Staram się dodawać nowe posty w niedziele. Staram się.



Zakończono tłumaczenie No.6.


Dziękujemy za wszystkie podziękowania. To był miły rok z hakiem. I późniejszy rok. I chyba jeszcze jeden. Te dwa późniejsze składały się z czytania Waszych komentarzy. I tak dzięki.

(Do pań profesor jeśli przypadkiem odwołam się do tego na maturze: przepraszam, ja naprawdę tłumaczyłam to w gimnazjum. Ale prawdziwa książka istnieje. Obiecuję.)


Wszystkie rozdziały można znaleźć w zakładce ,,No.6''/,,No.6 Beyond''.


Kup powieść i mangę w oryginale, wspomóż panią Asano.


Tłumaczenie: Kuroneko
Korekta: Ayo, Dżun

czwartek, 1 marca 2012

Tom III: Rozdział 2



((((EDIT: uaktualnione o korektę Dżun. Przepraszam.))Okej, jest 21:17, zdążyłam *_* Dzisiaj wyjątkowo opóźnienie nie jest winą moją a Ayo, jeśli widzicie błędy, wiedzcie, że uaktualnię to o korektę Dżun za kilkadziesiąt godzin ^^ dwa rozdziały do niespodziewajki~~!! btw, gdyby ktoś lepiej zmienił tekst tego wiersza pod spodem, ma mą wdzięczność ._. i gdyby komuś zachciało się tłumaczyć posłowie, też by fajowo było xD ))





Rozdział 2

Spokojne Sceny


Jam tym bez nadziei, słowem bez echa,
Tym, kto stracił wszystko i kto miał wszystko.
Ostatnią cumę zrywasz wraz z mą tęsknotą.
Tyś ostatnią różą w mym jałowym świecie.
Neruda, Dwadzieścia Poematów o Miłości i Jedna Pieśń Rozpaczy


W No.6 większość mieszkańców stanowili ludzie przed 40 rokiem życia. To było młode miasto. Z tego powodu starsze osoby odstawały od reszty, spacerując ulicami. 

„Zrobiłabym wszystko, żeby się nie zestarzeć”.

Miałą już dość oglądania białowłosych staruszek i wydętych, pomarszczonych starców.
Pracowała jako pielęgniarka w Głównym Szpitalu Miejskim, zarządzanym bezpośrednio przez Ministerstwo Higieny i Zdrowia. Aktualnie zajmowała się skrzydłem ze starszymi pacjentami. Mimo że ich nienawidziła, musiała zmagać się z nimi każdego dnia. 

„W ogóle po co oni jeszcze żyją?”

Kobieta przejechała dłonią po swoich długich, kasztanowych włosach, napawających ją dumą. Nie mogła znieść myśli, że któregoś dnia i one staną się białe, a na jej twarzy pojawią się zmarszczki i wgłębienia. Wolała już umrzeć, niż się temu przyglądać. 

Co do tego była jak najbardziej poważna. No.6 miało najwyższej klasy opiekę emerytalną. Mówiono nawet, że inne miasta nie dorastają mu w tym do pięt. 

Gdy starzec osiągnął wymagany wiek, dostawał notyfikację od miasta oraz zostawał przesiedlony do miejsca zwanego Domem Spokojnego Zmierzchu. Niezależnie od swojej klasy społecznej, płci czy historii.

Dom Spokojnego Zmierzchu był idealną placówką zbudowaną przez miasto dla osób starszych, by ci mogli spędzić resztę swoich dni w komforcie i dostatku. Ludzie mówili, że to dla nich swoiste niebo – otrzymywali wszystkie potrzebne lekarstwa, a wszystko, co mogło ich krzywdzić, nieważne czy psychicznie czy fizycznie, było od nich zabierane. Była to placówka bezpośrednio kontrolowana przez miasto, a osoby z miejsca pracy owej kobiety były do niej zabierane, często po kilka osób tygodniowo. Kryteria, jakie trzeba było spełniać, by się tam dostać, nie były jasno sprecyzowane. Mimo że niewiele takowych było, przypadki śmierci przez chorobę czy wypadek jeszcze przed otrzymaniem zawiadomienia o przenosinach do Domu nadal się zdarzały. Dlatego starcy każdego dnia z uporem wyczekiwali owych wieści. 

Tak właśnie robiła kobieta, której zawiadomienie przyszło wczoraj. Była chora na coś, czego nie mogła wyleczyć nawet zaawansowana medycyna No.6. 

– Tak się cieszę. Teraz mogę spędzić resztę moich dni w spokoju. Jestem naprawdę wdzięczna Bogu i miastu za ich opiekę. 

Kobieta, która tak gorliwie wierzyła w Boga, klasnęła w dłonie przy piersi i wyszeptała słowa modlitwy przed opuszczeniem skrzydła szpitalnego. 

Dom Spokojnego Zmierzchu. Kobieta nie wiedziała, gdzie się on znajduje. Miasto nie precyzowało jego adresu. Jednak jej to nie interesowało. 

Ta kobieta nienawidziła starych ludzi. Jej obrzydzenie było tylko jedną stroną monety, drugą zaś był strach przed zestarzeniem się. Była przecież taka młoda i piękna. Chciała już zawsze taka pozostać. W pracy słyszała różne plotki, pozwalające jej zrozumieć te wszystkie medyczne mechanizmy. Usłyszała także, że miasto prowadzi badania na poziomie molekularnym, mające zapobiegać starzeniu komórek.

Jeśli lek zatrzymujący starzenie zostałby wynaleziony... Gdyby mogła pozostać tak młoda na zawsze... to by było niesamowite. Miała nadzieję, że wkrótce zostaną zakończone, tak szybko, jak to tylko możliwe. 

Była już niemal na stacji. Jej rodzice czekali na nią w domu, maleńkim budynku na osiedlu dwie stacje dalej. Ludzie mający już dawno za sobą swe młodzieńcze lata, oboje byli ostrzy, łatwo się denerwowali, zawsze pełni pretensji. Wciąż ubolewali nad faktem, ze ich córka nie została przez miasto uznana za uzdolnioną w żadnej kategorii. Nie chciała zestarzeć się w takim miejscu. 

Kobieta przeszła obok swojego odbicia w witrynie sklepowej. 

„Wracam z pracy, więc to pewne, że wyglądam na zmęczoną. Ale wciąż pięknie. Moje włosy, moja skóra – nadal młode, nadal piękne”.

Weszłaby na zakupy przed powrotem do domu. Przez okno sklepu widać było pełne zdobień sukienki, modne buty, praktyczne garnitury rozłożone na półkach. W tym mieście mogła dostać wszystko, czego tylko zapragnęła. Oczywiście, jedynym limitem były zarobki.

Wyłączając małą część populacji, walającą się żałośnie po Utraconym Mieście, mieszkańcy nie mieli żadnych problemów z otrzymaniem tego, czego potrzebowali, dopóki nie były to produkty o najwyższej możliwej klasie. Bez trudu można było zdobyć ubrania, jedzenie czy mieszkanie. 

Nie było może im tak dobrze jak mieszkańcom Chronosu, ale z całą pewnością znacznie lepiej niż w Utraconym Mieście. Żyła więc stosunkowo wygodnym życiem. 

Satysfakcjonowała ją jej pozycja społeczna. Chciała jedynie cieszyć się bardziej swoją młodością, swoim pięknem, wygodą i życiem, które miała na wyciągnięcie ręki. 

Jej stopy stanęły. Para butów przyciągnęła jej wzrok. Jasnoróżowe lakierki. Ledwie rozpoczęła się zima, a oni już wystawiali wiosenną kolekcję. Różowe buty błysnęły. Były tam szybciej, niż w jakimkolwiek innym sklepie; szybciej niż kogokolwiek innego, właśnie ją zachęcały do kupna. 

Święty Dzień miał być już w przyszłym tygodniu. Dzień, upamiętniający utworzenie miasta. Imprezy i wydarzenia organizowane przez władze miały być rozsiane po wszystkich dzielnicach. Także owa kobieta planowała uczestniczyć w dwóch z nich. 

„Kupię je. I znajdę do nich sukienkę w kolorze ugru. Będą na mnie wspaniale wyglądać. Po prostu to wiem”.

Gdy tylko na jej twarzy pojawił się uśmiech satysfakcji, nagle ogarnęło ją odrętwienie. Po tym krótkim ataku, poczuła przypływ gorąca u podstawy szyi. 

„Co mi jest? Jestem taka zmęczona ...Ciężko mi”.

Nogi się pod nią uginały. Mdliło ją. 

„Muszę gdzieś odpocząć”.

Weszła w alejkę między dwoma sklepami. Powinna prowadzić do kliniki w Centralnym Szpitalu. 

„Po prostu muszę się tam dostać”.
Jej szyja płonęła. Czuła, że coś rusza się pod skórą. Nieznane dotąd uczucie sprawiało, że jej ciało wysychało.

„Co jest?”

Zatoczyła się i upadła. Otwarta torebka wypadła na ziemię, a jej zawartość wysypała się. Kobieta wyciągnęła rękę, by pozbierać swoje rzeczy i krzyknęła, gdy doszło do niej, co widzi. 

Wgłębienia – czarne wgłębienia, zupełnie jak te u starców, zaczęły się pojawiać. Jej skóra szybko traciła wilgoć i zaczęła pękać. 

„Nie może być! Co... Co się dzieje?”

Kobieta podniosła się do swego odbicia i wbiła w nie wzrok. Znowu wrzasnęła. Jej głos zaskrzeczał, niemal stając się szeptem. 

„Moja twarz! Moja twarz!"

Jej twarz, tak piękna jeszcze kilka chwil temu, z niezwykłą szybkością zmieniała się na jej oczach. Zmarszczki przecinały jej skórę, żłobiły się w niej wgłębienia, a włosy zaczęły wypadać. 

Coś ruszyło się u podstawy jej szyi. W jej ciele żyło coś jeszcze. Przerażona kobieta zrozumiała, że władzę nad jej ciałem przejmuje coś obcego.

„Nie, pomocy... mamo... tato... pomóżcie!"

Twarze jej rodziców przemknęły jej przed oczami. 

„Mamo, tato...”

Wyciągnęła palce przed siebie i wypuściła maleńki oddech. Jej świadomość odpłynęła.



***


Karan usiadła na ławce i westchnęła, nie wiedząc już po raz który tamtego dnia. Wiedziała, że wzdychanie jest bezużyteczne. Mogłaby krzyczeć, mogłaby rzucić się na ziemię, ale rzeczywistości by tym nie zmieniła. Nic by się nie zmieniło. Więc mogła przynajmniej pozostać obojętna. Mogła wzruszyć ramionami, trzymać głowę wysoko i niczego się nie wstydzić.

Tak myślała, jednak chwilę później z jej ust uciekło kolejne westchnięcie. 

„Nic nie mogę zrobić. Jestem bezsilna...”

Karan spróbowała rozłożyć obie ręce na kolanach. Delikatne promienie słońca spłynęły na jej blade dłonie. Czuła, że za kilka sekund znowu westchnie. 

Tego dnia zamknęła swoją małą piekarnię w kącie Utraconego Miasta i spędziła pół dnia na spacerowaniu po okolicy. Zastanawiała się nad odwiedzeniem Safu w domu jej i jej babci w luksusowej dzielnicy – Chronosie. 

Jeśli ktoś uzyskał najwyższy wynik w mieście w jednej z wielu możliwych kategorii, otrzymywał przywilej życia w Chronosie, niezależnie od płci, wychowania czy struktury rodzinnej. Miasto zapewniało zarówno zakwaterowanie jak i idealne środowisko dla wykształcenia każdej umiejętności. 

Gdy jej syna – Shiona rozpoznano jako dziecko o niesamowicie wysokiej inteligencji podczas jego Egzaminu Dwulatków, Karan również mogła zamieszkać w Chronosie. Wygodne warunki życia i spokój – w elicie znalazła się dzięki swemu dziecku, które ewentualnie mogłoby wspinać się po kolejnych szczeblach kariery w No.6. Karan była wówczas w pozycji, której wielu zazdrościło i pożądało. 

Pozycja, której wielu zazdrościło i pożądało – życie w komforcie, wolne od zmartwień i jutrzejszych smutków; bez głodu i przemocy; życie, w którym środowisko wewnątrz domu, ochrona, higiena i fizyczne warunki zawsze były monitorowane. 

Karan powoli zacisnęła dłoń. Jej długie, miękkie palce z czasów mieszkania w Chronosie, w Utraconym Mieście stały się zniszczone i szorstkie, a ich skóra czasami pękała i krwawiła.

Jednak przed utratą Shiona była tu znacznie szczęśliwsza niż w Chronosie. O wiele. 

Karan nigdy nie mogła przywyknąć do życia, w którym każdą minutę sprawdzano i kontrolowano; zaczęła się nawet bać, że jej nerwy długo tego nie wytrzymają. Dlatego kiedy Shion wybrał niewiarygodny akt pomocy zbiegłemu przestępcy, czuła coś więcej niż zaskoczenie, coś innego niż rozpacz – przypominało to bardziej rodzaj ulgi. Zauważyła nawet, że ją to cieszy.

Wiedziała oczywiście w swoim racjonalnym myśleniu, że życie już nigdy nie będzie tak łatwe jak w Chronosie, a ścieżka do przyszłości Shiona na zawsze pozostanie zamknięta. Jednak nadal się tym cieszyła. 
Wolała chwalić niż karcić zachowanie syna, które było wyjątkowo głupie, jak na kogoś z takim poziomem inteligencji. Shion tak łatwo porzucił życie w Chronosie. Zamiast swojego stabilnego, kontrolowanego życia, wolał wybrać drogę, na której mógł ochronić tego, kto wpadł do jego pokoju tamtej burzowej nocy. To była pomyłka, jeśli już. Ale popełniając ją, nie zrobił nic złego. 

To znaczyło, że Shion także nie przywiązywał zbyt wielkiej wagi do życia w Chronosie. Dla niego to było coś, co można odrzucić ot tak. Ujawnił jedynie to, jak bardzo było dla niego bezwartościowe. I nie mylił się tak zupełnie.

– Przepraszam, mamo.

W ich pierwszą noc po przeprowadzce do Utraconego Miasta, dwunastoletni Shion pochylił głowę, przepraszając matkę. 

– Za co?

– No bo... Mamo, ty... teraz musisz iść do pracy.

Zbrodnią Shiona było zapewnienie schronienia i pomoc w ucieczce brutalnego przestępcy, w No.6 zwanego VC. Ze względu na jego wiek, wyrzucono go jedynie z Chronosu. Z drugiej jednak strony, miasto zabroniło mu mieszkać gdziekolwiek poza dzielnicą najniższej klasy – Utraconym Mieście. Matka i syn spadli ze szczytu drabiny społecznej na jej najniższy szczebel w zaledwie jedną noc. Pierwszym, nad czym musieli się zastanowić, było ich przyszłe życie. 

– Przepraszam.

Jego uniesiony podbródek się zatrząsł. Karan owinęła ręce wokół ramion syna w miłym uścisku. 

– Mówisz takie głupie rzeczy – odezwała się z delikatnością w głosie. – Nie powinieneś przepraszać za takie rzeczy.

– Ale...

– Shion, kto tu jest mamą, ja czy ty? Jeśli myślisz, że to ty wszystko poplątałeś... – zganiła go z uśmiechem. – To wiedz, że jestem znacznie bardziej uparta niż myślałeś. Założę się, że nawet byś o tym nie pomyślał, nie?

– Nie. 

– Więc możesz na to poczekać. Zobaczysz dopiero jaka uparta może być twoja mamusia. Spadniesz z krzesła.

Shion cicho zaśmiał się w jej ramionach. 

Ile lat już minęło odkąd trzymała tak własnego syna? Tamtego dnia w ciemnym, wilgotnym pokoju, służącym niegdyś za magazyn na materiały budownicze, Karan nie czuła rozpaczy czy żalu, a szczęście, jakie dawało jej dziecko w jej ramionach i pewien rodzaj satysfakcji, który tylko macierzyństwo mogło przynieść. 

