Staram się dodawać nowe posty w niedziele. Staram się.



Zakończono tłumaczenie No.6.


Dziękujemy za wszystkie podziękowania. To był miły rok z hakiem. I późniejszy rok. I chyba jeszcze jeden. Te dwa późniejsze składały się z czytania Waszych komentarzy. I tak dzięki.

(Do pań profesor jeśli przypadkiem odwołam się do tego na maturze: przepraszam, ja naprawdę tłumaczyłam to w gimnazjum. Ale prawdziwa książka istnieje. Obiecuję.)


Wszystkie rozdziały można znaleźć w zakładce ,,No.6''/,,No.6 Beyond''.


Kup powieść i mangę w oryginale, wspomóż panią Asano.


Tłumaczenie: Kuroneko
Korekta: Ayo, Dżun

czwartek, 10 maja 2012

Tom IV: Rozdział 4


((Hell yeah. Oto i rozdział kolejny, moje miłe panie (i panowie? xD) Jeeezu, włosy mnie po karku smyrają, a ja cały czas myślę, że to mrówki @_@ no w każdym razie, dzisiaj mamy czwartek, ja gram w Lucky Doga i kończę pracę na konkurs (Gian forever! a nie, znowu mam opóźniony zapłon... =_=")... a więc bez przedłużania możemy zaczynać!))


Rozdział 4
Scena Katastrof

Piękne damy! Ponieważ Bóg miłosiernymi nam być przykazał, tedy Jego sprawiedliwość
wszelkie okrucieństwo surowo karać musi. Aby wam dać dowód tego i skłonić was do wystrzegania
się nieczułości serca, chcę opowiedzieć historię, która powinna niemniej zabawić,
jak i współczucie w was obudzić.
Boccaccio – Dekameron

Spacerował między źdźbłami trawy w gorącej, wilgotnej mgiełce. Mógł zobaczyć swoje własne stopy. Były bardzo małe. Trawa rosła wysoko, sięgając aż do jego ramion. 

Nagle doszło do niego, że był niemal pogrzebany pomiędzy źdźbłami, ponieważ znów był dzieckiem. Spojrzał w górę, by ujrzeć wysoko oddalone niebo. Wiatr wiał cicho, a powietrze było bardzo gorące.

Ktoś zawołał jego imię. 

Jego prawdziwe imię. Dużo czasu już minęło odkąd ostatni raz ktoś go użył. Wiatr przyspieszył. Podmuchy poruszyły gałęzie nad nim. Zapach zieleni stał się silniejszy. 

Kto go zawołał? Kto znał jego imię?

Słyszał pieśń oraz bzyczenie skrzydeł owadów. Czarny cień przysłonił mu wizję. Jeden, potem drugi, kolejne i kolejne. Niezliczone insekty widoczne były w tle, latające to tu, to tam, tworząc koło. Gdy przyjrzał się bliżej, zobaczył, że rozdzielały się w różnych kierunkach, by wrócić razem w jedno miejsce. 

„Taniec”. 

Tańczyły do piosenki. 

„Podejdź tutaj”.

Usłyszał łagodny głos. 

„Nauczę cię pieśni. Nauczę cię pieśni, której potrzebujesz do przeżycia. Podejdź tutaj”.

Znów został zawołany po imieniu i jakby przyzwany skinięciem ręki. Ten głos wywoływał uczucie nostalgii. Jednak on nie mógł się poruszyć. 

Uderzenia skrzydeł stawały się coraz głośniejsze. Dźwięk poruszających skrzydeł rozbrzmiewał w jego uszach, stapiając się z odgłosem wiatru. Czarne cienie pieczołowicie tańczyły wokół. 

„O, ten widok...”

 – Nezumi!

Został mocno odciągnięty przez jakąś stanowczą siłę. Piosenka, wołający głos, bzyczenie skrzydeł, zapach bujnej zieleni, wszystko rozpłynęło się w powietrzu.

 – Odpowiedz, Nezumi!

Mgliste światło kłuło go w oczy. Zaś zimna tkanina przyciśnięta do jego karku wywoływała ukojenie.

 – Shion...

 – Dobrze się czujesz? Rozpoznajesz mnie?

 – Jakoś się trzymam.

 – Wiesz, gdzie jesteś?

 – Na łóżku... – stwierdził przeciągle Nezumi.

 – Przeniosłeś mnie tu?

 – Ile jest trzy plus siedem?!

 – Eh?

 – Dodawanie. Jaką sumę otrzymasz z dodania tych liczb?

 – O co ci chodzi? Co to a test?

 – Po prostu odpowiedz. Ile jest trzy plus siedem?

 – Dziesięć... – odpowiedział z obawą Nezumi.

 – Tak, dobrze. A trzy razy siedem?

 – Shion, słuchaj...

 – Odpowiedz mi!

 – Dwadzieścia jeden.

 – Dobrze. A co jadłeś dzisiaj na obiad?

 – Rany, nie wiem, czy to można chociaż uznać za obiad. Dwa paski suszonych ziemniaków i trochę koziego mleka. Zwędziłem Inukashi torbę czerstwych krakersów. Prawie mnie przy tym zagryziono.

 – Kręci ci się w głowie?

 – Nie.

 – Mdłości?

 – Dobrze się czuję.

 – Żadnego bólu głowy?

 – Brak.

 – Możesz mi powiedzieć, co... Kiedy upadłeś, możesz mi wytłumaczyć, jak się wtedy czułeś? 

Shion intensywnie przyglądał się jego twarzy. W zdeterminowanych oczach widać było napięcie. Przywiodło to Nezumiemu na myśl powierzchnię zamarzniętego jeziora. 

 – Wiał... wiatr – zaczął z wahaniem.

 – Wiatr?

 – Gdy wiatr wieje kradnie duszę.

Wiatr kradnie dusze, ludzie skradają serca
Ach, ukochana ziemio, wietrze i deszczu; O Niebiosa i światłości 
Zatrzymajcie tu wszystko 

„Tamten głos nie śpiewał czegoś takiego?” – Nezumi nie mógł sobie dokładnie przypomnieć. Jego gardło było suche. Tak suche, że aż sprawiało mu ból. Dostał do rąk biały kubek. Pełen był czystej wody. Napił się jej. Niczym deszcz, spadający na wysuszoną ziemię, podany mu płyn przepłynął przez jego ciało, wsiąkając w każdą jego komórkę. Miał wspaniały smak, którego nie potrafił opisać słowami. Teraz był w stanie odetchnąć i zadać pytanie.

 – Shion, martwisz się, czy mogłem doznać jakiegoś uszkodzenia mózgu?

 – Cóż, zemdlałeś tak nagle. Musiałem brać pod uwagę każdą możliwość. 

Nezumi dotknął dłonią podstawy szyi. Tą samą dłonią przejechał po rozebranej klatce piersiowej. Nie było żadnych nieprawidłowości. A przynajmniej takich, które byłyby widoczne gołym okiem. 

 – To nie pasożytnicza osa – powiedział Shion wzdychając. – Nie ma żadnych zmian na twoich włosach czy skórze. To nie one.

 – Szkoda. Nie byłoby tak źle, mieć włosy jak twoje.

 – Nawet tak nie żartuj – powiedział ostro Shion. – Może i trwało to tylko kilka minut, ale byłeś nieprzytomny. To nie jest coś, z czego możesz się śmiać. 

 – To było tylko chwilowe omdlenie.

 – Chwilowe omdlenie?! Mówisz, że tak po prostu zemdlałeś?

 – Masz z tym jakiś problem? 

 – Nezumi – Shion usiadł na łóżku, po raz kolejny wydychając powietrze. – Nie przeceniaj się.

 – Co?

 – Nie przeceniaj się. Jesteś tylko człowiekiem. Wiele razy będziesz chorował i odnosił rany. Nie zapominaj o tym. Nie jestem lekarzem i nie mam żadnej medycznej wiedzy, ale nawet ja mogę stwierdzić, że sposób, w jaki wcześniej się przewróciłeś, nie ma nic wspólnego ze zwykłym omdleniem. 

 – Dzięki za troskę. Może powinienem jutro iść do szpitala i dokładniej się przebadać. Jeśli skończę na obserwacji, upewnię się, że dostanę pokój dla vipów na najwyższym piętrze, więc wpadnij mnie odwiedzić. 

 – Nezumi, nie żartowałem, mówiąc...

 – Zamknij się!

Krzyczał, choć nie wiedział czemu. Jego temperament nie wyrwał się spod kontroli, ani nie darzył nienawiścią siedzącej przy nim osoby. Jednak nie mógł nic poradzić na swój ton.

Nie chciał, żeby ktokolwiek naprawdę troszczył się o jego stan w ten sposób. Nie chciał, żeby ktokolwiek się o niego martwił. Nie chciał, żeby się nim przejmowano. Uczucia takie jak troska, zmartwienie czy frasunek zbyt łatwo stawały się rusztowaniem dla „miłości”. Nie czuł, że potrzebuje czegoś takiego. Mógł bez tego żyć. Zawsze musiał. To było niepotrzebne.

Ale Shion nie miał o tym pojęcia. Był tutaj, obarczony każdym rodzajem niepotrzebnego bagażu. Może to właśnie jego ignorancja i uparta szczerość tak go irytowały.

– Żadnego mrowienia w końcówkach palców, prawda? – kontynuował Shion. – Wygląda na to, że żadnych obrzęków też nie ma... – Jego palce złapały dłoń Nezumiego, która zwisała z łóżka. Opuszkami Shion zbadał dokładnie dłoń. Wciąż spokojnie i intensywnie szukał znaków obecności jakiegokolwiek odrętwienia czy obrzęku. Zupełnie jakby krzyk Nezumiego zupełnie nie zrobił na nim wrażenia. 

Nie tylko był naiwny i uparty; do tego wszystkiego był tępy. 

Nezumi odepchnął palce Shiona i zeskoczył z łóżka.

 – Nezumi, nie powinieneś tak nagle...

 – Nauczę cię. 

 – Eh?

 – Nauczę cię tańczyć. 

 – O czym ty mówisz? Powinieneś zażyć trochę odpoczynku...

 – No już, chodź tu – Nezumi złapał Shiona za rękę, zmuszając go do podniesienia się, po czym objął go w talii. 

 – Widzisz, mówiłem.

 – Co takiego?

 – Jestem od ciebie wyższy.

 – Kłamca – odciął się Shion. – Nie ma prawie żadnej różnicy.

Nezumi zachichotał.

 – Tak, tak, szanowny książę. Masz jakieś doświadczenie z tańcem?

 – Żadnego.

 – Tak też myślałem. Zacznijmy więc od podstawowych kroków. No już, proste plecy, podbródek w górę. Nie patrz w dół. 

 – Oj, daj spokój, przestań – zaprotestował Shion. – Nie możemy tu tańczyć. Poza tym to zbyt niebezpieczne. Jeśli będziemy się kręcić w tak małym miejscu, przewrócimy książki. 

 – Nie będzie żadnych takich aktów niezdarności. Dobra, obróć się w tym miejscu. Do tyłu. Jeszcze raz i obrót. Widzisz, wychodzi ci – zachęcił go Nezumi. 

 – Po prostu ciągasz mnie za sobą.

 – Mimo wszystko, jestem pod wrażeniem. Twoje ruchy są lekkie. Naprzód i obrót. Dobrze, trzymasz rytm. A teraz od nowa.  Właśnie tak, tańcz dalej... Tańcz, Shion.

