniszczył wszystkie nagrania.
Wiedział dobrze, że popełnił przestępstwo. Denerwował się na myśl co mogło się zdarzyć, gdyby wszystko wyszło na jaw, jednocześnie będąc przekonanym, że nic mu nie grozi. Rzucił się w wir ekstazy. Jednak również chciał chronić swoje bezpieczne życie, ukrywając się za fasadą zniszczenia. Pod tym wszystkim kryło się silne przekonanie, że był niezastąpionym członkiem elity, którego nie pozbyto by się tak łatwo. Wiele emocji się w nim kotłowało, jednak mimo wszystko pozwolił swojemu pożądaniu przejść przez bramę tego wieczora.
„Spóźnia się, już trochę za długo się spóźnia…”
Mężczyzna przygryzł lekko wargę.
„Na dziś pewnie powinienem dać spokój”.
Nic nie było bardziej niebezpieczne niż stanie tak przez dłuższy czas w ciemnościach Zachodniego Bloku. Gdy człowiek odwrócił się, by wrócić jednak do domu, usłyszał wołający go niski głos.
– Fura-sama – tak się nazywał. Niski głos docierał do niego poprzez ciemności. – Przepraszam, że kazałem na siebie czekać.
Fura uniósł brew i zgarbił lekko ramiona.
 – Czy to ty, Rikiga?
 – Tak. Przyszedłem pana zabrać.
 – Spóźniłeś się.
 – Naprawdę przepraszam. Pojawiła się pewna przeszkoda.
 – Przeszkoda? Co się stało?
Czuł, jak ciemność porusza się, gdy Rikiga pokręcił głową.
 – Nic o co należałoby się martwić. W żadnym wypadku nie sprawi to panu kłopotu, Fura-sama… właściwie… ech… mógłbym powiedzieć, że spróbowałem się posunąć odrobinę dalej w organizowaniu dla pana rozrywki…
 – I jak poszło?
Usłyszał wulgarny śmiech.
 – Przygotowanie odpowiedniej kobiety trochę mi czasu zajęło – Wulgarny śmiech nie przestawał rozbrzmiewać w ciemnościach. – Ale mimo wszystko efekt powinien wynagrodzić tak długie czekanie. Jestem niemal pewien, że będzie pan usatysfakcjonowany.
 – Jest aż taka dobra?
 – To wręcz specjał.
Przełknął ślinę. Gdyby mógł, sam zaśmiałby się równie wulgarnie co Rikiga, jednak powstrzymywał się od tego.
Jego pozycja w porównaniu do Rikigi była jak odległość między niebem a ziemią. Mieszkaniec Zachodniego Bloku. Nie mógł się zniżyć do takiego poziomu.
Dla Fury, mimo że Zachodni Blok oferował mu lubieżne i luksusowe przyjemności, ci, którzy w nim żyli, Rikiga czy kobiety, nie byli takimi samymi ludźmi jak on. Widział w nich niemalże insekty. Nie, to chyba przesadne określenie – byli raczej jak bydło. Ludzie i bydło, panowie i zwierzęta. Tereny otaczające No.6 istniały, by zaspokoić miasto – tego uczono go od dzieciństwa.
 – …Powinniśmy już iść? – Rikiga zaczął już spacer. On zaś w ciszy za nim podążał.
Przestarzały pojazd na benzynę był wyjątkowo niewygodny w jeździe i co chwila wydawał dziwne dźwięki. Droga zaś pełna była dziur. Raz na jakiś czas samochód chwiał się niebezpiecznie. Gdy Fura zaczął przybywać do Zachodniego Bloku, wiele razy podnosił z tego powodu głos, jednak teraz już o tym nie myślał. Dla kogoś przyzwyczajonego do równych dróg No.6 i hybrydowych samochodów w pełni pochłaniających wszelkie wstrząsy, te nagłe przechylenia i hałasy były czymś nowym i orzeźwiającym. Poza tym bardziej niż cokolwiek innego przygotowywały jego serce na to, co miało się zdarzyć.
 – Więc?
Fura przesunął się na tylnym siedzeniu jak najbliżej kierowcy.
 – Co to za dziewczyna?
 – Powiem, że pasuje idealnie do pańskich upodobań. Jestem pewien, że się panu spodoba.
 – Ostatnia nie była taka wspaniała.
 – Wiem. Ale ta jest dokładnie taka, jakie pan lubi, Fura-sama. Mała, szczupła, smukła i bardzo młoda.
 – Młoda, mówisz.
 – Tak. Naturalnie w miejscu takim jak to nie można być pewnym co do jej wieku, ale bez wątpienia jest bardzo młoda. Nie miała jeszcze nawet doświadczenia z mężczyzną.
 – Jesteś pewien?
 – Absolutnie. I to nie wszystko, wygląda na to, że ma w żyłach krew z południa. Można to poznać po wyglądzie.
 – Ach.
 – Mamy tu wiele kobiet z mieszaną krwią, ale dość trudno znaleźć te młodsze. Nigdy nie wysłałbym jakiegoś brudnego bachora, by pana obsłużył, Fura-sama, ani też nie wyciągnąłbym żadnego z ulicy. Poza tym dawanie takiej pracy tak młodej dziewczynie, w dodatku bez żadnego doświadczenia, to dość… cóż, moje sumienie ma z tym drobne problemy.
„Kłamca” – Fura odwrócił głowę. – „Zrobiłbyś wszystko dla pieniędzy. Sumienie, co? Nie rozśmieszaj mnie”.
Mimo że w głosie Fury nie było żadnej oznaki zwątpienia, Rikiga pozwolił suchemu chichotowi uciec z jego ust.
Samochód stanął. Atramentowo-czarne ciemności czaiły się na zewnątrz.
 – To jest…? – Miejsce było inne od tego, które zwykle przygotowywał Rikiga.
 – To hotel.
 – Hotel?
 – Dawno temu był nawet całkiem modny – Rikiga wysiadł z samochodu i zapalił światło. – Dziewczyna i jej rodzina zrobili z tego miejsca swój dom. Powiedziała, że chce przyjmować klientów w swoim pokoju i nie ma zamiaru robić tego w żaden inny sposób – jest jeszcze dzieckiem, więc pewnie boi się jeździć w dziwne miejsca.
 – Ale…
 – Nie ma się o co martwić. Pozbyliśmy się już jej rodziny. Dziś w tym miejscu będziecie tylko wy, Fura-sama. Ach, nie, niezupełnie. Ma jeszcze swoje psy.
 – Co?
 – Psy. Jej ojciec ma z nimi jakiś biznes. Jest ich tu na pęczki.
Fura nie mógł sobie wyobrazić, jaki biznes mógł mieć coś wspólnego z psami. Sklep zoologiczny to to raczej nie był. Czyżby psy obdzierano ze skóry i sprzedawano jako mięso?
 – Proszę więc za mną podążać. Radziłbym uważać na stopy – Rikiga uniósł lampę. Fura spojrzał na jego profil i powoli postawił krok naprzód.
Nie ufał temu człowiekowi. Nie miał do niego ani odrobiny zaufania. Jednak wiedział, że jest dla niego stałym i bardzo ważnym klientem. Nie było mowy, żeby ktoś, kto jak on kochał, wynagradzał i ufał pieniądzom bardziej, niż czemukolwiek innemu, mógł skrzywdzić swoje najlepsze źródło dochodów. W tym sensie Fura nigdy nie martwił się o siebie w towarzystwie idącego teraz przed nim człowieka.
Budynek, który, jak wspomniał Rikiga, był niegdyś modnym hotelem, stał się teraz niemal ruiną. Niezliczone odłamki granitu połyskiwały na podłodze tuż obok walających się wszędzie kłębów sierści. Podłoga była miękka, jednak nie miał pojęcia czy to z powodu pleśni, czy może wilgoci. Szedł niestabilnie w swoich skórzanych butach. Wiatr ocierał się mu o policzki. Wspinali się po schodach. Nagle poczuł mdły, dziwny odór. Takiego zapachu nigdy nie czuł w No.6 i nie miał pojęcia co to mogło być. Przeszli przez duże, puste pomieszczenie, wyglądające na dawną recepcję, nadal poruszając się naprzód.
 – Och.
Odezwał się bezmyślnie. Jego stopy zdawały się być przygwożdżone do miejsca. Wydawało się, że widzi przed sobą wąski korytarz, znikający sprzed jego oczu. A przynajmniej wyglądało to, jakby biegł prosto w mrok, jednak nie miał pojęcia, co się za nim kryje; wzrok Fury nie był przyzwyczajony do ciemności, więc nie mógł tego dojrzeć.
W mdłym świetle lampy tu i tam widział cieniste figury.
 – Psy?
 – Tak.
 – Ale dlaczego aż tyle? Z jakiej przyczyny…?
 – Ach, cóż, jest wiele powodów, ale żaden nie ma nic wspólnego z urzędnikiem No.6 jak pan – powiedział Rikiga. – Nie ma o co się martwić. Te psy są ciche, nie pogryzą pana. Dobrze, jesteśmy na miejscu. Dziewczyna jest w tym pokoju.
Tak jak powiedział Rikiga, psy leżały cicho skulone na ziemi bez pojedynczego warknięcia czy nawet pokazania zębów.
 – Właśnie tu, obok pana – Pchnął go lekko Rikiga.
Przed nim były obdarte, drewniane drzwi. Może to i przez światło lampy, jednak ich starość wydawała się być miła dla jego oczu. Niemal jak stara przewodniczka. Siedziała tam w promieniach światła, piękna, o śnieżnobiałych włosach. W dłoniach trzymała druty, a na jej kolanie spoczywała kula wełny…
Fura odwrócił się na bok i zakaszlał kilkukrotnie. Przez długi czas ukrywał swój nawyk popadania w sen na jawie. Gdyby któryś z wyższych urzędników Centralnego Ministerstwa Administracji dowiedział się o tej tendencji, oznaczałoby to dla niego poważne konsekwencje.
W No.6 wyobraźnię, historyjki, mówienie o snach i śnienie na jawie tępiono jak jakąś plagę. Nie było oficjalnych reguł czy zabraniającego tych rzeczy prawa, jednak pośród zwykłych obywateli był to obiekt żartów i kpin. Zaś w organizacjach traktowało się to jako niesubordynację i wystarczający powód do utraty pracy.
Drzwi się otwarły. Za srebrną klamkę trzeba było naturalnie pociągnąć, przez co zawiasy zaskrzeczały uparcie.
Pokój miał niski sufit i był ciemny. Jedyne światło pochodziło z lampy Rikigi i pojedynczej świeczki, stojącej na stole. Nie było zbyt zimno, pomimo że okna nie były ocieplane. Wycie wiatru odbijało się echem po pokoju. Różne gwizdy i jęki nawarstwiały się w symfonii, mieszały ze sobą i docierały do jego uszu.
Jedynymi meblami w pokoju były stół, na którym stała świeca i łóżko, stojące w kącie pokoju. Dziewczyna siedziała na nim z kocem na głowie, skulona, jakby chciała się ogrzać.
Rikiga miał rację, była mała. Nogi wystające spod koca były potwornie chude. A mimo to kształtne. Zwężały się lekko od kolana w dół i pewnie gdyby miały trochę więcej ciała, byłyby przepiękne.
 – I jak? – szepnął mu do ucha Rikiga. – Klejnot, zgodzi się pan, Fura-sama?
 – Może. Ciężko stwierdzić.
Fura zniżył się do łóżka i owinął rękę wokół małego ciała w kocu. Czuł jak się trzęsie.
 – Boisz się? …Nie martw się, nie musisz – zdjął płaszcz i przysunął ją bliżej razem z kocem. Czuł, że trzęsie się coraz bardziej. Koc opadł z jej głowy, ukazując jej czarne jak noc włosy i delikatną szyję. Jako że odwróciła twarz, jej szyja była jeszcze bardziej wyeksponowana. Fura nawet w ciemności mógł stwierdzić, że skóra była gładka i miła w dotyku.
„Rozumiem. Może to jednak jest klejnot”.
Odsunął jej włosy i pozwolił ustom podróżować po jej szyi. Czuł lekki zapach. Ten sam, który poczuł na schodach. Była to woń psa, bestii. Jednak zamiast pozbywać się pożądania Fury, ten zapach jeszcze dodawał mu chęci. Nigdy nie znalazłby tego w No.6, nawet gdyby chciał, przez idealną higienę tego miejsca. Fakt, że to ciało było przesiąknięte dziką wonią, budził w nim ekscytację.
 – Cóż – zaczął Rikiga. – To ja już sobie pójdę. Miłej zabawy – Rikiga zbliżył się do wejścia z uśmiechem na twarzy. Fura zatrzymał swoją dłoń, która zajęta była głaskaniem chudej nogi dziewczyny. Pierwszy raz zaczęły w nim narastać podejrzenia.
 – Zaczekaj – rozkazał krótko człowiekowi, który stał do niego plecami. Rikiga momentalnie się odwrócił.
 – Coś się stało?
 – Nie wydaje ci się to dziwne?
 – Dziwne? Mogę zapytać co takiego?
 – Dlaczego najpierw nie zapytałeś o zapłatę?
Na twarzy Rikigi pojawiło się napięcie. Po chwili mruknął do siebie „Ach, tak, zapłata”.
 – Zawsze każesz mi płacić z góry. Czemu dzisiaj nic o tym nie wspomniałeś?
 – Ach, tak. Zapomniałem.
 – Zapomniałeś? Ty? O pieniądzach?
Narastały w nim podejrzenia. Ten człowiek miałby zapomnieć o pieniądzach? On, który był znacznie bardziej chciwy i skąpy niż ktokolwiek, miałby zapomnieć? Trudno mu było w to uwierzyć.
Jego wątpliwości rosły z każdą chwilą. Wszystko było inne niż zwykle. Dlaczego? Dlaczego…
Małe ciało wyskoczyło z ramion Fury. Koc osunął się na podłogę.
 – Przestaniesz w końcu do cholery, szujo? – krzyknął. – Mam tego dosyć. Jaja sobie ze mnie robisz, czy co? – Fura otworzył usta ze zdziwienia przed chłopcem, który zebrał włosy i obnażał przed nim teraz wulgarnie kły.
 – Rikiga, kto to jest?
 – Jest kim jest, drogi panie.
 – Powiedziałeś mi, że przygotowałeś młodą dziewczynę.
 – Młode dziewczyny, młodzi chłopcy, dużej różnicy to nie robi. Pomyślałem, że miał pan gdzieś głęboko schowane takie preferencje i po prostu pan nie zauważył, Fura-sama.
Czarnowłosy młodzieniec jeszcze bardziej wystawił zęby. Niemal jak dziki pies.
 – Możesz przestać pieprzyć, stary alkoholiku – warknął. – Dlaczego nie działałeś zgodnie z planem? Zamienię całą waszą trójkę w karmę dla psów. Zapłacicie mi za to, dranie.
Plan? Wasza trójka? O czym on mówił?
Fura podniósł swój płaszcz i wstał. Włożył ręce w rękawy i rozejrzał się po pokoju. Cztery kąty chowały się w mroku.
W każdym razie, pozostanie w nim było niebezpieczne.
 – Dokąd to? – Rikiga stał w drzwiach, witając go sztucznym uśmiechem.
 – Wracam do domu. Z drogi!
 – Proszę, proszę się uspokoić – powiedział łagodnie Rikiga. – To nie w pańskim stylu tak się unosić, Fura-sama.
 – Z drogi, albo… – Fura zacisnął dłoń wokół małej broni w swojej kieszeni. Był to pistolet elektryczny, niezbyt efektywny przy zabijaniu, ale wystarczający, by się obronić. Wyciągnął go i wycelował między oczy Rikigi. Gdyby postanowił posunąć się dalej, strzeliłby nie zahaczając nawet o brwi. Może i służyła do samoobrony, ale broń to wciąż broń. Każdy nieuzbrojony człowiek umarłby od takiego postrzału. Jednak nie przejmował się tym. Oni i tak nawet nie kwalifikowali się jako ludzie.
 – Kiedy zabawa dopiero się rozkręca, będziemy tęsknić, jeśli teraz nas zostawisz.
Zza niego dochodził głos. W tej samej chwili zasłonięto mu usta, a nadgarstki złapano mocno. Broń wyślizgnęła mu się z palców. Trzymano go tylko za usta i ręce, ale całe ciało było unieruchomione. W ogóle nie mógł się ruszyć. Zimny oddech podrażnił jego ucho. Po chwili wpłynął do niego szept.
  – Czemu nie zostaniesz z nami odrobinkę dłużej? Będziesz się bawić tak dobrze, że zemdlejesz na miejscu – To był pewny głos, pozbawiony jakiegokolwiek wahania. Był słodki, czysty i piękny. Fura nie mógł stwierdzić czy należał do mężczyzny, czy do kobiety. W każdym razie, gdyby przyjął zaproszenie, z całą pewnością zemdlałby z przyjemności. To była jego ostatnia myśl, trwająca mniej niż ułamek sekundy.
Nogi się pod nim ugięły, a on osunął się na podłogę. Oddech ugrzązł mu w gardle, gdy tracił świadomość.
 – Nezumi! – krzyknął Inukashi, depcząc koc. – Nie to mi obiecałeś. Co ty, do cholery, robiłeś?
 – Boże, przestań szczekać – mruknął Nezumi zajęty przeczesywaniem kieszeni płaszcza człowieka, którego właśnie związał. – Weź przykład ze swoich psów, Inukashi. Leż i siedź cicho.
 – Nie wkurwiaj mnie – warknął. – Czemu nie wylazłeś wcześniej?
 – Zapomniałem swojej kwestii, więc jeszcze raz czytałem swój scenariusz – odpowiedział łagodnie Nezumi. – Wybacz.
 – Ty naprawdę jaja sobie ze mnie robisz. Jaja. Se. Robisz. Ty pieprzony oszuście, taki z ciebie aktor jak pół dupy zza krzaka. Jesteś bardziej przebiegły niż lis i bardziej bezwstydny niż świnia. Nigdy więcej ci nie zaufam. A żeby cię pchły pożarły i wyssały z ciebie całą krew, to może w końcu zdechniesz.
 – Przestaniesz w końcu kłapać jadaczką, czy nie? To nawet nie jest coś, o co można się wściekać. Okej, spóźniłem się ze dwie, trzy minuty. To tyle.
 – I w te dwie, trzy minuty oblizano mnie i obmacywano mi nogę.
Na twarzy Nezumiego zagościł łagodny, wykrzywiony uśmiech, niczym u matki, przed którą stało marudzące dziecko.
 – Inukashi, lepszego doświadczenia nie można sobie wyobrazić. Właśnie spotkało cię szczęście doświadczenia dotyku języka wysokiego urzędnika No.6 na twojej szyi. Możesz sobie przechowywać to miłe wspomnienie jak długo zechcesz.
Inukashi zacisnął pięści. Jego czarne oczy błysnęły na tle opalonej twarzy.