– Jaki on był?

– Eh?

– Ten, którego wziąłeś pod swoje skrzydła. Zastanawiam się nad tym po prostu. Jestem ciekawa... ale pewnie mi nie powiesz, prawda?

Shion odsunął się od niej jak ukąszony. Jego wydęte wargi i okrągłe policzki rozbawiły ją tak bardzo, że Karan mogła się jedynie uśmiechnąć. 

– Dobranoc – wyszeptał Shion, opuszczając pokój wciąż z tym wyrazem twarzy. Nawet gdy poniszczone drzwi zamknęły się już z głośnym trzaskiem, Karan wciąż się uśmiechała. 

Zastanawiała się, co to był za chłopiec. Co za chłopiec sprawił, że Shion zostawił Chronos za sobą? Co w nim tak przyciągnęło i zaślepiło Shiona?

Chciała wiedzieć, ale jej syn pewnie nigdy by tego nie wykrztusił. Dzieci uczyły się jak ukrywać uczucia i mierzyć się z tym, co je powodowało – w ten sposób dorastały. Może już nigdy nie byłaby w stanie bez wahania przysunąć się do syna tak blisko. 

Tak jak w pełni dojrzała ptaszyna opuszcza gniazdo, by rozpocząć swój lot, tak Karan wiedziała, że Shion pewnego dnia ją opuści. Była na to przygotowana. Jeśli by mogła zobaczyć, jak jej syn rozkłada skrzydła do lotu, to byłby pewnie szczęśliwy dzień dla matki. Dlatego od następnego dnia postanowiła rozpocząć swoją pracę. 

Zgodnie ze swym postanowieniem, Karan pracowała bez wytchnienia w Utraconym Mieście. Zaczęła od wypiekania chleba i sprzedawania go na ulicy; ewentualnie zamieniała kawałek ich mieszkanka w piekarnię, by móc robić więcej produktów. Jej przystępne i smaczne chleby oraz ciasta cieszyły się popularnością w Utraconym Mieście, gdzie były jednym z niewielu luksusów. Biznes rósł i zapewnił w końcu dom dla dwojga. 

Małe dzieci przychodziły by kupić mufinki, wyczerpane biegiem z monetami w maleńkich piąstkach. Starsi zaś chcieli kupować ciasta w prezencie dla swoich wnuków. Byli także klienci, którzy przybywali do piekarni po chleb, gdy tylko obudzili się rano. 

Karan satysfakcjonowało jej życie w Utraconym Mieście. Nie była to zuchwałość ani próba oszukania samej siebie. Nie była ani odrobinę przywiązana do życia w Chronosie. Pracowała i zbierała tej pracy owoce. Żyła życiem, które sama zbudowała od podstaw z nogami mocno przytwierdzonymi do ziemi. Niczego więcej nie mogła sobie życzyć. 

Karan była na swój sposób szczęśliwa... aż do tamtego dnia. 

W jeden dzień, Shion po prostu zniknął. Zostawił swoje stanowisko w Biurze Administracji Parku Leśnego, by nigdy nie wrócić. To było dalekie od tego, co dotąd przeszła, od zostania w pełni matką. Nie było naturalnego sposobu przeżycia czegoś takiego – tak nienormalnego, nagłego, okrutnego. Doszło do niej, jaka była naiwna i jakie fantazje snuła myśląc, że zobaczy jak jej dziecko wyfruwa z rodzinnego gniazda. 
Został zabrany do aresztu jako podejrzany o popełnienie brutalnej zbrodni i osadzony w Zakładzie Karnym. 
Kiedy dowiedziała się o tym od Ministerstwa Bezpieczeństwa, Karan doświadczyła w końcu pełnego znaczenia słowa rozpacz. Rozpacz oznaczała rzucenie się w najgłębsze istniejące ciemności. Ciemności zaś utorowały sobie drogę do jej ciała, odrętwiając jej ręce i nogi. Jakaż niespokojna śmierć czekała na końcu.
Ale był ktoś, kto dał jej nadzieję na życie. Nezumi. Skontaktował się z nią, by dać znać, że Shion żyje i jest w Zachodnim Bloku. Dostarczył jej nawet krótki liścik od syna. Przepiękne małe światełko zapłonęło w samym środku mroku jej rozpaczy. 

Mamo, wybacz. Żyję, jest ok.

Kilka nabazgranych słów stało się promieniem światła, torującym jej drogę przez ciemności i głosem, szepczącym jej życie do ucha. 

Karan otworzyła swój sklep i dalej piekła chleb. Dopóki Shion nie wróci, chciała zacisnąć zęby i czekać. Dalej by czekała, ponieważ Nezumi dał jej do tego siłę. Chwilami nadal miała ochotę krzyczeć, jednak jej codzienne życie powoli się stabilizowało. A wtedy do jej drzwi zapukała Safu.

Safu miała jeden z najwyższych wyników w egzaminie na inteligencję, zupełnie jak Shion. Była dziewczyną, której wielkie, czarne oczy wystawały i dominowały na jej twarzy, ale wzrok miała uczciwy. Safu w kilku słowach, ale z silną wolą mówiła o swojej miłości do Shiona i ogłosiła, że ma zamiar iść do Zachodniego Bloku.

– Chcę go zobaczyć. Chcę zobaczyć Shiona.

– Ja... Ja go kocham. Z głębi serca, ja go zawsze kochałam. Tylko jego.

Szesnastoletnia dziewczyna wypowiedziała te słowa ze łzami w oczach, a ich prostota i niezręczność jeszcze bardziej uderzyły w serce Karan. Jednak mimo wszystko nie mogła puścić Safu do Zachodniego Bloku. Jako matka Shiona, jako dorosły, musiała ją zatrzymać. 

Safu opuściła jej sklep, a Karan krótko po tym podążyła za nią. Była świadkiem porwania jej przez urzędników Ministerstwa Bezpieczeństwa. 

Już trzy dni minęły od tego czasu.

– Safu... – na koniec z jej ust uciekło kolejne westchnięcie. Nie miała pojęcia, co dalej robić. Przekazała notatkę małemu, mysiemu posłańcowi. Tylko tyle zrobiła.

Czy Nezumi zrobiłby z nią tak, jak zrobił ze Shionem? Jeśli została już zabrana do Zakładu Karnego, uratowanie jej było niemal niemożliwe. Gdyby zaś Shion się dowiedział i popędził do Zakładu ją uratować, naprawdę zostałby zabity. Może zrobiła coś w pośpiechu... Nie ma mowy, żeby Nezumi pomógł komuś, kto jest mu kompletnie obcy. Jej uczucia zwinęły się w maleńkie wstążki i sprawiły, że jej palce zaczęły się trząść. 

Karan spędziła ostatnie trzy dni z trudem jedząc i śpiąc. Była fizycznie i mentalnie wykończona, niezdolna do niczego innego. Przyszła w miejsce, w którym Safu kiedyś mieszkała. 
Luksusowa dzielnica Chronos. 

Obfita zieleń i spokojne środowisko. W pełni funkcjonujący system bezpieczeństwa. Różne zakłady opieki medycznej i pełne towarów sklepy, w których mieszkańcom do szczęścia wystarczyła jedynie ich Karta Identyfikacyjna. Nawet bez Świętego Miasta Numer 6. Chronos był zupełnie inną klasą, wykraczającą daleko poza czyjekolwiek najśmielsze sny. 

Mimo że Karan mieszkała tu jeszcze kilka lat temu, tym razem nie miała prawa nawet wkroczyć na tamtejsze ulice. Gdy tylko wkroczyła na ścieżkę, prowadzącą do Chronosu, wszystkie bramy zamknęły się. 

– Bardzo nam przykro. Dla bezpieczeństwa, to miejsce jest osiągalne jedynie dla mieszkańców Chronosu. Dziękujemy za zrozumienie. W związku z tym każdy, kto przekroczy bramę bez Karty Wejściowej do Specjalnych Dzielnic Mieszkalnych wydawanej przez władze, zostanie usunięty na mocy Artykułu 203 Klauzuli 43 prawa publicznego. Powtarzam... Dla bezpieczeństwa...

Popłynął miły, kobiecy głos. Kamera bezpieczeństwa, przymocowana do białej bramy w ciszy obserwowała Karan, przygwożdżoną do ziemi. Gdyby pozostała tam, gdzie była, miły głos zamieniłby się w ostry alarm, a na scenę wkroczyliby urzędnicy Ministerstwa Bezpieczeństwa. Karan nie miała innego wyboru jak tylko cofnąć się, przygryźć wargę i wrócić skąd przyszła. 

A teraz siedziała na ławce w Parku Leśnym pod wielkim drzewem, które bezustannie traciło swe liście. Siedziała, patrząc beznadziejnie w dół na swoje dłonie. 

– Shion... Safu...

„Dlaczego jestem tak bezsilna? Żyję od dekad, jestem rodzicem, jestem dorosła, a nie potrafię nawet pomóc dwójce dzieci w środku ich własnego kryzysu. Żyję już tak długo, a nadal...”

Karan uniosła twarz. Emocje różniące się odrobinę od gniewu przepływały teraz przez jej serce. W latach, w których No.6 samo się kształtowało i zaczęło zmieniać w niezależne miasto, Karan żyła po swojemu jako zwyczajny obywatel. 

Sześć miast odnalazło się na tym świecie po niezliczonych pomyłkach rodzaju ludzkiego. Były to miejsca wolne od głodu czy wojny, gdzie ludzie mogli żyć w spokoju i wolności. Tutaj mogli żyć od narodzin aż do śmierci w bezpieczeństwie, dostatku i spokoju. Tak powinno być. Nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiała. Wszyscy myśleli, że tak długo jak pozostają w No.6, mają zapewnione takie życie. 

Myśleli... Nie zastanawiali się nad myśleniem... Zostali nauczeni myślenia. 

Zwinęła palce i mocniej przygryzła wargę. 

„To jest kłamstwo. Wszystko... to tylko pusta skorupa”.

Szeptała bez wypowiadania słów. Mimo że zaczynała się zima, oblał ją pot. 
Nad miastem sprawowały władzę chipy identyfikacyjne, dzielące je na niezliczone klasy, przez które nie można było swobodnie podróżować w jego murach. Jej syn został zabrany siłą do aresztu, a ona nie mogła nawet się sprzeciwić. Nie była w stanie potwierdzić bezpieczeństwa innego mieszkańca miasta, który został zabrany przez władze. Gdzie była wolność? Gdzie był spokój, bezpieczeństwo i życie pełne dostatku? Nigdzie.

„Jeśli taka jest prawda, co my robiliśmy cały ten czas? Po co stworzyliśmy takie miasto? Co my zrobiliśmy? Gdzie popełniliśmy błąd?”

– Przepraszam...

Karan nagle została sprowadzona z powrotem do rzeczywistości.

– Proszę wybaczyć. Przestraszyłam panią? – Uśmiechała się do niej starsza kobieta, nosząca mały, jasnoniebieski kapelusz. Nieznana twarz.

– Ach... Och nie, to nic – odpowiedziała szybko Karan. – Przepraszam, zamyśliłam się trochę. Czy mogę jakoś pomóc?

– Nie będzie pani przeszkadzać jeśli tu usiądę?

– Oczywiście, że nie. Proszę. 

Kobieta wciąż z uśmiechem zniżyła się, by usiąść obok Karan. 

– Cóż za przepiękna pogoda, nie uważa pani? Tak miło.

– Rzeczywiście – Pogoda była ostatnią rzeczą, o jakiej mogłaby teraz myśleć. Przez ostatnie kilka dni nie czuła niczego w kolorze nieba, dźwięku wiatru czy widoku drzew.

– Zapewne myśli teraz pani, że jestem dziwną staruszką, zagadując panią tak nagle, czyż nie? – odezwała się łagodnie kobieta.

– Nie, nie, oczywiście że nie. Byłam po prostu odrobinkę zaskoczona. Myślałam o czymś i nie zauważyłam, że stoi pani tuż przede mną. 

Staruszka pchnęła lekko na nosie swoje okrągłe okulary, a jej twarz zrobiła się poważna. 

– Widzi pani, właśnie dlatego postanowiłam z panią porozmawiać. 

– Słucham?

Kobieta nosiła srebrny pierścionek. Wyciągnęła palce by złapać dłoń Karan. 

– Przepraszam, nie chcę się narzucać. Wiem bardzo dobrze, że jestem wścibska – nalegała. – Ale miała pani tak samotny wyraz twarzy, że musiałam coś z tym zrobić. 

– Och – odezwała się delikatnie Karan. – I dlatego poświęca mi pani swój czas?

– Naturalnie. Siedziała pani w tak piękny dzień, w niesamowite popołudnie i wyglądała na ogromnie zakłopotaną. Była pani sama na ławce z pochyloną głową. Nie ma mowy, żebym mogła iść dalej bez rozmowy z panią. 

Starsza kobieta zacieśniła uścisk wokół dłoni Karan i jeszcze bardziej owinęła wokół nich własne. 

– Dlaczego tak piękna i młoda kobieta jak pani siedzi tu z takim wyrazem twarzy? Coś się stało?

Para oczu za okularami była miła i pełna zrozumienia. Nad ich głowami bujały się na wietrze gałęzie drzewa. 

– Dziękuję za troskę. Miałam właśnie drobne problemy...

– Tak, rozumiem – powiedziała sympatycznie kobieta. – W moim życiu też były czasy, gdy przytłoczyły mnie ogromne problemy – Jej wiekowe, ale wciąż dostojne oblicze zachmurzyło się odrobinę. Serce Karan przez chwilę przyspieszyło.

Byli inni ludzie jak ona? Byli inni ludzie, rozumiejący jej cierpienie? Inni ludzie także zrozumieli istotę tego miasta?

– To było dewastujące, nawet jeśli zdarzyło się lata temu. S–Straciłam syna przez chorobę.

– Och, chorobę – mruknęła Karan.

– Tak, miał tylko trzy lata. Pamiętam, jak płakałam, gdy po jego śmierci zobaczyłam, jak maleńka była trumienka na pogrzebie. Jest pani w stanie zrozumieć uczucia kogoś, kto stracił syna?

Karan próbowała kiwnąć głową, jednak w odpowiednim momencie się zatrzymała. Shion jeszcze żył. Jeszcze nie straciła syna. 

– Nie mogę powiedzieć, że dokładnie rozumiem... – odezwała się z wolna. – Ale musiała pani cierpieć.

– Tak było. Słowami nie da się opisać tego, przez co przeszłam. Wiele razy myślałam, o ile lepiej by było, gdybym to ja umarła zamiast niego. Ale teraz cieszę się, że żyję. Nie mogłabym byś szczęśliwsza żyjąc w tak wspaniałym mieście, otoczona przez dzieci i wnuki. 

Kobieta uśmiechnęła się i rozejrzała dookoła. 

– Chciałabym, by mój syn tu dorastał. Nie... jeśli opieka medyczna No.6 byłaby wtedy na dzisiejszym poziomie, w ogóle nie musiałby umierać. 

Karan delikatnie odsunęła dłoń. Wzrok starszej pani wałęsał się po niebie, gdy ta kontynuowała. Jej usta uformowały łagodny uśmiech. 

– Naprawdę myślę, że to miejsce jest utopią. Wie pani, zawsze mówię to moim wnukom. Że powinny być wdzięczne, że się tu urodziły. Są oczywiście przez to zakłopotane, ale wtedy mówię im o Zachodnim Bloku.

– Zachodnim Bloku? – Serce Karan przyspieszyło, tym razem z innego powodu.

– Tak, Zachodnim Bloku. Wie pani, co to za miejsce?

Karan przysunęła się naprzód. Chciała wiedzieć. W Zachodnim Bloku był Shion i chciała znać o nim jak najwięcej szczegółów. 

– Nie mam pojęcia. Proszę mi opowiedzieć. 

Kobieta uniosła brew i kiwnęła głową. 