Shion otworzył usta, by coś powiedzieć, po czym zamknął je z powrotem, całkowicie pozwalając się prowadzić Nezumiemu. Nasłuchiwał pogodnej melodii, wylewającej się spomiędzy jego warg i podążał za jego krokami. Płomień z piecyka pozwalał teraz padać cieniom dwóch figur. Małe myszki skuliły się razem, przyglądając się im ze szczytu jednego ze stosów książek. 

 – Łaa...! – Shion potknął się o własne nogi i upadł plecami na łóżko. Jego oddech był nieregularny, a czoło błyszczało od potu. 

– Jestem wykończony. To prawda, że przy tańcu pracuje całe ciało. 

– Nie wiedziałeś?

 – Nie. Chyba jestem teraz o tyle mądrzejszy. Więc?

 – Hm?

 – Ja nie mogę złapać oddechu, jednak ty w ogóle się nie zmęczyłeś. To chciałeś mi pokazać?

 – Można tak powiedzieć. 

 – Masz znacznie więcej energii, jesteś bardziej wysportowany i zwinny niż ja. To nie o ciebie powinienem się martwić. To właśnie chciałeś przekazać, prawda?

 – Aż tak bym tego nie ujął, ale...

Shion wstał. Stanął przed Nezumim wyciągając w jego kierunku swoją dłoń. Był to krótki i szybki gest, trwający jedynie ułamek sekundy.

„Co?!”

Jego ręka znalazła się u podstawy szyi Nezumiego. Nawet nie dotykał; palce Shiona ledwie spoczywały na jego skórze. Mimo to Nezumiego przeszedł paraliżujący dreszcz. Przebijający wstrząs, jak ten, który czuje bestia złapana w pułapkę.

 – Myślałem... że stąd wyjdzie – wyszeptał zachrypniętym głosem Shion, zupełnie jakby słowa utknęły mu w gardle. – Kiedy upadłeś, właśnie tak pomyślałem. Ja.. Ja myślałem, że umrzesz. Nie chodzi o ciebie, Nezumi.

 – Eh? 

 – Nie martwię się o ciebie dla twojego dobra. Troszczę się tylko dla siebie, żeby być wolny od własnych łez – palce Shiona odsunęły się. Dopiero teraz Nezumi zauważył, że przez cały ten czas wstrzymywał oddech. 

 – Nezumi, nadal nie rozumiem wielu rzeczy, ale – zawahał się. –  jednego jestem pewien. Przerażająco boję się ciebie stracić. To byłoby gorsze, niż strata kogoś... kogokolwiek innego. To nieznośne, jak bardzo się tego boję. Chciałbym mieć pewność, że zawsze będziesz u mojego boku. Możesz ze mnie szydzić lub wyśmiać, ale mówię prawdę. 

Nie było to nic innego niż szczere i proste wyznanie miłości. 

„Nie mogę żyć bez drugiego – bez ciebie”.

Jakże bezpośrednie, proste i nierozsądne to wyznanie. Shion popełnił w tamtym momencie poważny błąd, obnażając swój brak rozsądku, kobiecą słabość, swoją delikatność. Jednak Nezumi nie potrafił go wyśmiać. Nie dlatego, że przytłoczyła go szczerość Shiona , ani dlatego, że poruszyło go idące prosto z serca wyznanie. 

„Kim... on jest?”

 – Dobranoc – Shion spuścił wzrok i przeszedł obok Nezumiego. 

 – Będę spać na podłodze. Byś mógł dobrze wypocząć, dobrze? Strasznie się spociłeś. Jesteś pewnie bliżej odwodnienia niż ci się wydaje. 

 – Taa... – Nezumi ledwie był w stanie wydukać odpowiedź. Gdy tylko Shion zniknął w cieniu książek, złapał swoje gardło, a jego ramiona zaczęły się unosić i opadać gwałtownie, gdy oddychał. 

„Nie mogłem tego uniknąć”

Nie był w stanie uniknąć dotyku Shiona. Szyja jest jednym z najwrażliwszych miejsc ludzkiego ciała. Jednak on nie był w stanie odsunąć ręki, wyciągniętej, by go złapać. Shion nie miał morderczych intencji. A Nezumi nie spuścił gardy i nie miał zamiaru pozwolić palcom Shiona dotknąć jego skóry. 

„Nie mogłem tego uniknąć. Ja, ze wszystkich ludzi, dałem się złapać”.

Nie mógł przewidzieć, uniknąć ani odepchnąć ruchu Shiona. Został całkowicie złapany. Gdyby Shion był wrogiem, gdyby miał zamiar go zabić, gdyby trzymał nóż – Nezumi bez wątpienia zostałby zabity. Bez żadnego jęku, nie będąc w stanie krzyczeć, upadłby na ziemię bez życia. Zostałby zabity.

„Zostanę zabity”. 

Pośród uczuć, które mieszały się w nim, gdy palce Shiona dotknęły jego szyi, żadne z nich nie nosiło oznak miłości czy tęsknoty. Był tylko strach. Przerażenie. Nezumi spotkał się już z niezliczonymi niebezpieczeństwami. Nie mógł zliczyć ile razy zapędzono go w kąt czy próbował się poddać. Jednak nigdy nie stał przed kimś, kto tak bardzo go przeraził, sprawił, że zesztywniał niezdolny do ruchu.

„Te oczy, te ruchy, to uczucie duszności”.

„Co to było?”

Zacisnął zęby.

Słyszał małe myszki, biegające po podłodze. 

 – Cravat, Tsukiyo, cicho. Chodźcie tutaj. 

Shion zawołał myszy. Gdy szmer koca i delikatne piski ucichły, za stosami książek nie wydawało się być już żadnego ruchu. Otoczyła ich cisza. 

„Nie mogę żyć bez drugiego – bez ciebie”. 

Jego słodkie i ckliwe, a jednak szczere wyznanie wraz z jego ruchami, całkowicie unieruchamiającymi Nezumiego – trwały tylko przez chwilę, jednak w tamtym momencie wszystkie emocje zniknęły z oczu Shiona. To nie było spojrzenie kogoś, kto obnaża swoja duszę w wyznaniu miłosnym. Te oczy należały do kogoś, kto zadał ostateczny cios i przekręcał nóż w ranie. Sam Shion jednak prawdopodobnie nie był tego świadomy.  

„Czyżbym to ja był tym, który nie ma o niczym pojęcia?”

Shion był spokojnym chłopcem o niezwykłym intelekcie i łagodnym sercu. Nigdy nie nauczył się jak nienawidzić, sprzeciwiać się czy walczyć. Potrafił złapać ludzi, ale nie skrzywdzić. To on nigdy nie miał do czynienia z brutalnością czy zimną bezwzględnością. Był jedynym, który kiedykolwiek mógł stać się słońcem. Czy to nie tak powinno być? Jeśli nie, to...

Nie miał pojęcia o prawdziwej naturze Shiona. 

Nezumi uratował zarówno jego życie, jak i swoje własne, mieszkali razem i razem spędzali każdy dzień. Byli ze sobą bliżej połączeni, bardziej intymnie, niż z kimkolwiek innym. Nigdy nie unikał ani nie bał się tego związku, jednak nie mógł go również nigdy całkowicie zaakceptować; pożądał go gdzieś w sercu i bez wątpienia uczynił go dla siebie czymś w rodzaju bezpiecznej przystani. 

„To byłoby gorsze, niż strata kogokolwiek innego”.

Słowa Shiona wyrażały także jego własne uczucia. Nie chciał tego przyznać, ale taka była prawda i nie miał innego wyboru. Jednak mimo to po raz pierwszy odkąd się spotkali, tracił z oczu to, kim naprawdę był Shion. 

Nezumi jeszcze raz zacisnął zęby. Wydały ciężki hałas, niczym zardzewiałe koła zębate. Dźwięk odbił się głęboko w jego ciele.

To nie tak, że stracił go z oczu – pewnie od samego początku nie widział go dobrze. Patrzył tylko na jaśniejszą stronę Shiona, oświetloną światłami reflektorów. Aż do teraz Nezumi zawsze przyglądał się łodygom roślin zamiast kwiatom, kwitnącym nad nimi, bezustannie skupiając się raczej na częściach pogrążonych w mroku, niż tych wystawionych na światło i był przekonany, że potrafi dostrzec je bez problemu.

Ale został zaślepiony.

Został zbyt zaślepiony przez beztroski uśmiech Shiona, jego bezbronność i szczere spojrzenie, dzięki któremu mógł zobaczyć wszystko inaczej.

Nie stracił go z oczu – nie widział go od samego początku.

„Shion, kim ty właściwie jesteś?” 

Zastanawiał się w sercu nad chłopcem, który leżał skulony pod kocem razem z myszami.

„Kim jesteś?”

***

Wieść przyszła niedługo, bez żadnej zapowiedzi. 

Poranne niebo było zachmurzone, zwiastując opady śniegu w późniejszych godzinach. Ziemia była przemarznięta i nie okazywała jakichkolwiek oznak rozmarznięcia po południu. Śnieg przyszedł w poszarpanych płatkach, a chłodny wiatr gwizdał na bazarze w Zachodnim Bloku. 

Tej nocy stary pies umarł w hotelu Inukashi.

 – Był bratem mojej mamy – mruknął Inukashi kopiąc dziurę w zamarzniętej ziemi.

 – Czyli był twoim wujkiem?

 – Na to wychodzi. Straciłam kolejnego towarzysza, z którym mogłam dzielić wspomnienia o mamie.

 – Był bardzo stary, prawda? – zapytał cicho Shion.

 – Tak. W ludzkich latach pewnie miał już koło setki. Prawdopodobnie dużo nie cierpiał. Wczoraj jeszcze bez trudu łaził i bawił się ze szczeniakami, ale gdy obudziłem się rano, był już zimny. Nikt nie zauważył. Szczeniaczki, które z nim spały, powariowały, bo był zimny i przyszły mi o tym powiedzieć. Żył pełnią życia.

 – Jego życie musiało być godne podziwu.

 – Było godne podziwu – powtórzył Inukashi.

Ziemia była mocno zmarznięta, więc niewiele robili postępów z żałosnymi łopatkami i kawałkami drewna, którymi kopali.

 – Nezumi – zawołał Shion, spoglądając na część walącej się ściany, na której siedział Nezumi. – Pomóż nam, jeśli nie masz nic innego do roboty.

 – Ja miałbym kopać grób dla psa? Śmieszne.

Inukashi pociągnął nosem.

 – Shion, zostaw go. Nie chcę, żeby pomagał przy tym grobie.

 – Ale może zaśpiewać.

 – Marsz pogrzebowy, czy co? 

 – Tak, coś wymyśli – powiedział Shion. – Zrobisz to, prawda, Nezumi?

 – Śpiewacy są drodzy, tak tylko mówię. Trzy sztuki srebra.

Inukashi odrzucił na bok swój szpadel i obnażył zęby, warcząc.

 – Złaź na dół, chciwy skurwysynu! Rozerwę ci gardło, draniu!

 – Z twoimi ząbkami najlepsze, co możesz rozerwać, to kawałek czerstwego chleba – odpowiedział Nezumi. – A właśnie, skoro już przy tym jesteśmy, nie zostało u ciebie w gabinecie przypadkiem jeszcze trochę krakersów? Zjadłbym je sobie na obiad.

 – Co, bawią cię te twoje pieprzone żarty? – warknął Inukashi. – Lepiej, żebyś nawet jednego palca na nich nie położył, Nezumi!

Inukashi pobiegł za nim do ruin. Nezumiego nigdzie nie było już widać. 

 – Hej, czekajcie chwilę, słyszycie?! – zawołał ich Shion. – Nezumi, nie mówiłeś mi, żebym cały czas był w zasięgu wzroku? Inukashi, zostawisz tu tak po prostu swojego wujka?