 – A tak w ogóle – odezwał się. – Dlaczego ja? Dlaczego nie mógłbyś zrobić tego za mnie?
 – Dlaczego miałbym to zrobić?
 – Bo z ciebie byłaby idealna prostytutka. Omamiasz mężczyzn i sprawiasz, że robią się kompletnie słabi i beznadziejni. Kłamliwa lafirynda z powaloną osobowością. Nawet nie musiałbyś udawać.
Wtedy w końcu Shion odezwał się do Inukashi.
 – Inukashi, to posuwa się za daleko. Skończ już tę bezsensowną rozmowę.
 – To samo odnosi się do ciebie, Shion – odwrócił się do niego Inukashi. – Czemu nie wylazłeś, kiedy tylko usiadł na łóżku? Taki był plan, nie?
 – Tak, ale… – miał rację. Z tego co ustalili wcześniej, mieli zaczekać aż Rikiga przyprowadzi Furę, wysokiego urzędnika z Centralnego Ministerstwa Administracyjnego. Kiedy usiadł na łóżku, mieli wyskoczyć zza ścianki i go złapać. Taki był plan, a Shion miał zamiar postępować zgodnie z nim.
Ale Nezumi go zatrzymał. Złapał go za ramię, jakby chciał powiedzieć: „Nie wychodź jeszcze”. Łóżko skrzypiało nieprzyjemnie. Mężczyzna przysuwał się bliżej do Inukashi. Shion niemal mógł poczuć jego panikę jak swoją własną. Ale Nezumi nadal się nie ruszał. Zostawał ukryty w ciemnościach, tak cicho, że nawet nie było słychać jego oddechu.
 – Wracam do domu. Z drogi!
Człowiek wyciągnął coś z kieszeni. W tym samym momencie ciało Nezumiego posunęło się naprzód. Shion nawet nie był w stanie poczuć jego ruchów. Mimo że przycupnął tuż za nim, nie poczuł nawet ruchu powietrza, gdy ten wystartował.
  – Czemu nie zostaniesz z nami odrobinkę dłużej? Będziesz się bawić tak dobrze, że zemdlejesz na miejscu.
Dopiero, gdy usłyszał głos Nezumiego, rozrywający nawarstwiające się pogwizdywania wiatru, Shion wyszedł i stanął za Inukashi. Do tego czasu mężczyzna leżał już cicho na podłodze.
Inukashi zazgrzytał zębami ze zmarszczonym nosem.
 – Tak, ale? Tak, ale co, hę? Zajmowanie się psami to jedyne, co potrafisz robić dobrze? Ty bezużyteczny, bezmyślny idioto!
 Shion nie mógł odpowiedzieć. Wiedział dobrze, jak bezsilny i nieudolny się stawał, gdy zapędzono go w kozi róg. Nic nie było równie bolesne, co  zostanie zmuszonym do spotkania z prawdą.
Nezumi schylił się, by podnieść broń z ziemi. Poruszył dłonią, jakby sprawdzając jej wagę.
 – To pistolet do samoobrony, najnowszy model. Jest dość mały, ale jeśli trafić nim w słaby punkt, byłoby fatalnie. Myślałem, że narobiłby problemów, gdyby ją zatrzymał.
 – I dlatego zdecydowałeś sobie siedzieć dopóki ten zboczeniec nie wyciągnął broni?
 – To zmniejsza ryzyko.
 – Ryzyko? Czyż to nie wspaniałe? – powiedział sarkastycznie Inukashi. – Kiedy mnie napastował ten zboczony skurczybyk, wy dwaj byliście zajęci dyskusją o ryzyku. Wielkie umysły są od nas po prostu inne, co? Następnym razem zapytam was, czy nie poczytalibyście moim psom.
 – Skończ z tym sarkazmem. Chodź, zobacz.
Nezumi odwrócił skórzaną sakwę do góry nogami i potrząsnął nią lekko. Pięć złotych monet wysypało się na stół.
 – Pięć sztuk złota. Nieźle się zaopatrzył jak na tylko jedną noc zabawy, co nie, staruszku?
 – Właściwie to niezupełnie – otworzył usta Rikiga. Jego głos był ciężki i zachrypły, zupełnie różniący się od lekkiego tonu sprzed kilku chwil.
 – Powiedziałem mu, że miałem niezwykłą kobietę, inną od dotychczasowych prostytutek. Musiałem poprosić o wyższą zapłatę, albo zacząłby coś podejrzewać. Ma do tego skłonność.
 – Rozumiem.
Nezumi podniósł złotą monetę.
 – Proszę, Inukashi. Twoja część.
Ciśnięta w powietrze moneta wyślizgnęła się z palców próbującego ją złapać Inukashi i spadła na podłogę u stóp Shiona. Ten podniósł ją i podał Inukashi. Jego opalone palce się trzęsły.
 – Inukashi?
Zacisnął usta. Zdawało się, że może się rozpłakać w każdej chwili. Shion nigdy nie widział u niego takiego wyrazu twarzy. Jego ramiona i ręce także lekko się trzęsły.
Musiał być naprawdę przerażony.
Inukashi, który miał wiele psów na każdą komendę, żył w ruinach i z siłą oraz zacięciem przeżywał każdy dzień, nie był w stanie powstrzymać drżenia własnego ciała. Shion próbował sobie wyobrazić, ile strachu i wstydu musiało go już spotkać.
Nie wiedział, w jakim dokładnie wieku jest Inukashi. On pewnie też nie miał o tym pojęcia. Większość mieszkańców Zachodniego Bloku nie znała własnego wieku, rodziców, miejsca narodzin, ani nawet nie miała pojęcia, jak ma zamiar przeżyć kolejny dzień. Jednak był przekonany, że Inukashi był od niego młodszy, o wiele młodszy niż szesnastolatek. Wiedział, że Inukashi był zdolny do oszustw, złodziejstwa czy nawet wymuszeń bez zmrużenia oka. Rzadko spotykały go szyderstwa czy obrazy. Jednak nie był w stanie znieść grania przynęty w tej farsie, której sceną było łóżko w słabo oświetlonym pokoju.
Wciąż był taki młody.
Z jednej strony Inukashi był naprawdę wściekły, z drugiej zaś przerażony.
 – Przepraszam – powiedział po chwili łagodnie Shion. – Zrobiłem ci coś okropnego. Naprawdę przepraszam.
Inukashi zamrugał. Jego oczy zaczęły robić się czerwone. Jego usta poruszyły się bezdźwięcznie. Shion położył dłoń na kościstym ramieniu chłopca. Nie wydawało mu się, żeby ten gest mógł wyzwolić w nim gniew czy dezorientację. Wiedział, że nie otrzyma przebaczenia. Pamiętał jednak o pewnej rzeczy. Kiedy był jeszcze mały, Karan często kładła mu dłoń na ramieniu w ten sposób. Pamiętał miłe ciepło, które bez żadnego słowa przepływało przez tę łagodną dłoń wprost do jego ciała. To wszystko.
Inukashi nie przestał. Rozluźnił się lekko i oparł czoło o rękę Shiona.
 – Dranie... Nienawidzę was wszystkich.
 – Mhm – mruknął Shion.
 – To było obrzydliwe... Tak bardzo obrzydliwe...
 – Wiem.
 – Tak trudno było nie krzyczeć... Nie wołać was, nie pytać, czemu jeszcze nie wychodzicie... Starać tylko się jak się dało, wiesz...
 – Przepraszam – mruknął ponownie Shion, ściskając mocniej jego ramię.
Eh?
Narastał w nim gniew. Czuł końcówkami palców całkowicie niespodziewaną delikatność jego ciała. To ramię było kościste, a przy tym miękkie. Nie twarde, szorstkie czy napięte przez mięśnie, a delikatne i okrągłe.
Przypominało mu to ramię Safu, które kilkakrotnie zetknęło się z jego własnym.
Czy to... ale jak...
Niemal w tej samej chwili, w której Shion spojrzał na Inukashi, ten odsunął się od jego ręki, a Nezumi rzucił mu kolejną monetę. Tym razem Inukashi złapał ją natychmiast.
 – Bonusik.
 – Jak miło. Zwłaszcza z twojej strony, Nezumi.
 – Nie pracowałeś za darmo. Zgodziłeś się być przynętą za opłatą.
 – Nie musisz mi tego mówić, dobrze to wiem.
 – To nie jęcz tak teraz. Dwie sztuki złota za mniej niż dziesięć minut roboty. Takiej roboty nigdzie nie znajdziesz.
 – Przecież mówię, że wiem! – powtórzył głośno Inukashi. – Ale następnym razem nie licz na mnie przy czymś takim. Ty albo ten naiwny panicz tutaj może się tym zająć.
 – Nie będzie następnego razu.
Nezumi rzucił pozostałe trzy monety w stronę Rikigi.
 – Reszta jest staruszka.
 – A co z wami?
 – Nie potrzebujemy.
 – Powściągliwy w potrzebach, co?
 – Można tak to nazwać.
 – Albo mówisz tak, bo od tego miejsca pieniądze i tak będą bezużyteczne?
 – Prawdopodobnie.
 – Rozumiem...
Szare oczy Nezumiego przypatrywały się skrzywionej przez alkohol twarzy Rikigi.
 – Co jest? – zapytał. – Co to za grobowa mina?
Rikiga nie odpowiedział.
 – Złote monety, staruszku. Twoje ulubione. Czemu ich nie bierzesz? Nie żeby były wysmarowane trucizną, a przynajmniej wydaje mi się, że nie są.
 – Raczej w to wątpię. Mamy coś znacznie bardziej kłopotliwego.
Brązowy płyn poruszył się w jego szklance. Ostry zapach alkoholu dryfował w powietrzu, kłując nosy. Rikiga wziął kolejny łyk taniego napoju i zakaszlał lekko.
 – To pieniądze, które ukradliśmy od wysokiego urzędnika z Świętego Miasta przez oszukanie go i związanie. Połóż na tym łapy, a będzie to kosztować twoje życie.
Nezumi zaśmiał się delikatnie.
 – Teraz zaczynasz się bać?
 – Tak – Rikiga kiwnął głową. Zasłonił usta wierzchem dłoni. – Jesteśmy już na głębokości kolan, a ja dopiero zaczynam się bać. Naprawdę to zrobiliśmy i teraz my... my nastawiliśmy przeciwko sobie No.6.
 – Zawsze byli przeciwko nam. To miasto zawsze było naszym wrogiem. Mówisz, że naprawdę jeszcze tego nie zauważyłeś, czy tylko udajesz? No jak, staruszku?
Rikiga pochłonął resztki z dna swojej szklanki jednym łykiem. Płomień świecy poruszył się, a ich cienie, na wpół pochłonięte przez mrok, zachwiały się lekko.
 – Eve – Rikiga nazwał Nezumiego jego scenicznym imieniem. Alkohol wydawał się zaczynać działać, o czym świadczył jego głos. – ...Nie boisz się umrzeć?
 – Umrzeć? No, to pytanie w ogóle jest poza tematem, co nie?
 – Obracasz przeciwko sobie całe Święte Miasto. Wydaje ci się, że możesz tak z tym żyć? Nie jesteś aż tak naiwny.
 – Staruszku – Dłoń Nezumiego oparła się o stolik. Złote monety zniknęły jakby za sprawą magii.  – Wybacz, ale nie mam zamiaru umierać. Ci, którzy żyją, to ci, którzy zwyciężają. To oni zdechną. A my przetrwamy. Nie mam racji?
 – Mówisz poważnie?
 – Oczywiście.
 – Jesteś szalony. Oszalałeś i żyjesz iluzjami, Eve. Nie mamy szansy wygrać. Nie ma nawet najmniejszej możliwości.
 – Możesz mieć rację.
 – To kompletnie niemożliwe. Wszystko, co mówisz, jest kompletnie niemożliwe. Brednie szaleńca. Jest jedna tysięczna procenta. Masz zamiar stawiać na tak małą możliwość?
 – Jest mała, ale nie równa zeru. A to oznacza, że nie dowiemy się, póki nie spróbujemy.
 – Eve!
 – Daj rękę.
 – Co?
 – Użycz mi dłoni, wasza wysokość – Nezumi złapał mocno nadgarstek Rikigi, odwracając jego dłoń ku górze. Położył ją na swojej własnej. Pojawiły się trzy złote monety.
 – Twoja część, staruszku. Nie zapomnij jej wydać.
Pusta butelka po alkoholu wyślizgnęła się z dłoni Rikigi i spadłą na podłogę. Krople ze szkła rozpierzchły się we wszystkich kierunkach, trafiając na ziemię.
 – Weź przykład z Inukashi i zaakceptuj to posłusznie. Już wprawiliśmy tryby w ruch. Nie możemy się cofnąć. Żadne z nas.
 – Żadne z nas, co... – Rikiga spojrzał na monety w swojej dłoni, skrzywiając usta. – Aż do samego końca, tak to można ująć.
 – Prawda. Ważni partnerzy. Wszyscy mamy własne role, a kurtyna już się podniosła. Lepiej nie myśl o nawianiu w takim momencie, staruszku, bo na to już dawno za późno.
 – A co gdybym odmówił odegrania mojej roli? Zabijesz mnie?
 – Jeśli tak sobie życzysz.
 – Znając ciebie pewnie znalazłbyś na to jakiś piękny sposób – powiedział gorzko Rikiga. – Co, rozetniesz mi gardło? Przebijesz serce?
 – Nie przeceniaj mnie. Walka nożem jest trudniejsza, niż amator może sobie wyobrazić – Nezumi odwrócił się do Rikigi z uśmiechem. Rikiga wsunął podbródek, przybierając kamienny wyraz twarzy. – Ręka może mi się wyślizgnąć i trafić w złe miejsce. Niezbyt miło dla ofiary, nie? Wiłaby się i cierpiała, nie mogąc umrzeć szybko. Makabryczne, niewątpliwie. Nie chciałbym patrzeć, jak jeden z moich cennych przyjaciół umiera w ten sposób.
Rikiga wydał dziwny, niski dźwięk z gardła, upuszczając złote monety do kieszeni. Wypowiedział wtedy tylko jedno słowo.
 – Demon.
Inukashi pociągnął nosem ze swojego miejsca za Shionem.
 – Zawsze wiedzieliśmy jakim jest demonem. Nie ma sensu teraz tego wyciągać.
,,Nie''.
Shion złożył dłoń w pięść.
Nezumi nie był demonem. Wiedział o tym lepiej niż ktokolwiek. Raz po raz jego życie było ratowane, mogło umknąć nadchodzącemu niebezpieczeństwu. Łapał dłoń, którą wyciągnięto, by mu pomóc. Jego życie nie było wszystkim, co zostało ocalone – jego dusza w formie, w której miała pozostać, także została uratowana. Wierzył w to.
Nezumi pomógł Shionowi się podnieść i nauczył go, jak patrzeć na świat. Zamiast świata otoczonego niesforsowanym murem, odizolowanego i kontrolowanego, pokazał mu świat, którego granicą był jedynie horyzont, gdzie wiele form ludzkiego życia tętniło w jednym miejscu, gdzie style życia, dobra materialne i sprawiedliwość były takie same dla każdego. Gdyby nie spotkał Nezumiego, żyłby i zestarzał się, nawet nie mając o tym pojęcia. Żyłby spokojnie w Świętym Mieście No.6, uprzywilejowany fałszywą witalnością i bezpieczeństwem, nigdy nie myśląc nawet o świecie poza murem.
,,Spójrz''.
Nezumi mu kazał.
,,Wyjdź ze swojego sztucznego świata i podejdź tutaj''.
Kazał mu patrzeć własnymi oczami. Myśleć za siebie.
,,Myśl. Myśl co jest ważne, czego chcesz, w co wierzysz; zapomnij o wartościach, moralności i sprawiedliwości, którą ci wmówiono, z której zrobiono twoje łańcuchy''.
Powtarzał mu to setki razy. Chwilami z pasją, czasem chłodno, swoim głosem, spojrzeniem i działaniami Nezumi powtarzał mu to bez przerwy.
Odkąd spotkał Nezumiego, myślał o tych wszystkich rzeczach. Swoich uczuciach, żądzach, odczuciach, nadziejach, myślach, o tym, w co chciał wierzyć. Wciąż było wiele rzeczy, których jeszcze nie doznał, jednak by w ogóle mógł myśleć i się nad nimi zastanawiać, on wskrzesił duszę Shiona i pozwolił krwi znowu płynąć.
To właśnie oznaczało życie.
Sprawić, by własna dusza była naprawdę własna. Nie oddawać jej nikomu innemu. Nie być zdominowanym. Nie pozwolić się zmanipulować.
Po to trzeba było żyć.
Nezumi go tego nauczył. Dał jego duszy nową krew.
,,I...''
I Shion wszystkich w to wmieszał. Nie Nezumi. Shion wciągnął w to pozostałą trójkę, tylko po to, żeby uratować uwięzioną przez Ministerstwo Bezpieczeństwa w Zakładzie Karnym Safu. Wciągnął ich w niebezpieczną walkę, w której ich szanse przeżycia były mniejsze niż jeden do stu, jak powiedział Rikiga.
 – Co jest, Shion? Wyglądasz strasznie... Jak nie ty –  Inukashi wysunął się z pytającym wyrazem twarzy. Shion pokręcił głową.
 – To nie tak.
 – Eh?
 – To nie tak, Inukashi, Rikiga. To wszystko moja...
Jego oczy napotkały się z tymi Nezumiego. Czy może raczej jego oczy zostały pchnięte i zmuszone do spotkania z jego silnym spojrzeniem. Zimne, szare oczy Nezumiego zawsze błyszczały energią i były piękne. Jednak pomimo tego nigdy nie ukazywały żadnych emocji. Nie zmieniły się ani trochę od dnia, w którym po raz pierwszy się spotkali. To nadal była ta sama para oczu, która wpatrywała się w niego, gdy przyciskał zimne palce do jego gardła. Nezumi powoli spuścił wzrok i mruknął, jakby śpiewając:
 – Ja jestem duch, co zawsze mówi: nie. Toteż wszystko razem, co wy zwiecie grzechem, zniszczeniem, krótko – zła zespołem, najistotniejszym moim jest żywiołem.
 – Co to? – Inukashi pokręcił nosem. – Shion, co do cholery, mówi ten zdegenerowany aktor?
 – Mefistofeles.
 – Eh? Co? Jadalne to?
 – Pojawia się w książce, w ,,Fauście''. Jest... demonem.
 – Czyli demon recytuje kwestie demona. Pasuje idealnie.
 – Nie, jak mówiłem, Nezumi nie jest...
Mężczyzna nagle jęknął. Próbował się przekręcić.
 – Wygląda na to, że nasz gość się obudził – Nezumi zdjął skórzane rękawiczki i rzucił je nonszalancko. Na jego ustach zagościł lekki uśmiech.
 – Niech się więc zacznie Akt I, Scena II.
Rikiga spojrzał w sufit i westchnął. Inukashi wzruszył ramionami. Odwrócił się do Shiona.
 – Shion – odezwał się.
 – Hm?
 – On jest demonem.
 – Eh?
 – On jest demonem, a ty jesteś tym, kto nie wie, jak się sprawy mają. A przynajmniej ja tak myślę.