– Sama zbyt wiele nie wiem. Ale mój bratanek pracuje w Biurze Kontroli Dostępu i słyszę czasem coś od niego. Mówi, że to okropne miejsce. 

Karan uspokoiła swoje niespokojne serce i mruknęła coś w skupieniu. Chciała zachęcić staruszkę do dalszego opowiadania. 

– Higiena jest tam absolutną abstrakcją, słyszałam, że dzieci muszą pić nie filtrowaną wodę.

– Nie filtrowaną?

– Tak, czy to nie okropne? Naprawdę mi ich żal, aż serce boli. W porównaniu z tym, dzieci w mieście nie mogłyby być szczęśliwsze. Nie zgodzi się pani?

– Co? Ach, to znaczy tak, ale...

– Dlatego tam wszędzie rozprzestrzeniają się choroby, których w No.6 nigdy nie mogłoby być. Zbrodnie zdarzają się codziennie, a bezpieczeństwo niemalże nie istnieje. Mieszkańcy tego Bloku są niewykształceni, zdegenerowani, a większość nawet bez mrugnięcia okiem zabije człowieka, jeśli tylko oznacza to dla nich pieniądze. Słyszałam, że ostatnio grupa brutalnych mężczyzn próbowała się włamać do Biura Kontroli. Oczywiście odkąd mają perfekcyjny system bezpieczeństwa, aresztowano ich jeszcze zanim postawili stopę w progu. To naprawdę przerażające.

Kobieta owinęła wokół siebie ramiona i zatrzęsła się.

– Bratanek powiedział mi, że to miejsce jest jak piekło; najnędzniejsze, najgorsze możliwe środowisko. Musi się bardzo różnić od tego, co jest tutaj. My też powinniśmy być wdzięczni, że mieszkamy w No.6, nie tylko nasze dzieci. Ja nie boję się mówić moim wnukom jakie mają szczęście, że mieszkają tutaj, w porównaniu z Zachodnim Blokiem. 

Zachodni Blok. Najnędzniejsze, najgorsze możliwe środowisko. 

Karan zamknęła oczy. Pismo Shiona przepłynęło jej przez myśl. Krótka notatka, miała tylko jedną linijkę. Litery były lekko pochylone, jakby pisane dystyngowaną dłonią.


Mamo, wybacz. Żyję, jest ok.


Znaki te dodawały jej energii. Pismo, promieniujące młodością i chęcią życia. Był żywy i ukrywał się w Zachodnim Bloku. z większą siłą niż kiedykolwiek, nawet teraz chciał żyć dalej.

– Coś się stało?

Otworzyła oczy na słowa staruszki. 

– Coś się pani stało? Mam zawiadomić Ministerstwo Zdrowia i Higieny?

Karan powoli pokręciła głową. 

– Nie wydaje mi się. 

– Słucham?

– Nie wydaje mi się, że Zachodni Blok jest najnędzniejszy, ani najgorszy.

– Dlaczego, co...

– I nie wydaje mi się, że...

„Nie wydaje mi się, że to jest utopia”.

Gdy już miała wypowiedzieć te słowa, usłyszała łopot skrzydeł nad głową, a czarny obiekt przeleciał ponad nią. 

Starsza kobieta krzyknęła.

– Niebiosa, kruk! 

Kruk o błyszczących skrzydłach usiadł na ziemi u stóp Karan. 

– Jak namącił – powiedziała niespokojnie kobieta. – W Parku Leśnym w ogóle były jakieś kruki? – uniosła brew.

– To w końcu naturalne środowisko. Są więc kruki, choć pewnie nie ma ich zbyt wiele.  – odpowiedziała Karan, a kruk wzleciał w powietrze. Pomyślała, że odleci gdzieś w dal, jednak ten zamachał skrzydłami i usiadł na ramieniu mężczyzny. 

Tym razem to Karan pisnęła z zaskoczenia. Nie zauważyła, że przez cały czas ktoś stał aż tak blisko. W trakcie konwersacji ze starszą kobietą było wielu innych przechodniów – starszy człowiek z psem, dziewczynka zbierająca z ziemi kolorowe liście, grupa ludzi wyglądających na studentów... ale nikogo z krukiem na ramieniu. Kiedy tak bardzo się zbliżył? Jak długo już tam stał? To było odrobinę niepokojące. 
Mężczyzna był wysoki i sztywny, ubrany w jasnobrązową marynarkę i tegoż koloru spodnie. Głowę miał pełną włosów, z których miejscami odstawały jednak te siwe. Jego wąs także zaczynało już pokrywać srebro. Pomijając fakt, że na jego ramieniu siedział kruk, wydawał się być normalnym człowiekiem w średnim wieku. I był kompletnie obcy. 

Mimo to wyciągnął obie dłonie ku Karan z uśmiechem na twarzy. Nazwał ją nawet po imieniu gdy przemówił.

– Karan, tęskniłem za tobą. 

– Eh?

Zanim zdążyła odpowiedzieć, mężczyzna złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie. Przez małą posturę Karan, nie było trudno złapać ją w długie ramiona człowieka. Ściskał ją tak mocno, że trudno jej było oddychać. 

– Wybacz mi – błagał. – To wszystko moja wina. Nigdy nie zrobię już niczego, przez co mogłabyś się źle czuć. Obiecuję. Będziesz jedyną, którą będę kochał do końca życia. 

– Przepraszam, co...? – Karan podniosła głos. – Co ty wyprawiasz?

– Nie zrozumiałem, jak bardzo cię kocham, dopóki nie odeszłaś. Proszę, błagam cię. Powiedz, że zaczniesz ze mną od nowa, Karan. 

„Oszalał”.

Taka była jej pierwsza myśl. Ale jeśli ktoś był szalony, nie zostałby w mieście na długo. Gdy tylko o tym pomyślała, dotarło do niej bicie serca mężczyzny. Byli tak blisko siebie, że mogła je poczuć. Rytm był stały. Ten człowiek nie był ani szalony, ani nerwowy z podniecenia. Był za to bardzo spokojny i bez wahania recytował te banalne kwestie. 

– Nie wierzę w to! Miałam już dość! – Karan odepchnęła go obiema rękami. – Wystarczy tego słodkiego gadania. Zostawiłam cię. Nie chcę cię więcej widzieć. 

– Karan, kocham cię. Uwierz mi, naprawdę cię kocham – Kruk na jego ramieniu zaskrzeczał ostro, jakby próbował się z nich nabijać. Człowiek niezręcznie odchrząknął i pochylił głowę przed staruszką, patrzącą na nich z otwartymi ustami. 

– Bardzo przepraszam, że musi pani to oglądać.

–  Ach, nie trzeba – odezwała się zafrasowana. – Więc... eh, wy dwoje jesteście...?

– Jesteśmy parą – odpowiedział mężczyzna. – Byłem głupi i spowodowałem jej mnóstwo bólu. Chciałem ją przeprosić i zacząć od nowa. 

– Rozumiem. Cóż, to...

– Mamy bardzo ważne rzeczy do przedyskutowania, więc jeśli pani wybaczy...

Człowiek złapał Karan za ramię i w połowie siłą odciągnął od sceny. Kruk znowu zaskrzeczał. Poszli boczną ścieżką za Biurem Parku – byłym miejscem pracy Shiona – i wyszli z tyłu parku. Mężczyzna nie odezwał się słowem całą drogę. Karan także pozostawała cicho, mimo bycia ciągniętą całą drogę. 

Na skwerze stał zaparkowany samochód. Raczej stary model, rzadko już widywany na ulicach miasta. Człowiek otworzył drzwi i przemówił bez wahania.

– Wsiadaj.

– Nie, dziękuję.

– Wsiadaj – powtórzył. – Jest coś ważnego, o czym chcę z tobą pomówić – Głośno machając skrzydłami, kruk zeskoczył z jego ramienia na tylne siedzenie samochodu. Następnie spojrzał na Karan, jakby chcąc ją zaprosić do środka. 

– Mądry ptaszek – zauważyła Karan.

– Jak dla mnie nawet trochę za mądry – Z jego tonu można było wywnioskować, ile problemów musiała mu sprawić ta ptaszyna. Kruk otworzył szeroko dziób i znowu zaskrzeczał. Tym razem zabrzmiało to jak śmiech. Karan też zaśmiała się cicho. Gdy tylko skończyła, doszło do niej, jak dawno się już nie śmiała.
Karan nadal podtrzymywała wzrok kruka, siedzącego na siedzeniu dla pasażera.  Hybryda na energię elektryczną i benzynę bezgłośnie poruszała się naprzód. Kiedy wjechali do tunelu, człowiek wcisnął przycisk autopilota i zdjął ręce z kierownicy. 

– Wiedziałaś? Nowe biopaliwo niedługo ma wejść i od następnego roku nie będę już mógł używać benzyny. A co za tym idzie, samochodu też już prowadzić nie będę. 

– Słyszałam, że paliwa kopalne niemal się wyczerpały, nie licząc węgla – powiedziała Karan. – Chyba nie będziemy mieć innego wyboru, jak tylko znaleźć inne źródła energii. 

– Od kogo to usłyszałaś?

– Kogo...? Cóż, ogłaszali to przez miejskie polisy energetyczne...

– Dokładnie. Ogłoszenie od władz. Urzędnicy przekazują swoje zawiadomienia słowo w słowo – Mężczyzna przekręcił wąsem w cynicznym uśmiechu. – Nikt o to nie pyta. Wszyscy akceptują tak jak jest, nawet się nie zastanawiając. Boże, wszyscy w tym mieście są tak cholernie naiwni. Wątpienie we władze jest ostatnią rzeczą, o jakiej mogą pomyśleć. Pewnie nawet sobie tego nie wyobrażają. Podejrzewanie zabiera energię. Łatwiej po prostu usiąść i mówić: „Tak, tak, zgadzam się na wszystko”. 

Karan spojrzała podejrzane  na człowieka.

„Więc mówisz, że ty masz podejrzenia? Zamiast obojętnego kiwania głową, zatrzymujesz się, by to zakwestionować?”

Wstrzymała się od zapytania go o to. Raczej nie byłoby uprzejmie pytać o coś takiego ledwie poznaną osobę. Musiała pozostać ostrożna jak ukrywający się roślinożerca.

Karan pozbierała się i spróbowała zmienić kierunek konwersacji.

– Mogę zadać pytanie?

– Pewnie.

– Kim jesteś i skąd wiesz, jak się nazywam? Czemu posunąłeś się tak daleko z tym niedopieczonym przedstawieniem, żeby mnie stamtąd wyciągnąć?

– Niedopieczone to chyba za dużo powiedziane, nie uważasz? – odezwał się cierpko. – Chyba nie poszło mi aż tak źle. Ty też nieźle to zagrałaś. Materiał na Nagrodę dla Aktorki Roku. 

– Och, dziękuję – odpowiedziała łagodnie Karan. – Rola romantycznej głównej bohaterki nie trafia mi się zbyt często w tym wieku.

– Cóż, nie widzę przeszkód. Ciągle jesteś wystarczająco młoda i piękna. Możesz zagrać jaką tylko bohaterkę zechcesz, Karan. 

– Skąd znasz moje imię?

– Od siostrzenicy. 

– Siostrzenicy?

– Mówi, że jest twoją fanką – powiedział. – A przynajmniej fanką twoich mufinek. 

Mała, okrągła twarzyczka przebiegła przez myśl Karan – dziewczynka, która zawsze przychodzi z pieniążkami ściśniętymi w piąstce. 

– Pani nie przestanie prowadzić tego sklepu, prawda? – Dziewczynka, która martwiła się o Karan. Ona, wraz ze słowami i spojrzeniami dodającymi odwagi, pomogła jej w te ciemne dni, gdy Shiona zabrało Ministerstwo Bezpieczeństwa. 

– Riri.

– Dokładnie – oznajmił mężczyzna. – Słodziutka Riri. Jest córką mojej młodszej siostry. Mówi, że sto razy bardziej woli twoje mufinki niż te moje. A przynajmniej tak twierdziła, kiedy ją ostatni widziałem. 

– Ojej.

– Cały czas o nich mówiła, więc postanowiłem dorzucić swoje dwa grosze i spróbowałem jedną... – Człowiek udał, że przeżuwa. Potem oblizał koniec palca i usta.

– Smakowały, prawda?

– Tak. Nie chcę tego przyznać, ale były pyszne. Chyba nic nie zrobię z tym, że Riri lubi je bardziej niż jakiegoś starego wujka, który raz na jakiś czas upiecze je w wolnej chwili. 

– Cóż – zaczęła Karan. – Teraz przynajmniej wiem, że jesteś wujkiem Riri i że nauczyłeś się mojego imienia od swojej słodkiej siostrzenicy.

– Dzięki za zrozumienie. A co, myślałaś, że jestem kimś podejrzanym? 

– I nadal myślę. Co to w ogóle było? Aż tak bardzo chciałeś mnie odciągnąć od tamtej babci?

– Oczywiście. Była niebezpieczna. 

– Niebezpieczna?

Samochód powoli zwalniał. Jechał do Utraconego Miasta. Wydawało się, że mężczyzna ma zamiar odwieźć ją do domu. 

Stary samochód jechał tą samą ścieżką, którą ona szła dziś rano pogrążona w myślach. Dzisiaj zamknęła piekarnie. Ciekawe, czy Riri była rozczarowana.

– Byłaś o włos od powiedzenia jej, że nie jesteś zadowolona z tego miasta. Mylę się?

„Nie wydaje mi się, że to utopia”.

Niewątpliwie miała już wypowiedzieć te słowa. Jednak hałas narobiony przez kruka przerwał jej w idealnym momencie. 

– To było niebezpieczne?

– Jest taka możliwość. Co jeśli tamta kobieta zdecydowałaby, że jesteś kłopotliwa?

– Kłopotliwa? Co masz na myśli?

– Mówię, że poszłaby do władz i powiedziała, że tamta pani na ławce jest niezadowolona z miasta. 

– Mówisz, że by mnie wydała?

– Tak trudno uwierzyć?

– Oczywiście – oburzyła się Karan. – To nonsens. Tamta staruszka się o mnie martwiła. Była dla mnie taka miła.

– Dokładnie, bo wyglądałaś na zmartwioną. W tej utopii, w No.6, każdy musi być szczęśliwy. Nawet poważnie chorzy czy ranni ludzie zostają pozbawieni całego bólu przez technologię. Ludzie, którzy się czymś przejmują, zastanawiają czy pogrążają w myślach – oni nie istnieją. Nie mają prawa. 

– To nie... – zaprotestowała Karan. – To znaczy, zawsze są jacyś ludzie, pogrążający się w myślach na ławce.

Człowiek pokręcił głową i wcisnął coś w rogu małego monitora na desce rozdzielczej, wyświetlającego informacje o drodze. Małe liczby wskazujące czas wyskoczyły na ekranie.

– Pamiętasz jak długo siedziałaś na ławce?

Karan spojrzała na numery i pokręciła głową. Całkowicie zapomniała o czasie. Siedziała na ławce kontemplując, walcząc z myślami i szukając odpowiedzi. Straciła wolę do wstania i kontynuowania spaceru. 

– Twój limit czasowy to trzydzieści minut – mruknął mężczyzna. 

– Eh?

– Obywatele mogą zamyślić się najwyżej na trzydzieści minut. Jeśli myślą nad czymś głęboko albo gubią we własnych myślach dłużej, flaga się podnosi i ktoś przyjdzie to sprawdzić. 

– Więc mówisz... Tamta kobieta przyszła mnie sprawdzić, bo siedziałam tam tak długo?

– Brak mi dowodów na udowodnienie – odpowiedział. – Wszystko, co wiem, to że była taka możliwość. Może to tylko zwykła, miła staruszka, która myślała, że robi coś dobrego – ten rodzaj może robić miłe rzeczy, tak długo jak nie są dla nich zbyt kłopotliwe. 

– Strasznie to ujmujesz.