Od żadnego z nich nie usłyszał odpowiedzi. Koniec końców Shion sam wykopał resztę dziury, w której pochował starego psa. 


W międzyczasie Inukashi wpadł do pokoju, próbując złapać oddech, a Nezumi siedział już na stole, bujając w dłoni torbę krakersów.

 – Oddawaj – powiedział Inukashi najbardziej stanowczym tonem, na jaki było go stać. Nie myślał, że to podziała, jednak paczka krakersów natychmiast poleciała w jego stronę. Najwyraźniej lekko opuścił gardę. 

 – Co? Nie jesteś głodny?

 – A co, nakarmiłbyś mnie, gdybym był?

 – Przestań sobie żartować – powiedział Inukashi. – Może i mam jedzenie dla psów, ale dla ciebie nie mam ani jednego krakersa. 

Inukashi odłożył torbę do szafki. Była stara i podniszczona, ale mimo wszystko trzymał ją zamkniętą. Zauważył jednak, że zamek jest otwarty.

„Rany, nie mogę nawet się rozluźnić czy spuścić gardy przy tym gościu. Chociaż nie żeby kiedykolwiek to było możliwe”.

Inukashi ponownie zamknął szafkę i odwrócił się. Nezumi wciąż siedział w tej samej pozycji co przed chwilą. Inukashi schylił się, by podnieść z podłogi kryształek. Ten pokój był całkiem znośny w stosunku do reszty hotelu, który w większości już się zawalił. Ściany i podłoga nadal były w dobrym stanie. Nie tylko blokowały deszcz i wiatr, ale i tworzyły miejsce do życia, będące jednym z najlepszych, jakie oferował Zachodni Blok. Mimo to i ten pokój odczuwał upływ czasu. Ozdobne kryształki, które do ściany ewidentnie przytwierdzono jako forma dekoracji, zaczynały odpadać. 

Obracając kamyk w dłoni, mógł na nim niemal wyczuć niebieską farbę. Zacisnął lekko dłoń. 

 – Nezumi.

Gdy tylko Nezumi się do niego odwrócił, Inukashi rzucił kryształkiem prosto w jego twarz. Nezumi jedynie płynnie przechylił głowę, by go uniknąć i uniósł brew. 

 – Nezumi – zawołał ponownie Inukashi. Tym razem nic nie rzucił. – Hej, co z tobą?

 – Co masz na myśli przez „Co z tobą”?

 – Masz jakiś problem, czy coś?

 – Problem?

 – Pytam, czy coś cię drażni. 

 – Eh?

Spojrzeli na siebie i pociągnęli nosem niemal w tym samym momencie. Wtedy zapadła cisza. Nezumi pierwszy się odezwał.

 – Nie wydaje mi się, żeby kiedykolwiek w ogóle mnie coś drażniło. Nigdy.

 – Domyślam się.

 – To samo z tobą, nie?

 – Ja? Ja zawsze mam coś na głowie. Jedzenie dla moich psów, jutrzejsze zarobki. Zamartwianie się nie ma końca. Muszę się opiekować psami. Mogą być wielką pomocą, ale ciężarem też są. Nie mogę im dać zdechnąć z głodu. Nie mam tak beztroskiego życia jak ty.

 – Beztroskiego, co? – Nezumi zamilkł na moment.

 – Hej, Inukashi.

 – Co?

 – Polowanie się zbliża. Myślę, że zacznie się jutro, pojutrze.

 – W sensie, czujesz, że przyjdzie, tak?

 – Tak, czuję to. Zastanawiam się, czy powinienem im powiedzieć. 

 – Komu?

 – Innym mieszkańcom Zachodniego Bloku.

Inukashi zamrugał, gapiąc się na profil Nezumiego. 

 – W sensie, że chcesz im powiedzieć, że mają wiać, bo nadchodzi Polowanie?

 – Taa.

 – A gdzie by uciekli?

Nezumi nie odpowiedział. Jego oczy patrzyły w dół, a wzrok skupił na cholewkach jego butów. Wyglądało to jakby walczył z myślami, a jednocześnie wahał się udzielić odpowiedzi. 

 – Jeśli mili panowie z No.6 rzucą na chwilę strzelanie i powiedzą: „Zaczniemy Polowanie tego i tego dnia, od wtedy do wtedy”, śmiało, idź wszystkim powiedz – zaczął Inukashi. – Jeśli tylko wtedy będzie Polowanie, uciekną. Ale nie wiesz tego, prawda? Mówisz, że to będzie jutro albo pojutrze, ale to tylko twoje przeczucie. To się może zdarzyć za pięć minut. Może się zdarzyć za tydzień. Jeśli tak nierealne przeczucie mogłoby wygnać stąd ludzi, w ogóle by tu nie mieszkali. Nie mają dokąd uciec. Nie mają żadnego innej opcji. Dlatego wszyscy trzymają się tego miejsca, jakby od tego zależały ich życia.

Gdy to mówił, Inukashi pomyślał, że Nezumi powinien być tego świadomy aż do szpiku kości.

Na tym świecie było kilka cennych miejsc, które zapewniały wszystkie warunki do podtrzymania ludzkiego życia. Prawdopodobnie nie było już innych, poza sześcioma miastami–państwami. Inukashi nie miał o tym pojęcia, jednak No.6 było usytuowane w znacznie lepszym środowisku w porównaniu do pozostałych pięciu miast. Ludzie zbierali się tam, by żyć. Opuszczanie tego miejsca było synonimem śmierci. Ludzie wiedzieli to nie z informacji czy książek, ale z instynktu.

Nie mogli uciec. Nie mieli dokąd. Polowanie zdarzało się raz na kilka lat. 

„Jeśli będziemy mieć szczęście, przeżyjemy. Dlatego zostańmy tutaj. To jedyne wyjście”.

Nieważne czy to z rezygnacji, czy z woli przeżycia, koniec końców każdy tu zostawał. To było jedyne miejsce, w którym mógł żyć.  

 – Nie powinno być potrzeby w ogóle ci tego mówić – westchnął z rezygnacją Inukashi. 

 – Masz rację – mruknął Nezumi.

„Co do cholery w niego wstąpiło?”

„Boi się tego, co się stanie?”

„Nezumi się boi?”

Inukashi żywo pokręcił głową. Jego długie włosy podskakiwały, odbiwszy się od pleców. 

„Niemożliwe” – Inukashi nie widział Nezumiego w zbyt miłym świetle. Przeciwnie, miał go za niebezpieczeństwo, z którym trzeba się liczyć. Nezumi nigdy nie wypowiadał najważniejszych części jego myśli, a chwilami był niezwykle nieczuły. Za każdym razem, gdy widział niesamowite umiejętności Nezumiego w posługiwaniu się nożem, zastanawiał się, czy przypadkiem nie posłał już w ten sposób kilku ludzi do grobu. 

Inukashi nie chciał mieć z nim do czynienia, jeśli miał na to jakiś wpływ – to była jego szczera opinia. Ale nawet jeśli wiedział, że Nezumi nie był kimś, kto mógłby być podstępny czy zakłamany, był niezwykle ostrożny i z całą pewnością nie tchórzliwy. Tego Inukashi był pewien.

„Zdecydował wślizgnąć się do Zakładu Karnego. A skoro tak zdecydował, zrobi to. Skoro podjął już decyzję, nie powinien się niczego bać”.

Nezumi pewnie zauważył, że Inukashi przyglądał mu się bezustannie, dlatego wzruszył ramionami w nonszalanckiej odpowiedzi.

 – Masz rację. Nie powinno mi być trzeba tego mówić. Po prostu...

 – Po prostu co?

 – Shion o tym nie wspomniał.

 – O czym nie wspomniał? Żeby dać wszystkim znać, to pouciekają?

 – Taa. 

 – Cóż, to na pewno brzmi jak coś, co ten naiwniak by wymyślił... Znaczy, Shion nie wie za dużo o Polowaniu, prawda?

 – Powoli łapie.

Nezumi zszedł ze stołu i podniósł leżący obok kryształek.

 – Czasem zajmuje mu to trochę, ale nie jest głupi. Pewnie domyślił się już, jaki to będzie rodzaj polowania. Tylko po prostu prawdopodobnie jeszcze to do niego nie dotarło.

 – Ehe – odezwał się z powątpiewaniem Inukashi. – To znaczy, że zrobił się bystrzejszy. Może w końcu widzi jaki naprawdę jest Zachodni Blok.

 – Prawdopodobnie.

Nezumi kręcił w palcach kamyk. Pytanie wypłynęło z ust Inukashi, zanim się zorientował.

 – Nezumi, co cię tak naprawdę męczy? 

Cienista przesłona padła na parę pięknych, ciemnoszarych oczu. Zadrżała w nich iskra. Inukashi pamiętał, że widział już ten sam rodzaj cienia i iskierki. Wiele, wiele razy. To było to, co widzi się w oczach umierającego dziecka. Szeroko otwarte, wpatrujące się oczy, wypełnione cierpieniem, gniewem i strachem, nie mogąc zrozumieć, dlaczego to musi tak boleć, ani co stanie się dalej. Nie były takie same, ale bardzo podobne. 

 – Boisz się czegoś? – kolejne pytanie wypadło bez zastanowienia  z jego ust.

„Czyli ty naprawdę się czegoś boisz. Nie chodzi o Zakład Karny, ani o Polowanie. To może stwarzać zagrożenie dla jego życia, ale go nie przerazi. Więc co...”

„Shion?” 

Inukashi jęknął i kichnął delikatnie.

 – Czy ty powiedziałeś, że się boję? – odezwał się Nezumi.

 – Nie... – odpowiedział nonszalancko Inukashi.

Nie wiedział specjalnie jakiego rodzaju był związek między Shionem a Nezumim, ani jakie łączyły ich więzi, nie żeby w ogóle chciał wiedzieć. Nie obchodziło go to. Jednak był pewien, że Shion nigdy nie zostanie wrogiem Nezumiego. Ta jedna rzecz nigdy by się nie zdarzyła. Poza tym, co by się mogło stać, gdyby jeden naiwny dzieciak z głową w chmurach obrócił się przeciwko nim? 

Inukashi zaczerpnął powietrza.

„Och, z resztą, to bez znaczenia. Cokolwiek to jest, nie chcę mieszać się w sprawy tych dwóch bardziej, niż już to robię” – gestem dłoni wygonił Nezumiego.

 – Idź do domu.

 – Co za pożegnanie.

 – I tak nie mam zamiaru się z tobą żegnać. ...Nezumi?

Nezumi ukrywał twarz w dłoniach. Zachwiał się i oparł ciężko o ścianę. Ześlizgiwał się na dół z plecami przy murze dopóki nie dotknął podłogi. Podparł kolana i schylił głowę.

 – Nezumi, co jest?

Nie było odpowiedzi.

 – Hej, Nezumi. Przestań robić sobie jaja. Ćwiczysz do sztuki, czy co? Od razu mówię, że nie mam zamiaru dawać ci żadnych wskazówek.

 – Śpiew...

 – Eh?

 – Słyszałem śpiew... znowu... – Głos Nezumiego załamał się gdy urwał, a Inukashi słyszał jego nieregularny oddech. Zamienił się w słaby szept.

„Wiatr... kradnie dusze... ludzie skradają... serca” .

 – Nezumi, o czym ty mówisz? Weź się w garść.

A więc miał jakąś chorobę.

Inukashi przykucnął, po czym położył dłoń na ramieniu Nezumiego. 