==Koniec rozdziału 1==
Wykorzystano fragm. Króla Lira w przekładzie Józefa Paszkowskiego i Fausta w przekładzie Feliksa Konopki. Pełna kwestia Mefistofelesa brzmi:
Ja jestem duch. co zawsze mówi: nie.
I słusznie, wszystko bowiem, co powstaje,
Do wytępienia tylko się nadaje,
Więc lepiej niech się nic już nie tworzy w tym
świecie.
Toteż to wszystko razem, co wy zwiecie
Grzechem, zniszczeniem, krótko — zła zespołem,
Najistotniejszym moim jest żywiołem.


czwartek, 29 marca 2012

Tom III: Rozdział 5


((Taak... wiedziałam, że ten moment nadejdzie... Oto ostatni rozdział 3 tomu. Co do konkursu - totalnie nie wypalił xD I to jak. Ale jedna praca przyszła. I ten mój uśmiech na twarzy. W odpowiedniej zakładce informacje pojawią się w ciągu godziny. Tymczasem cieszcie się proszę kolejnym rozdziałem, tym razem z korektą samej Dżun, albowiem Ayo termin wysłania pracy do Omikami się zbliża i musiała się za to ostro wziąć xD Idą rekolekcje (yay!) więc za posłowie też się zabiorę~~ Miłego wieczoru, panie i panowie~!))

Rozdział 5

W kompanii kłamstwa

W dniach starości, 
Wciąż jeszcze śmiertelny był Budda;
U naszego kresu
My także będziemy Buddami.
To wielkie wyróżnienie
Musi dzielić wszystkich posiadaczy
Natury Buddy!
Opowieści Heike: Giou



Shion powoli podniósł się z podłogi. 

W piecyku dogasał ogień, a w pokoju panował przeraźliwy chłód. Skulony tuż przy skórze Shiona Cravat, uniósł lekko główkę i pisnął. 

 – Cii... – Shion owinął kocem myszkę. – Śpij sobie dalej. Tylko, proszę, nie hałasuj, dobrze?

Shion przywykł już na tyle do tego pomieszczenia, że nie miał problemów ze znalezieniem drogi w ciemnościach. Powoli zbliżył się do drzwi. Nacisnął klamkę, po czym obejrzał się jeszcze zanim zdążył za nią pociągnąć. Wsłuchał się uważnie, ale nie słyszał żadnego ruchu. 

Wydawało się, że ból emanujący z rany Nezumiego nie uniemożliwił mu spokojnego snu.

„Tak mała rana nie była w stanie na tyle mu zaszkodzić” – wciąż było jeszcze tyle rzeczy, które chciał powiedzieć Nezumiemu. Szczęście, jakiego doznał od chwili, w której go spotkał, wdzięczność za wszystko, co dla niego zrobił i cały szacunek jaki od niego otrzymał; Shion nie był w stanie tego odpowiednio przekazać. 

„Cieszę się, że cię poznałem”.

„Tyle zdołałem mu powiedzieć”.

Shion wziął głęboki wdech i opuścił pokój.


***


Zaświeciła się lampka, sygnalizująca bezpośrednie połączenie z Ratusza Miejskiego. Człowiek podniósł wzrok z nad dokumentacji badań, cmoknąwszy wcześniej z irytacją. Dokument wydrukowany na kartce papieru dekady temu był wyjątkowo interesujący, a on chciał go jeszcze trochę poczytać. Jednak lampka nieubłaganie kuła jego oczy czerwienią, sygnalizując sytuację alarmową. Człowiek jeszcze raz cmoknął, po czym odłożył papiery.

Gdy wcisnął przełącznik, na ekranie pojawiła się znajoma twarz. Należała do człowieka, nazywanego niegdyś Fennec. 

Fennec – pustynny lis. Kto pierwszy go tak nazwał?

 – Co jest, Fennec?

 – Mamy problem. Przywieźli właśnie dwie próbki z Centralnego Szpitala. 

 – Coś z nimi nie tak?

 – Żadna z nich nie daje się zapisać.

 – Co?

 – Są zupełnie inne od reszty próbek, o jakie nas prosiłeś. Wszystko dzieje się po swojemu, są całkowicie poza naszą kontrolą. 

 – Może jest za wcześnie, żeby uznać je za próbki. Nic innego nie mogłoby być przyczyną?

Fennec pokręcił głową. Obraz na ekranie się zmienił. Syntezator odczytał dane personalne obydwu ciał. 
Nazwisko, wiek, adres, zajęcie, historia chorób, ograniczenia fizyczne, numer obywatelstwa...

Mężczyzna i kobieta. Dwa ciała. Obydwie twarze wykręcone przez cierpienie, były stare i pomarszczone. Gdyby pominąć ich wyrazy twarzy, można by to łatwo zakwalifikować jako śmierć ze starości. Jednak z dokumentacji wynikało, że jedno z nich miało dwadzieścia, a drugie trzydzieści lat. 

 – Masz rację, to musi być przez nich – mruknął mężczyzna. Ekran ponownie się przełączył, znowu ukazując Fenneca. Człowiek westchnął cicho. 

 – ...Co to wszystko może znaczyć?

 – Ty mi to powiedz! – Fennec podniósł głos, poruszając nieznacznie uszami. Ach, tak. To był jego nawyk. Od czasów młodości zawsze poruszał uszami, kiedy górę brały w nim emocje. Dlatego nazywano go Fennec. Lis fenek posiadał najdłuższe uszy spośród wszystkich przedstawicieli swojej rodziny, docierające do 15 centymetrów. 

 – Tylko jak mogło się zdarzyć coś takiego? – kontynuował Fennec. – Nie wierzę w to. Co się w ogóle dzieje?

 – Coś musiało pójść nie tak – odpowiedział mężczyzna. – Ale to nieważne. Nie powinieneś się tym martwić. 

Gardło Fenneca ruszyło się, gdy przełykał jego słowa. 

 – Jesteś pewien?

 – Naturalnie. 

 – Wiesz, to ty masz tu największą odpowiedzialność za cały ten projekt. 

 – Nieoficjalnie – dodał człowiek. – Chociaż nic z tego projektu nie jest oficjalne.

 – Ale jeśli się uda, Projekt Miasta No.6 nareszcie będzie zakończony. Prawda?

 – Tak.

 – Więc małe wpadki raczej nie narobią nam problemów. 

 – Wiem. Ale i tak zrobię małe śledztwo w poszukiwaniu przyczyny. Wyślij zwłoki do Specjalnej Sali Autopsyjnej, Sekcja V. 

 – Już to zrobiłem. 

 – Więc od razu przystąpię do roboty. 

 – Proszę bardzo. Będę czekał na raport. 

 – Rozkaz. 

 – A tak – dodał Fennec. – Jak już uporamy się z tym całym bałaganem, planuję małe sprzątanie.

 – Sprzątanie? Od dawna tego nie słyszałem. Powiedz, już niedługo zaczną się obchody Świętego Dnia, prawda?

 – Tak, znowu nadchodzi ten pobożny dzień. Jeśli potrzebujesz czegoś do eksperymentów, załatwię ci wszystko.

 – Jakże hojna dzisiaj Wasza Ekscelencja.

 – Przestań to tak upiększać, jeśli możesz.

 – Kiedy przecież w końcu zostaniesz absolutnym władcą tej ziemi – powiedział. – Jeden jedyny król. Chyba będę musiał zacząć cię nazywać Wasza Wysokość. 

 – To jak ja mam do ciebie zwracać?

 – Niech zostanie tak, jak jest teraz. Jeśli nadal będę miał dostęp do wszystkich najważniejszych placówek badawczych, to o nic więcej nie mogę prosić. 

 – Powściągliwy w prośbach jak zawsze. Więc ufam, że zajmiesz się swoją robotą. 

Obraz na ekranie wyłączył się cicho. Mężczyzna przejechał wzrokiem po częściowo przeczytanych dokumentach. Niestety wyglądało na to, że dzisiaj już nie dokończy lektury. 

W dokumentacji była mowa o intrygującym gatunku mrówek, zwanego Eciton Burchelli, żyjącego w Środkowej i Południowej Ameryce. Mrówki te tworzyły kolonie, skupiające ponad 500 000 osobników. Nie mając jednocześnie stałego miejsca do życia, a wędrując między prowizorycznymi obozowiskami przez całe życie. Jedyną powinnością królowej było składanie jaj, a członkowie kolonii niemal nie mieli na nią wpływu. Mrówki wojowniczki i robotnice, duże i małe, wszystkie poruszały się zgodnie z instynktem, a w rezultacie kolonia funkcjonowała jak dobrze naoliwione tryby zegara, zupełnie jakby dowodził nią jeden wielki intelekt. 

Mrówki tak samo jak i pszczoły stworzyły idealny system społeczny.

Nie było opcji, żeby ludzie nie potrafili zrobić czegoś, co mogły zrobić ich insekty. Każdy mógł posłusznie wypełniać swoją rolę. Bez myślenia, bez żadnych podejrzeń, po prostu wykonywałby zadania. Mózgi były niepotrzebne. Z duszy nie było żadnego pożytku. 

Kolonia licząca 500 000 osobników, dowodzona przez jednostkę.

„Powściągliwy w prośbach, mówisz? Masz rację Fennec, niczego nie pożądam. Nie muszę. Bycie zniewolonym przez własne żądze nigdy mnie nie dotknęło, nie to, co ciebie”.

Mężczyzna uśmiechnął się dyskretnie, naciskając przycisk windy, mającej go dowieźć prosto do Specjalnej Sali Autopsyjnej.


***


Oszroniona trawa pod butami wydawała się pękać, gdy na nią stanął. Podczas wschodu słońca szron błyszczałby bielą, a otwarta przestrzeń pokryłaby się na moment światłem. Jednak na to było jeszcze za wcześnie – słońce miało wstać dopiero za kilka chwil. Shion zatrzymał się, unosząc twarz ku północnemu niebu. Chciał dotrzeć do Zakładu Karnego przed świtem. Nie miał pojęcia, co zrobić, kiedy już tam dotrze. Ale musiał iść. Tylko o tym potrafił myśleć. Dlaczego Safu zabrano do Zakładu Karnego, kiedy powinna być za granicą? Co to miało z nim wspólnego? Jeśli rzeczywiście tak się stało, to czy z Karan wszystko w porządku? Przez jego ciało raz po raz przechodziły niespokojne i niepewne dreszcze, uniemożliwiając oddychanie i uciskając serce. Nie chciał nikogo stracić, matki, Safu, ani Nezumiego. Zrobiłby wszystko, żeby ich chronić. Był na siebie zły, że nie potrafił wymyśleć, jak to zrobić. 