– Taka jest prawda. Miasto solidaryzuje się z takimi samozwańczymi dobrymi samarytanami. Jest ich tak dużo, że trudno stwierdzić, który jest naprawdę dobry. Dlatego jeśli tamta kobieta rzeczywiście by taka była, nie byłoby żadnego problemu. Ale co jeśli była szpiegiem? To by już mogło być kłopotliwe, nie sądzisz?

Karan mu nie odpowiedziała. Nie chciała być podejrzliwa wobec tamtej starszej kobiety. Chciała wierzyć, że miała miłą duszę i po prostu chciała ją pocieszyć z dobroci serca.

Miała takie radosne spojrzenie. 

Karan zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech.

Trzydzieści minut. Nie mogła pozwolić sobie na więcej. 

Głęboko się zastanawiać, walczyć z myślami, przyznawać się do własnych myśli i w końcu znajdować właściwą odpowiedź – to wszystko było tu zakazane. 

Te same pytania znowu narastały w jej piersi.

„Co my robiliśmy cały ten czas? Po co stworzyliśmy takie miasto? Gdzie popełniliśmy błąd?”

Przełknęła westchnięcie. Była wykończona, zupełnie jakby cała wola do odwetu i siła do zezłoszczenia się, obie zniknęły. 

– Tym razem władze pewnie by mnie złapały – powiedziała cicho. – Muszą mnie obserwować i to nie tylko przez pogrążanie się w myślach. Jestem w końcu matką mordercy.

– Nie ma mowy – powiedział ostro. – Nie mów tak – jego ton był raczej jak ojca pocieszającego córkę. – Naprawdę myślisz, że twój syn jest winny, jak mówią to władze?

Karan przestała patrzeć w podłogę i pokręciła głową. Nawet przez chwilę nie uwierzyła, że Shion mógł kogoś zabić. 

– To też usłyszałem od Riri – kontynuował. – Mówiła że twój syn... Shion, prawda? Jest dla niej bardzo miły. Zawsze kiedy zepsuła zabawki, naprawiał je dla niej. Mówi, że bardzo go lubi, nawet bardziej niż wujka, ale nie aż tak jak mufinki. Zastanawiała się czy ma dziewczynę. 

– Naprawdę? Ojej – odezwała się Karan z odrobiną uśmiechu w głosie. 

– Wygadana, nie sądzisz? Zachowuje się bardzo dojrzale jak na swój wiek. Ale z tego wszystkiego nadal nie może zauważyć ile jest wart jej wujek. Nie wiem, jak moja siostra musiała ją wychować, żeby jej się to udało. 

– I jeśli ją zapytam, myślisz że odpowie mi, jak się nazywa ten wiele wart wujek i czym się zajmuje?
Człowiek zaśmiał się na słowa Karan i lekko nacisnął coś na panelu. 

– Bóg wie, co się stanie jeśli spytasz Riri. Pewnie odpowie, że wujek Yoming jest dziwnym staruszkiem, który wałęsa się po domu od czasu do czasu, naje się i sobie pójdzie. 

– Yoming. Więc tak się nazywasz. 

– Tak. A to jest moja praca.

Panel wypełnił się obrazami chlebów, ciast i innych wypieków, wraz z opisaną ilością kalorii, ceną i dostępnością w poszczególnych sklepach.

– Prowadzę coś w rodzaju elektronicznej gazety z rozrywkami ze wszystkich dzielnic oprócz Chronosa. Nie ma tego dużo poza jedzeniem i okazjonalnymi wydarzeniami, dlatego głównie tym się zajmuję. Odkąd miasto samo zajmuje się wszystkimi imprezami, koncertami i zajmuje drukarnie, nie ma zbyt wiele rzeczy innych niż jedzenie, o których można by napisać. Ministerstwo Żywienia jest co prawda milczące, nie ma mowy, żeby się tam dostać, więc po prostu piszemy gdzie można dostać dobre ciasto, gdzie zjeść smaczny obiad i takie tam. Robię co mogę. To nawet całkiem popularne. Znaczy, w Utraconym Mieście i tak nie ma zbyt wielu rozrywek innych niż jedzenie i picie, więc ludzie chłoną takie informacje.

– Więc czy to możliwe, że ty...

– Dokładnie – powiedział energicznie. – Chcę napisać artykuł o wypiekach z twojej piekarni, zachwalając przy tym mufinki. Udzielisz mi wywiadu?

– Jesteś pewien, że o moim sklepie chcesz pisać? – zapytała zmartwiona. – Władze nie zaczną się ci przez to przyglądać?

– Nie obchodzi mnie czy zwracają na mnie uwagę, czy chcą mnie zamknąć, nie mogę pozwolić, żeby taki artykuł mi uciekł – przerwał. – Chociaż Riri raczej nie będzie zadowolona z tłumu klientów w piekarni i półek wyczyszczonych z mufinek. Pewnie powie coś w rodzaju: „Wujku, nigdy nie robisz nic dobrze”. 

– Nigdy – uśmiechnęła się Karan. – Ale moja piekarnia była już wcześniej w wiadomościach, po zabraniu mojego syna. Ludzie z Utraconego Miasta i tak przyjdą... ale co z tymi z innych dzielnic?
Yoming wzruszył ramionami i wymazał „oraz" z dotykowego ekranu.

– Karan, ludzie w tym mieście nie są za dobrzy w pamiętaniu czegokolwiek – Jego głos był zachrypnięty i trudny do zrozumienia. – Zapominają o wszystkim w mgnieniu oka. Nieważne jak poważny był przypadek. Nie ma. Co więcej nie widzą nawet możliwości istnienia czegoś pod powierzchnią. Pamiętanie, wątpienie, myślenie. To dla nich trudne. Ale nie muszą tego robić, dzień i tak się skończy, tak samo spokojnie jak poprzedni. To przerażające miejsce. 

Słowa Yominga brzmiały bardziej jak otwarta krytyka obecnego położenia Karan, która zauważyła, że wyprostowała się na siedzeniu. Gdyby ta konwersacja dotarła do uszu kogoś z zewnątrz, to by dopiero było przerażające. Jakby dostrzegając poruszenie Karan, Yoming rozluźnił twarz w uśmiechu i pomachał nonszalancko ręką.

– Nie martw się. Ten samochód jest wyposażony w system antypodsłuchowy. Kto wie, może wszystkie samochody, które w przyszłym roku wejdą na rynek będą miały podsłuch.

– Yoming, dlaczego jesteś taki krytyczny względem miasta? Jak możesz być tak spokojny w takim przerażającym miejscu?

Po krótkiej ciszy, Yoming nacisnął ekran dotykowy trzykrotnie.

Pojawił się obraz młodej kobiety o delikatnej twarzy. Dziecko owinięte w biały kocyk spało w jej ramionach. Jej uśmiech był pełen szczęścia z macierzyństwa. Jej orzechowe włosy, spięte w krótki kucyk podkreślały jej żywą twarz i miły uśmiech.

– Moja żona. Trzyma naszego syna. Naprawdę stare zdjęcie. 

– Coś się stało twojej....?

– Razem z synem opuściła dom, by już nigdy nie wrócić. Jedyna różnica między jej zniknięciem, a zniknięciem twojego syna jest taka, że ją przez jakiś czas uznawano za zaginioną. 

Oddech ugrzązł w gardle Karan. Spokojny sposób mówienia Yominga sprawiał, że fakt ten wydawał się być jeszcze bardziej szokujący.

„Zupełnie jak Shion... Więc jest ktoś, kto przeszedł przez to samo...”

– Była nauczycielką w szkole – powiedział cicho Yoming. – Uczyła plastyki i muzyki dzieci takie jak Riri. Mówiła, że żadna praca nie mogłaby być dla niej lepsza. Zawsze powtarzała maluchom, żeby mówiły, co im leży na sercu. Nieważne, czy chodziło o rysunek czy piosenkę, mawiała, że najważniejsze to spojrzeć na swoje uczucia i je wyrazić. 

– To piękne – odetchnęła Karan. – Ale nie sądzę, że będę jeszcze długo słyszeć o takich miłych rzeczach. 

– Tak. Była niesamowitą kobietą, poruszyła wielu ludzi. Wierzyła we wspaniałe ideały i uczyła ich dzieci. Ale zaczęła otrzymywać przez to coraz więcej ostrzeżeń i upomnień od Ministerstwa Edukacji. Mówili jej, żeby uczyła dzieci prosto z książek. Ich książek, oczywiście. Naturalnie się opierała i w końcu ją wyrzucili. Nawet licencję jej odebrano, bo uznali, że nie nadaje się na nauczyciela. Wtedy było chyba kilku takich nauczycieli. Nie słyszałaś, prawda?

– Nie miałam pojęcia... Nie pamiętam...

– Nie musisz się wstydzić. To normalne, że nie wiesz – powiedział ponuro Yoming. – nie podali tego do wiadomości. Władze już wtedy zaczęły manipulować informacjami. Zasadzili ziarna systemu, który zapobiegał publikacji czegokolwiek niewygodnego. 

Samochód docierał już do Utraconego Miasta. Dzielnica ta zawsze była ostatnia w kolejce do unowocześnienia zakładów i stała się miejscem mieszania się nowoczesnych urządzeń z tymi naprawdę starymi. Pośród bezustannego hałasu, Karan westchnęła z ulgą. 

– Planowała otwarcie szkoły dla dzieci z innymi zwolnionymi nauczycielami – próbowała uczyć w miejscu, w którym było mniej interwencji władz. Wyszła na spotkanie w związku z tymi planami. Nigdy nie wróciła.
Yoming zacisnął pięść i uderzył nią w kierownicę. Kruk zaskrzeczał na tylnym siedzeniu. 

– Ja nigdy nie zapomnę – powiedział przez zęby. – Nieważne co się stanie, ja nigdy nie zapomnę. Będę o tym pamiętać. Był pochmurny poranek i w każdej chwili mogło zacząć padać. Poszedłem do dentysty, bo ból zęba robił się już nieznośny. Miałem wtedy wolne, więc powinienem był zostać w domu i zająć się naszym synem. Ale zabrała go ze sobą, żebym nie musiał. Włożyła go do wózka z niebieskim kapturkiem na głowie, a sama założyła beżowy żakiet. Na piersi były wyhaftowane kwiaty. Obiecaliśmy, że jeśli przestanie mnie boleć, a po południu nie będzie padać, pójdziemy na spacer do Parku. U drzwi pocałowała mnie i powiedziała: „Żegnaj”. Ucałowałem syna na pożegnanie. Śmiał się i kopał nóżkami. Miał takie maleńkie, białe skarpetki. Na nich też był wzór w kwiaty. To chyba były fiołki. Pamiętam. Nadal nie zapomniałem o niczym. Nigdy nie zapomnę.

– Yoming...

Samochód się zatrzymał.

Nawigacja oznajmiła dotarcie na miejsce. Byli przed piekarnią Karan. 

– Wybacz, jestem trochę przepracowany – powiedział. – Niegrzeczne z mojej strony, ledwie się poznaliśmy. 

– Nie... – powiedziała delikatnie Karan. – Dziękuję za przywiezienie mnie do domu. 

Przerwała nagle. Zastanawiała się, czy mogłaby powiedzieć mu o Safu. Jednak nie była w stanie stwierdzić, czy może ufać człowiekowi obok niej. 

– Proszę pani!

Ktoś z pełną szybkością rzucił się na talię Karan, gdy tylko ta wysiadła z samochodu.

– Jeju, Riri.

– Proszę pani, miała dzisiaj pani wolne? Jest pani chora?

Yoming zawołał z wnętrza samochodu.

– Riri, nic jej nie jest. Pani po prostu miała coś do załatwienia. Jutro na pewno upiecze dla ciebie mufinki.

Riri zamrugała z otwartymi ustami.

– Hej, czy to ty, wujku? Znowu przychodzisz na kolację? Dlaczego zawsze przyjeżdżasz kiedy mamy kurczaka z pieczarkami?

– Zobacz, zawsze mi to dajecie. Straszne, nie uważasz? – Yoming uśmiechnął się cierpko i podszedł, by spojrzeć Karan w twarz. – Jeśli możesz, otwórz jutro znowu piekarnię. I tak trzymaj. Masz pracę do wykonania, Karan.

– Oczywiście.

– Nigdy nie rozpaczaj. Nie możesz się poddać, cokolwiek się stanie. To tylko twoja decyzja kiedy stwierdzasz, że nie możesz już nic więcej zrobić i wtedy naprawdę przegrywasz. Może się wydawać, że łatwiej się poddać...

Karan położyła dłoń na głowie Riri i potrząsnęła nią lekko. 

– Nie, nie poddam się. Mam swoje obowiązki.

– Obowiązki?

– Tak. Jestem dorosła i żyłam w tym mieście przez długi czas. Zrobiłam co mogłam, by żyć jak najlepiej, ale rezultatem jest to, co się z nim stało, a więc gdzieś po drodze popełniliśmy błąd. Nie jestem pewna gdzie, ale wiem, że naszym obowiązkiem jest wziąć za niego odpowiedzialność. Nie możemy pozwolić, by dzieci jak Riri cierpiały przez zbrodnię, której nie popełniły, prawda?

– Cii…! – Yoming uniósł palec w ostrzegawczym geście. Młoda kobieta przejechała na rowerze obok samochodu. – Rozumiem twoje uczucia, ale nie powinnaś mówić tu na głos takich rzeczy. Nigdy nie wiesz, kto może słuchać. 

Riri stanęła na paluszkach i pociągnęła koszulkę Karan. 

– Wujcio Yo zawsze jest ostrożny. Jak mały szczeniaczek, nawet jeśli już zupełnie dorósł. 

– Kiedy ty urośniesz, też zrozumiesz czym są te wszystkie straszne rzeczy, Riri. 

– Na moje najstraszniejsza jest mamusia jak się zezłości – stwierdziła przybita. – Wie pani, ona jest naprawdę, naprawdę straszna. Nawet tatuś mówi, że się jej boi. 

– Ach, cóż, tu się zgadzam – odpowiedział z poważną miną Yoming. – Twoja mama potrafi być wyjątkowo przerażająca. 

Karan wybuchła śmiechem. Matka Riri często musiała krzyczeć na dziecko całkiem silnym głosem jak na jej maleńką posturę. 

– Riri, Yoming i panie kruku… Jeśli macie wolną chwilę, nie chcielibyście się tu na chwilę zatrzymać? Niestety nie mogę zaserwować wam mufinek, ale usmażę wam naleśniki. 

– Naprawdę? Jej! – Riri owinęła się ciasno wokół ręki Karan. Dłonie małej były miękkie. Serce Karan wypełniło się wszechobecną miłością. 

„Nie mogę pozwolić jej przejść przez to samo, co Shion czy Safu. A i tamtą dwójkę muszę jakoś uratować. Tak… To jest nasz obowiązek”. 

Jej spojrzenie spotkało się z tym Yominga. Wzrok wbijała w nią para oczu w kolorze kruczych piór. Karan kiwnęła głową i otworzyła drzwi. 

– Riri, wejdź. Ty też, Yoming. Jest jeszcze kilka rzeczy, o których chciałabym z tobą porozmawiać. 
Nagle mały, czarny punkt przeleciał jej przez oczami. Usłyszała bzyczenie skrzydeł. 

– Coś nie tak? – Yoming podążył za wzrokiem Karan i rozejrzał się, wysiadając z auta. 

– Tam był owad… Wydawało mi się, że widziałam pszczołę. 

– Pszczołę? Może i jest jeszcze ciepło, ale nie wydaje mi się, żeby nadal latały. 

– Chyba masz rację. 

Była zima. Nie było mowy, żeby pszczoły nadal pozostawały aktywne. A nawet jeśli, to pewnie tylko pojedynczy owad wyleciał z ukrycia, przyciągnięty przez ciepło i słońce. Jednak nie mogła pozbyć się z serca tego dziwnego przeczucia.

– Proszę pani?

Riri patrzyła na nią z dołu, stojąc nieruchomo pod drzwiami.

– Och, przepraszam. Wejdź. 