 – Trzymaj się. Pójdę po Shiona.

Został złapany za nadgarstek. Uścisk był tak silny, że Inukashi niemal zawył z bólu. Nezumi przyłożył dłoń do czoła i powoli wstał. Wypuścił powietrze.

 – Hej, Nezumi...

 – Nic mi nie jest.

 – Nie wyglądasz za dobrze jak na... a zresztą... – Uciął nagle. – To i tak nie moja sprawa, co ci się stanie.

 – Dokładnie.

Nezumi wypuścił rękę Inukashi i postawił kilka kroków. Jego stopy były stabilne.

 – A, tak – Nezumi odwrócił się w drzwiach i poruszył palcami. Pomiędzy nimi znajdowała się srebrna moneta. 

 – Co... Ej, nie mów mi, że...

 – Mówiłem ci, że to zrobię. Ukryta skrytka na tyłach twojej szafki, co? Całkiem niezłe zabawki masz w tym pokoju, Inukashi. 

 – Cz–czekaj. Ty... Ty to otworzyłeś?

 – Oczywiście. Jedna srebrna moneta. Biorę ją jako opłatę za robotę Shiona. I paczkę krakersów.

 – Krakersy też!? – zawył Inukashi. – Naprawdę sobie ze mnie teraz jaja robisz!

 – Nie są spleśniałe ani czerstwe. Świeża paczka krakersów. Będę miał z nimi wspaniałe herbaciane popołudnie. Dzięki. 

Inukashi rzucił się na niego tylko po to, by mieć szczelnie zamknięte drzwi tuż przed nosem. 

***

Pochował starego, wynędzniałego psa.

Shion zakopał trumnę, umieszczając ją pod kamieniem, który Inukashi wybrał z gruzu na nagrobek. Złożył dłonie w modlitwie. Kilka szczeniaczków usiadło po bokach Shiona, machając ogonami nad nowym grobem. 

Poczuł za sobą czyjąś obecność. Nie słyszał żadnych kroków, więc nie musiał się odwracać, by wiedzieć, kto za nim stoi.

 – Co robisz? – zapytał Nezumi.

 – Modlę się.

 – Modlisz się za psa.

 – Żył pełnią szczęścia w tym miejscu. Myślę, że to godne podziwu.

Nezumi kopnął kamienie końcówką buta i kiwnął głową. 

 – Tak, chyba masz rację. To prawie cud dla psa, umrzeć w takim miejscu w tak późnym wieku. Mógł umrzeć spokojną śmiercią, a świat nie daje tego tym, którzy na to nie zasługują. To prawda, warte podziwu.

 – Też się za niego pomodlisz?

 – Nie, dzięki. Jeśli już skończyłeś, chodźmy do domu. Na dziś skończyłeś już robotę, prawda?

 – Podwędziłeś te krakersy Inukashi?

Nezumi uniósł palec i pomachał nim z dezaprobatą.

 – Mm–mm, wspaniały książę taki jak ty nie powinien używać tak surowych słów jak „podwędzić”. 

 – Czyli je podwędziłeś.

 – To za twoją robotę. Nagroda za wykopanie grobu. To też – pomiędzy palcami Nezumiego pojawiła się srebrna moneta.

 – Sztuka srebra i torba krakersów. Nie wydaje ci się, że właśnie trochę go obdarłeś?

 – Nie szkodzi. Dałem mu robotę wartą dwóch sztuk złota. Pomyśl o tym srebrze jak o prowizji. Dobra, chodźmy kupić trochę suszonego mięsa i wracajmy do domu. 

Shion szedł obok Nezumiego. Szczeniaczki biegały wokół jego stóp, żegnając, gdy opuszczali ruiny.

 – Gdzie jest Inukashi? Nie widzę go nigdzie.

 – Beczy. 

– Doprowadziłeś go do płaczu?

 – On beczy przy wszystkim. Mówi, że jest twardy, ale płacze jak niemowlak. Pewnie właśnie się wypłakuje, bo nie może uwierzyć, że dał sobie podwędzić swoje srebro i krakersy.

 – To okropne – powiedział ze zmartwieniem Shion. – Hej, Nezumi.

 – Hm?

 – Co do Inukashi... Em... czy jest szansa, że on jest...

 – No, co z nim?

 – Eh... Nic, nieważne. Wybacz.

Wspięli się na górę kamieni, zmierzając w stronę baraków tworzących bazar. Wiatr wiał im w twarze. Wydawał się, że po malutku skrada ciepło ich ciał. 

„Ciekawe co robi teraz Safu. Mam nadzieję, że nie zamarza i nie jest głodna”.

„Kocham cię, Shion. Bardziej niż kogokolwiek innego”.

Przypomniał sobie jej słowa. Nie był w stanie odwzajemnić uczuć dziewczyny. Prawdopodobnie nigdy nie byłby do tego zdolny. Nie mógł pokochać Safu w taki sposób, w jaki ona by tego chciała. Ale mógł ją kochać inaczej. 

„Safu, żyj i czekaj na mnie. Proszę”.

Wiatr się wzmocnił. Drżał z zimna.

 – O czym myślisz? – Nezumi spojrzał na niego, jego włosy falowały na wietrze.

 – O Safu.

 – Powiedziałbym, żebyś się nie przepracowywał, ale to pewnie trudne. Chociaż nic dobrego z tego nie przyjdzie. Po prostu o tym pamiętaj.

 – Wiem.

 – Nałóż niżej ten kapelusz. Ekipa Sprzątająca się tu kręci. To będzie naprawdę wnerwiające, jeśli spróbują do nas zagadać.

Zanim Nezumi zdążył skończyć zdanie, rosły mężczyzna z gangu, pijącego w baraku, pojawił się przed nimi.

 – Czekajta chwilę, chłopaki.

Był to niewątpliwie ten sam człowiek, w którego ostatnio wbiegł Shion. Pamiętał tatuaż węża na jego ramieniu.

 – Ej, to te same pieprzone bachory co ostatnio. Kopę lat, chłopaki, co? To będzie niezła zabawa.

Tsk. Nezumi cmoknął językiem. W tym samym momencie jego prawa ręka poruszyła się szybko. Niebieski odłamek gruzu uderzył mężczyznę dokładnie między oczy. Zawył z bólu i odchylił się do tyłu. Shion brnąc przez tłum, zaczął biec. 

 – Tędy – podążając za Nezumim, wślizgnął się do alejki i wykończony przycupnął. Ekipa przebiegła obok nich, krzycząc wściekle.

 – To całkiem poważne – skomentował Nezumi. – Jak złapią cię następnym razem, pewnie czeka cię coś więcej niż tylko pobicie. Lepiej się na to przygotuj.

 – Tylko ja mam się przygotowywać?

 – Ja zdążę zwiać.

 – Ja też.

Nezumi rozejrzał się bez wychodzenia z alejki. Najwyraźniej codziennie jacyś faceci biegali wokół, bo ludzie chodzili jakby nic się nie stało.

 – Ale na pewno biegasz szybciej. Zrobiłeś postępy od ostatniego razu.

 – Ty mnie tego nauczyłeś. ...O, czy nie mówiłem tego samego ostatnim razem? 

Nezumi się uśmiechnął. Nie był to uśmiech rozdrażnienia, nagany czy zimnego okrucieństwa. To był zmysłowy uśmiech. Zauroczyło to Shiona. 

 – Eve! – zawołał ktoś z daleka. – Co ty tu, do cholery, robisz?

Niski mężczyzna w białej koszuli i czarnych spodniach stał, przyglądając się im z wściekłą twarzą. Miał ciemny kapelusz z szerokim rondem i szalik w tym samym kolorze. Mimo że nie wyróżniał się jakoś specjalnie, jego strój odznaczał jakiś rodzaj sprytu, którego nigdy nie widziało się w Zachodnim Bloku. 

 – O... Szef. Dawno się nie widzieliśmy.

 – Fakt, trochę czasu, niewątpliwie – powiedział niecierpliwie mężczyzna. – Szukałem cię. Czemu nie pokazywałeś się w teatrze? Nie możemy niczego zacząć bez ciebie na scenie. Co się dzieje?

 – Ach, no cóż... dużo rzeczy się zdarzyło i... Zastanawiałem się czy mógłbym wziąć sobie wolne od występów na jakiś czas.

 – Wolne?! – powtórzył z niedowierzaniem. – Oszalałeś?! Większość publiczności przychodzi tylko po to, żeby ciebie oglądać. Chcesz, żeby mój teatr splajtował?

Szef nagle złagodził wyraz twarzy potulnym uśmiechem, a jego głos przybrał zalotny ton. 

 – No dalej, Eve – nalegał. – Porozmawiajmy jak mężczyźni. Jeśli masz jakieś skargi, zawsze jestem tu, żeby posłuchać. 

 – Skargi, co... to będzie raczej ciężkie.

 – Nie masz żadnych? Więc...

 – Mam tyle, że gdybym musiał zrobić teraz listę, stalibyśmy tu do jutra. 

 – Eve, błagam cię. Jeśli chodzi o jakieś problemy, możemy coś wymyślić. Jeśli nie możesz przyjść dzisiaj, to może od jutra...

Hałas. To był dźwięk, który zatrzymał się w uszach Shiona, wyrył w jego pamięci i nawiedzał go w snach przez wiele nocy.

Dźwięk destrukcji. Dźwięk ludobójstwa. Dźwięk śmierci. Dźwięk rozpaczy. Krzyki, jęki, płacz, kroki. Wszystko stapiało się razem, potykając o siebie nawzajem, tańcząc ze wszystkim innym, wijąc, wznosząc w pandemonium. Piekło zmaterializowało się przed oczami Shiona. 

Ludzie zaczęli pierzchać bezładnie na wszystkie kierunki. Baraki się zawalały, a namioty zdzierano na ziemię.

 – To Polowanie! – ktoś ryknął.

„To Polowanie”.
„To Polowanie”.
„To Polowanie”.

Nawet wycie wiatru zostało zagłuszone. 

Starsza osoba potknęła się i upadła. Shion nie miał szansy jej pomóc. Niezliczone stopy przebiegły po upadłym, pędząc przed siebie.

 – Zaczęło się – Nezumi przełknął ślinę. Odwrócił się i wydał krótką komendę szefowi. – W nogi!

Nad ich głowami rozległa się ogłuszająca eksplozja. Rozdarła powietrze. Spadło na nich paraliżujące uderzenie. Barak, będący wcześniej sklepem mięsnym, rozpadł się na drobne kawałki. 

 – Shion! – Poczuł, że ktoś go przewraca. Ciało Nezumiego objęło jego własne. Gdy został przyciśnięty do ziemi, Shion przełknął z bólu własny oddech. Słyszał głos Nezumiego.

 – Shion, jesteś cały?

 – Tak.

Nie było czasu na tracenie świadomości. Zaczęło się. Wszystko zaczynało się w tamtym momencie. 

Nezumi się odsunął. Shion podniósł się, jęcząc cicho. Ujrzał niebo. Szara przestrzeń rozszerzała się ponad nim. Całe piętro zasłaniającej mu wcześniej widok lepianki zniknęło. Powietrze dusiło kurzem.

 – Co z nim?

 – Z kim?

 – Z twoim szefem, czy kimkolwiek...

 – Och, pewnie zwiał. Jeśli ma szczęście, da radę uciec. Jeśli nie... skończy o tak – Nezumi wskazał na coś podbródkiem. Spod zawalonej ściany wystawała zakrwawiona ręka. Była gruba i owłosiona.

 – Pewnie staruszek z mięsnego. 