Nawet teraz, gdy on sobie szedł, Safu pewnie siedziała przerażona w samotności. Miał coś do zrobienia. Musiał ją uratować i stamtąd wyciągnąć. Tylko jak? Jak miał...

Pisk. Pisk. 

Cichy głosik. Zatrzymał się. Jego przywykłe już do ciemności oczy zwróciły się ku główce, wystającej z trawy.

 – Cravat?

Podniósł maleńką myszkę.

 – Szedłeś za mną aż tutaj? Wracaj do domu, nie powinieneś... – gdy tylko wymówił to na głos, doszło do niego, że to nie Cravat. Ani Hamlet. To nawet nie było żywe stworzenie. Ta myszka nie miała w sobie ciepła żywych zwierząt. 

 – To jest... Robot?

 – Nawigator – odezwał się za nim głos. Nie musiał się nawet oglądać, by wiedzieć, do kogo należał. 

Nezumi równie wolno zbliżał się do niego. Wyrwał maleńkiego robota z rąk Shiona i rzucił go na ziemię.

 – Prosty robot–przewodnik z trójwymiarową opcją znajdowania kierunku. Ostrzega cię, bo idziesz w złą stronę.

 – Złą stronę?

 – Nie szedłeś do Inukashi? Miałeś zamiar wyczyścić te zapchlone, długowłose kundle, bo dostawały już zapaleń skóry, nieprawdaż? Coś wcześnie wychodzisz, nie? Jakże pilnie z twojej strony. Tylko idziesz w złym kierunku.

Shion zaczerpnął lodowatego powietrza w oczekiwaniu na świt. 

 – To nie ma z tobą nic wspólnego – odpowiedział uszczypliwie. – Nie twoja sprawa, co robię, czy gdzie idę. Niedobrze mi się robi, gdy widzę twoją zabawę w anioła stróża. Nie jestem bezbronnym dzieckiem. Po prostu zostaw mnie i wiesz co – zaczął, – wystarczy. Jeśli nadal uważasz, że masz wobec mnie ten swój dług za to, co sie wydarzyło cztery lata temu, to wiedz, że już go spłaciłeś. I to z nawiązką. Mam zamiar się od ciebie uwolnić. Chcę robić co mi się podoba bez twojej kontroli. To moja decyzja, więc nie wchodź mi w drogę. 

Gdy wypuścił powietrze, zapadła cisza. Było zbyt ciemno, by zobaczyć twarz Nezumiego. Jego cienista sylwetka poruszyła się lekko. Po chwili dał się słyszeć cichy aplauz. 

 – Całkiem niezła recytacja, jak na amatora. Może jednak masz jakiś talent aktorski. To na pewno było lepsze niż ten wczorajszy pocałunek. 

Wydawało mu się, że zobaczył prześlizgującą się z góry prawą rękę Nezumiego, gdy silny cios uderzył go w podbródek. W jego ustach pojawiła się krew. 

 – Co do...?!

 – Pozbieraj się, skoro masz czas na zadawanie pytań. Leci następny.

Dojrzał cholewkę buta Nezumiego, lecącą prosto na niego. Shion instynktownie odskoczył na bok.

 – Nie zatrzymuj się tak po prostu. 

Kopniak wylądował prosto na jego żebrach. Oddech ugrzązł mu w gardle. Odkaszlnął z zamkniętymi oczami na pokrytą szronem ścieżkę.

 – Nie zamykaj oczu i nie odwracaj się, kiedy atakuje przeciwnik. Ruchy!

Shion przetoczył się, by chwycić parę kamyków i rzucić nimi w Nezumiego, wykopując w niego w tym samym momencie ziemię i podniósłszy się, zaszarżować na niego ramieniem. Nagle ześlizgnął się przez uderzenie w nogi, upadając na ziemię. Tym razem nie mógł już się podnieść. Widział gwiazdy. Gwiazdy rozrzucone po niebie, przygotowującym się na nadejście wschodu, były niesamowicie jasne. 

Został złapany za ramię i podniesiony z trawy. 

 – Shion, to twoja kara!

 – Za co?!

 – Okłamałeś mnie!

 – Cóż...

 – A więc przyznajesz się do tego, tak?!

 – Tak... chyba.

 – Twoja druga zbrodnia. Nie doceniłeś mnie.

 – Nigdy w życiu.

 – Okłamanie kogoś oznacza, że go nie doceniasz. Naprawdę myślałeś, że ja to łyknę? Jeśli to nie obraza, to nie wiem, do cholery, co innego.

 – Starałem się jak mogłem – zaprotestował anemicznie Shion.

 – Cóż, w takim wypadku dobry pisarz czy polityk to by z ciebie nie był, skoro nie umiesz nawet wymyślić dobrego kłamstwa.

 – Było aż tak źle?

 – Obrzydliwie. Ale to mnie właśnie wkurza najbardziej, Shion...

 – Tak?

 – To, że musiałeś sobie ubzdurać, że jestem jakimś głupim dzieciakiem, który nie odróżni jednego rodzaju pocałunku od drugiego. Co za pocałunek na dobranoc? Pieprzenie.

Nezumi zbliżył się do Shiona, by mocno złapać go za kołnierz.

 – Słyszysz mnie? Nigdy więcej pocałunków na pożegnanie.

 – Przepraszam.

 – I nigdy więcej nie próbuj mnie okłamać. 

 – Nie będę.

 – Przysięgnij.

 – Przysięgam.

Puścił go. Nezumi usiadł na ziemi, wpatrując się w gwiazdy.

 – Słyszałem, że dziwne rzeczy dzieją się w No.6. 

 – Dziwne?

 – Nie znam szczegółów, ale Inukashi zbiera dla mnie informacje. Jeśli nam się uda, może będziemy mogli wykorzystać tego staruszka Rikigę i od jego klientów też coś wyciągnąć. Wygląda na to, że w Zakładzie Karnym też się coś dzieje. Panuje pewnego rodzaju ożywienie w No.6 i poza nim. Trochę dziwne, nie sądzisz?

 – Zakład Karny? Nezumi, o czym ty...

 – Twoja ważna przyjaciółka, czy co tam mówiłeś, że to jakaś najlepsza, nie? 

Podał Shionowi liścik od Karan. Jego palce zaczęły się trząść, gdy przeczytał notatkę. 

 – Twoja mama jest bezpieczna. Co do dziewczyny nie byłbym  pewny. Ale nie panikuj. Teraz musimy zebrać informacje i ułożyć plan. Inukashi  nam pomoże. Przygotowujemy się, żeby zinfiltrować Zakład Karny tak szybko, jak się da. Rozumiesz? Nie idziemy tam dać się zabić. Idziemy ją uratować. Bądź spokojny.

Shion kiwnął głową. 

– Czyli w końcu ciebie też w to wciągnąłem. 

 – To nie twoja wina. Inukashi twierdzi, że też coś czuje, a i ja mam własne podejrzenia. Czemu mieliby więzić członka swojej ukochanej elity? Jest szansa, że to może mieć coś wspólnego z pasożytniczymi osami. 

 – Pasożytnicze osy, mówisz... ale nie są aktywne w tej części roku. 

 – Dlatego coś musiało się wydarzyć, coś niespodziewanego. A jeśli tak, to może być gra warta ryzyka. W każdym razie, Inukashi skontaktuje się ze mną, kiedy tylko będziemy gotowi do wykonania następnego ruchu. Do tego czasu my też musimy zebrać potrzebne informacje i się przygotowywać. 

Nezumi wstał, by przemówić pięknym głosem, rozbrzmiewającym w kryształkach lodu.

 – Rozchmurz się. Będzie dobrze. Już my się o to postaramy. 

– Dzięki. Znowu mnie uratowałeś.

 – To dopiero początek.

Shion także wstał, po czym zawołał jego imię.

 – Nezumi.

 – Hm?

 – Nie będziesz się przejmował jeśli...

 – Eh? Jeśli co?

Gdy tylko Nezumi przeniósł na niego wzrok, Shion zamachnął się z całych sił i przyrżną mu w twarz tak mocno, jak tylko umiał. Nezumi naturalnie nawet się nie zatoczył, ale zdecydowanie był zaskoczony. Wziął oddech, by krzyknąć:

 – Co to, do cholery, było?!

 – Kara.

 – Kara?

 – Ukryłeś to przede mną. Nawet słowem nie wspomniałeś o liściku. 

 – A co by to dało?! Wałęsałbyś mi się tylko po nocy jak dzisiaj. Zrobiłem ci przysługę i szukałem za ciebie. Mówisz, że nie mam nawet prawa się o ciebie mar... a nie, chwila, gdzieś już to słyszałem.

 – Martwienie się o mnie, a ukrywanie przede mną wszystkiego to dwie różne sprawy. Nie chcę żebyś mnie zamykał w klatce. Nie chcę dalej żyć łatwym życiem i być przez ciebie cały czas chroniony. 

Shion powoli zacisnął pięść, nadal czując na dłoni policzek Nezumiego. 

 – Chcę być ci równy!

Nezumi zgarbił ramiona i uniósł prawą rękę w geście przysięgi. 

 – Rozumiem mój błąd. Więcej go nie popełnię. 

 – Przysięgasz?

 – Przysięgam na mój policzek. 

W oddali zapiał kogut. Nawet w ciemnościach czuć było nadchodzący mroźny świt. Już za kilka chwil wschodnie niebo miało zrobić się jaśniejsze, a światło słońca odpędzić ciemności. Ich pierwszy dzień walki miał się właśnie zacząć. 


***


Safu próbowała się obudzić. Wydawało jej się, że wraca jej czucie. Jednak jeśli o odczucia fizyczne chodzi, nadal nie było ich zbyt wiele. 

„Gdzie ja jestem?”

„Gdzie ja jestem?”

„Co ja tu robię?”

„Czy ja śnię?” 

„Muszę pamiętać”.

„Co pamiętać?”

„Bardzo ważną osobę”.

„Ważną osobę”.

 – Safu.

Bardzo blisko siebie usłyszała męski głos.


„Nie”.

„To nie ten głos”.

„Głos, na który czekam...”

„To nie ten głos”.

 – Jak się czujesz? Zgaduję, że trochę inaczej niż zwykle, prawda? Ale niedługo i do tego przywykniesz. Mam nadzieję, że podoba ci się ten specjalny apartament. To najlepszy, o jaki mogłabyś prosić i jest cały tylko dla ciebie, Safu.


„Nie lubię tego głosu”.

„Nie wymawiaj mojego imienia”.

„Nie wymawiaj mojego imienia...”

„...tym swoim głosem”.

 – Safu, jesteś bardzo ładna. Nawet piękniejsza niż sobie wyobrażałem. Piękna, bez dwóch zdań. Jestem tym nawet usatysfakcjonowany. 


„,Nie lubię tego głosu...”

„Ani tego zapachu...”

„Pachnie jak krew...”

„Zapach krwi”.

 – Jestem dzisiaj odrobinę zajęty. Później jeszcze przyjdę, Safu. Powinnaś się rozluźnić i chwilę odpocząć. 

„Tylko dlaczego...”

„Wszystko jest takie...”

„...zamglone?”

„Ale ja...”

Przez jej nie do końca jeszcze przywróconej świadomości przewinęła się cienista sylwetka. 
Te oczy, te paznokcie, te usta, to oddalone spojrzenie, ten energiczny uśmiech, ten pochmurny wyraz twarzy, te długie palce... Ach, słyszała nawet jego głos.

 – Zawsze myślałem o tobie jak o przyjaciółce.

Zawsze był takim dzieciakiem. Nigdy się nie domyślił, co do niego czuła. Kochała tę jego dziecinną, pochłoniętą przez wszystko duszę. Kochała go, jak nikogo innego. Nawet teraz...
Znowu traciła świadomość. Ciemności owinęły się lekko wokół niej.


„Już nigdy cię nie zobaczę...”

„Shion”.


***


Shion spędził większość dnia na zajmowaniu się psami. Z rana Inukashi się nie pojawił, przez co Shion sam musiał przygotować jedzenie dla kilkudziesięciu psów. Nie miał ani chwili na odpoczynek, jednak nawet go nie potrzebował. Przeciwnie, cieszył się z tego. Przez zajmowanie się pracą mógł chociaż na chwilę zapomnieć o swoim zniecierpliwieniu. 

„Nie spiesz się i poczekaj cierpliwie. Spokojnie”.

Słowa Nezumiego raczej nie cierpiały sprzeciwu, a jedynym co mógł zrobić było kiwnięcie głową i podporządkowanie się. Jednak nie mógł nic zrobić ze swoją niecierpliwością. Nie mógł pozostać spokojny.

„Nawet kiedy ja mogę tylko o tym rozmyślać, Safu jest...”

Za każdym razem, gdy przypominał sobie o tym, jego emocje zaczynały rzucać się w agonii, panikował i przygryzał wargę aż zaczynała krwawić. 

Pies pisnął wysoko. Był to jeden z mniejszych szczeniaczków, które przyszły na świat jesienią. Do Shiona doszło, że odleciał myślami w momencie nakładania im jedzenia. 

 – Ach, przepraszam.

Szybko pozbierał resztki ich jedzenia i wrzucił do misek. Szczeniaczki szybko machały swoimi identycznymi ogonami, wpychając mordki w jedzenie. W miejscu, w którym nawet ludzie umierali z głodu, Inukashi nadal był zdolny zapewnić psom dość jedzenia, by nie musiały głodować. 

Resztki jedzenia zwożone były do ruin w środku nocy, gdzie sortowano je na jedzenie dla ludzi, idące do sklepów i resztki dla psów. Shion w końcu dowiedział się, skąd pochodziły. Inukashi pewnie je też szmuglował. Nezumi również zniknął wcześnie tego ranka. 

Co on mógł robić?

Im więcej się nad tym zastanawiał, tym bardziej rozumiał swoją bezsilność. Denerwowało go to. Nie mógł siedzieć spokojnie. Znowu przygryzał wargę, próbując się pozbierać.

Poczuł coś ciepłego na tyle swojej dłoni. Spojrzał w dół, by zobaczyć liżącego go pieska. Cravat wystawił główkę z jego swetra, jednak po chwili schował się z powrotem. 

Chciał pokazać Safu tego szczeniaczka i tę myszkę. By mogła ich dotknąć i poczuć ciepło ich małych języczków czy ciałek. 

Safu była mu ważna. Jednak nie w miłosnym sensie – spokojniej, ze znacznie większym namaszczeniem. Kochał ją jak rodzinę, jak bliskiego przyjaciela. Jakikolwiek był to rodzaj miłości, nic nie zmieniało faktu, że się o nią martwił. 

Zamknął oczy, wzywając jej imię.

„Safu”.


***


 – Chcesz, żebym z tobą współpracował? – odezwał się Rikiga ze zniesmaczeniem.

 – Tak – odpowiedział Nezumi. – Chcę żebyś wyciągnął informacje ze swoich klientów – Nezumi usadowił się wygodnie w fotelu, kładąc nogi na stół. 

 – Informacje? W sensie o Świętym Mieście?

 – No.

 – A co mi to da?

 – Niesamowity zysk.

Rikiga wstał i zbliżył się do Nezumiego. Byli w pokoju, którego używał jako swojego miejsca pracy. Roiło się w nim od magazynów i pustych butelek, przez które pomieszczenie śmierdziało alkoholem. Spojrzawszy z góry na Nezumiego, Rikiga wykręcił twarz z niezadowoleniem. 

 – Całkiem długie te twoje nogi. Chwalisz się, czy co?

 – Jakiż to honor, usłyszeć od ciebie komplement. Zarabiam nimi, muszą jakoś wyglądać. 

Rikiga zepchnął jego stopy z blatu.

 – Jazda mi z tymi nogami. Ty to nazywasz dobrym wychowaniem? – powiedział z pogardą Rikiga. – Nawet podstawowych manier nie posiadasz.

 – Używam manier przy ludziach, którzy na nie zasługują. 

 – Nie kłap tak jęzorem, bo zmęczysz się jeszcze – kontynuował Rikiga. – Ta przysługa, o którą prosisz, to jakaś część sztuki? Ćwiczysz nową rolę?