„Jestem tylko zdenerwowana. Chyba się zmęczyłam” – Karan przywróciła się do porządku i otworzyła drzwi. Weszła do środka i potrząsnęła szybko głową, jakby chciała odgonić od siebie bzyczenie, które zalęgło się w jej uszach.



==Koniec rozdziału 2==


Wykorzystano fragm. wiersza Pabla Nerudy „Biała Pszczoła” w mym nieudolnym przekładzie, lol. 

czwartek, 23 lutego 2012

Tom III: Rozdział 1



***
Co leży za murem...
***

Rozdział 1
Ci Piękni...

Idźmy i szydźmy z świata jasnym czołem:
Fałsz serca i fałsz lic muszą iść społem.
Makbet, Akt I Scena VII

Jasne, błękitne niebo. Miłe i ciepłe promienie południowego słońca. Temperatura sprawiała, że mróz sprzed kilku dni wydawał się być niczym sen.
Shion uniósł twarz i zmrużył oczy, wpatrując się w czyste niebo.
Pomyślał, jakie to wszystko jest piękne.
I takie właśnie było. Cudowna była oślepiająca biel ruin, odbijających światło słońca. Piękna była  bańka, która magicznie unosiła się nad mydlaną pianą. Wspaniały był blask świeżo umytego psiego futra.
Wszystkie otaczające go małe rzeczy były piękne. Kolejna bańka wzniosła się i podryfowała na delikatnej bryzie.
 - Ej, przestań się obijać! - wzywał go głos Inukashi. - Zostało ci jeszcze sporo psów. Odlatuj tak dalej co minutę, a nie będziesz nawet w połowie drogi, jak zajdzie słońce.
Jakby w zgodzie z reprymendą Inukashi, wielki biały pies, pokryty mydlinami, warknął cicho.
 - Och, wybacz.
Shion wsadził ręce z powrotem w pianę, by umyć psa dokładnie końcówkami palców. Kundlowi najwyraźniej całkiem się to podobało, co można było poznać po zamkniętych oczach i na wpół otwartej paszczy. Był to dopiero drugi dzień pracy, ale zdążył już zauważyć, jak wiele różnych uczuć może wyrazić psi pysk. Przekładało się to również na osobowość - niektóre psy były leniwe, inne energiczne; jedne poważne, a drugie niefrasobliwe; mogły być łagodne, niecierpliwe, hałaśliwe. To wszystko było dla niego całkowicie nowe.
Biały pies, którym właśnie się zajmował, okazał się być podstarzałą suką. Była miła i inteligentna - przypominała mu te wszystkie starsze panie, pojawiające się w baśniach.
 - Shion, za dużo czasu spędzasz nad każdym psem. Ile jeszcze będziesz szorował jednego? - Twarz Inukashi z długimi włosami związanymi z tyłu głowy i pianą na nosie, zbliżyła się do niego.
 - Wypożyczasz je przecież, żeby służyły za koce, prawda? - odpowiedział Shion. - Dlatego muszą być czyste.
 - Co za różnica. Klienci i tak są brudni jak świnie z chlewu, cholery jedne.
Z budynku niemal zrównanego z ziemią wciąż pozostała jeszcze część, która zachowała wygląd hotelu, za który niegdyś służyła. Inukashi wypożyczał to miejsce jako nocleg dla tych, którzy nie mieli gdzie zostać. Psy dawał im w przygotowaniu na nadchodzącą zimę. Klienci spędzali noce zakopani pod kilkoma na raz i tylko dzięki temu unikali zamarznięcia na śmierć. Shiona zaś zatrudniono do mycia tych psów.
 - Nie mów tak o swoich klientach.
 - Hę? Co powiedziałeś?
 - Nie powinnaś ich tak nazywać, ani mówić, że są brudni.
Inukashi otarł nos wierzchem dłoni i odetchnął z dezaprobatą.
 - Shion, jesteś moją matką, czy co?
 - Nic podobnego. Zatrudniłeś mnie do mycia psów.
 - A to robi ze mnie pracodawcę, a z ciebie pracownika. Twoją robotą natomiast jest się zamknąć i robić to, co mówię.
Inukashi wyrwał Shionowi z rąk białego psa i zaczął energicznie obmywać go wodą spływającą ze strumienia.
Na tyłach ruin płynęła mała, czysta rzeczka. Niedługo po tym jak Shion uciekł z No.6 do Zachodniego Bloku, niemal zginął przez pasożytniczą osę w jego ciele. Mimo że cały tamten czas wypełniony był wysoką gorączką i niesamowitym bólem, wciąż pamiętał wspaniały smak wody, która zwilżyła mu gardło niezliczoną ilość razy.
Gdy podziękował Nezumiemu za zajęcie się nim i danie wody, odpowiedział tylko, że źródełko jest niedaleko. A ten strumień wypływał właśnie z tamtego źródełka.
 - Inukashi, nie rób tak. Całe mydło spływa do rzeki - Shion szybko odciągnął jego ręce. Mydliny jednak spłynęły w dal.
 - To co?
 - Wszyscy piją z tego strumienia, prawda?
 - No, raczej. Nie mamy żadnych fajowych rzeczy, które dają ci czystą wodę o wybranej temperaturze za naciśnięciem guzika. Wszyscy piją prosto z rzeki czy źródła.
 - Więc nie możesz jej zanieczyszczać. Pomyśl o ludziach, którzy piją ją z niższych partii.
Inukashi przez moment wpatrywał się w twarz Shiona.
 - A po co mam się przejmować tymi na dole?
 - Cóż, chodzi mi... - zawahał się Shion. - Jeśli wiesz, że ktoś będzie to potem pić, nie powinno się chcieć, żeby woda się zabrudziła. To chyba normalne, prawda?
 - Normalne? W czyich standardach, Shion? To jest Zachodni Blok. Nie dasz rady tu przetrwać, jeśli wszystko inne stawiasz na pierwszym miejscu.
 - Tak, ale nie ma potrzeby zanieczyszczać tej wody - zaprotestował. - Możemy zrobić to, co wczoraj, nalać wody do beczki i w nich umyć psy.
 - Wczoraj mieliśmy tylko małe psy. Dlatego, Shion, wczoraj mogliśmy tak zrobić. Czas to pieniądz, a twoje gadanie kosztuje. Rozumiesz, prawda?
 - Tak.
 - Nie dość, że jesteś cholernie powolny, to dzisiejsze psy są duże. A to nie wszystko, werble proszę... Są ich cholerne wiele. Widzisz to, koleś? Gdybyśmy mieli za każdym napełniać beczkę od nowa, to by zajęło wieki.
Wtedy Inukashi zatrzymał się i lekko wzruszył ramionami.
 - Ale jeśli chcesz sam nabierać wody z rzeki, nie będę ci przeszkadzać.
 - Dobrze, zrobię to.
 - Człowieku, to będzie naprawdę ciężkie.
 - Wiem.
 - Swoją drogą, płacę ci tylko za mycie psów. Noszenie wody robisz tylko i wyłącznie z własnej woli.
 - Nie szkodzi.
 - To śmiało. Ja idę na lunch.
Biały pies zaczął strząsać z siebie energicznie wodę, a kropelki poszybowały we wszystkie strony. Shion wziął wiadro, rzucone mu wcześniej przez Inukashi i nabrał w nie pełno wody.
 - Shion - odezwał się nagle Inukashi.
 - Hm?
 - Dlaczego?
 - Co dlaczego?
 - Dlaczego nie mam mówić źle o moich klientach? Dlaczego mam się martwić o ludzi z dołu rzeki?
Shion spojrzał na opaloną twarz Inukashi, siedzącego na stercie śmieci.
 - Bo jesteśmy tacy sami.
 - Tacy sami?
 - Są takimi samymi ludźmi jak my. Więc...
Nagle Inukashi odchylił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem. Kilka psów zaczęło szczekać .
 - Tacy sami ludzie?! W życiu jeszcze nikt nie powiedział przy mnie czegoś takiego! Shion, naprawdę tak myślisz?
 - Oczywiście. Coś nie tak? - odpowiedział ze zdecydowaniem.
Inukashi zeskoczył na dół i pochylił się nad Shionem. Był naprawdę drobnej postury, bo sięgał tylko do ramion Shiona. Jego szczupłe ręce i nogi wystawały z czarnego ubrania, a skóra miała odcień przyrumienionego płomieniami rzemienia.
 - Więc moi ohydni klienci i dzieciaki, które przychodzą tu po wodę, są takimi samymi ludźmi jak my?
 - Oczywiście,
 - Czyli ty i ja również jesteśmy takimi samymi ludźmi?
 - Zgadza się.
Inukashi uniósł rękę i wyciągnął ją ku południowemu słońcu ponad nimi.
 - A ci z No.6 są takimi samymi ludźmi jak my?
Shion kiwnął powoli głową i odpowiedział.
 - Tak.
Gładka, opalona skóra Inukashi błyszczała w słońcu, a jego długa grzywka rzucała cień na czoło i oczy. Te, równie ciemne co skóra, mrugnęły pod włosami kilkakrotnie.
 - Shion, długo tu nie pociągniesz.
 - Eh?
 - Twoja głowa lata nad chmurami, czy co? Jeśli dalej będziesz wierzyć w te swoje fantazje, nie pożyjesz tu długo.
 - Nezumi często mi to powtarza - odpowiedział Shion. - Że trzymam głowę w chmurach.
 - Wiesz, chmury nie są chyba dość wysoko. Twoja łepetyna musi być gdzieś w kosmosie, czy coś. Nie wiem, jaki powinien być kosmos, ale jest naprawdę wysoko, co nie? A czasem możesz spłonąć ot tak jeszcze zanim tam dotrzesz.
 - Nie byłem nigdy w kosmosie, ale tak, wydaje mi się, że jest naprawdę wysoko.
Inukashi wspiął się powoli po gruzie i usiadł na nim z błękitnym niebem za plecami. Zabujał nogami nad krawędzią i cicho przemówił do siebie.
 - Jakim cudem Nezumi z tobą wytrzymuje? Nienawidzi gadatliwych ludzi, którzy co krok snują jakieś fantazje.
 - Inukashi, jesteś blisko z Nezumim?
 - Blisko? Co masz na myśli przez blisko?
Shion podniósł wiadro nad ścieżkę z gruzu i szkła, po czym wlał jego zawartość do stalowej beczki.
 - To znaczy, że dużo o sobie wiecie.
 - Och, w takim razie nie. Moja wiedza o nim, jest porównywalna do końcówki ogona tego malucha i nie chcę wiedzieć więcej - Mówiąc to, wskazał na jasnobrązowego pieska, biegającego wokół stóp Shiona. Końcówka jego ogona była biała.
 - Myślałem, że jesteście przyjaciółmi, ale chyba się pomyliłem.
 - Przyjaciele?! - wykrzyknął z niedowierzaniem Inukashi. - Kolejne słowo, którego nie słyszę zbyt często. Przyjaciele? Hah, śmieszne. Ja mu tylko sprzedaję informacje, które zbierają te psy.  Daję mu je, a on mi płaci. I to wszystko.
Inukashi poczuł zapadającą ciszę. Jego wzrok wałęsał się wokół, spotkał z tym Shiona i prześlizgnął dalej.
 - Nie wymieniacie tylko informacji i pieniędzy - odezwał się w końcu Shion. To było stwierdzenie, nie pytanie.
 - Ach... Cóż, raz na jakiś czas on... Śpiewa dla mnie.
 - Śpiewa?
 - Ma dobry głos. Więc ja... Proszę go, żeby śpiewał. Czasem, kiedy moje psy zdychają... Jest w porządku kiedy budzisz się, a one są już martwe, ale czasem są chore albo ranne i nie umierają szybko, i one... One cierpią. Tak strasznie je boli, że jęczą całą noc. Wtedy proszę, żeby zaśpiewał. Nie wiem, jak nazywa się ta piosenka. Ale to... nie wiem, jak to opisać. Co by to mogło być? - wymamrotał do siebie Inukashi.
 - Jak brzmi?
 - Eh?
 - Piosenka Nezumiego. Jego głos. Do czego można to porównać?
Inukashi przechylał głowę z boku na bok, zastanawiając się w ciszy. Shion zaś w milczeniu kontynuował napełnianie wiader wodą. Zdążył kilka razy przejść drogę między rzeką a beczką. Zbiornik był już w połowie pełen, gdy Inukashi znowu otworzył usta.
 - Może wiatr? - odezwał się z wahaniem. - Wiatr, który przybył z bardzo daleka... Tak, jego pieśń zabiera dusze niczym chmury, które nie mogą zniknąć. Zupełnie jak wiatr rozwiewa kwiaty, jego piosenka odcina ducha od ciała. Każdy pies, niezależnie od jego cierpienia, zamknie oczy i ucichnie. Myślisz, że tylko się uspokoił, a okazuje się, że nie oddycha. Wszystkie umierają w ciszy, jakby całe to cierpienie było jakimś snem - przerwał. - Z moją mamą też tak było.
 - Twoja matka odeszła?
 - Taa. Zabiło ją kilkoro bachorów mieszkających w dole strumienia, tych dla których kazałeś mi zostawić czystą wodę. Rzucali w nią kamieniami i tłukli dębową pałką. Chociaż mama też była winna. Próbowała ukraść im ich jedyny posiłek. Wślizgnęła się do ich chaty i dała się złapać z mięsem w zębach. Kiedy w końcu zdołała wrócić, obie przednie łapy i żebra były połamane, a z ust spływała krew.
Po zakończeniu napełniania beczki, Shion otarł wreszcie pot z czoła. Nie był w stanie zrozumieć słów Inukashi.
 - Inukashi, mówiąc o przednich łapach... masz na myśli swoją matkę, prawda?
 - Tak. Była psem.
 - Psem?
Shion poczuł, jak opada mu szczęka. Inukashi zaś spojrzał na niego i zaśmiał się. Jego głos był wysoki i odbijał się echem.
 - Porzucono mnie tu jako dziecko - wyjaśnił. - Staruszek, który się mną zajął, był dziwakiem, mieszkającym tu ze swoimi psami. Wychował mnie razem z nimi. Moja mama dawała mi mleko. Lizała mnie i skulała się ze mną do snu. Kiedy zrobiło się zimniej, zbliżała się jeszcze bardziej do mnie i mojego rodzeństwa - jej prawdziwych dzieci, dawała nam ciepło. Zawsze mawiała, że jestem biedactwem, bo nie mam futra, ale przynajmniej nie jest mi tak gorąco latem i nie mam pcheł. Powtarzała to cały czas i lizała mnie aż do połysku.
 - Musiała być wspaniałą matką - odezwał się delikatnie Shion. - Miła i opiekuńcza.
Inukashi zamrugał kilkakrotnie.
 - Naprawdę tak myślisz, Shion?
 - Jasne. Kochała cię. Nie posiadasz futra, więc broniła cię i upewniała się, że nie zamarzniesz, póki mogła.
 - No. Mama zawsze była naprawdę miła. Nadal pamiętam jej język. Ciepły i mokry... Śmieszne, chyba nigdy tego nie zapomnę.
 - To dar wspomnień.
 - Eh?
 - Dar wspomnień od matki dla dziecka. Wspomnienia, które dla ciebie zostawiła.
Inukashi przestał machać nogami i uniósł podbródek.
 - Dar wspomnień, tak?- odezwał się w zamyśleniu.
Shion przyklęknął u brzegu rzeki i nabrał pełne usta wody.
Była zimna. Wsiąkała w każdą cząstkę ciała wraz ze swoim wspaniałym smakiem.
O tak, to ta woda.
To ona uzdrowiła jego wyczerpane ciało niczym eliksir po walce z pasożytniczą osą. I to nie tylko ciało - w momencie, w którym zwilżyła jego gardło, zupełnie jakby całe istnienie Shiona zostało wskrzeszone. W to właśnie wierzył.
Ta woda łączyła się dla niego ze znaczeniem życia. Jej chłód, jej smak. Łączyły się z głosem, który go wzywał i mówił, by nie umierał, by żył i nadal szedł naprzód.
Dlatego tak dobrze ją zapamiętał. Nie było innej możliwości. Głęboko w nim, ta woda już zawsze miała płynąć wartkim strumieniem i nigdy nie wyschnąć. A od czasu do czasu wypływałaby na powierzchnię jego świadomości, szepcząc do niego za każdym razem.
Nie umieraj. Żyj. Podnieś się i idź dalej.
To także był dar wspomnień.
 - Przyniosę ci jakiś lunch - Inukashi podniósł się na czubku sterty gruzu i przemówił tonem, brzmiącym raczej jak komenda. - Lepiej skończ z tym czarnym zanim wrócę. Nic nie dostaniesz póki tego nie zrobisz.
 - O, dostanę nawet lunch? Miło z twojej strony.
 - Wiesz, nie rozdaję tego ot tak wszystkim wokół. To zestaw rozszerzony. A przez rozszerzony mam na myśli to, że do chleba dostaniesz gratis suszone owoce.
 - To więcej niż wystarczająco.
Shion uśmiechnął się do niego, przejeżdżając palcami po futrze czarnego psa. Miesiące minęły od jego ucieczki do Zachodniego Bloku, a chroniczny głód bez wytchnienia pukał do drzwi Shiona. Chwilami zastanawiał się, jak by to było, gdyby mógł napełnić brzuch talerzami pełnymi mięsa, ryb czy jajek i przypominał sobie smak chleba i ciast Karan. Z drugiej jednak strony nigdy wcześniej przez myśl mu nie przeszło, że takie jedzenie - zupy z resztek warzyw i chleb, zaczynający twardnieć, są w stanie sprawić, że człowiek ślini się na ich widok.
Wystarczy mieć cokolwiek jadalnego.
Tutaj wszyscy głodowali. Głodowali, zamarzali i odchodzili. Shion sam zdążył się już przekonać, jak wiele wart jest pojedynczy kawałek chleba, który miał mu dać Inukashi.
Spojrzał w niebo. Słońce było jasne. Jego światło oświetlało również No.6. Dawne miejsce jego pracy - Park Leśny, dzielnicę rezydencji - Chronos, Utracone Miasto, w którym nadal mieszkała jego matka i Zachodni Blok - wszystkie skąpane były w tych samych promieniach. A jednak tak bardzo się różniły. Za bardzo.
Oddzielone wysokim murem, gospodarką i mentalnością, stały naprzeciwko siebie. Życie i śmierć. Światło i ciemność. Gdy w No.6 miała właśnie miejsce ekstrawagancka impreza, na której goście opychali się pysznymi przekąskami, gdzieś w kącie Zachodniego Bloku starsza osoba umierała z głodu po długim cierpieniu. Kiedy chłopcy i dziewczynki z No.6 kładli się spać w swoich pokojach z regulowaną temperaturą, dzieci w barakach z Zachodniego Bloku tuliły się ze sobą, by nie zamarznąć na śmierć.
To była właśnie prawda, którą Shion zobaczył na własne oczy. Istniało stanowczo zbyt mało rzeczy takich jak światło słoneczne - równie rozdzielonych między wszystkich.
 - Więc wracaj do roboty - zawołał Inukashi, znikając w cieniu ruin.