„To Polowanie”.
„Pomocy”.
„Drogi Boże”.
„Cholera”.
„Pozabijają nas”.
„Biec, biec, biec”.

Głosy łączyły się ze sobą w nieznośny harmider. Shion przykucnął w cieniu szczątków ściany, próbując uniknąć wciągnięcia przez masę ludzi. Mniej niż o krok od niego znajdowało się ramię człowieka ze sklepu mięsnego. 

 – Nezumi, to jest...

 – Spójrz – Shion wytężył wzrok w kierunku, który wskazywał Nezumi.

 – Och... – Jego oddech i głos zamarły w gardle.

Dwa uzbrojone pojazdy jechały drogą obok siebie, niemal całkowicie blokując przejście. Z niesamowitą szybkością przemierzały bazar. Baraki nie stawiały im żadnego oporu. Były jak papierowe figurki, trzeszcząc rozpłaszczane przez koła.

 – Nezumi, te uzbrojone pojazdy...

 – Taa, wyglądają na stare modele. Chociaż wydaje się, że uzbrojenie dalej działa. Użyli akustycznej fali uderzeniowej, żeby rozwalić piętro mięsnego. Kiedy właściwie zaczęli tego używać? – mruknął do siebie Nezumi. – A może wybrali sobie to miejsce do testów?

 – Nie o to pytam. Mam na myśli... one należą do No.6?

 – No moje na pewno nie są.  

Fakt, że No.6 posiadało armię, był dla Shiona czymś całkowicie nowym. 

Zanim się urodził, sześć państw miast podpisało traktat, zobowiązujący je do porzucenia armii na rzecz pokoju i zapomnienia o posiadaniu czy używaniu jakiejkolwiek broni. Z przeszłości nauczyli się, że wojna pomiędzy krajami prowadzi jedynie do zniszczenia środowiska, podupadania ojczyzny i zagrożenia egzystencji samego gatunku ludzkiego. Aby uciec przed własną zgubą, wszystkie miasta podpisały akt i przysięgły go przestrzegać. 

Został nazwany Traktatem Babilońskim od starożytnego miasta, w którym został podpisany. 

Jednak zaskoczenie Shiona szybko znikło. Jeśli No.6 było fikcyjną utopią, naturalnym było dla miasta posiadać armię, żołnierzy i broń, aby móc krzywdzić, zdominować  ludzi.

Shion ostrożnie przyjrzał się nadjeżdżającym pojazdom i uregulował oddech. Nezumi zaśmiał się krótko.

 – Myślałem, że bardziej spanikujesz. Naprawdę silniejszy się stałeś.

 – Już mówiłem. To ty mnie tego nauczyłeś.

 – A ty byłeś niezłym uczniem. Ale zabawa dopiero się zaczyna.

 – Tak, wiem.

Szumiał potok ludzi. Fala została odepchnięta. Ten sam uzbrojony pojazd pojawił się tuż przed tłumem, blokując mu drogę. Krzyki stały się głośniejsze. Ludzie popychali się nawzajem, upadając niczym kostki domina, krzycząc i trzęsąc się od płaczu, stając się zbitą masą, zagnaną w sam środek bazaru. Sklep mięsny, tawerna, stojące za nią stoisko z używanymi ubraniami i sklep, sprzedający suszone jedzenie – wszystkie zostały zniszczone. Żołnierze pojawili się z bronią w rękach, by otoczyć tłum. 

 – Cicho – niski, głośny głos mężczyzny wypłynął z jednego z opancerzonych pojazdów. 

 – Pomocy! Proszę, oszczędźcie chociaż moje dziecko – matka z niemowlęciem unosiła głos w błaganiu kogokolwiek, kto by posłuchał. Nikt jej jednak nie odpowiedział. 

 – Proszę, on nie ma jeszcze nawet roczku. Nie zabijajcie go! – Jakby poruszone jej zachowaniem, dziecko zaczęło kręcić się w jej ramionach.

 – Proszę... nie zabijajcie go...

Shion przygryzł wargę. Całe jego ciało się trzęsło. 

„Co powinienem zrobić... Co ja mogę? Co... Ja nic nie mogę”.

Wycie.

Głos. Psi głos. Gdy Shion się obrócił, jego oczy napotkały psa, wystawiającego głowę zza gruzów. Był to jeden z psów Inukashi – ten, który przyniósł Shionowi list. Następnego dnia Shion wyszorował go dokładnie, jakby chcąc wyrazić swoją wdzięczność. Był to wielki, ciemnobrązowy kundel. Shion wyciągnął ręce do matki.

 – Daj mi dziecko.

Matka otworzyła szeroko oczy, przyciskając niemowlę do piersi.

 – Pospiesz się, daj mi je.

 – Co zrobisz z moim dzieckiem?

 – Może uda nam się je uratować. Szybko – Niemal wyrwał niemowlę z ramion matki. Zdjął płaszcz, owinął nim małe ciałko i położył w wyrwie pomiędzy kupami gruzu. Pies położył się za nimi i polizał twarz dziecka. Płacz ustał natychmiast. Brązowa sierść psa doskonale zlewała się z zawaloną ścianą, która miała ten sam kolor. Był niezauważalny.

„Może mu się uda. Może...”

 – Liczę na ciebie.

Pies delikatnie machnął ogonem.

 – Moje dziecko... Mój syn... – Młoda matka zakryła twarz dłońmi.

 – Jeśli ci się uda, idź do ruin hotelu – powiedział do niej Shion.

 – Hotelu?

 – Ruiny hotelu. Tam znajdziesz swoje dziecko. Nie martw się, zaopiekują się nim. Więc upewnij się, że dasz radę. Przeżyj. I proszę, idź tam je zabrać. 

Matka kiwnęła głową i zamknęła oczy, jakby w modlitwie. 

 – Będzie przejebane jak oni mnie zatłuką! – ryknął krzepki głos. – Nie damy się zabić takim jak ty!

Pośród głosów kilka małych kamieni poszybowało w stronę żołnierzy. Wściekłe poruszenie zapanowało w tłumie. Skały i kawałki gruzu raz po raz wylatywały z masy ludzi, wycelowane w żołnierzy.

 – Cholera – zaklął Nezumi. – Shion, na dół.

 – Eh?

 – Złap się za głowę i kucaj!

Shion zrobił jak mu kazano – ukrył głowę w ramionach i przykucnął. Niemal w tym samym momencie żołnierze otworzyli ogień, strzelając elektrycznymi nabojami. Strzały elektrycznych broni przeszywały ludzkie czoła, piersi i brzuchy. Mężczyźni, kobiety, starzy i młodzi padali bez pojedynczego krzyku. Zwijali się z bólu i zastygali nieruchomo. 

 – Jeśli się sprzeciwicie, zostaniecie zabici. Nie ma wyjątków – powiedział nisko głos.

To nie była groźba. Wszyscy to zrozumieli. Wściekłość na bazarze, czy tym, co z niego zostało, ucichła w jednej chwili. Ludzie przestali się poruszać. Zmroził ich strach i sparaliżowała rozpacz.

Shion wstał ostrożnie. Tuż przed nim leżały zwłoki. Miały ranę pomiędzy oczami, ale nie była śmiertelna. Śmiertelna była odrobinkę ponad nią. Ta osoba dostała kulkę dokładnie w sam środek czoła. Ciało należało do Ekipy Sprzątającej. Jego usta były szeroko otwarte, a pozbawione życia oczy gapiły się w niebo. Za nim na ziemi leżała starsza kobieta, mówiąca coś bez oddechu. Jej odpływające spojrzenie wałęsało się bez celu.

Sceneria przed nim straciła cały kolor. Shion nigdy nie był w stanie pokolorować jej dokładnie w swojej pamięci. Mimo że wszystko zblakło, wiedział, że ludzie mieli ubrania i włosy w przeróżnych kolorach; wiedział, że gruz nie jest jednobarwny, pamiętał na przykład ciemnobrązowy kolor sierści psa, jednak zwłoki mężczyzny na ziemi, oszalała staruszka i widok zamarłego tłumu na zawsze pozostały w monotonnej czerni i bieli. Jedynym wyjątkiem był ciemnoszary kolor, który przepłynął mu przed oczami. Nie należał do chmur. Była to barwa tęczówek. Ciemnoszarych oczu, świecących jasno i z głębi wypełnionych energią. Był to kolor, do którego Shion się przywiązał, któremu się przyglądał i którego przez resztę życia nigdy nie był w stanie zapomnieć. 

 – Powtarzam. Jeśli się sprzeciwicie, zostaniecie zabici. Nie ruszać się. 

Nikt się nie poruszył. Nie mogli nawet tego zrobić. 

 – Shion. – Nezumi złapał jego ramię. – Nie strać tego.

Shion spojrzał w oczy Nezumiego i położył palce na tych, które zaciśnięte były wokół jego ręki. Nie był to gest desperacji. Nie oddawał się całkowicie pod jego opiekę. Chciał się tylko upewnić.

„Oto gdzie jest moje serce. Byłem człowiekiem, gdy zostało przez niego skradzione i byłem człowiekiem, gdy trwałem u jego boku. Nic nie zmieni tego faktu, nieważne jak nazwać to uczucie”. 

W tak nieludzkiej rzeczywistości, niemal nazbyt nieludzkiej, jedyną rzeczą, jaką mógł zrobić, by pozostać człowiekiem, była odmowa odrzucenia uczuć do innych i zachowanie swojej własnej duszy. Shion zacisnął dokładnie dłoń wokół tej Nezumiego.

„Nezumi, chcę pozostać człowiekiem”.

Nezumi odetchnął powoli. 

 – Pozostań takim, jakiego cię znam. Dasz radę, prawda?

 – Nic mi nie będzie.

 – Oczywiście – odpowiedział Nezumi w zamyśleniu. – Nic ci nie będzie. Nie powinienem był się martwić.

 – Zostaniecie teraz przetransportowani.

Opancerzone wozy odwróciły się i zmieniły kierunek. Wielka, czarna ciężarówka zajęła cicho ich miejsce.


==Koniec rozdziału 4== 


((a teraz chwalić mi się, kto płakał bardziej ode mnie?))

czwartek, 3 maja 2012

Tom IV: Rozdział 3

 ((I witamy po przerwie na reklamy~~ Trochę czasu minęło, a mnie powolny internet do pasji doprowadza, więc na wstępie tylko powiem, że dzisiaj ktoś mdleje, ktoś umiera, a my poznajemy ostatnią z myszek Nezumiego - Tsukiyo (aka Księżycowa Noc). Indiańskie takie to imię, ale cóż zrobić, zgadnijcie kto je wymyślił xD No to miłej zabawy ._.))
 
Rozdział 3
Zamroczenie

Czy przyszedłeś do mnie,
Gdyż zapadłam w sen,
Zadręczana przez miłość?
Gdybym wiedziała, że śnię,
Nie obudziłabym się.
Ono no Komachi

 – Powinieneś napisać list – odezwał się Nezumi bez odrywania wzroku od książki.

 – List... Do mojej matki?

 – Jeśli masz jeszcze jakichś innych adresatów to do nich też.

 – Dostarczysz go?

 – On to zrobi – Mała myszka, siedząca na kolanie Nezumiego, czyściła swoje właśnie wąsy.

 – Dziękuję, Hamlet.

 – Nie musisz mu dziękować za każdym razem, kiedy idzie spotkać się z twoją mamą. Obżera się smacznym chlebem, więc to dla niego dużo większe podziękowanie.

Shion naskrobał kilka słów na urwanym kawałku papieru. Zbiór literek. Tylko jedna linijka. Jakie uczucia mógł w niej zawrzeć?