 – To prawdziwy wypadek. 

 – Prawdziwy wypadek, co? Niesamowite zyski, mówisz? Śmieszne.

Nezumi spojrzał na Rikigę, a na jego twarzy zagościł uśmiech. 

 – Co jest? – zapytał. – Tu chodzi o robienie fortuny, uwielbiasz to przecież. Nie chce ci się, czy co?

 – Skąd pomysł, że uwierzę w gadkę trzeciorzędnej aktorzyny?

 – To komu uwierzysz? Shionowi?

Spojrzenie Rikigi się ożywiło. 

 – Shion? A co Shion ma do tego?!

 – Oj całkiem dużo.

 – Wmieszałeś go w to, Eve?

 – Nie. To Shion zasadził nasiona, po prostu kiełkują w moim ogródku. 

 – Co masz na myśli?

 – Jeśli zgodzisz się pomóc, to ci powiem. 

 – Gadaj.

 – Po pierwsze, chcę listę twoich klientów. Kiedy znowu przyjdzie jakiś wysoki urzędas z No.6, żeby się zabawić? Chcę znać jego nazwisko i pozycję. 

Rikiga westchnął krótko i splótł ramiona na piersi. 

 – Eve, ile ty masz lat?

 – Mniej niż ty, staruszku.

 – Chyba nawet mógłbyś być moim synem. Chciałem powiedzieć to jakiś czas temu, dzieciak jak ty nie ma prawa patrzeć na dorosłych z góry. Powinieneś ponieść konsekwencje. 

Nie spuszczając oka z Nezumiego, Rikiga zawołał głośno Conka. Drzwi pokoju obok otworzyły się i stanął w nich ogromny mężczyzna.

 – To mój nowy ochroniarz – powiedział Rikiga. – Niedawno go zatrudniłem. Był kiedyś zapaśnikiem i ludzie stawiali na niego grube pieniądze. Prawie zabił paru ludzi gołymi rękami. Na ringu i poza nim. 

Człowiek w ciszy spojrzał na Nezumiego. Był tak wielki, że brudne pomieszczenie wydało się mniejsze tylko przez to, że do niego wszedł. 

 – Conk, chciałbym żebyś powitał odpowiednio tego małego księcia. Nie musisz go zabijać. Wystarczy, że nie wyjedzie mi tu znowu z jakimś małym draństwem. 

 – Eh? – zawahał się Conk. – Em...

 – Żadne „em”, mówię żebyś nauczył mi tego dzieciaka jak wygląda cios dorosłego – powiedział z irytacją Rikiga. 

Conk oblizał usta, postawił krok naprzód, a po nim kolejny. Nezumi wstał. Rikiga uśmiechnął się z wyższością. 

 – To kara, na którą zasługujesz, Eve. 

Conk się zatrzymał. 

 – Eve... To naprawdę ty, Eve?

Nezumi uśmiechnął się, wystawiając dłoń w delikatnym geście. Jego zmysłowy uśmiech sprawił, że nawet Rikiga zamrugał. 

 – Więc nazywasz się Conk? Miło mi cię poznać, Conk. Dziękuję, że zawsze przychodzisz oglądać mnie na scenie. Nigdy nie wyobrażałbym sobie, że mógłbym cię spotkać w takim miejscu. Jestem niezmiernie szczęśliwy. 

 – Och... ja też, Eve. 

Conk zarumienił się lekko, delikatnie ujmując wysuniętą dłoń. 

 – Zawsze byłem twoim fanem. Widziałem prawie wszystkie twoje występy.

 – Wiem. Odstajesz od reszty, więc zawsze widzę, kiedy jesteś. Wysłałeś mi nawet kilka prezentów. Zawsze chciałem ci bezpośrednio za nie podziękować. 

 – Naprawdę? Ty... Ty naprawdę wiedziałeś kiedy... kiedy ja...

 – Oczywiście. Ostatnim razem nawet płakałeś. Patrzyłem na ciebie ze sceny, wiesz.

 – Patrzyłeś? Patrzyłeś na mnie?

 – Patrzyłem. 

 – Eve... Nie wiem, co powiedzieć... ja...

 – Jesteś przytłoczony?

 – Tak, przytłoczony. Szczęściem. Nigdy nie byłem tak szczęśliwy. Czuję się lekki jak chmurka. 

 – Dziękuję, Conk – powiedział łagodnie Nezumi. – I naprawdę nie chcę ci przerywać, ale chciałbym odbyć z Rikigą–san długą, miłą rozmowę. Czy mógłbyś przynieść mi filiżankę kawy?

 – Oczywiście. A może i coś do jedzenia?

 – Byłoby miło. Mam szanse na ciasto?

 – Naturalnie. Już przynoszę.  

Conk zniknął w pokoju obok z niesamowitą szybkością jak na kogoś o takiej posturze. Rikiga pokręcił głową. 

 – Kawa i ciasto? Wiesz, to i tak jest moje – bąknął Rikiga. 

 – Nie sprzeciwiaj się, bo oberwiesz. Sam to powiedziałeś. Były zapaśnik. Prawie zabił kilku ludzi. Prawda?

 – Teraz rozumiem czemu żona wykopała go z domu – powiedział gorzko Rikiga. – Jest kompletnie bezużyteczny, kiedy najbardziej go potrzebujesz. 

 – To dobry koleś. Pewnie robi niesamowitą kawę. 

Rikiga cmoknął trzykrotnie. 

 – To już coś, Eve. Nie dość, że umiesz się posługiwać nożem, to i seksapilem ludzi omamiasz?

 – Jedno i drugie jest całkiem niezłą bronią. 

 – To używaj broni, którą masz przy sobie. 

Nezumi zniżył się w fotelu, krzyżując nogi. 

 – Eve, nie jesteś szczurem – kontynuował Rikiga. – Jesteś przebiegłym, białym lisem–demonem, doskonałym w manipulowaniu ludźmi. Nie wiem, ile masz ogonów, ale znam kogoś, kto lubi rzeczy tego typu. Należy do elity, pracuje w Centrali Ministerstwa Administacji. Jest moim ulubionym klientem. 

 – Czy to znaczy, że będziesz ze mną współpracował? – powiedział Nezumiego z ponurą miną. Rikiga był poważny. 

 – Słyszałem, że ostatnio coś się dzieje w No.6. 

 – Wiadomości szybko się rozchodzą, co? Jestem pod wrażeniem. 

 – Nie wciskaj mi tu fałszywych komplementów. Mój biznes utrzymuje się z bycia na bieżąco. Ale naprawdę – powiedział zamroczony. – Po raz pierwszy słyszałem o czymś niekontrolowanym w tym miejscu. Ile to już dekad, odkąd istnieje Święte Miasto? Pewnie już czas, żeby rozdarło się kilka powycieranych szwów. A jeśli tak, chcę wiedzieć więcej. Ciągle jestem tego ciekaw, Eve. A jeśli Shion jest w to zamieszany, nie mam zamiaru przejść koło tego obojętnie. 

 – Aż taki jest dla ciebie ważny?

 – Przypomina mi Karan. I w przeciwieństwie do ciebie, on jest miły i prawdomówny. Karan dobrze go wychowała. Pewnie otoczyła go miłością.

 – Co jest, staruszku?

 – Co?

 – Coś taki uroczysty? Chory jesteś, czy co?

 – Daj mi spokój – kłapnął Rikiga. – Kiedy jestem ze Shionem po prostu czuję spokój. Nie jestem pewien czemu... Z resztą nieważne, pokażę ci dane moich klientów. Jak już skończymy, chcę usłyszeć twoją historię. Nie wiem, czy będzie w niej mowa o „niesamowitych zyskach”, ale może być interesująca. 

 – Za tym naprawdę jesteś, nie?

 – Mów sobie co chcesz.

Dotarł do niego aromat kawy. 

Nezumi pomyślał o Shionie. 

Otoczony miłością – i to bez dwóch zdań. Jego brak rozsądku, jego szczodrość, jego prostolinijność, jego tolerancja, wszystkie pewnie były oznakami miłości, jaką mu dano. Shion pewnie nigdy nie doświadczył, jak to jest błagać o miłość. Z tym miał szczęście. Jednak miłość czasem zmieniała się w swoje przeciwieństwo. Miłość przyciągała nienawiść, a wraz z nią widmo zniszczenia. 

Całe szczęście, miłość, która wychowała Shiona, miłość, którą miał w sobie, pewnie nie miała nawet jak stać się krępującymi go łańcuchami, ani dłonią, ciągnącą go ku śmierci...

Nezumi wziął głęboki oddech, wdychając miły zapach, cudem nie pozwoliwszy uciec westchnieniu z jego ust. 


***


Inukashi brnął ścieżką, przekręcając co chwila głowę w rozterce. 

Nie wiedział jakiego rodzaju informacji ma szukać. To było jak wspinanie się po górze kamieni, oddzielając głazy od klejnotów. Z morza informacji musiał wybrać te najważniejsze, połączyć je i wyciągnąć wnioski. Nie był w tym zbyt dobry. 

„No nic. Sami niech się domyślają. Moją robotą jest jedynie usunięcie sprzed nich wszystkich kamieni. W myśleniu im nie pomogę”.

Zatrzymał się nagle, wyciągając szyję. W oddali widać już było niesforsowane mury No.6. Specjalna granica skrzyła się w świetle zimy. Inukashi nigdy nie myślał o tym za bardzo. Dla niego to był po prostu całkiem inny świat, świecący się w oddali. Tylko tyle. Jego jedynym zmartwieniem było przetrwanie kolejnego dnia bez głodu. Nigdy nie wiązał się jakoś specjalnie z No.6. Ale Nezumi był inny. Bez przerwy myślał o No.6. 

Dlaczego tak się tym przejmował? Co go z tym łączyło?

Miłość i nienawiść łączył fakt, że obie były pułapkami. 

Zawiał chłodny wiatr. Jutro albo pojutrze pewnie zmieni się pogoda. 

Inukashi skulił się, pociągając cicho nosem. 

Siłą go w to wciągnęli, wiedział to. Został mocno złapany przez uporczywe intencje Nezumiego i stanowczość Shiona. 

„Nie, to nie to. Połowa mnie wlazła w to z własnej woli”.

Zrobił to nie przez oszustwa Nezumiego czy to, że szkoda mu było Shiona. 

„Tylko dlaczego?”

Pytał sam siebie, nie uzyskując odpowiedzi. 

„Dlaczego? Dlaczego ja..."

Jeszcze raz wyciągnął szyję, spoglądając na Święte Miasto. 

„Tam daleko Święte Miasto No.6 sobie błyszczy, a tu my spędzamy życie. Ilość resztek, jakie wyrzucają z No.6 każdego dnia, spokojnie wystarczyłaby, żeby nakarmić wszystkich głodujących tu ludzi. Tylko resztki. Są ledwo nadgryzione, na miłość boską”.

Obżarstwo i głód, ekstrawagancja i bieda, bawienie się życiem i strach przed śmiercią, arogancja i zdeprawowanie...

Byłby w stanie to zmienić?

Inukashi szedł pod wiatr. Jego włosy plątały się i kołtuniły za nim. 

Byłby w stanie zmienić rzeczywistość, w której żył; dni, w których musiał walczyć o przetrwanie; swoje życie, które od dawna toczyło się inaczej niż normalnego człowieka?

„Śmieszne. To tylko bajeczka. Poza tym, co my niby możemy teraz zrobić... Ale Nezumi też tak miał, zupełnie jak Shion. Nezumi i Shion wierzyli. Wierzyli, że są w stanie zmienić wszystko swoją własną siłą”.

Inukashi nie był w stanie się z nich śmiać. Nawet jeśli pomyślał o tym przez chwilę. 

„To jest złe”.

Jeden fałszywy krok, a prawdopodobnie nie zobaczyłby już wiosny.

„To jest złe. Bardzo złe”. 

Jednak w sercu czuł lekkość. Był tak pogodny, że wydawało mu się, że jego własne myśli zmieniają się w piosenkę. 

Gdy zaczął gwizdać melodię, a wiatr uderzał w jego ciało, Inukashi zaczął biec.

Shion skończył myć starannie ostatniego psa, po czym zatrzymał się w miejscu. Musiał przyznać, że był wykończony. Cały dzień spędził na zajmowaniu się psami. Czuł się jakby zaraz sam miał się jednym z nich stać. Zaczynało już zmierzchać. 

Szczeniaczki szturchały go, zapraszając do zabawy. 

 – Dobrze już, dobrze. Chodźcie, nie powinniście mieć już żadnych pcheł – zgarnął je ramieniem, gdy Cravat pisnął z jego kieszeni. Shion podniósł twarz. 

Nezumi stał tuż przed nim. Nawet tego nie zauważył. W ogóle nie wyczuł jego obecności. Jednak tym razem nawet nie był tym zaskoczony. 

Shion odłożył szczeniaki i wstał bez słowa. Nezumi, również w ciszy, wskazał coś podbródkiem. Zaczął iść w stronę ruin. 

 – Nezumi... Inukashi się odezwał?

 – Obaj na nas czekają. 

 – Obaj?

Wspięli się po walących się schodach, by otworzyć drzwi na końcu korytarza. Na małym, okrągłym stoliku paliła się świeczka. Nieopodal siedzieli Inukashi i Rikiga. 

 – Łaskawie zaoferowali nam pomoc. Powinniśmy być wdzięczni, Shion. 

 – Łaskawie? – powtórzył z kpiną w głosie Inukashi, po czym westchnął z rozczarowaniem. – Nie wydaje mi się, żeby bycie oszukanym, przekupionym czy naciągniętym można było nazwać „łaskawością”, Nezumi. 
Shion podszedł o krok bliżej i pochylił nisko głowę. Nie wiedział co powiedzieć. Czuł, że żadnymi słowami nie mógłby wyrazić swojej wdzięczności. 

 – Dziękuję... Dziękuję wam wszystkim – tylko tyle mógł wydusić. 

 – Shion, nie musiałeś brać tego na poważnie – uciął Nezumi. – I tak mają własne powody. Zwabił ich jedynie słodki zapach własnego zysku. 

 – Eve, któregoś dnia ten twój długi jęzor ci zgnije i odpadnie. Tego jestem pewien – powiedział Rikiga z butelką whisky w prawej dłoni. Z pewnością przyniósł ją ze sobą. Po chwili Inukashi wstał. 

 – Mogę zacząć, Nezumi?

 – Tak. Dawaj. 

Shion zacisnął pięść na kolanie. 

„Ja ich wszystkich w to wciągnąłem. Tylko ja. Nie wolno mi o tym zapomnieć”.

Nagle wysunęła się do niego cudza dłoń. Należała do Nezumiego. Delikatnie otworzył nią pięść Shiona, palec po palcu, łagodnie, jakby się nią bawił. 

 – Dopiero zaczynamy. Spinaj się tak dalej, a zemdlejesz przed końcem – Nezumi przemówił jakby do siebie, skupiając wzrok na świeczce. Musiał pojawić się jakiś powiew, bo płomień się poruszył. Na zewnątrz było już zupełnie ciemno. Długi dzień zbliżył się do swego końca. Nie, wszystko dopiero się zaczynało. Właśnie w tamtym miejscu. 

 – W tym tygodniu do Zakładu Karnego zabrano trójkę więźniów. Pośród nich... – Inukashi przerwał, wpatrując się w świecę, by kontynuować po chwili. Wokół światełka były tylko ciemności. Płomień podskoczył. – Pośród nich nie było żadnej kobiety. Do miasta nikt nie przybył. Cała trójka to faceci z Zachodniego Bloku. 

 – Jesteś tego pewien? – zapytał Nezumi niskim głosem.

 – Tak. Słyszałem od gościa zajmującego się ciuchami więźniów. Tę trójkę zapisali w Rejestrze Więźniów. Próbowali się włamać do Biura Kontroli Dostępu, żeby ukraść pieniądze. Albo poszaleli z głodu, albo to po prostu debile. W każdym razie, nie było z nimi żadnej kobiety. 

 – Nie może być! – Shion podskoczył z krzesła. 

Nie było takiej możliwości. Jednak w tym samym momencie jego serce zrobiło się jakieś lżejsze. Co jeśli Safu była już bezpieczna?