Wszystkim, co zostało z wejścia, w którym prawdopodobnie stały niegdyś potężne, drewniane drzwi, była para zniszczonych skrzydeł. Z każdym powiewem wiatru, ich skrzypienie rozdzierało uszy. Inukashi przeszedł przez nie, by wspiąć się po schodach na drugie piętro. Jakiś rodzaj architektonicznej sztuki pozostał tylko w tej konkretnej części budynku, używanego niegdyś jako hotel, a dziś odstającego już odrobinę od tej nazwy. Pomimo to, farba nadal odpadała od ścian, a na korytarzach i sufitach wręcz roiło się od bruzd w tynku.
Nawet budynki miały niegdyś życie. Jednak gdy zostały porzucone, zaczęły się walić. Zaczęły umierać. Ten zrujnowany już hotel mimo wszystko kontynuował upadek i proces zamiany w kupkę gruzu. Stał nad krawędzią destrukcji, nie opłakując swoich dawnych, pozbawionych serc właścicieli, ani nie lamentując nad swym przeznaczeniem.
Inukashi zastanawiał się czasem, co by zrobił, gdyby budynek zupełnie się zawalił.
Staruszek, który go tam zabrał, dał psie mleko i nauczył słowa mówionego oraz pisanego, odszedł już stamtąd. Zniknął w pewien śnieżny dzień, by nigdy nie wrócić.
Śnieg? Padało wtedy? A może to były pioruny. Albo tamtego ranka po prostu mgła była tak gęsta... w każdym razie, staruszek zniknął. Rozpłynął się, nie zostawiając nawet jednego słowa pożegnania.
Nie był samotny, bo miał swoje psy. Od tamtego dnia, aż do teraz, żył razem z nimi. Nie miał innego domu. Nie miał innego, ludzkiego towarzystwa. Z Nezumim pewnie było tak samo. Mógł widzieć więcej miejsc niż Inukashi, ale prawdopodobnie żył sam, nie znając nikogo innego, ani nawet nie czując takiej potrzeby. Tak mu się wydawało, bez konkretnego powodu. Nie miał żadnych podstaw dla swoich argumentów, ale Inukashi wiedział, że nie mylił się aż tak bardzo. Zawsze miał ostry zmysł węchu. A Nezumi nosił zapach samotności. Kiedy zaczął słabnąć, a Inukashi zaczął zauważać kolejny, zupełnie inny, pojawił się przed nim Shion.
Był dziwakiem. Naprawdę nienormalny. Jego włosy były śnieżnobiałe, a na twarzy miał czerwoną bliznę. Pewny co do tego nie był, ale Inukashi słyszał chyba, że jest owinięta niczym wąż wokół całego ciała. Jednak jeśli o wygląd chodzi, na pęczki było ludzi dziwniejszych od niego. Z tym, że Shion był też dziwny w środku. Powiedział, żeby nie brudzić wody dla bachorów z dołu rzeki. Powiedział, że ludzie ze ,,Świętego Miasta'' są jak ci stąd. I mówił o darze wspomnień. A najgorsze było, że to nawet nie był żart ani sarkazm.
Był dziwny. Bardzo dziwny. Dlaczego Nezumi trzymał się z takim dziwakiem?
Inukashi przeszedł korytarz, by otworzyć drzwi na jego końcu.
 - Nezumi.
Nezumi siedział na fotelu z nogami na stole.
 - Nie możesz już nawet zapukać zanim wejdziesz? - powiedział z irytacją Inukashi. - Ktoś nie nauczył się od mamusi dobrych manier. Rany - Zrobił  wielki krok nad parą długich nóg. Nezumi pociągnął nosem z drwiną i opuścił nogi.
 - Wołałem zanim wszedłem. Tamten pies mnie wpuścił - Kundel z czarnymi łatami na sierści leżał w kącie pokoju. Przewrócił łeb na bok i ziewnął.
 - Jeśli przylazłeś po Shiona, jesteś za wcześnie. W tym tempie do wieczora nie skończy.
 - Po niego? W życiu.
 - Ale ma na pieńku ze Sprzątającymi, nie? To nie jest przypadkiem z lekka niebezpieczne puszczać go samego? W każdym razie, wyślę z nim psa do domu.
 - To wystarczy.
 - Ale wiesz, Sprzątający nie poddają się tak łatwo. Ten koleś odstaje, a jeśli da się złapać, kto wie, co mu zrobią.
Szare oczy Nezumiego błysnęły, a na ustach pojawił się wąski uśmiech.
 - Czy to ważne, co Sprzątający zrobią Shionowi? Co jest, Inukashi? Wyjątkowo miły się zrobiłeś. Niepodobne to do ciebie.
Inukashi spojrzał w ciszy na Nezumiego.
Mały teatr był jedną z niewielu rozrywkowych placówek w Zachodnim Bloku. A jako jeden z tych, którzy stali na scenie, Nezumi sprawiał, że za rozrywkę, jego publiczność słono płaciła, czy może raczej chciała płacić, nieważne jak niewiele mieli pieniędzy na przedstawienia, nie dające im nic namacalnego. To piękno gry Nezumiego i jego głęboki, czysty głos sprawiał, że wydawali resztki swoich mająteczków. Gdy pojawiał się na scenie, trudno było stwierdzić, czy jest kobietą czy mężczyzną, człowiekiem czy demonem, Bogiem czy Diabłem. Jego publiczność w wieczornej ciszy mogła zapomnieć o boleściach minionego dnia i smutkach następnego, pozwolić się porwać, pochłonąć przez ten głos.
Jednak gdy tylko opuszczali obdarte drzwi teatru, czekała na nich rzeczywistość - brak pieniędzy w kieszeniach, dzieci płaczące w domu za chlebem, a pomimo to twarze tych ludzi pozostawały wypełnione pijackim przejęciem, pociągającym ich w końcu na dno.
,,To wszystko jest iluzją. To po prostu wielki oszust''.
Za każdym razem gdy spotykał Nezumiego, Inukashi w duchu wypluwał te słowa z dna żołądka. Nezumi był jak piękna kobieta, manipulująca mężczyznami i pozbawiająca ich całej wartości. Inukashi także przez to przeszedł.
,,Mama tak bardzo cierpiała, można było tylko go wezwać. Poprosiłem go o przeprowadzenie jej duszy na drugą stronę w spokoju. Było dobrze. Jego pieśń była niesamowita, a mama uwolniła się od cierpienia. Ale to, co zrobił przedtem... suma pieniędzy, jakiej zażądał, podczas gdy mama leżała tam cierpiąc. Za tyle można by przeżyć cały miesiąc bez pracowania. Poddałbym się, gdyby to był inny pies. Poderżnąłbym mu gardło albo rozwalił czaszkę własnymi rękami i pozwolił umrzeć szybką śmiercią. Ale nie mogłem zrobić tego mamie. Nigdy nie zrobiłbym jej czegoś takiego. Wiedział o tym i dlatego chciał aż tyle. Po pochowaniu mamy, ja i psy musieliśmy pracować trzy dni bez jedzenia. Jest oszustem. Łapie ludzkie dusze, przybija do ziemi i pokazuje fantazje. Mogą być rzeczywiste, ale nadal są fałszywe. Sny to sny. Nie można nimi żyć''.
Inukashi otworzył szafkę, by wyciągnąć chleb i torbę suszonych owoców.
 - Jeśli nie jesteś tu po Shiona, to po co przylazłeś?
 - Uraczysz mnie jakimś lunchem? Umieram z głodu.
 - Jaja sobie robisz? - odpowiedział Inukashi drwiącym głosem. - Nie mam nic dla gwiazdy takiej jak ty. Ale jeśli zapłacisz mi srebrniaka, dam ci chleba, owoców i wody.
 - Jeden srebrniak za stary chleb, twarde jak kamień suszone owoce i wodę ze strumyka? To się nazywa zdzierstwo, Inukashi.
 - I tak liczę sobie taniej niż ty za śpiew.
Nezumi cmoknął cicho.
 - Dalej się o to wkurzasz?
 - No chyba, debilu.
 - Potem i tak śpiewałem wiele razy twoim kundlom. Patrząc na sumę, jaką sobie za to policzyłem, równie dobrze mógłbym dać koncert charytatywny.
 - To mnie wkurza nawet bardziej. Uwziąłeś się wtedy na mnie. Wyciągnąłeś całą moją kasę. Prawie umarłem z głodu.
 - Cóż, jeśli to się powtórzy, wezwij mnie od razu - odezwał się uprzejmie Nezumi. - Zaśpiewam ci piosenkę o jedzeniu i z chęcią sobie na ciebie popatrzę.
 - Och, cóż za litość - odciął się Inukashi. Wzruszył ramionami i stanął naprzeciw Nezumiego. Powtórzył jeszcze raz swoje pytanie.
 - Czego chcesz?
Ten zaś, nie ruszając się z fotela, rzucił pojedynczą sztukę złota na stół. Brązowe oczy błysnęły.
 - Złoto... - wyszeptał Inukashi.
 - Prawdziwe. Sprawdź sobie.
Inukashi złapał błyszczącą monetę w opuszki palców i przyjrzał się jej.
 - Masz rację... Prawdziwa. Tak. Naprawdę prawdziwa.
 - Mam dla ciebie pewną pracę - powiedział beznamiętnym głosem.
 - Pracę? I jest warta całej sztuki złota?
 - To zaliczka. Kiedy skończysz, dostaniesz drugą sztukę.
 - Hojny się coś zrobiłeś. Ale i tak jej nie wezmę - Inukashi rzucił monetę z powrotem na stół.
 - Odrzucasz robotę wartą tyle złota, nawet nie wysłuchawszy całej historii?
 - Odrzucam ją, bo jest warta tych dwóch sztuk. Już czuję ten smród.
 - Smród?
 - Zapach niebezpieczeństwa. Mój nos mnie ostrzega. Mówi, że mam o tym zapomnieć albo mnie zabiją. Nieważne ile kasy wyłożysz. Jeśli umrę, wszystko się skończy. No ale, każda robota zlecona przez szczura, a do tego warta dwóch sztuk złota, jest jak wsadzanie ręki do gniazda jadowitych węży. Nie chcę jeszcze umierać.
 - Dlatego za to właśnie dostajesz pieniądze - czy to nie o to w pracy chodzi? Unikasz niebezpieczeństwa - masz zyski.
 - Zależy od poziomu niebezpieczeństwa. Wszystkie twoje zlecenia są ryzykowne i podchwytliwe. Mówimy tu o dwóch sztukach złota. Gdyby ktoś inny przyszedł do mnie z taką ofertą, nie byłoby powodu do wahania. Cholera - zaklął. - Już czuję się jakbyś mnie okradł.
Nezumi wstał i schował złoto do kieszeni.
 - Szkoda. Chyba nic na to nie poradzę.
 - Nie bierz tego do siebie. Z tobą to po prostu za bardzo ryzykowne. Szczerze mówiąc, nawet nie chcę mieć z tobą zbyt wiele do czynienia.
 - Więc ustalone - powiedział beztrosko Nezumi. - Dobrze. Nie wtrącajmy się już nawzajem w swoje sprawy. Nie przyjdę do ciebie więcej ze zleceniami. A co do ciebie, nieważne jak będziesz cierpieć, możesz mieć pewność, że nie przyjdę.
Inukashi złapał nagle ramię Nezumiego, gdy ten już się odwrócił. Zrobił to tak nagle, że niemal się przewrócił.
 - Cz-czekaj chwilę, Nezumi. Co masz na myśli przez to, że nieważne jak będę cierpieć?
 - Właśnie ci powiedziałem. Jeśli któregoś dnia skończysz jak twoja matka i będziesz umierać powolną śmiercią, nie będzie to miało ze mną nic wspólnego. Możesz mnie wzywać, ale nie przyjdę.
 - O czym ty mówisz...? - powiedział drżącym głosem Inukashi. - Umierać powolną śmiercią? To się nigdy nie stanie! Poza tym, jesteś ode mnie starszy, nie? A przynajmniej tak mi się wydaje.
Nezumi leniwie wyrwał się z jego uścisku.
 - Inukashi, wiek w tym miejscu nie gra roli. Wiesz o tym, czyż nie? Śmierci nie można przewidzieć. Ona po prostu przychodzi. Jak mało ludzi ma dość szczęścia, by umrzeć bezboleśnie, co? Większość cierpi, cierpi i w końcu kona. Jutro ktoś może dźgnąć cię w brzuch. Możesz rozwalić sobie czaszkę spadającą cegłą. Możesz dostać zakażenia, larw i zgnić żywcem. Możesz poważnie zachorować. Masz gwarancję, że żadne z powyższych ci się nie przydarzy? To jak, Inukashi? Nadal jesteś w stanie stwierdzić, że ze wszystkich ludzi to ty umrzesz bez cierpienia?
Wbijała się w niego para szarych oczu. Miały blask znoszonej tkaniny i rozbłyskały leniwie jak chmury, przysłaniające słońce. Jego głos odbijał się jeszcze długo od ścian pomieszczenia.
Inukashi wziął oddech i cofnął się o krok.
,,To sztuczka. Iluzja. Próbuje mnie przechytrzyć''.
 - Cierp sobie ile tylko zechcesz. Nie będę się mieszał. Nie masz nic przeciwko, prawda?
Inukashi rzucił się na fotel.
Znał śmierć. Widział ją już wiele razy. I nigdy nie była łagodna. Dlatego... Dlatego chciał żyć dalej. Czuł, że tak długo jak przetrwa, będzie w stanie doświadczyć mniej-więcej lepszej śmierci. Mimo że nie dało się tego nazwać nadzieją, Inukashi chciał poznać uczucie, towarzyszące spokojnej śmierci.
Cholera.
Zazgrzytał zębami. Usta Nezumiego znowu ułożyły się w uśmiech.
,,To pokusa. Mogę mu teraz łatwo odmówić. Ale co jeśli po tym wszystkim skończę jak mama? Moje kości będą połamane, boki zmiażdżone, krew będzie wypływać z ust i będę umierać w taki sposób? Jeśli nic by nie zmniejszyło mojego bólu, chociaż odrobinkę... gdyby nie było innego wyboru, jak tylko błagać kogoś, żeby mnie zabił - szybko, błagam, zanim śmierć sama po mnie przyjdzie... Samo myślenie o tym przyprawia mnie o dreszcze'' - pokrył się zimnym potem.
 - Siadaj - przemówił słabo Inukashi. - Posłucham najpierw, co masz do powiedzenia.
Dłoń Nezumiego w rękawiczce wysunęła się ku niemu i pogładziła jego policzek.
 - Dobry chłopczyk.
 - Spierdalaj - Inukashi spojrzał mu w twarz i uśmiechnął się lekko. - Powiem ci coś, Nezumi. Nie myśl sobie, że taka szulernia zadziała za każdym razem.
 - Szulernia? Chcę tylko, żebyś wykonał dla mnie robotę. Niegrzeczny sposób traktowania klientów, nie wydaje ci się, Inukashi?
 - Tak według ciebie wygląda zwyczajowy klient? Wykorzystuje czyjeś słabości, oszukuje go i zmusza do naprawdę niebezpiecznej pracy? Już nawet pchły są milsze dla psów.
 - Nie sądzisz - zaczął Nezumi, - że wina leży po stronie tego, kto w ogóle ma słabostki, które można tak wykorzystać? W takich przypadkach okazywanie słabości może cię nawet kosztować życie. Mam nadzieję, że to nie jest dla ciebie nowość.
Nezumi jeszcze raz delikatnie musnął policzek Inukashi, gdy zapadła cisza i wymruczał sympatycznie:
 - Boisz się śmierci. Bardziej niż czegokolwiek obawiasz się cierpienia, które do niej prowadzi. Zrobiłbyś wszystko, żeby się od niego odciąć. Wiem o tym i jestem w stanie pozbawić cię tego bólu, mylę się? Nie chcę cię szantażować czy wnerwiać. Powziąłem odpowiednie kroki i płacę ci w zamian za robotę.
 - Wystarczy! - Inukashi uderzył pięścią w stół. Dwa biegające pod nim szczeniaczki uciekły z pokoju.
 - Oszuście, naciągaczu, trzeciorzędna aktorzyno! Nażryj się trutki na szczury i umrzyj! - Inukashi nabrał powietrza z wściekłością.
 - Skończyłeś? - odezwał się momentalnie Nezumi. Jego spokojny, niewzruszony ton jeszcze bardziej go denerwował. Ale nie było sensu się irytować. Zwłaszcza, że Nezumi miał rację. To była jego wina, że okazał słabość. Takie były zasady tego miejsca.
Inukashi westchnął i wrócił na siedzenie.
 - Mów co masz do powiedzenia. Nie mam za dużo czasu, streszczaj się.
Nezumi również się rozsiadł, a jego uśmiech zniknął.
 - Chcę informacji.
 - Tego się domyślam - odpowiedział. - Nawet ty nie byłbyś na tyle głupi, żeby przyjść do mnie po warzywa. Więc? Jakich informacji?
 - Zakład Karny.
Inukashi niemal spadł z miejsca.
 - Zakład Karny?! - wykrzyczał. - Masz na myśli ten Ministerstwa Bezpieczeństwa?
 - A znasz jakiś inny Zakład Karny? - powiedział sarkastycznie Nezumi.
Inukashi zaś go zignorował.
 - Więc chcesz informacji... Jakich konkretnie?
 - Cokolwiek, nieważne jak byłyby bezsensowne - Nezumi wyciągnął z kieszeni białą myszkę. Była wielkości kciuka. Oczy Inukashi znowu błysnęły.
 - To robot? Mniejszy niż ten, którego dałeś mi ostatnio.
Ściągnąwszy rękawiczki, Nezumi delikatnie nacisnął głowę myszy. Ta otworzyła się, rzucając przed siebie żółtą wiązkę światła.
 - Co to?
 - Hologram. Mechanizm w tej myszy używa światła do odtwarzania trójwymiarowych obrazów.
 - Wiem, co to jest hologram - odezwał się z irytacją Inukashi. - Co prawda na własne oczy widzę go pierwszy raz - dodał. - Ale pytam, co tu jest pokazane. Co to w ogóle? Plan?
 - Mapa jednego z pięter Zakładu Karnego, ale przestarzała. Sama struktura może i się nie zmieniła, ale system administracyjny pewnie jest bardziej zaawansowany.
Inukashi spojrzał na niego, jakby chciał powiedzieć: ,,Czy ty robisz sobie ze mnie jaja?''
 - Nie ma mowy. Nieważne jakich informacji potrzebujesz, w życiu ich ci nie zdobędę.
 - Dlaczego?
 - Dlaczego? Nie zadawaj głupich pytań. Czy ty wiesz, co to za miejsce? Jasne, że nie wiesz - powiedział. - Ja też nie wiem. Nikt nie wie, bo nie ma nawet jednej osoby, która by wróciła stamtąd żywa. Choć właściwie to nawet zwłoki się stamtąd nie wydostają. Kiedy raz przekroczy się te specjalne bramy, znika się. Po prostu rozpływasz się w powietrzu. To takie miejsce, co nie? Tak mówią plotki.
Inukashi przełknął ślinę i zatrząsł się. Nezumi zaś powtórzył jego słowa beznamiętnie.
 - Plotki?
 - Plotki mówią... - zawahał się Inukashi - ...że jest wielki piec w piwnicy i wszystkich więźniów tam wrzucają. Palą ich jak śmieci. A popioły rozsypują na farmach w Południowym Bloku, zamiast wywalać. Podobno to dobre dla gleby... Patrz, o tutaj.
Inukashi wskazał większą część najniższego poziomu mapy, prawdopodobnie piwnicę, na diagramie, latającym nad stołem i jeszcze raz się zatrząsł. Była tam pusta, biała przestrzeń, niczym nie zapisana. Ta dziwnie nietknięta część pozostawiała za sobą strach.
 - Tam nie ma żadnego pieca - wymamrotał Nezumi.
 - Skąd ta pewność? - zapytał oskarżycielsko Inukashi. - Widziałeś to? Jak możesz to stwierdzić, skoro nawet nie...