Skończył pisanie i wcisnął liścik do kapsułki. Hamlet wziął ją do pyszczka, po czym machnął ogonem. Nezumi zamknął głośno książkę. Był to piękna książka w błękitnej oprawie z białym wzorem płatkami kwiatów.

 – Co czytałeś?

 – Starożytną historię o kraju, będącym bardzo daleko stąd, prawie na krańcu świata. Bardzo stara opowieść.

 – Mit?

 – Historia o ludziach – Nezumi wstał i prześlizgnął się do półki. Wypełniony książkami pokój był ciepły dzięki staremu piecykowi. W niczym nie przypominało to luksusowej dzielnicy Chronos w No.6, gdzie wszystko było chronione przez system kontroli atmosfery i można było żyć w idealnej temperaturze oraz wilgotności niezależnie od pory roku, dnia, czy pogody na zewnątrz. W Zachodnim Bloku nie było nadziei na takie środowisko, jednak Shion uznał ciepło pieca za nawet milsze niż coś kontrolowanego przez maszyny. Jeśli było mu zimno, owijał się kocem i przysuwał się bliżej źródła ciepła. Jeśli było za gorąco, odsuwał się i zdejmował sweter. Tylko tyle trzeba było zrobić. Niby tak prosta czynność, ale wcześniej nawet o tym nie wiedział. Nauczył się tego dopiero tutaj, w tym pokoju.

 – Powiedz... – zaczął Shion, nalewając sobie kubek wody, gotującej się na piecyku. – Robi się tu gorąco latem?

Nezumi odwrócił się do niego sprzed regału i wytrzeszczył oczy.

 – Co takiego latem?

 – Miałem na myśli... Wiem, że skoro jesteśmy pod ziemią to powinno być tu chłodno, a skoro książki nie są z kamienia to i zbyt wilgotno by nie było... Po prostu zastanawiam się, jak tu jest latem.

 – Jest dobrze. Lepiej niż w hotelu Inukashi.

 – To co powinniśmy zrobić z piecykiem?

– Eh?

 – Zimą możemy go tak cały czas używać, ale latem pewnie nam to nie wyjdzie, prawda? To jak inaczej mamy gotować jedzenie? Nawet wody nie zagotujemy. – Podał Nezumiemu kubek wrzątku. Był to jedyny dostępny im napój.

 – Że niby teraz martwisz się o jedzenie na lato?

 – Nie martwię się, tylko zastanawiam... W sumie można by gotować na zewnątrz. Wyciągnąć piec i tam przygotowywać jedzenie.

 – Cóż... tak też można.

– Ach, rozumiem – powiedział z satysfakcją Shion. – Tylko może być problem w deszczowe dni.

 – Shion. – Nezumi lekko uniósł swój kubek. Shion widział parę ciemnoszarych oczu, wpatrujących się w niego przez obłok pary.

 – Masz zamiar tu mieszkać nawet latem? Znaczy, naprawdę myślisz, że możesz?

 – Jeśli tylko wcześniej mnie nie wykopiesz.

 – Aż taki bezduszny nie jestem. Możesz tu zostać jak długo ci się podoba.

 – Dzięki. Ulżyło mi.

 – Lato, hm – odezwał się w zamyśleniu Nezumi. – Zastanawiam się, jak by to było. Nigdy nie wybiegałem myślami aż tak daleko. ...Ciekawe, czy nadal tu będziesz.

 – Takie mam plany.

 – W sensie, czy tego dożyjesz, rozumiesz? Czy zostanie z ciebie garść kości zamknięta w urnie, czy coś.

 – Żadnych prochów. W ziemi też nie chcę być pochowany.

„Chcę doświadczyć lata jako żywa istota, u twojego boku. Chcę żyć tu, w tym pokoju, zakopanym pod tysiącami książek. Chcę poczuć pot, spływający po moim ciele i promienie słońca, palące moją skórę”.

 – Nezumi, chcę móc oglądać lato z tego miejsca.

 – Żywy?

 – Żywy.

 – Dość skromne życzenie. Chociaż ciężko je będzie spełnić – Nezumi oparł się o regał i nagle zmienił temat. – Shion, myślisz, że to poruszenie w mieście ma jakiś związek z pasożytniczymi osami?

Shion usadowił się na podłodze z jednym kolanem w górze. Wspięła się na nie mysz. Była to trzecia myszka, nazwana przez Shiona Tsukiyo od ciemnego koloru futerka.

 – Tak, tak mi się wydaje. Nie żebym cytował Furę, ale trudno mi uwierzyć w nieznaną chorobę, szerzącą się w No.6.

 – Naprawdę? To mógłby być jakiś nowy wirus. Choroba przekazywana przez nowy wirus. To chyba jest nawet możliwe, co?

W 1980 Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła kompletne zniszczenie wirusa czarnej ospy. Jak na ironię, w kolejnych latach niezliczone wirusy, nieznane dotąd ludzkiemu gatunkowi, zaczęły się pokazywać.

Ebola, HIV, Sin Nobre, Nipah, gorączka Lassa, Hantaan – do opisania takich pojawiających się co chwilę wirusów ludzie używali słowa „nowy”.

Shion pokręcił głową.

 – Nie wydaje mi się, żeby to był wirus.

 – Czemu nie?

 – Nowe wirusy zazwyczaj pochodziły od zwierząt, żyjących w lasach tropikalnych. Wirusy pewnie po prostu zaczęły się wyłaniać jeden po drugim z głębi dżungli przez wylesianie – tak właśnie ludzie weszli z nim w kontakt. Dlatego usiłuję powiedzieć, że wirusy nie pojawiają się znikąd; to wina ludzi, że wkroczyli na ich teren. Ale No.6 jest inne. Jest zamknięte, odizolowane. Ma swoje własne mury, więc nie miesza się w sprawy innych gatunków. Tamci ludzie są w stanie powstrzymać każdą, nawet najmniejszą rzecz od wkroczenia na ich terytorium, co do nanometra. Nie wydaje mi się możliwym, żeby wpuścili do środka wirusa.

 – Wyjątkowo pewien jesteś, jak przychodzi do takich tematów – powiedział kwaśno Nezumi. – Ale są ludzie jak tamten kobieciarz, którzy przychodzą w tajemnicy do Zachodniego Bloku. Mógł tutaj złapać wirus. To jest możliwe, prawda?

 – A więc tu też powinni być jacyś pacjenci. Biorąc pod uwagę tutejszą populację, dwa czy trzy razy więcej ofiar powinno wykazywać tutaj symptomy, których nikt wcześniej nie widział na oczy. Gdyby coś takiego się stało, wszystkie bramy natychmiast by zamknęli. Nikt nie byłby wstanie wejść, ani wyjść z miasta. 

– Czyli obstajesz przy teorii z pasożytniczymi pszczołami.

 – Nezumi, widziałem to na własne oczy.  Yamase upadł, zestarzał się i umarł tuż przede mną. Poza tym osa wylazła z podstawy jego szyi. To była nienaturalna śmierć. Nie widzę żadnej innej przyczyny. To, co dzieje się teraz w mieście musi mieć jakiś związek z pasożytniczymi osami.

 – Tylko skąd one niby miały się wziąć? Jak insekt wielkości paru centymetrów mógł dostać się do Świętego Miasta, skoro nawet wirusy nie mają na to szans? To nie są normalne osy. Zagnieżdżają się w ludzkich ciałach i mordują swoich żywicieli. To utalentowani mordercy.

Zapadła cisza. Nezumi złapał w obie dłonie ciepły kubek i spojrzał Shionowi w oczy.

 – Shion, myślisz o tym samym, co ja?

 – Prawdopodobnie.

 – Powiedz to.

Jego gardło było suche. Tak suche, że aż bolało. Shion pociągnął łyk wody i przełknął go powoli.

 – Osy nie są z zewnątrz.

Wziął kolejny łyk.

 – Przez cały czas były w No.6.

Nezumi również przyłożył krawędź kubka do warg. Jego gardło także było suche.

 – Mówiłeś wcześniej coś podobnego, że może pochodzą z Parku Leśnego. Powiedziałeś, że być może system administracyjny jakimś cudem przeoczył potwora, gdy się narodził.

 – Tak – zgodził się Shion. – Znaczy, wydawało mi się tak przez dwa wypadki w parku i to całe zamieszanie z Yamase... ale to chyba brzmi zbyt nierealnie.

 – Czyli mówisz, że może zwykłe osy nagle zmieniły się w te jedzące ludzi. Na to mówią „mutacja”, co nie?

 – Ale z takim typem mutacji jeszcze nigdy się nie spotkałem. Chociaż fakt, że nawet w zimnie pozostają aktywne... To niemożliwe w świecie natury.

„Niemożliwe w świecie natury. Więc może...”

 – Nie ma mowy... – mruknął do siebie Shion. – Jak coś takiego...

Głuchy odgłos uderzenia odbił się po pokoju. Kubek, który wypadł z ręki Shiona, przewrócił książkę i potoczył się po podłodze.

 – Eh?

Kątem oka Shion zobaczył upadającego naprzód Nezumiego. Widział jak uginają się pod nim kolana, jakby w zwolnionym tempie.

 – Nezumi! – Shion rzucił się, by pochwycić w ramiona jego ciało. – Nezumi! Trzymaj się!

Nezumi był ciężki i całkiem wiotki. Nie był w stanie stać o własnych siłach. Shion nie mógł w to uwierzyć. Jego umysł był pusty, nie mógł o niczym myśleć. Nie był w stanie podjąć racjonalnej decyzji. Nie potrafił nic zrobić.

 – Nezumi! Nezumi! – desperacko wzywał jego imię, przytulając go mocno. Czuł jak trzęsie się ciało w jego rękach. Przez strzelanie w palcach Nezumiego, którymi zakrył twarz, dał się słyszeć jego jęk.

 – Prz... Przestań...

 – Nezumi? Co jest? Nie zostawiaj mnie, Nezumi!

 – Przestań... kto... kto to... – Palce Nezumiego opadły na ramię Shiona i się w nie wbiły. Mocno się trzęsły.

Shion poślizgnął się na kałuży wody i upadł z Nezumim w ramionach. Stos książek przewrócił się, a wystraszone myszki usunęły się z pola widzenia.

 – Nezumi, co się stało?! Powiedz mi co ci jest.

„Trzymaj się. Weź się w garść” – mówił sobie. Jednak jego kompletnie przejęte strachem ciało po chwili również zaczęło się trząść. – „Nezumi. Nie mów mi... że ty też...”

Osa przeżarłaby się na zewnątrz. Wygryzłaby sobie drogę spod jego gładkiej skóry.

„Jeśli to... Jeśli to się stanie...”

 – Nie!

„Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie zniosę tego. Jeśli stracę cię tutaj, właśnie teraz, postradam zmysły. Oszaleję. Świat przewróci się do góry nogami”.

„Nie. Nie. Nie!”.

Mentlik w głowie potęgował jego strach, całkowicie unieruchamiając procesy myślowe.

„Nie. To za dużo. Ktoś... Ktokolwiek, proszę...”

Ciało Nezumiego było coraz bardziej gorące. Pot zwilżył dłonie Shiona.

 – ...Shion... – Nezumi zawołał cicho jego imię pomiędzy jękami. – ...Pomóż mi...

Na Shiona zadziałało to jak siarczysty policzek. Teraz był całkowicie rozbudzony.

„Rusz się. Rusz się zanim zaczniesz lamentować i płakać. Naprawdę nie możesz zrobić nic poza trzymaniem go w ramionach?”