„Może pomyliłem się z tym płaszczem i wcale nie należał do Safu. Może...”

 – Jeśli to prawda, rzeczy się trochę pokomplikują – Nezumi uniósł brew. Jego głos był zimny jak podmuch, który poruszył płomieniem. 

 – Pokomplikują?

 – To znaczy, że nie jest legalnym więźniem. Wiem, że to dziwne, żeby nazywać więźnia „legalnym”, ale jeśli nie jest nawet zarejestrowana jako rezydent Zakładu Karnego to... Shion, to znaczy, że nie istnieje nawet jako więzień. Została wymazana.

 – Wymazana...

 – W chwili, w której twoją przyjaciółkę złapało Ministertwo Bezpieczeństwa, wszystkie jej dane jako obywatelki miasta zostały wymazane. W normalnym wypadku zostałyby po prostu przeniesione do głównego komputera Zakładu Karnego i uzupełnione statusem więźnia. Wtedy w Zakładzie sprawdziliby wszystko i dodali zdjęcia ze wszystkich stron, wzrost, wagę, odciski palców, próbki głosu, tęczówkę i unerwienie palców. Dopiero po zakończeniu tego procederu zostałaby prawdziwym więźniem. Przy złodziejach z Zachodniego Bloku pewnie większość by pominęli, ale jeśli chodzi o kogoś z No.6, z całą pewnością musieliby to zrobić. Jednak tym razem całkowicie o tym zapomnieli. Dlaczego? Żeby nie pozostawić żadnego dowodu na istnienie twojej przyjaciółki. 

 – Hej, Nezumi – Rikiga postawił głośno butelkę na stole. – Nie możesz być ździebko delikatniejszy? To całe gadanie o wymazywaniu i nie pozostawianiu śladów... prawie jakbyś powiedział, że ta dziewczyna... eee, Safu, nie? Mówisz jakby tą całą Safu już zabili.

 – Jesteś chyba jeszcze mniej delikatny niż ja, staruszku.

Shion przełknął ślinę, słuchając ich rozmowy. Nie czuł się zbyt dobrze. Wydawało mu się, że jest pijany. Jednak nie miał teraz czasu na rozłożenie się na stole i pójście spać. 

„Safu...”

 – Safu odstawała od reszty ludzi – powiedział bez wyrazu Shion. – Miasto straciło sporo czasu i pieniędzy na opiekowaniu się nią od dziecka. Wychowywali ją na kogoś, kto pracowałby na najbardziej prestiżowych stanowiskach. Dlaczego mieliby się jej pozbywać? To by była dla nich niesamowita strata. 
Jego własny głos wydał mu się zupełnie obcy. Był zachrypnięty i irytujący.

 – Taa, to właśnie problem – zgodził się Nezumi. – Dlaczego byli skłonni pozbyć się kogoś z elity, kogo trzymali pod kloszem, tracąc czas i pieniądze? I ona bynajmniej nie zrobiła nic aż tak głupiego jak ty w wieku lat dwunastu.

Inukashi ruszył nosem.

 – Co masz na myśli mówiąc "głupiego"? To ma jakiś związek z powodem, dla którego wykopali Shiona z No.6?

 – Tak. Ale teraz to nieważne. Shion.

 – Tak?

 – Jak jest z rodziną tej przyjaciółki?

 – Safu nie ma rodziców. Chyba jej jedyną krewną była babcia... Mówiła, że to ona ją wychowała. 

 – Tylko babcia, mówisz. Czyli jak babunia zejdzie, dziewczyna zostaje sama.

 – Zgadza się.

Shion uniósł twarz, by napotkać spojrzenie szarych oczu. W końcu zrozumiał o czym mówił Nezumi.

 – Nawet jeśli Safu by zniknęła, nikt by specjalnie nie zwrócił na to uwagi. A to nie wszystko...

 – Co jeszcze?

 – Safu miała wyjechać na wymianę na dwa lata do innego miasta. Nawet gdyby zniknęła z No.6, nikomu nie wydałoby się to dziwne.

 – Czyli mamy całość. Jest elitą, nie ma krewnych i nikt nie miałby żadnych podejrzeń, gdyby zniknęła na długi czas. Te warunki spełniała twoja przyjaciółka. Dlatego została złapana i zamknięta w Zakładzie Karnym. Nie jako więzień, ale...

 – Nie jako więzień... To po co?

 – Nie wiem – pokręcił głową Nezumi. Inukashi przysunął się bliżej. 

 – Hej, to ma coś wspólnego z tymi plotkami? Tymi o dziwnej chorobie w No.6?

 – Masz jakieś szczegóły?

 – Nie – odpowiedział szybko Inukashi. – Wiesz, zdobywanie informacji o tym, co się dzieje w mieście nie jest takie łatwe. Tę czarną robotę zostawiam w łapach pana alkoholika. 

Rikiga połknął resztkę zawartości butelki i spojrzał na Inukahi przekrwionymi oczami. 

 – Nie wydaje mi się, żeby chłopiec–kundel miał prawo nazywać mnie alkoholikiem. Jeśli chodzi o informacje z miasta, nie wyciągnę ich ot tak po prostu. Najwcześniej pojutrze dam radę. Ale ostrzegam cię, Eve, fakt, że zdobędę informacje, których potrzebujesz, nie oznacza, że wszystko pójdzie dobrze. Jak masz zamiar dostać się do Zakładu Karnego?

Nie było odpowiedzi. Rikiga wzruszył ramionami.

 – Co masz zamiar zrobić? Zaatakować Biuro Kontroli Dostępu jak ci lunatycy i dać się aresztować?

 – Nie mogę – odezwał się obcesowo Nezumi. – Wszystkie moje dane personalne są już w ich komputerze.

 – Och? Czyli to prawda, że już byłeś w Zakładzie Karnym. Ach, więc jednak jest sposób, żeby nawiać z tego miejsca cało? Co za niespodzianka. Daj mi autograf, powieszę go na ścianie. Oczywiście z twoim prawdziwym imieniem. 

Nezumi zignorował żart Rikigi. Płomień przechylił się mocno. Wiatr pewnie zrobił się silniejszy. 

 – Inukashi, co z systemem zabezpieczeń?

 – Nic konkretnego nie mam. Tylko najważniejsze punkty. I wygląda na to, że dobudowali nową część podziemną.

 – Nową część? Po co?

 – Nie wiem. Nawet woźnych tam nie wpuszczają. Niby jest winda, którą można dojechać na sam dół, ale mogą jej używać tylko wybrani, ma system sprawdzania tożsamości.

 – Ściśle tajne i poufne, co... i to zlokalizowane w Zakładzie Karnym, a nie Kropli Księżyca. Rozumiem. 

Nezumi pogrążył się w myślach. Shion skupił wzrok na jego profilu.

 – Nezumi.

 – Co?

 – Aresztowanie jest najprostszą i najpewniejszą metodą dostania się do środka, tak?

 – W pewnym sensie. Ale kiedy cię zabiorą, nie masz za grosz prywatności ani przestrzeni ruchu. 

 – Uratowanie Safu jest niemożliwe? Nie ma nawet cienia szansy?

Nezumi spojrzał na Shiona z połączeniem zimnej obojętności i litości.

 – Jedziesz na tym samym wózku co ja – powiedział. – Mają wszystkie twoje dane osobiste. Damy się aresztować, a sprawdzą wszystko, co o nas mają. Nawet sekunda nie minie, zanim się zorientują, że jesteś zbiegłym przestępcą pierwszej kategorii. Jeślibyś miał szczęście, trafiłbyś tylko do izolatki. A jeśli nie, na miejscu by cię zabili. 

Rikiga zaczął gwałtownie kaszleć. Inukashi wstał z krzesła z piskiem.

– Zbiegły przestępca pierwszej klasy?! Ten naiwny dzieciak? Czekaj chwilę, Nezumi. Dlaczego ja nic o tym nie wiem?

 – Bo ci nie powiedziałem.

Zignorowawszy wściekłe spojrzenia Inukashi i Rikigi, Shion stał murem za Nezumim. Coś musiało być. Musiała istnieć jakaś droga. Nawet jeśli możliwość jej istnienia miała być mniejsza niż jeden procent, cieńsza niż pajęcza sieć, musiał ją znaleźć. Nie mógł pozwolić sobie na popadanie w rozpacz. 

 – Jeśli nas aresztują, natychmiast wszystko przeszukają? Nie ma opcji, żeby kupić sobie czas podczas sprawdzania danych i wtedy wydostać Safu?

 – Nie – odpowiedział Nezumi. – Wprowadziliby nasze informacje do komputera i natychmiast przeszukali pliki. Mysz się nie prześlizgnie. Wtedy zaimplantowaliby nam V–Chip. Więźniowie są związani i utrzymywani przez cały czas pod stałą obserwacją. Nie mielibyśmy nawet sekundy spokoju. 

 – Żadnych wyjątków?

 – Żadnych wyjątków. Ani je...

Nezumi nagle przełknął swoje słowa. Jego twarz zastygła. 

 – Nezumi?

Shion, Inukashi i Rikiga nadstawiali uszu w tej nagłej ciszy, wstrzymując oddechy. Głos rozciął powietrze.

 – Jest jeden.

 – Eh?

 – Jest tylko jeden wyjątek.

Shion wytrzeszczył oczy, wpatrując się nieprzerwanie w oświetlony płomieniem świecy profil Nezumiego. Jego usta się poruszyły. 

 – Polowanie na ludzi – jego głos był chrapliwy i bardzo niski.

Ciało Inukashi zesztywniało na krześle. Rikiga przeniósł wzrok z Nezumiego na butelkę. 

 – Polowanie? Co to takiego? – Shion spojrzał na twarze pozostałej trójki. Nikt nie odpowiedział. Ciemności w pokoju jakby zgęstniały. Inukashi westchnął. 

Nadeszła noc. 

No.6, błyszcząc złotem, jaśniało na horyzoncie. W kącie Zachodniego Bloku, w pokoju pogrzebanym w ruinach, na samym dnie ciemnej nocy ich czwórka siedziała wokół tańczącego płomienia. 

Zawył wiatr. Wydawało się, jakby wzywał kogoś ze współczuciem. A noc objęła ich wszystkich. 
Zawiało. Płomień podskoczył i zniknął, jakby oddając ostatnią resztkę własnej energii. Szept Nezumiego odbijał się w ciemnościach. Nie był już zachrypły. 

 – Polowanie na ludzi, to jedyny wyjątek.


==Koniec rozdziału 5==


((Taa, totalnie kończymy pierwszą trójcę tomiszcz... No, ale przynajmniej teraz wszyscy wiemy, że w trollowaniu Nezumi dorównuje Izayi xD))

czwartek, 15 marca 2012

Tom III: Rozdział 4



((tymczasowo wersja bez korekty Dżun, bo Kuro w wyniku swojego opóźnienia w rozwoju usunęła rozdział. brawo dla Kuro.))


Rozdział 4
Prawdziwe kłamstwo, kłamliwa prawda

Uszy króla to ośle uszy. 
Wielkie, włochate, ośle uszy. 
Ruszające się, kręcące ośle uszy.
Mity greckie, „Ośle uszy Króla Midasa”


Nezumi szedł powoli spowitą mrokiem nocy ścieżką. W tym miejscu noc i ciemność były synonimami. Gdy już znikało całe naturalne światło, pozostawał tylko świat cienia. Wszystko topiło się w czerni.

Czasem z baraków wydostała się przez szparę pojedyncza wiązka światła, podczas gdy sam barak ledwie trzymał wiatr i deszcz na zewnątrz. Światła jednak gasły niedługo potem, a zimne dreszcze przeszywały ciemną noc, ciszę i ubrania, docierając do ukrytej pod nimi skóry.

Nawet biała para, uciekająca co chwila z jego ust, znikała w ciemnościach. Skierował twarz ku niebu. Błyszczały nad nim niezliczone gwiazdy.

Pomyślał, że jutro pewnie będzie jeszcze zimniej niż zwykle. A na zewnątrz jeszcze więcej ludzi zamarznie na śmierć. To okrutne przeznaczenie kryło się pod rozgwieżdżonym niebem. Jednak nawet gdy widać było wszystkie gwiazdy, nikt nie nazywał tych zimowych nocy pięknymi. Nie w tym miejscu.

Nezumi zatrzymał się, spoglądając na miasto, błyszczące z daleka. Miasto światła, majaczącego w ciemnościach – Święte Miasto No.6.

Całość połyskiwała złotem, przypominając mu o królu Midasie, zamieniającym wszystko, czego dotknął, w złoto.

Nezumi uśmiechnął się nieznacznie w mroźnym mroku.

Król Midas w zamian za zmienianie wszystkiego w złoto, nie był już dłużej w stanie wkładać chleba do ust i zmienił w złotą statuę nawet swoją ukochaną córkę. Dopiero wtedy zrozumiał swoją głupotę i chciwość, i zaczął błagać bogów o przebaczenie.

„Co teraz zrobisz, No.6? Ty, miasto patrzące z góry na nas, pogrążonych w cieniu; czy uklękniesz pewnego dnia, błagając o przebaczenie? Tylko że nie ma bogów, którzy okazaliby ci litość. Pogrążaj się w swoim złocie, zawal, spal na popiół i zgiń. Dożyję momentu, w którym zapadnie kurtyna. Będę żyć, żeby zobaczyć to na własne oczy.


Nezumi ponownie owinął wokół siebie płaszcz z superfibry i zaczął iść naprzód. Mała myszka, nazwana przez Shiona Hamlet, wystawiła główkę spod fałd ubrania swojego właściciela i pisnęła cichutko.
Tak, miał zamiar żyć. Tak samo jak do tej pory, miał zamiar przetrwać, choćby musiał czołgać się na kolanach. Oddalałby się od jakiegokolwiek niebezpieczeństwa, zaostrzał kły, polerował pazury i żył do momentu, w którym zatopiłby zęby w szyi wroga, by ją rozerwać.

Przetrwałby i żył nadal. Na pewno.

Nezumi włożył dłoń do tylnej kieszeni spodni. Była w niej notatka Karan.



Ministerstwo Bezpieczeństwa zabrało Safu. Pomocy. K.


Wciąż jeszcze nie pokazał jej Shionowi. Co miał z nią zrobić? Nezumi podejrzewał, co zrobi, gdy się dowie. Stał na skrzyżowaniu dróg, nie mogąc ani wyrzucić liściku, ani przekazać go Shionowi i się od niego odwrócić, mówiąc, że nie ma z tym nic wspólnego.

Niezdecydowanie, zachwianie, złość – wiedział jak bardzo one wszystkie są dla niego niebezpieczne aż za dobrze. Prawa czy lewa, góra czy dół, walczyć czy uciec, chronić czy porzucić – w ułamek sekundy podejmował decyzję na granicy życia i śmierci. Jeszcze nigdy się nie pomylił. Tylko dlatego przetrwał tak długo.

Ta notatka była niebezpieczna. Więc musiał ją jedynie wyrzucić. Dzięki temu bez wątpienia jego życiu już nic by nie zagrażało, a on sam mógłby na powrót zakopać się w swoich ciemnościach.

Znał prawidłową odpowiedź. Więc dlaczego nic z tym nie zrobił? Dlaczego tak się kłopotał, płacąc nawet tak wygórowaną cenę za informacje dotyczące Zakładu Karnego?

„Co ja do cholery robię?”


Zatrzymał się.

Nezumi stał bez ruchu i przyzwyczajał oczy do ciemności. Znajdował się na wzgórzu rzadko obsianym drzewami, kilkadziesiąt metrów od swojego podziemnego lokum.

 – Któż to? – przemówił cicho. Suche skrzypienie rozległo się znad niego, gdy wiatr poruszał nagie gałęzie. Jednak jeszcze dyskretniejszy był ruch w ciemnościach, niezauważalny dźwięk kroków.

 – Późno zauważyłeś, co nie? – zaśmiał się krótko.  – Niepodobne to do ciebie, oj zupełnie niepodobne. Nad czym się tak zamyśliłeś?

 – Inukashi.

Czarne włosy Inukashi i jego opalona skóra pomagały mu w ukrywaniu się w cieniu. Jednak mimo to, Nezumi był na tyle nieostrożny, by nie zauważyć go, nawet kiedy podszedł tak blisko. Nie był dzisiaj sobą.