Inukashi przerwał wpół zdania, by zorientować się po chwili, że wgapia się w Nezumiego.
 - Ty wiesz...?
Nie było odpowiedzi.
 - Ty wiesz, jak jest w Zakładzie Karnym? Kiedy... - Dłoń Inukashi przebiła światło i zacisnęła się w pięść. Obraz zadrżał i wydął się na boki.
 - Kiedy to zdobyłeś? - dopytywał. - To wewnętrzne dane.
 - Inukashi, nie płacę ci złotem, żeby odpowiadać na twoje pytania. Chcę wszystko, co zdołasz znaleźć. Odszukaj jakiekolwiek najnowsze dane o Zakładzie Karnym i dodaj do tych. Zwłaszcza gdybym mógł być wybredny, chciałbym informacje o systemach operacyjnych i bezpieczeństwa.
- Głupi jesteś, czy co? Systemy operacyjne? Tylko ludzie na najwyższych stanowiskach mają do nich dostęp, to ściśle tajne. Nie mam dość szczęścia, żeby choćby się z nimi zetknąć.
 - Dlatego nie jestem wybredny. Zbierz cokolwiek, dasz radę. Każda informacja dotycząca Zakładu się przyda i chcę je jak najszybciej. Zostawiam cię z tym.
Nezumi wyłączył przełącznik i rzucił myszkę Inukashi. Ten zaś odsunął od niej nos, jakby to były gnijące zwłoki.
 - Mam użyć tej myszy, którą dałeś mi ostatnim razem? - zapytał.
 - Nie, to nie przejdzie. Zakład Karny jest pełen czujników. Żaden robot, nieważne jak mały,  nie prześlizgnie się, jeśli złapią go bez rejestracji.
 - To użyj prawdziwej myszy - kontynuował Inukashi. - Łatwiej wejdą do środka niż psy. Małe żyjątka nie powinny być problemem dla czujników, prawda?
 - Nie tak szybko. Zapomnij o myszach, nawet mucha czy karaluch się nie prześlizgnie. Lasery spalą je na popiół. Chociaż nie, nawet popiół nie zostanie. Tak więc mucha się nie przedrze. To tyle.
 - To co mam zrobić? - zapytał ze złością Inukashi. - Jak mam się wślizgnąć i zebrać informacje z miejsca, którym rządzą komputery?
 - Nie musisz tam wchodzić. Masz rację, większość Zakładu łączy jedna sieć. Ale jest pełno oddziałów, w których pracują ludzie. A informacje zazwyczaj przekazuje się właśnie drogą ustną. Jeśli jest coś, czego komputery nie mogą kontrolować, to jest tym ludzki język.
Inukashi wzruszył ramionami. Zaczynał już powoli pojmować, co Nezumi miał na myśli, jednak nadal szło mu to dość opornie.
 - Oczywiście - zgodził się. - Potrzebujesz przecież ludzi do operowania komputerami i robotami, no a urzędasy z Ministerstwa wchodzą tam i wychodzą. I nie możemy zapomnieć o więźniach, oni też są ludźmi, co nie? Ale nie licząc ich, jedynymi ludźmi, którzy mogą wejść i wyjść  z Zakładu Karnego są ci z No.6. Więc potrzebujesz karty, żeby przejść przez te specjalne bramy. Nie da się podrobić tej karty. Co oznacza, że nikt, za wyjątkiem więźniów, pochodzący z Zachodniego Bloku, nie może tam wejść. Nie żeby w ogóle ktoś chciał. Więc... - mówił dość szybko. - Cóż, jeśli się nad tym zastanowić, to niemożliwe, żeby dogadać się z ludźmi z Zakładu Karnego, bo to ludzie z No.6, a to nam kontakt z nimi uniemożliwia, prawda? Powinieneś to wiedzieć lepiej niż ktokolwiek inny. Ci ludzie żyją w kompletnie innym świecie niż my. Po prostu innym.
 - Inukashi.
 - Co?
 - Coś gadatliwy dzisiaj jesteś.
Inukashi spuścił wzrok. Wiedział, że to oznacza przegraną, ale nie miał siły patrzeć w tą gapiącą się na niego parę szarych oczu. Wiedział już, kto wygrał, a kto powinien przegrać.
Nezumi wstał i przysunął się bliżej do stojącego na podłodze Inukashi. Zaczął szeptać  głosem lekko ochrypłym i niskim, a jednak zmysłowym - kobiecym głosem.
 - Zawsze taki jesteś, kiedy masz coś do ukrycia, nagle robisz się bardziej elokwentny. A wtedy dochodzi do mnie prawda, leżąca w twoim sercu: pod twoim długim, jak welon ślubny, językiem skulił się maleńki sekrecik.
Opuszki jego palców delikatnie pogładziły podbródek Inukashi, przejechały po jego szczęce i lekko uszczypnęły ucho. Inukashi poczuł dreszcz. Po krótkim momencie ekstazy przyszła pora na mały, ostry ból. Jego ucho mocno szarpnięto.
 - Ała! - zawołał z oburzeniem. - Za co to, do cholery, było?
 - Nie próbuj mnie nie doceniać, Inukashi.
 - O czym ty mówisz? Ja nie...
 - Nie graj mi tu debila. Wiem do czego używasz psów. Dlatego tu przyszedłem.
Inukashi cmoknął głośno i niezbyt delikatnie odepchnął rękę Nezumiego. Ten zaś zachichotał.
 - Używasz swoich kundli do szmuglu, co nie? Transportowałeś resztki jedzenia i ubrania z Zakładu Karnego do Zachodniego Bloku. Tak od czterech lat.
 - Tak - odpowiedział wyzywająco Inukashi. - I co? Przewóz towaru to też część mojego biznesu. A szczur, jak ty, nie powinien mówić mi co mam robić.
 - W Zakładzie Karnym przechowuje się pełno rzeczy - kontynuował Nezumi. - Oni wszystko trzymają w tym budynku. Mówiłeś, że nawet zwłok nie wywiozą. Masz rację. Nawet zwłoki tam przetrzymują. A to oznacza, że nie powinno być nawet odrobinki kurzu, która by się stamtąd wydostała, a co dopiero resztki jedzenia. Z tego samego Zakładu Karnego ty dostajesz co jakiś czas ładunki nadwyżek żywności i sprzedajesz je na targ w Zachodnim Bloku. Nieźle na tym zarabiasz, co nie? Może nawet więcej niż na prowadzeniu hotelu?
 - Nie podoba ci się, że dorabiam sobie na boku? - powiedział zjadliwie Inukashi. - Żartujesz sobie ze mnie. Kiedy zostałeś lokajem Ministerstwa, co, Nezumi?
 - Maszyny nie pozwalają obcym ludziom dorabiać sobie na boku. Raz zaprogramowanych zasad nigdy nie będą w stanie złamać. Jeśli ktokolwiek łamie reguły, są to ludzie. Któryś z pracowników Zakładu Karnego dostarcza ci resztki jedzenia, prawda? Nie, nie tylko to. Pewnie racje więźniów i ich rzeczy osobiste też dostajesz. W każdym razie, faktem jest, że masz wtykę w Zakładzie. Przyciśnij go. Wyciągnij od niego informacje.
Inukashi pokręcił głową. Stojący przed nim młodzieniec próbował wciągnąć go w jeszcze większe kłopoty, niż na początku przypuszczał. Poczuł na skórze zimny pot.
 - To niemożliwe - mruknął. - Kolesie, z którymi mam do czynienia to najniżsi z najniższych. Oni jedynie sprzątają razem z robotami. Nie ma opcji, żeby posiadali jakieś przydatne informacje.
 - O to właśnie masz ich pytać. Ci z góry największą uwagę zwracają na tych, którzy wiedzą najwięcej i nie pozwolą im nic powiedzieć. Ale na niższych pracowników nie zwracają uwagi. Skoro mówisz, że zajmują się sprzątaniem, pewnie są obeznani z całym Zakładem. Kto wie, może mają więcej informacji, niż ci się wydaje. Ty masz jedynie powęszyć. Twój nos jest tak dobry jak psi, co nie?
Inukashi westchnął i wydał ostatni akt odwetu.
 - Potrzebuję pieniędzy. Żeby cokolwiek od nich wyciągnąć, muszę im zapłacić. Dwie sztuki złota nie wystarczą.
Nezumi kiwnął głową i podał mu małą, skórzaną sakiewkę. Była pełna złotych monet.
 - Na razie mam tylko tyle - Nezumi przykucnął nagle i spojrzał z dołu w oczy Inukashi.
 - Inukashi, pracuj ze mną. Błagam cię.
,,Błagasz? Nezumi, czy ty mnie błagasz?''
 - Jeśli weźmiesz tę robotę, obiecuję, że zawsze pospieszę do ciebie jeśli zmierzysz się któregoś dnia z nieznośnym cierpieniem. Nieważne gdzie będziesz, moja pieść dotrze do twojej duszy. Przysięgam.
 - Kto uwierzy w obietnicę między psem a szczurem?
Nikt nie mógł tego zagwarantować. Ale... Nezumi dotrzymałby słowa. To uczucie niemal instynktownie ogarnęło duszę Inukashi.
,,Nieważne gdzie czy jak umrę, jeśli będę cierpieć, on zawsze się pojawi i pozwoli mojej duszy spocząć. Może i cholernie trudno go zrozumieć, ale nigdy nie złamie obietnicy.''
Inukashi wierzył głęboko w swój własny instynkt. Wyciągnął dłoń i zacisnął ją wokół skórzanej sakiewki.
 - Dobrze, wezmę tę pracę.
 - Mam u ciebie dług - Nezumi odetchnął krótko i owinął płaszcz z superfibry wokół ramion. Potem przyłożył palec do ust.
 - Nie muszę ci chyba tego mówić, ale...
 - Wiem. Nie pozwolę się temu roznieść. To kardynalna reguła mojej pracy. Zbiorę informacje i się z tobą skontaktuję, zanim ktokolwiek się połapie.
 - Liczę na ciebie.
 - Nezumi, chcę cię o coś zapytać.
 - Co?
 - Po co to robisz?
Cisza. Absolutnie nic nie dawało się odczytać z twarzy Nezumiego. Inukashi polizał dolną wargę i kontynuował.
 - Z taką kasą mógłbyś żyć łatwym życiem przez dłuższą chwilę. Wiem, że jako gwiazda zarabiasz nie mało, ale to i tak bardzo duża suma. Jeśli wykładasz tyle kasy na zaliczkę i mnie oszukujesz...
 - Nie oszukuję cię. Po prostu przyszedłem do ciebie ze zleceniem.
 - Dobra, nieważne. Więc żeby aż do mnie z tym przyjść... Czemu tak bardzo chcesz wciskać nos do Zakładu Karnego? Jaki masz powód?
Nezumi nie odpowiedział. Tylko leciutko się uśmiechnął. Jednak ten uśmiech był sztuczny, sceniczny.
 - Nie musisz chyba wiedzieć wszystkiego, prawda, Inukashi?
 - Cóż, niezupełnie - odparł z rozdrażnieniem. - Ale biorąc pod uwagę moje ryzyko, chyba nie umrzesz, jeśli mi powiesz.
 - Jeśli dowiesz się skąd to ryzyko, może się zrobić jeszcze bardziej ryzykownie.
,,Tsk. Ten koleś co chwila odwraca kota ogonem. Nie mam z nim szans, jeśli chodzi o werbalne argumenty''.
 - Dobra - odezwał się w końcu. - Wystarczy, możesz już sobie iść - Inukashi wskazując gestem na wyjście, zetknął się tym samym z bańką mydlaną. Pewna twarz przemknęła mu przez myśl. Twarz kogoś, kto mył właśnie psy, cały w mydlinach. Nonszalanckie pytanie cisnęło mu się na usta.
 - Nezumi, to nie ma nic wspólnego z Shionem, prawda?
Przez ułamek sekundy coś zachwiało się w szarych oczach. Inukashi nie przegapił tego wahania. Końcówka jego nosa się poruszyła. Poczuł coś.
 - Shion? - Nezumi lekko uniósł ramiona. - Od kiedy to ma mieć z nim coś wspólnego? On nic do tego nie ma.
 - Przed sekundą powiedziałeś, żebym nikomu o tym nie mówił. Shiona też miałeś na myśli?
 - Naturalnie. Nie ma potrzeby mieszania w to ludzi, którzy nie mają z tym nic wspólnego.
 - Jeju, jeju, i ty nie jesteś miły? - zadrwił Inukashi. - Kto wie, ile niebezpiecznych zleceń już mi powierzyłeś, ale kiedy przychodzi do Shiona, o nie, nie mogę go w to wciągać. Hah, rozumiem. Chyba robisz się milszy dla ludzi, jeśli pomieszkasz z nimi dostatecznie długo. Ten białogłowy, dziwny chłopiec jest dla ciebie aż tak ważny?
Nezumi rozpłynął się przed jego oczami. Zanim zdążył wydać jakikolwiek dźwięk, ciało Inukashi było przyciśnięte do ściany, a wokół gardła zaciskało się pięć palców.
 - Wystarczy tego mądrzenia się - syknął Nezumi. - Chyba, że nie chcesz już być w stanie mówić.
 - Zobaczymy czy spróbujesz - odparł Inukashi. - Oni cię nie wypuszczą.
Kilka psów, leżących wcześniej na podłodze, podbiegło do ich stóp i warcząc otoczyło Nezumiego. Gdy tylko jeden z nich obnażył zęby, z kąta wybiegł maleńki cień.
Rozbrzmiał jęk.
Wielki pies, który pokazał kły, wzniósł głos z bólem. Mała myszka siedziała na jego szyi. Pies zachwiał się, trzepiąc głową na wszystkie strony i szybko upadł na przednie łapy. Dostał konwulsji. Inne psy odsunęły się przerażone. Inukashi odwrócił się bokiem do Nezumiego i krzyknął tak samo jak wcześniej pies.
 - Mój pies! Mój pies! - uniósł jego cielsko w rękach. Zimny głos spłynął na niego jak prysznic.
 - Jeśli nie chcesz skończyć jak on, lepiej ucisz resztę psów.
 - Nezumi, ty pieprzony...
Pisk, pisk.
Delikatny płacz myszki. Inukashi uniósł twarz, a oddech zamarł mu w gardle. Przykuty do miejsca, rozejrzał się po pokoju. Z szafek, spod stołu, z cieni na podłodze, z przeróżnych miejsc w pokoju wylazły niezliczone szare myszy. Wszystkie patrzyły na niego swoimi zamglonymi, czerwonymi oczami.
 - Spokój - rozkazał głośno Inukashi. Psy wykonały polecenie. Wróciły na miejsca i położyły się na brzuchach.
 - Nie jest martwy - powiedział Nezumi. - Tylko lekko sparaliżowany. Daj mu dwadzieścia, trzydzieści minut a wróci do siebie. Oddycha przecież, prawda?
Tak jak powiedział Nezumi. Pies oddychał nieregularnie, ale nieprzerwanie. Próbował wstać, ale wyglądało na to, że nie ma siły. Wydał żałosny jęk.
 - Zapłacisz za zrobienie tego mojemu psu - gdy tylko Inukashi zwinął dłoń w pięść, drzwi otworzyły się z hukiem. Do środka wparował Shion.
 - Nezumi, co ty tu robisz?
 - A ty? Nie powinieneś ot tak zostawiać swojego stanowiska pracy, za to się wylatuje.
 - Cóż, słyszałem wycie i krzyk Inukashi. Pomyślałem, że coś się stało... Inukashi, co jest temu psu?
 - Jest tylko sparaliżowany - odpowiedział za niego Nezumi. Brązowa myszka wystawiła główkę nad jego ramieniem. Zeskoczyła na podłogę i wspięła się na Shiona.
 - O, Hamlet, ty też przyszedłeś? - odezwał się do niej.
 - Hamlet? O czym ty mówisz?
 - Tak ma na imię. Lubi jak mu się czyta Hamleta na głos.
Twarz Nezumiego się skrzywiła.
 - Nie nazywaj myszy bez pozwolenia.
 - Cóż, sam i tak byś ich nie nazwał - odpowiedział niezrażony Shion. - Chyba nawet je lubi. Prawda, Hamlet?
Myszka pokiwała główką w górę i w dół.
 - Śmieszne - splunął Nezumi. - Więc skoro to jest Hamlet, jak nazywa się ten drugi? Otello? Makbet?
 - Cravat.
 - Cravat? Było takie imię w Szekspirze?
 - Tak się nazywa rodzaj smażonych pasztecików. Kolor jego futerka mi je przypomina. I ma krawacik pod bródką. Za to pasztecik ma w środku farsz, więc żeby go usmażyć, trzeba złożyć go właśnie w kształt krawatu.
 - Rozumiem, starczy tego - przerwał Nezumi. - Śnij sobie dzisiaj o obżeraniu się tymi cravatami, czy czymkolwiek sobie chcesz. Ja wracam do domu. Głowa mnie boli od użerania się z tobą.
 - Jesteś pewien, że to nie ma nic wspólnego z twoimi nerwami? Zawsze łatwo się denerwujesz. Może jesteś zmęczony.
 - A czyja to wina, że jestem zły?! Poza tym ty...
Poczuwszy zdezorientowany wzrok Inukashi na swoich plecach, Nezumi zamknął usta. Owinął z powrotem płaszcz wokół ramion i wyszedł bez słowa. Hamlet otarł się o policzek Shiona i pisnął jeszcze raz zanim pobiegł za swoim panem.
Szare myszy, rozsiane wcześniej po całym pokoju, tajemniczo zniknęły. Inukashi wypuścił długi oddech i padł na podłogę. Pies w jego rękach jęknął nisko. Shion przykucnął na jedno kolano i zaczął dokładnie oglądać psa.
 - Jest chyba sparaliżowany jakimś narkotykiem. Choć jego serce bije normalnie i nie wymiotuje. Sądzę, że nic mu nie będzie.
 - Naprawdę? Nie umrze?
 - Będzie dobrze. Jest tylko lekko sparaliżowany. Powinniśmy dać mu do picia trochę czystej wody. Pójdę przynieść - Shion wykorzystał wiadro, którego wcześniej używał do napełniania beczki. Napełnił je wodą, po czym podał psu. Ten, wyniesiony już na zewnątrz, szybko wypił całą jego zawartość.
 - Widzisz, wygląda na to, że odrętwienie już prawie całkiem zniknęło. Ale ten pies... Jak go sparaliżowało?
 - Nezumi to zrobił.
 - Nezumi? Psu? Nie ma mowy.
 - Jest - odpowiedział ze złością Inukashi. - Zrobił to. Ta szuja sparaliżowała mojego psa. Nie wahałby się do takiego posunięcia. Jest bezlitosny, przebiegły i okrutny. Uważałbym na twoim miejscu. Jeśli dasz się wykiwać tej jego ładnej twarzyczce i zaczniesz myśleć, że będzie miły, jak twoja mamusia, czeka cię niemiła niespodzianka.
 - Moją matką to go raczej nie nazwę, ale jest miły.
Inukashi zrobił palcem kółko w powietrzu tuż przed twarzą Shiona.
 - Debil. Właśnie to mam na myśli mówiąc, że cię oszukał. Jesteś zbyt naiwny, żeby zauważyć, jaki jest bez serca.
 - Nezumi nie jest bez serca. Uratował mi życie więcej niż raz. Gdyby nie on, nie wydaje mi się żebym był w stanie przetrwać.
 - Nezumi pomógł obcemu? Nie biorąc niczego w zamian?
 - Bezinteresownie. Przeciwnie... - zaczął Shion. - Chyba sam robi sobie problemy. Może to dziwnie zabrzmieć z moich ust, ale wydaje mi się, że jestem dla niego ciężarem. Mimo wszystko, nie wiem niczego o życiu w tym miejscu.
Inukashi wydął usta. Wpatrywał się w profil Shiona, gdy ten mył kolejnego psa. W tym miejscu, każdy miły dla wszystkich naiwniak, jak on, był jedynie przeszkodą. Przeszkoda zaś często stawała się kajdanami, krępującymi ręce i nogi.
A mimo to Nezumi mieszkał z tym dziwacznym ciężarem, nie szukając niczego w zamian. Nie wyrzucał Shiona ze swojego gniazdka, przeciwnie, usidlał go w nim.
Dlaczego?