Przygryzł wargę, przelewając siłę w ręce. Położył Nezumiego na podłodze i rozerwał jego koszulkę.

Położył dłoń u podstawy szyi Nezumiego. Była oblana potem, ale poza tym nie wyczuł na niej żadnych nieprawidłowości. Żadnego nalotu czy zgrubienia. Przycisnął ucho do jego piersi, wsłuchując się w bicie serca. Zmierzył mu puls. Rytm był szybszy niż normalnie, jednak nadal regularny. Nie miał żadnych problemów z oddychaniem czy wymiotami. Prawie zerowe szanse zadławienia. Więc co z tą utratą świadomości?

Shion ścisnął dłoń Nezumiego i przysunął się do niego.

 – Nezumi, słyszysz mnie?

„Usłysz mnie. Proszę, pozwól, żeby mój głos do ciebie dotarł. Otwórz oczy i mi odpowiedz”.

 – Pomogę ci, obiecuję.

„Pomogę ci tym razem. Więc błagam. Odpowiedz. Chcę twojej odpowiedzi. Nie... Wiem, że mi odpowiesz. Musisz”.

 – Nezumi!

***

 – Ale z takim typem mutacji jeszcze nigdy się nie spotkałem. Chociaż fakt, że nawet w zimnie pozostają aktywne... To niemożliwe w świecie natury. – Shion nagle przestał mówić i w ciszy spojrzał w dół. Wyglądało na to, że próbował się nad tym skupić.

„Lepiej nie będę mu przeszkadzać” – pomyślał Nezumi, pociągając łyk gorącej wody. Cokolwiek to było, na dziś sprawa zamknięta. Nie mógł przewidzieć, co mogłoby wydarzyć się jutro. Jednak nie było sensu myśleć o nim ze strachem, czy też się nim zadręczać. Nie wierzył w żadnego Boga. Do szpiku kości przekonany był o banalności słowa „przeznaczenie”. Nie myślał nawet o zawierzaniu się czemuś takiemu. Nie miał zamiaru pozwolić porwać się jego prądowi. Gdyby się poddał i porzucił swoje zmagania, jedyna droga prowadziłaby na dno. Dotarłby do śmierci, albo czegoś jeszcze gorszego.

Więc kontynuował swą rebelię. Ile to już lat minęło, odkąd się na to zdecydował? Mimo wszystko nie miał zamiaru się poddać.

To oznaczało nie porzucanie woli walki i kurczowe trzymanie się jutra, którego nie mógł przewidzieć. Oznaczało to również zastanawianie się nad tym wszystkim od czasu do czasu, jak Shion teraz. Oczywistym było, że Shion rzucał się i walczył na swój własny, uczciwy sposób. Niezdarna, pokręcona i słabo dowodzona, jednak wciąż walka pozostawała walką. Utrzymywał pozycję na swój własny sposób. Nie próbował uciekać od starć. Ani razu nie uciekł. Inukashi miał rację – Nezumi był nawet pod wrażeniem.

Białe włosy Shiona błyszczały pomarańczą, odbijając światło płomienia z piecyka. Nigdy nie powiedział tego na głos, ale Nezumi lubił jego włosy. Wydawały mu się być znacznie piękniejsze niż czarne, które miał wcześniej.

Może dałby tym włosom odrobinę czułości, przed oświadczeniem Shionowi, że idzie do łóżka.  Zniknąłby tak, żeby nie przeszkadzać jego rozmyślaniu.

Odpłynął.

Struga światła przebiła jego głowę. Jego oddech zatrzymał się w płucach. Wiatr, ostry powiew, krążył w jego czaszce. Jego ciało się zachwiało. Upadał. Kruszył się. Jego świadomość znikała.

 – Nezumi!

Słyszał krzyk Shiona. W tym samym momencie w jego uszach rozbrzmiała pieśń. Ktoś śpiewał. Czyjś śpiew brzmiał jak szept wiatru...

 – Prz... Przestań...

Chciał zatkać uszy, ale nie mógł ruszać rękami. Wciągało go to. Co to było? Co się działo? Wokół niego rozciągała się przestrzeń pełna zieleni. Czuł wilgoć trawy. Ciepła mgiełka róż mieszała się z trawiastym zapachem. Niezliczone drzewa stuliły się ze sobą, a paprocie wyrosły kępami. Warstwy liści i ściółki pokrywały ziemię cieniem zieleni. A do tego słyszał piosenkę z bardzo daleka. Piosenkę? To była piosenka? Tak, była. Na pewno, ale co mieszało się z jej dźwiękiem? ...Bzyczenie skrzydeł. Tysiące insektów latały dookoła.

„Ten dźwięk, ta piosenka, to miejsce, widziałem je już wcześniej. Gdzieś...”

„Nie, daję się wciągnąć”.


 – Nie!

Powietrze przeszył krzyk. Jego własny? Ściskał coś. Był przez kogoś trzymany.

Oto lina życia. Nie puściłby jej, za nic na świecie.

Użył całej swojej siły, by wbić w to palce.

Ciepły dotyk skóry przyciągnął jego świadomość trochę bliżej powierzchni.

„Shion”.

Wspinał się desperacko.

„Shion... pomóż mi”.


***

Niebieskawoszare drzwi windy zamykały się. W chwili, gdy krawędzie ich skrzydeł się zetknęły, Fura westchnął głęboko. Urzędnicy Ministerstwa Bezpieczeństwa, stojący po obu jego bokach, byli zupełnie jak kamienne statuy.

 – Dlaczego...

Wiedział, że nie ma sensu pytać, ale nie mógł znieść tej ciszy.

 – Czemu mnie aresztujecie.

Tak jak myślał, nie było odpowiedzi. Wysunął kolejne pytanie.

 – Czy to... Zakład Karny?

Jego kolana trzęsły się tak bardzo, że ledwie mógł stać prosto. Tego ranka opuścił dom tak jak zwykle. Żona odprowadziła go do drzwi, trzymając synka na rękach.

 – Kącik twoich ust nadal wygląda okropnie.

 – To nic. Nikt nie zauważy.

 – Głuptasie, upaść i zrobić sobie taką krzywdę.

 – Nie mów tylko nikomu. Wstydziłbym się, gdyby ktokolwiek się dowiedział, że zrobiłem to sobie przewracając się na schodach w parku. Niech to będzie sekret.

Na twarzy jego żony nagle pojawił się wyraz zmartwienia.

 – Uważaj. Dzięki Bogu, tym razem to była tylko mała ranka. Ale za każdym razem, kiedy myślę, że coś mogłoby ci się stać... od razu dostaję dreszczy.

 – Nic mi nie będzie. Muszę już iść.

Pocałował żonę w policzek i miał zamiar wsiąść do samochodu, który przyjechał po niego, by zawieźć go do Centralnego Ministerstwa Administracji. Chwilę przed tym, jak to zrobił, usłyszał wołanie swojej żony.

 – Nie zapomniałeś o tym, prawda?

 – O czym?

 – O moim powrocie do pracy. Chciałabym to zrobić po Nowym Roku.

Jego żona pracowała w Ministerstwie Administracji Ruchu Ulicznego. Odkąd ich syna uznano za członka elity i zagwarantowano edukację w idealnym środowisku, wyraziła chęć powrotu na stanowisko i kontynuowanie pracy.

 – Nie powinno być z tym problemu.

W No.6 kobiety, które urodziły i chciały powrócić do zawodu, miały na to niemal stuprocentowe szanse. Bezpośrednim przełożonym Fury była kobieta, będąca matką dwójki dzieci. Gdy ludzie otrzymywali pracę, nie zostawali wybrani ze względu na płeć, ale na własne umiejętności.

 – Powinnaś zacząć się przygotowywać do powrotu. Jeśli jest coś, w czym mogę pomóc, zrobię to z przyjemnością.

 – Dziękuję. Cieszy mnie to – uśmiechnęła się. Ich syn poruszył się w jej ramionach. Machnął rękami na Furę.

 – Tata, robak leciał.

 – Eh?

 – Robak leciał. Taki czarny.

 – Od kiedy na dworze jest tak zimno? Ha ha,  musi się trochę ocieplić, żeby jakieś robaki w ogóle zaczęły latać.

Było słonecznie, jednak wiał północny wiatr. Być może po południu zacząłby nawet padać śnieg.

„Może dzisiaj szybciej wyjdę z pracy”.

Pomachał do żony i syna. Samochód ruszył naprzód. Poranek był jak każdy inny. Pomijając ranę na dłoni, pulsującą głuchym bólem, nic nie odstawało od normy. Początek dnia był jak każdy inny.

Zaczęło się to zmieniać, kiedy przejechali przez bramy Chronosu. Jego samochód został zatrzymany przez urzędników Ministerstwa Bezpieczeństwa, a kierowca musiał się dostosować.

 – Bardzo nam przykro. Otrzymaliśmy rozkaz zmiany miejsca celu tej podróży. – Dwóch mężczyzn nosiło mundury Dywizji Egzekutywy Prawnej i mówiło tonem uprzejmym, jednak stanowczym, nie pozostawiającym miejsca na sprzeciw. Fura poczuł przeszywający jego kręgosłup silny dreszcz. Zdecydowanie nie miał nic wspólnego z wiejącym wokół zimnym wiatrem.

 – Zostanie pan przewieziony przygotowanym przez nas samochodem.

 – Dokąd... mnie zabieracie?

 – Burmistrz czeka.

 – Ratusz Miejski? Nie ma potrzeby...

 – Odeskortujemy tam pana.

Przesiedli się do samochodu Ministerstwa Bezpieczeństwa.

 – Proszę wybaczyć... – mdłe słowa ciągnęły za sobą coś, czym związano mu oczy. Specjalna opaska, odcinająca całkowicie dopływ światła, wystarczyła, by pogrążyć Furę w świecie mroku.

Na początku ciemność przyrównał do tych, panujących w Zachodnim Bloku, jednak szybko zmienił zdanie. Zupełnie się różniły. Ciemność Zachodniego Bloku była głębsza, piękniejsza. Mrok, który zdawał się skrywać coś na swym dnie. Pomimo przerażenia i zdenerwowania, jakimi go napawał, zdecydowanie był do niego przywiązany. Był przekonany, że coś tajemniczego się tam kryje. Poza zdrowym uzależnieniem od kobiet z Zachodniego Bloku, pożądając również tej niezmierzonej ciemności. Miał około trzech lat, odkąd zaczął myśleć, że w ciemnym kącie jego ogródka coś się czai. Kilka razy rodzice zganili go za mówienie takich rzeczy. Jego matka i ojciec, tak mili, niemal aż za bardzo, oboje unosili się nagle gniewem i krzyczeli na syna. Od tamtego czasu Fura nigdy nie wspomniał o niczym, co kryło się w cieniu. Z czasem o tym zapomniał. W Zachodnim Bloku, gdzie spotykał się z prawdziwym mrokiem, cieszył się nawet z ukrywania się w nim. Uczucia i wspomnienia z dzieciństwa, zakopane głęboko w nim, powracały. Przywiązał się do tego, tak samo jak niemal do tego miejsca.

Ale czy to miało zagrażać jego życiu?

„Czyli odkryto moje wycieczki do Zachodniego Bloku”.

„Tylko co się teraz stanie? Zmiana nagrań to poważne przestępstwo. Jeśli się wydało, nie obejdzie się bez poważnych konsekwencji”.


Zostałby pozbawiony wszelkich kwalifikacji, wszystkie jego przywileje zostałyby mu odebrane, zostałby wyrzucony z Chronosu.