 – Ciesz się, że to tylko ja. Kto wie ilu żyć byś potrzebował, gdybyś cały czas się tak zamyślał, Eve – Inukashi wymówił sceniczne imię Nezumiego, po czym znowu się zaśmiał.

 – I tak nie czuję się dużo bezpieczniej – odciął Nezumi. – Zwłaszcza że czekasz nocą, próbując dorwać mnie jeszcze na drodze – Cofnął się o krok.– Więc czego chcesz, Inukashi? Raczej wątpię, że aż tak szybko psy zebrały ci informacje.

Ton Inukashi się zmienił, a z jego głosu zniknął cały sarkazm.

 – Mamy problem.

 – Problem?

 – Przed chwilą... no, może trochę dłuższą chwilą, Shion do mnie przyszedł.

 – No i? – Przebiegł przez niego niemiły wstrząs, niemal bolesny.

 – I nie chodziło mu o mycie psów. Przycisnął mi do twarzy szary płaszcz i zapytał, czy mam go z Zakładu Karnego.

 – Szary płaszcz... damski?

 – Taa. Miał rozdarcie na ramieniu, ale materiał był całkiem niezły. Sprzedał mi go handlarz używanymi ciuchami. Sprzedaje co przeszmugluje z Zakładu.

„Musiał należeć do tej dziewczyny... Safu”
– Nezumi odwrócił się i wziął wdech.

 – To co?

 – To co? – powtórzył z niedowierzaniem Inukashi – Ty mi powiedz. Co to za porąbany scenariusz, Nezumi? Shion twierdzi, że kurtka należała do jego przyjaciółki. Co oznacza, że mała psiapsiółka siedzi sobie właśnie w Zakładzie Karnym. A ty jeszcze dzisiaj zapłaciłeś mi za zebranie informacji o tym miejscu. Nie wciskaj mi, że to bez związku, nawet pies by w to nie uwierzył. Masz zamiar pomóc Shionowi wyciągnąć tą jego psiapsiółę, czy co?

Nezumi nie miał jak odpowiedzieć. Nie mógł ani zaprzeczyć, ani potwierdzić słów Inukashi.

 – Jasne, że nie – odpowiedział za niego Inukashi. – Nie ma opcji, żeby ktoś taki jak ty tak łatwo odrzucał własne życie dla kogoś kompletnie obcego.

 – Skąd pomysł, że w ogóle zginę?

Inukashi wziął głęboki oddech w mroku.

 – Czy ty coś ćpałeś? Mówimy o Zakładzie Karnym! Może i jakimś niesamowitym cudem dostaniesz się do środka. Ale nie ma opcji, żebyś wyszedł stamtąd żywy. Nezumi, nie rozśmieszaj mnie.

 – Boże drogi, czy ty się o mnie martwisz? Co za szok.

 – Nie można się już mniej tobą przejmować niż ja teraz – odpowiedział Inukashi. – Jeden szczur w tę czy we w tę raczej dużej różnicy nie zrobi. Ale co niby masz zamiar zrobić ze Shionem? Teraz wie gdzie zabrali mu tą laskę. Takiemu naiwnemu chłopczykowi jak on pewnie się wydaje, że Zakład Karny to jakieś centrum resocjalizacji czy co. Założę się, że myśli, ze jak poprosi o widzenie, od razu dadzą mu z nią porozmawiać. Jeśli go nie zatrzymasz, on tam pójdzie. Pójdzie i da się zabić.

W ciemnościach, zdających się pogłębiać z każdą sekundą, zapadła cisza. Nawet wiatr przestał wiać, a gałęzie odmówiły wydania jakiegokolwiek szelestu.

 – To wszystko, co chciałeś mi powiedzieć? – powiedział nagle Nezumi. – Wszystko mnie boli na samą myśl o tym, na jaki ból ciebie musiałem narazić.

Nezumi ruszył naprzód i złapał Inukashi, zanim ten zdążył się wyślizgnąć. Dopóki widział ślad jego obecności, nie miał żadnych problemów z przewidzeniem jego ruchów.

 – Nieważne, co Shion ma zamiar zrobić – powiedział cicho Nezumi. – Nie jest jednym z nas, a to nie twoja sprawa.

 – To po jaką cholerę węszysz za jego plecami? – odpowiedział szybko Inukashi. – Czemu chcesz utrzymać w sekrecie, że zbierasz informacje o Zakładzie Karnym?

Nezumi wbił palce mocniej w chude, kościste ramię Inukashi. Ten pisnął z bólu. Nezumi nachylił się, by przysunąć usta do jego ucha.

 – Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy – wyszeptał. – Rób to, za co ci płacę i nic poza tym.

Wypuścił go. Drobne ciało Inukashi zakołysało się niepewnie.

 – Shion wie tylko skąd był płaszcz – powiedział. – O tobie nie ma pojęcia.

 – No raczej.

 – Nezumi, Shion pójdzie sam – odezwał się powoli Inukashi. Kręcił ręką, by pozbyć się z niej uczucia odrętwienia. – Myśli, że o niczym nie wiesz. I pójdzie sam, nikomu nic nie mówiąc. Nie ma zamiaru cię mieszać. Wiesz o tym, prawda?

 – Skąd ta pewność? Jesteś jego nowym ojczulkiem, czy co?

 – Nie muszę być jego ojczulkiem, żeby to wiedzieć. Ty powinieneś nawet lepiej wiedzieć jaki on jest. Dlatego węszysz w tajemnicy, co nie?

 – Zamknij się! – warknął uniesionym głosem Nezumi. Wszystkie jego emocje wyszły na wierzch, a oddech stał się nieregularny. Inukashi zaś prawie nie zareagował.

 – Jeśli jest dla ciebie taki ważny, że nie chcesz go stracić – odezwał się spokojnie, – to chroń go do samego końca, kretynie, nieważne jak by to było upokarzające. Naprawdę myślałeś, ze uda ci się zachować twarz? Że wszystko ukryjesz i sam dasz sobie radę? Przestań się oszukiwać.

 – Inukashi!

Inukashi cofnął się ułamek sekundy przed tym jak Nezumi posunął się o krok do przodu. Przykląkłszy na jedno kolano, zaśmiał się cicho.

 – Przegrałeś, Nezumi.

 – Co?

 – Masz coś, co musisz chronić – przegrywasz. Takie tu są reguły. Lepiej je znać.

Nezumi wykopał ziemię w powietrze, ograniczając widoczność Inukashi. Dorwał go, gdy próbował się wycofać i pchnął na ziemię.

 – Co mówiłeś o przegrywaniu? – powiedział ostro. – Nie pieprz mi tu.

 – Nie pieprzę. Nezumi, gdybyś był sobą, nie dałbyś się sprowokować tak łatwo. Ani nie spacerowałbyś sobie nocą pogrążony w myślach.

 – Puść – odezwał się po chwili znowu Inukashi upiornie spokojnym głosem. – Dalej tego nie pojmujesz, Nezumi?

 – Eh?

Ostry gwizd rozdarł powietrze. Gwiżdżąc jednocześnie, Inukashi postąpił o kilka kroków naprzód.

Ze wszystkich cieni dookoła wynurzyły się czerwone kropeczki. Nezumi szybko zorientował się, że to psie oczy. Zanim zauważył, był już otoczony przez ich sporą grupkę. Wszystkie jedynie nisko warczały, formując wokół niego okrąg.

 – Tym razem to wyszkolone psy obronne. Drugi raz dzisiaj ci nie przejdzie – głos Inukashi rozbrzmiał z oddali. – Wszedłeś w pułapkę i nawet się nie zorientowałeś. Zdecydowanie normalnie byś tego nie zrobił, Nezumi. Ale masz słabość. Zapomnij o Shionie, nawet o siebie zadbać nie potrafisz.

Po chwili ciszy powietrze rozdarła krótka komenda.

 – Brać go!

Psy ruszyły. Dziesiątki ciężkich, upiornych cielsk pojawiły się nad głową Nezumiego, gdy ten przykucnął na ziemi. Wyrzucił nogę w górę, kopiąc zwierzę nad sobą.

Pisk.

Jeden z psów rozdarł ciszę swoim wyciem, padając na ziemię. Zanim Nezumi zdążył złapać oddech, kolejny wyrósł jakby przed nim spod ziemi. Zatopił kły w ręce Nezumiego, którą sekundę wcześniej ten zdążył owinąć płaszczem z superfibry. Nezumi mocno się zamachnął, odrzucając bestię. Wstał i oparł się o stojące za nim drzewo.

 – Inukashi, jeśli nadal masz zamiar się tak bawić, nie myśl, że dam ci potem spokój – Nezumi wyciągnął nóż ze skórzanej pochwy. Wziął oddech, licząc czerwone punkciki w ciemnościach.

Cztery doszły.

 – Więc nie przeszkadza ci, że ktoś zaraz poderżnie twoim ukochanym pieskom gardła? – zawołał.

Głos Inukashi odpowiedział z tego samego miejsca, co wcześniej.

 – A próbuj sobie. To była tylko rozgrzewka. Nie będą wiecznie aż takie uprzejme i przestaną w końcu przychodzić po jednym. Tym razem spotkasz się ze wszystkimi na raz.

Jeszcze zanim Inukashi zdążył skończyć zdanie, Nezumi rzucił się w kierunku, z którego dochodził głos. W tym samym momencie rozdzierający ból przeszył jego ramię.

 – Z drogi! – Uderzył rękojeścią noża między oczy psa. Kundel zniknął za nim, rozdzierając materiał, w który wbił zęby.

 – Inukashi! – krzyknął Nezumi, szarpiąc go w dół za długie włosy. Przygwoździł go do ziemi i przycisnął zimne ostrze do opalonej szyi.

 – Wycofaj swoje kundle, albo...

Inukashi zaśmiał się krótko.

 – Albo co? Zabijesz mnie?

 – Jeśli tak sobie życzysz – odpowiedział zimno Nezumi.

 – Łudzisz się, że dasz radę mnie zabić, skoro nawet zwykłego psa nie mogłeś?

Tym razem to Nezumi się zaśmiał.

 – Po prostu nie mam dzisiaj zapasowego noża.

 – Co?

 – Psia krew stępia ostrze. Specjalnie dla ciebie zachowałem je czyste.

Ciało Inukashi drgnęło.

 – Hej, skończ z tym, debilu – powiedział nerwowo. – Zabij mnie, a wszystkie psy naraz się na ciebie rzucą. Rozerwą cię na strzępy.

 – Och, nie byłbym taki pewny. Jesteś ich szefem, nie? Słyszałem kiedyś, że gdy psy tracą przywódcę, znika cała ich wola walki.

 – T-to nie prawda... Ej, serio, przestań. To niebezpieczne.

 – Wycofaj swoje kundle.

 – Dobra – Inukashi pstryknął palcami. Psy natychmiast się uspokoiły i zniknęły w ciemnościach.

 – O, proszę. Nieźle są wytresowane.

 – Dzięki za komplement – odpowiedział ponuro Inukashi. – Śmieszne, że jakoś wcale mnie to nie podnosi na duchu. To ściągniesz ze mnie ten swój ciężki tyłek, czy nie? Ostatnio raczej nie marzyła mi się z tobą żadna scena miłosna.

 – Nie martw się – powiedział z litością Nezumi. – To chyba ostatnia rzecz, jaką chciałbym zrobić. Nie dałbym się przekonać, nawet gdyby zapłacili mi za zrobienie tego na scenie.

Po uwolnieniu Inukashi, Nezumi odłożył nóż, prostując się.

 – Po co w ogóle było to wszystko?

Inukashi cmoknął, strzepując suche liście z ubrania.

 – To była twoja prywatna lekcja.

 – Co?

 – Nie jesteś tak silny jak myślisz. Wydawało mi się, że mogę cię tego nauczyć. Chociaż masz umiejętności, to ci trzeba przyznać. Niewielu daje sobie radę ze mną i moimi psami.

 – O, dzięki za komplement. Śmieszne, że jakoś wcale mnie to nie podnosi na duchu.

 – Ale nie jesteś żadnym superbohaterem ani potworem – kontynuował. – Jesteś tylko człowiekiem. A człowiek sam niewiele może zrobić.

Głuchy ból odzywał się z ramienia Nezumiego. Krew spływała strumieniem po ręce.

Przypomniało mu się coś ciekawego. Krwawił z tego samego miejsca co cztery lata temu, kiedy opatrzył go Shion.

 – Nezumi!

Słyszał wołający go głos Shiona. Niedaleko pojawiło się światło lampy.

 – Wygląda na to, że chłopaczek sam po ciebie przyszedł – parsknął cicho Inukashi. – To ja przejdę do rzeczy... Nezumi, coś dziwnego zaczyna się dziać w No.6 – dodał szybko.

 – Dziwnego?

 – Nie znam szczegółów. Mówią, że jakaś dziwna choroba się tam szerzy, ale nie wiem na pewno. Przyjrzę się temu. I niedługo dostanę informacje o Zakładzie Karnym. Wygląda na to, że tam też zaczyna się coś dziać. Nos mi podpowiada, że zrobi się dość interesująco. Dlatego...

 – Dlatego?

 – Dlatego możesz na mnie liczyć. Pomogę ci.

Inukashi wyciągnął dłoń i klepnął lekko ramię Nezumiego. Przeszył go ostry ból. Nezumi jęknął, padając na kolana z ręką przyciśniętą do rany.

– Narazie. Niedługo się odezwę – Inukashi zniknął w atramentowym mroku, podążając za swoimi psami. Gdy już się ulotnił, okazało się, że Shion jest coraz bliżej.

 – Nezumi, coś się stało?

Shion przysunął lampę bliżej do Nezumiego, gdy tylko do niego dotarł. Rozszerzył oczy ze zdumieniem.

 – Co ci się stało? Krwawisz!

 – Pies się na mnie rzucił.

 – Pies? Czemu?

 – To była tylko jakaś przybłęda. Chyba pomyślał, że jestem słodkim króliczkiem. A ty co tu robisz?

Hamlet wystawił główkę z kieszeni swetra Shiona.

 – Przyszedł po mnie – powiedział Shion. – Pomyślałem, że mogło ci się coś stać.

 – Więc przyszedłeś mi pomóc. Z jedną lampą.

 – No. – Shion przysunął lampę do rany Nezumiego i uniósł brew.

 – Trzeba to opatrzyć. Chodźmy do domu. Możesz iść?

 – Jasne.

Shion spróbował przesunąć dłoń pod ramię Nezumiego, by pomóc mu wstać. Ten jednak odepchnął go i sam zaczął iść naprzód. Ból pulsował niemiłosiernie w jego ramieniu. Gdyby nauczył się opierać o innych, nigdy nie byłby już w stanie żyć samemu. Pomocna dłoń zawsze była jedynie pułapką, znikającą równie szybko, jak się pojawiała. Zawsze tak było.

Gdy tylko wrócili do swojego podziemnego pokoju, Shion przystąpił do akcji, podejmując odpowiednie kroki. Sprawdził ranę, wyczyścił ją i zdezynfekował.

 – Znowu będziesz ją szyć?

 – Tym razem niestety nie jest aż tak źle – odpowiedział Shion ze smutnym uśmiechem, który rzadko gościł na jego twarzy. – Bałeś się, co nie, Nezumi? Myślałeś, że będzie powtórka sprzed czterech lat?

 – Trochę przesadzasz. Chociaż mam wrażenie, że z tobą skończyłbym ze szwami na zacięciu od papieru.

 – Okrutny jesteś – uśmiechnął się Shion. – Ciągle myślę, że wszystko dobrze wtedy zrobiłem.

Cztery lata temu, tamtej burzowej nocy, tak, tamtej, w którą po raz pierwszy spotkał Shiona, przez No.6 przechodził huragan. Nadal pamiętał, nawet jeśli przez mgłę, otwierające się okno, jakby zapraszało go do środka; dwunastoletniego Shiona, wystawiającego przez nie głowę. „Jesteś ranny, prawda? Opatrzę cię” – słowa, których nigdy by się nie spodziewał, uśmiech satysfakcji na twarzy Shiona po zakończonej operacji, słodki smak kakao, pyszne ciasto wiśniowe, miękkie łóżko, cichy, równy oddech tuż za nim, gdy obudził się następnego ranka – nie mógł ich zapomnieć, nawet gdyby chciał. Nawet jeśli by spróbował, nie byłby w stanie się do tego zmusić.