 - Hej, Shion.
 - Hm?
 - Wy dwaj zawsze rozmawiacie ze sobą w ten sposób?
 - Eh? Tak, chyba tak. A co?
 - Bo go nie poznaję. Nie jest typem człowieka, który wprost okazuje swoje emocje.
Shion przewrócił głowę na bok, jakby chciał powiedzieć: ,,Naprawdę?''. Pies polizał tył jego dłoni. W ten sposób okazywał swoją wdzięczność za wyleczenie.
Inukashi pociągnął nosem z uśmiechem. Był na tropie.
Shion i ta robota z Zakładem Karnym były jakoś połączone. Dla tego dzieciaka Nezumi był w stanie wejść na niebezpieczne terytorium.
Inukashi nie miał na to co prawda dowodów. Nie było pewności, ani żadnej jasnej przyczyny, dla której Nezumi mógłby to zrobić. Ale odnalazł już słabość Nezumiego, a to najważniejsze. Jego nos nigdy nie kłamał.
,,Nezumi, więc ten śmieszny dziwak jest twoją słabością, twoją piętą Achillesową, co? Heh, czyli zrobi się interesująco. Sam to powiedziałeś. Pozwól komukolwiek zobaczyć swoją słabość, a zginiesz. Masz cholerną rację. A teraz ja mam w rękach twoje życie. Upewnię się, że z nawiązką zapłacisz za wszystko, co mi zrobiłeś. Możesz być tego pewien''.
 - Mogę się mylić, ale... - do jego uszu dotarł głos Shiona. Głaskał psa u swoich stóp, merdającego energicznie ogonem, zupełnie już wolnego od paraliżu.
 - Eh? Coś mówiłeś?
 - Ten pies... Nie jest przypadkiem jakimś twoim krewnym?
 - Och... - urwał Inukashi. - Tak, jest. To ostatnie dziecko mamy. Miała go, a krótko potem ją zatłukli - nastąpiła krótka przerwa zanim dokończył. - Skąd wiesz?
 - Miałem przeczucie - odpowiedział. - Jest naprawdę inteligentny i ma oczy pełne współczucia. Jakoś tak przypomina mi to, co mówiłeś o swojej matce, więc zastanawiałem się czy mam rację.
Dłoń Shiona przejechała po szyi zwierzęcia. Pies patrząc na wpół otwartymi oczami, westchnął cicho. Trudno było sobie wyobrazić, że jakiś czas temu wystawił kły na Nezumiego,
 - Shion, nie śmiałeś się.
 - Eh? Z czego?
 - Z mojej mamy. Zazwyczaj kiedy mówię ludziom, że moja mama była psem, śmieją się, żartują sobie, albo traktują mnie jak świra. Ale ty... Ty powiedziałeś, że moja mama była miła i kochająca. Jesteś jedynym, który wysłuchał mnie bez wyśmiewania mamy, nie licząc...
Inukashi przerwał i przełknął swoje słowa. Dopiero to zauważył. Nagle ogarnęła do ogromna fala gniewu, próbująca go udusić.
Shion zaś, wciąż na kolanie, spoglądał na niego ze zdezorientowaną miną. Inukashi oblizał suche usta i powoli uformował resztę zdania, jakby pociągając za nitkę ze swoich wspomnień.
 - Jesteś jedynym, nie licząc Nezumiego.

==Koniec rozdziału 1==
Wykorzystano fragment Makbeta Williama Shakespeara zaczerpnięty z "wikiźródła".

((W tym tygodniu uraczę was jedynie anegdotką z momentu tłumaczenia kolejnego rozdziału. W sumie dwoma. No więc tłumaczę sobie fragment ze śmiercią kolejnej ofiary. Narrator opowiada jak to ją szyja rozbolała. Umarła. Spoko. Kilka sekund później czuję ból w szyi. I ta myśl: ,,JEZU CHRYSTE, UMIERAM, ONA ZE MNIE WYJDZIE ;-;'' xD Potem dalej sobie tłumaczę, siedzę w salonie, bo tylko tam mam teraz internet, siedzę, mama nachyla się obok mnie i patrzy. Patrzy. I po chwili woła: ,,Mirek, zobacz jak ona szybko te zdania pisze'' ;-;. A ja jedynie pytam w myślach: ,,KOBIETO, ZA CO TY MI TO ROBISZ?!''. Po raz pierwszy dziękowałam pani Asano, że Karan ma swój rozdział. Gdyby to był ten o tutaj u góry, a zwłaszcza ten fragment w którym Nezumi maca Inu, zostałabym zabita :) ))