Każde pojedyncze cudowne zdarzenie tamtej nocy pozostawało dla niego niemal namacalne, nie słabnąc od czterech lat.

Czy to właśnie ludzie nazywali wspomnieniami? Śladem na duszy? Czy może zwali to przeznaczeniem?
Łatwo było śmiać się z ludzi, nazywając ich słabymi i głupimi, gdy bezwarunkowo akceptowali innych i próbowali ich ratować. A Shion w konsekwencji wpuszczenia Nezumiego do środka, stracił fortunę i niemal wszystkie swoje przywileje.

O ile łatwiej byłoby po prostu zbyć Shiona bezustannym śmiechem, tego naiwnego chłopca, dzieciaka wychowanego pod kloszem w sztucznym społeczeństwie. Jednak to wszystko nadal było zbyt gorzkie, by to wyśmiewać. Zbyt wyraźne, by zapomnieć. I zbyt ciężkie, by porzucić.

 – Shion.

 – Hm?

 – Naprawdę tak myślisz?

Dłonie Shiona zatrzymały się w środku rozwijania bandażu.

 – Cztery lata temu. Naprawdę myślisz, że dobrze wtedy zrobiłeś?

 – Cóż, otoczenie robiło nam wtedy całkiem sporo ograniczeń – powiedział powoli Shion. – To jednak było najlepsze, co mogłem wtedy zrobić. Teraz pewnie umiałbym to zszyć trochę lepiej. – Długie palce jego zwinnych dłoni poruszały się sprawnie, owijając ciasno bandaż wokół rany.

 – Nie mówię tylko o mojej ranie. O całej nocy.

Gdy tylko zawinął z uwagą końcówkę bandaża, Shion przyjrzał się dokładnie oczom Nezumiego.

 – Twoje życie obróciło się wtedy o 180 stopni. Czy nadal możesz powiedzieć, nawet teraz, że to, co zrobiłeś, nie było pomyłką?

 – Tak – Jego odpowiedź nastąpiła natychmiastowo, łapiąc Nezumiego z opuszczoną gardą.

 – Nie żałujesz tego?

 – Nie.

 – Ani odrobinkę?

 – Nie.

 – Czemu?

 – Nezumi, nie bardzo rozumiem, o co próbujesz zapytać. Ale myślałem o tym trochę odkąd przeprowadziłem się do Utraconego Miasta. Zastanawiałem się, co by było, gdybym cofnął się w czasie i wrócił do tamtej nocy sprzed siedmiu lat – gdybym wrócił do chwili zanim cię poznałem, co byś zrobił?

Shion uśmiechnął się głupkowato i pchnął apteczkę na tył półki.

 – Myślałem o tym cały czas. I za każdym razem była tylko jedna odpowiedź. Nieważne, ile razy wracałbym do tamtej nocy, i tak zrobiłbym to samo. Otworzyłbym okno i na ciebie zaczekał.

 – Nawet wiedząc, że doprowadzisz się w ten sposób do ruiny?

 – Kiedy nie czekała mnie żadna ruina – odpowiedział lekko Shion. – Nie wydaje mi się, żeby choćby i pobyt tutaj mnie w jakiś sposób zrujnował. Prawda, Cravat?

Mała, brązowa myszka kiwnęła główką ze swojego siedziska na stosie książek.

 – To nie był przypadkiem Hamlet?

 – Hamlet śpi na łóżku.

 – A. Racja. ...Rany, musiałeś im ponadawać dziwne imiona i teraz gubię się bardziej, niż kiedykolwiek.

 – Biedaczki zasługiwały na imiona, chociaż tyle mogłeś im dać. Obydwaj są mądrzy i odważni. Tak jak dzisiaj Hamlet, kiedy powiedział mi, że jesteś w niebezpieczeństwie.

 – Cóż, poszedł do złej osoby. Nawet, gdybyś tam przylazł na czas, raczej dużo by to nie dało. Nic się nie stało, bo sam pozbyłem się kundli, ale gdyby nie to, pewnie to ty byś tam siedział z otwartą raną.

 – Cóż, w sumie... Chyba tu masz rację.

Nezumi wstał i złapał Shiona za rękę.

 – Nigdy więcej nie rób czegoś takiego, słyszysz? Cokolwiek się stanie, nie wyobrażaj sobie, że możesz być dla mnie jakąkolwiek pomocą.

Shion patrzył na niego, nie mrugając. Nezumi uniósł jego podbródek, zaciskając szczęki.

 – Jesteś bezsilny, pamiętaj o tym. Nie masz ani umiejętności, ani siły psychicznej, żeby walczyć. Jesteś jak pisklę, które wypadło z gniazda. Piszczałbyś po prostu aż nie zjadł by cię jakiś lis. Zrób sobie przysługę i nie mieszaj się w niebezpieczne rzeczy. Nigdy tego nie rób. Używaj tego łba. Rusz tą swoją, podobno uzdolnioną, mózgownicą i zacznij osądzać sytuację jak normalny człowiek. Rany, nie mam pojęcia o czym ty w ogóle myślałeś, biegnąc w ciemności bez żadnej broni.

 – Nie robiłem tego.

 – Co?

 – W ogóle nie myślałem, ani o sytuacji, ani o niebezpieczeństwie. Pobiegłem jeszcze zanim zdążyłem się zastanowić.

 – O tym właśnie mówię, Shion, następnym razem nie rób czegoś tak głupiego i nierozsądnego.

 – To co mam zrobić?

 – Nic nie rób. I tak nic nie mógłbyś zrobić. Załóż kocyk na głowę czy coś i siedź cicho.

Shion spuścił wzrok i pokręcił głową.

 – Nie mogę tego zrobić – powiedział cicho. – Nie mógłbym siedzieć i nic nie robić, wiedząc, że ty masz kłopoty. I tak jakoś wydostałbym się na zewnątrz.

 – Byłbyś tylko zawadą.

 – To okrutne – powiedział delikatnie Shion.

 – To prawda.

 – Nezumi... masz rację – ustąpił. – Jestem bezużyteczny. Nie wiem jak walczyć i nigdy nie byłbym w stanie kogoś zranić.

 – Taa, gdybyś był żołnierzem, zdegradowaliby cię za to do najniższej rangi. Nie... właściwie to by cię wywalili. Więc nawet nie myśl o walce. Twoja psychika jest za słaba, żebyś martwił się o innych ludzi. Nawet o siebie nie potrafisz zadbać. Więc nic nie rób. Błagam cię, po prostu trzymaj się z daleka od niebezpiecznych miejsc.

„Co ja, do cholery, mówię?”


Shion znowu zacisnął szczęki.

Co on mówił? Co on wyprawiał, jakim cudem mógł być tak poważny? Aż tak bardzo chciał powstrzymać Shiona?

„Shion pójdzie sam”. 


Niski głos Inukashi rozbrzmiewał w jego uszach.

„Tak, Shion pewnie poszedłby sam. Wyruszyłby do miejsca z szansą na przeżycie niższą niż jeden do miliona, całkiem sam, bez błagania mnie o pomoc, ani nawet poinformowania mnie o tym. Poszedłby cicho, nie mając pojęcia o walce, ani nie znając bólu towarzyszącego utracie krwi czy dreszczy, wywołanych chęcią mordu. Ten bezużyteczny, wielkogłowy, naiwny idiota”. 

 – Z resztą nie chodzi o rozumowanie – powiedział cicho Shion, przerywając ciszę.

 – Eh? Coś mówiłeś?

 – Nie chodzi o rozumowanie, Nezumi. Dobrze wiem, że nawet gdybym się pokazał, w żaden sposób bym ci nie pomógł. Nie byłbym w stanie cię uratować. Wiem.

 – Dobrze dla ciebie. Ta szara materia w twojej głowie jest chyba jedyną rzeczą, z jakiej potrafisz korzystać tak dobrze. Skoro o tym wiesz, zacznij w końcu wykorzystywać tę wiedzę.

Shion zacisnął mocno usta, a jego twarz stała się wyzywająca. Twarz kogoś, posiadającego naprawdę silną wolę. Nezumi po raz pierwszy widział Shiona w takim stanie.

 – Nie chodzi o rozumowanie! – powiedział z zapałem Shion. – Kiedy Hamlet do mnie przyszedł, byłem przerażony. Myślałem, że coś ci się stało. Myślałem, że umrzesz. Usiłujesz mi powiedzieć, że miałem po prostu stanąć i sobie to wszystko wykalkulować? Dojść do tego, że nic dobrego by nie wynikło z tego, że bym do ciebie poszedł? Niby jak miałbym to zrobić? Jak miałbym być spokojny, zastanawiając się czy mam siłę, czy może jednak nie, czy mogę ci pomóc, czy nie? Jak ktokolwiek by mógł? Idiota!

Po raz drugi Shion nazwał go idiotą. I znów Nezumi nie był w stanie przewidzieć jego gniewu. Za pierwszym razem, powiedział mu: „Nie płacz za innych ludzi. Nie walcz za innych ludzi. Możesz płakać i walczyć tylko za siebie”. Shion zaś odpowiedział, że nie rozumie. To prawda, nie zrozumiał. A tym razem znowu wybiegł w ciemności dla kogoś obcego. To było niebezpieczne. Bardzo niebezpieczne. Zapominając o wszelkich ostrzeżeniach od siebie samego, po prostu zniknął, biegnąc w mroku. Nezumi był przygotowany na to, że Shion stanie się dla niego kulą u nogi. Jednak mogło się również zdarzyć na odwrót. To Nezumi mógł zostać kajdanami, krępującymi nadgarstki Shiona.

Dlatego...

Nezumi odwrócił wzrok od stojącego przed nim chłopaka.

„Dlatego ludzie są kłopotliwi. Im bardziej się nimi przejmować, tym większym ciężarem się stają. Uniemożliwiają swobodne ruchy. Coraz trudniej jest przez nich żyć samemu. Może nigdy nie powinniśmy byli się spotkać. Może któregoś dnia ty też tak pomyślisz, Shion”.


Ramiona Shiona uniosły się gdy brał głęboki oddech. Wydął usta z niezadowoleniem.

 – Nezumi, dlaczego nic nie mówisz?

 – Bez powodu.

 – Dalej, śmiej się, jeśli chcesz. Pewnie myślisz, że to tylko jazgot kogoś, kto nie zna świata, prawda? Dobrze. Śmiej się ile chcesz. Śmiało.

 – Czekaj chwilę, Shion – powiedział prędko Nezumi. – To nie tak, że się z ciebie naśmiewam. Ja po prostu... Po prostu mówię, że to niebezpieczne robić takie rzeczy, nawet nie myśląc o...

 – Wiem o tym! – odpowiedział gorliwie Shion. – Ale nic nie mogę zrobić z tym, że się martwię, jasne? A może mi powiesz, że nie wolno mi się o ciebie martwić? Nie mam prawa nawet do czegoś takiego?

 – Prawa? Shion, to w ogóle nie ma sensu.

 – Tylko przez ciebie mówię takie głupoty!

Pięść Shiona uderzyła w regał. Góra książek upadła. Cravat pisnął przestraszony i przeskoczył na zwinięte ubrania Nezumiego.

Shion zamrugał, a na jego policzkach pojawił się czerwony rumieniec. Schylił się, by podnieść książki i wymruczał słowa przeprosin stłumionym głosem.

 – Przepraszam, ja tylko... Nie chciałem krzyczeć.

 – Nie szkodzi – odpowiedział lekko Nezumi – Muszę przyznać, że to dość imponujące, zobaczyć cię aż tak przejętego. Miło spotkać się z czymś takim raz na jakiś czas.

 – Wygląda na to, ze zawsze się przejmuję, kiedy jestem z tobą – westchnął Shion. – Sam jestem zaskoczony jak umiem być czasem emocjonalny.

 – Zawsze byłeś emocjonalną osobą. Zawsze wybierałeś uczucia ponad rozsądkiem i nie wstydziłeś się swoich prawdziwych emocji. Cztery lata temu było tak samo. Nawet jeśli byłeś kandydatem do najwyższej elity No.6, i tak wybrałeś uczucia i wpuściłeś mnie do środka.

 – Wybrałem uczucia... – powiedział w zamyśleniu. – Chyba masz rację.

Shion ułożył schludnie książki i odetchnął.

 – Ale wiesz, Nezumi, ja naprawdę tego nie żałuję. Ciągle się cieszę, że nie odwróciłem się od tego, co podpowiadało mi serce tamtej nocy.

 – Wiem.

 – Eh?

 – Wiem, że nie żałujesz niczego, co zrobiłeś. Tak tylko pytałem. Chyba mi się nudziło, czy coś.

Dotknął dłonią ramienia. Stare i wynoszone już bandaże, które straciły całą swoją elastyczność, owijały się ciasno wokół stawu, nie wykazując żadnych oznak rozluźnienia.

 – Nigdy nie opatrzyłbym się aż tak dobrze – powiedział z zamyśleniem Nezumi. – Może i nie umiesz walczyć, ale leczyć potrafisz. Każdy coś ma. I prawdopodobnie...

 – Prawdopodobnie?

 – Nic, nieważne. Hej, jestem głodny, a ty?

Shion spojrzał na niego z łagodnym uśmiechem.

 – Na stole jest chleb i mięso. Trochę się działo i została tylko resztka, ale na kolację powinno wystarczyć.

 – Co z tobą?

 – Idę spać. Rana pewnie nie da ci dziś spokoju, więc zostawiam łóżko dla ciebie. Będę spał na podłodze.

 – Miło z twojej strony.

 – Nezumi.

 – Hm?

 – Gdybym cię nie spotkał, pewnie nigdy bym się nie dowiedział, kim jestem, nie?

 – Po co teraz to wyciągasz?

Shion przysunął się bliżej do siedzącego na krześle Nezumiego i spojrzał mu w oczy.

 – Wyrósłbym na łagodnego, racjonalnego dorosłego, nawet nie wiedząc, ile uczuć we mnie siedziało. Nigdy nie dowiedziałbym się jak to jest płakać, wściekać się, czy mieć przed czymś opory. Spotkałem cię i zrozumiałem, ile rzeczy mogłem jeszcze odkryć. A teraz jestem z tego dumny.

Shion urwał swój słowotok, zniżając wzrok z niezdecydowaniem.

 – Cieszę się, że cię poznałem.

To zdanie wymówił szeptem, tak cichym, że trudno było je w ogóle usłyszeć. Shion pochylił się, mrużąc oczy. Jego usta złączyły się lekko z tymi Nezumiego.

Książka spadła gdzieś, uderzając cicho o podłogę.

Gdy Shion się wyprostował, Nezumi przemówił.

 – To raczej nie pocałunek wdzięczności, prawda?

 – To pocałunek na dobranoc.

 – Na dobranoc, mówisz.

 – Jutro idę szorować psy – powiedział Shion. – Będzie pełno tych z długim futrem. Inukashi zostawia je same sobie, aż w sierści porobią się kołtuny i dostaną zapalenia skóry.

Shion zaśmiał się głośno, machając lekko ręką.

 – No to dobranoc.

 – Taa. Słodkich snów.

 – Nawzajem.

Shion zniknął w cieniu książek. Cravat wygramolił się z ubrań Nezumiego i wspiął się po nim, z wyraźnym zamiarem spania ze swoim właścicielem.

 – Pocałunek na dobranoc, co?

Nezumi przejechał palcami po ustach, po czym z powrotem rzucił się na krzesło.

 – Więc jednak potrafisz kłamać.

Jego okropny głód, zmęczenie i nieustanny ból odeszły na drugi plan. Zastąpiło je uczucie, wypływające z głębi jego świadomości. Smutek, samotność – nie było to żadne z nich. Jak to nazwać? Gorące krople spłynęły po jego policzkach. Dopiero po chwili doszło do niego, że to łzy. Już dawno zapomniał jak to jest płakać.

Słony smak, niczym przesolonej zupy.

Nezumi położył łokcie na kolanach, opierając na dłoniach głowę. Powoli przełknął łzy, które wpłynęły mu do ust.



==Koniec rozdziału 4==