Myślał o najgorszym scenariuszu. Serce Fury było niezwykle spokojne. Nie był w żaden sposób przywiązany do swoich kwalifikacji, przywilejów czy Chronosa, a przynajmniej nie tak jak do ciemności Zachodniego Bloku. To było dziwne. Nie potrafił nijak wyrazić tych kłopotliwych uczuć.

Przez jego myśl przemknęła twarz chłopca. Białowłosego, dziwnego chłopca. Powiedział bez ogródek, że nie ma zamiaru wracać do No.6.

Pewnie był w stanie zadeklarować to tak jasno ze względu na swój wiek; był młody, nierozsądny i pełen ignorancji. Ale nawet jeśli... Nawet jeśli był młody i głupi, czy dało się tak po prostu odsunąć No.6 na bok? Tego nie potrafił zrozumieć.

„Coś długo to zajmuje”.

Zbyt dużo czasu już upłynęło jak na wycieczkę do Ratusza. Biorąc pod uwagę długość podróży, już dawno minęli centrum.

 – Do... Dokąd jedziemy? – Jego głos załamał się nerwowo.

 – Burmistrz czeka.

 – Nie minęliśmy już przypadkiem Kropli Księżyca?

 – Cicho, proszę. Albo...

 – Albo co?

Usłyszał stłumiony chichot. To było nawet bardziej przerażające niż słowa groźby.

 – P–powiedz mi proszę, czemu jestem eskortowany. Z jakiego powodu? Błagam, powiedz.

 – Cicho, proszę – powiedział mężczyzna po prawej. Klepnął lekko ramię Fury.

Niedługo potem samochód wreszcie dotarł do swojego przystanku. Gdy się zatrzymał, wyciągnięto go z pojazdu i usadzono na elektrycznym wózku, nie zdjąwszy mu nawet opaski z oczu. Jechał na nim długim korytarzem. Było to bardzo ciche miejsce. Słyszał jedynie hałas silniczka własnego wózka. Dwójka urzędników Ministerstwa Bezpieczeństwa nie wydawała żadnych dźwięków idąc, może przez jakieś specjalne obuwie, albo dlatego, że po prostu wytrenowano ich do chodzenia cicho. Kiedy opaska Fury została usunięta, a on wstał z wózka, pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, były zamykające się drzwi windy. Za szklanymi drzwiami widział wyłożony szklanymi kafelkami pokój, pełen mężczyzn i kobiet w białych, laboratoryjnych kitlach.

„Szpital? Nie... to na pewno nie jest...”

„Dlaczego mnie aresztowano?”


„Czy to… Zakład Karny?”

Nadal wysuwał pytania, na które nikt nie chciał dać mu odpowiedzi.

„Powiedzcie mi. Ktokolwiek”.

Winda się zatrzymała.

Zjechała na dół.

„Zakład Karny. Piwnica. Nowa część budynku. Nowa winda”.

Nadużył uprawnień swojego stanowiska, by nadpisać nagrania. Musiałby wziąć odpowiedzialność i otrzymać ostrzeżenie od samego burmistrza. Przestrogę. Karę.

Nie, nic z tych rzeczy. Nic nawet w połowie tak pobłażliwego.

Terror ogarnął jego ciało.

 – Pozwólcie mi wrócić!

Przekręcił się.

 – Wypuśćcie mnie stąd. Wypuśćcie.

Poczuł impuls w karku. Porażono go prądem. Całe jego ciało zostało sparaliżowane.

 – Mówiłem, żebyś był cicho.

Usłyszał jak urzędnik Ministerstwa Bezpieczeństwa znowu wydał stłumiony chichot.

****

 – Wygląda na to, że wszystkie przygotowania zakończone – powiedział mężczyzna w białym kitlu, gdy się odwracał. Burmistrz No.6, pierwszy ze swojego pokolenia, przyłożył do ust swój biały, porcelanowy kubek i pociągnął łyk ciemnobrązowego napoju.

 – Rozumiem. Dobrze.

 – Hmm? Coś się stało? Jesteś dość blady.

 – Byłem ostatnio dość zajęty.

 – Zmęczony? To nie dobrze. Wykończenie organizmu otwiera drzwi wszystkim drobnoustrojom. Radziłbym być ostrożnym. Wypiszę ci potem receptę.

 – Dzięki.

 – Projekt jest już prawie zakończony. Ale do tego czasu... Nie, właściwie nawet potem, musisz zostać zdrowy. Powinniśmy już iść?

Burmistrz odłożył swój kubek. Na pierwszy rzut oka nie wydawało się w nim być kompletnie nic niezwykłego. Jednak przy bliższym spojrzeniu dało się zobaczyć skomplikowane wzory, wygrawerowane z tyłu ucha. Był to wyjątkowo drogi przedmiot.

 – Jesteś pewien, że masz zamiar to zrobić? – Mężczyzna w białym fartuchu spojrzał na niego z niedowierzaniem na moment przed roześmianiem się.

 – Oczywiście.

 – Ale w przeciwieństwie do tamtej dziewczyny, tym razem... Powiedz, co ty jej wtedy w ogóle zrobiłeś?

 – Jej? Nic jej nie jest. Miała drobne problemy, ale niedługo będzie w pogotowiu. To bardzo ładna dziewczyna i zacząłem ją nawet lubić. Będę ją dobrze traktować.

 – Może i była elitą, ale nadal się uczyła. Elita, którą tym razem mamy w swoich rękach, naprawdę jest w zawodzie.

 – Będzie znacznie bardziej użyteczny, właśnie dlatego, że jest w swoim zawodzie. Na więcej niż jeden sposób. A poza tym z tego co wiem z twoich badań, i tak był wadliwym produktem, prawda? Wiele razy złamał przysięgę lojalności wobec naszego miasta.

 – Cóż, tu masz rację – wychodził do Zachodniego Bloku bez wyraźnego powodu. Ostatnio zauważono u niego rany na twarzy i dłoniach, które prawdopodobnie też przyniósł z Zachodniego Bloku. Istnieje podejrzenie manipulacji nagraniami. To naturalnie jest zdrada, ale...

 – Musi zostać ukarany.

 – W ten sposób?

 – Fennec. – Mężczyzna w kitlu użył wobec burmistrza jego starego przezwiska.

„Czy to nie on nadał mi to przezwisko w szkole, od małego, pustynnego lisa?”

Mężczyzna stanął naprzeciw burmistrza i położył mu dłoń na ramieniu.

 – Fennec, będziesz królem.

Wysoki człowiek pochylił się lekko naprzód i zaczął mówić szybciej.

 – Twoje dni doglądania polityków jako burmistrz są skończone. Od teraz ty będziesz rządził. Jako absolutny władca, zdominujesz tę ziemię.

 – Wiem.

 – To czemu się wahasz? Kogo obchodzą jeden czy dwa wadliwe produkty?

 – Masz rację – mruknął udobruchany burmistrz.

 – To jest ofiara. Poświęca się dla naszego dobra. To honorowa rzecz dla mężczyzny.

Człowiek w fartuchu mruknął jeszcze raz:

 – Będziesz rządził jako król absolutny.

Burmistrz kiwnął głową, krzyżując ramiona.

 – Chodźmy więc – powiedział, prowadząc mężczyznę w kitlu.


Pokój był pusty. Nazywano go Komnatą Eksperymentów I. Ściany ze specjalnego materiału nie miały żadnych okien. Jedynym meblem było krzesło. Przywiązano do niego mężczyznę. W jego oczach malował się strach i dezorientacja.

Z tej strony ściany widzieli wszystko, co działo się w tym pokoju. Człowiek w laboratoryjnym kitlu uderzał lekko palcami w panel kontrolny z wieloma przyciskami i lampkami. Jego chude palce poruszały się rytmicznie po panelu, utrzymując rytm, jakby wygrywał go pianista.

Tap, tap, tap, ta–ta–tap, tap, tap, ta–ta–...

„Czy to jakiś rodzaj utworu muzycznego? Bez wątpienia to klawiatura, nieważne jak na to spojrzę. Wygląda jak nietrafiona zabawka. Nie mógłby zrobić tego bardziej odpowiedniego dla...”

 – Co teraz, Fennec?

 – O czym ty mówisz?

 – Jako burmistrz, oświadczysz temu człowiekowi wyrok?

 – Nie, nie ma potrzeby,

 – Biedny przestępca nawet nie wie w jakiej sytuacji się znajduje. Spójrz jaki jest przerażony, żałosny człowiek. Nie uratujesz go?

 – Uratować? Co masz na myśli?

 – Dać mu szansę poznać swoją zbrodnię i błagać Boga o wybaczenie.

Burmistrz jęknął z rozczuleniem.

„I znowu wymyśla znikąd dziwne rzeczy. Zawsze miał do tego tendencję?”

 – Wierzysz w Boga?

 – Oczywiście, że nie. Ale z pewnością są ludzie, którzy chcieliby otrzymać Bożą litość zanim by odeszli, żeby mieć czyste serce.

 – Może i są. Ale nie w No.6.

 – Rozumiem. Mam nadzieję, że nie powiedziałem nic nieodpowiedniego.

 – Normalnie nie robiłbyś sobie tego typu żartów.

 – Najszczersze przeprosiny. No to zaczynamy.

Jego palce, które jeszcze chwilę wcześniej wygrywały lekko rytm, poruszyły się, tym razem niemal bez zainteresowania, by nacisnąć przycisk. Część ściany zmieniła się w biały ekran, na którym pokazały się różne liczby i litery.

 – To obecne dane o tym przestępcy. Jego puls, fale mózgowe, zesztywnienie mięśni – wszystkie odczyty z całego ciała są tu zapisane.

 – Rozumiem...

 – W tamtym pokoju są emitowane fale o częstotliwości poniżej poziomu słyszalnego dla ludzkiego ucha. Dźwięki są tylko wibracją powietrza. U ludzi te wibracje są przekazywane przez bębenek uszny, młoteczkiem, kowadełkiem i strzemiączkiem aż dotrą do ślimaka. Wiesz to, prawda? A częstotliwość fal, jakie mogą odbierać to...

 – Nic się nie zmienia – Fennec postawił krok naprzód, przyglądając się intensywnie scenie, rozgrywającej się w sąsiednim pokoju. Nie było żadnych zmian. Mężczyzna przywiązany do krzesła, rozglądający się niezręcznie, skierował właśnie wzrok na stopy.

 – Nie ma się czym denerwować. Zaczyna się. Ale zajmie to trochę czasu. Usiądziesz sobie?

 – Nie.

 – Więc może poczęstuję cię kubkiem kawy? Mam ziarna najlepszej marki.

 – Oferujesz mi, żebym napił się kawy? Tutaj?

 – Wolałbyś wino?

 – Nie... Jest w porządku.

 – Chyba nie jesteś w nastroju na słuchanie moich wykładów.

 – Przykro mi cię rozczarować, ale nie interesują mnie za bardzo organy odbierające fale dźwiękowe.

Mężczyzna w kitlu wzruszył ramionami i zapadła cisza. Nic się nie działo.

 – Jesteś pewien, że to nie jest niewypał? – mruknął burmistrz zniżonym głosem.

 – Ja? Stworzyć niewypał? Raczej słaby żart jak na ciebie, Fennec.

 – Ale...

Twarz człowieka w fartuchu zesztywniała. Już wcześniej jakby pozbawiona dopływu krwi, teraz zbladła jeszcze bardziej, a mięsień w jego skroni zaczął drgać.

„Ach tak...” – przypomniał sobie, że ten mężczyzna znał znaczenie słowa „niewypał” lepiej niż ktokolwiek inny. Brzydził się go, jakby mogło go fizycznie zranić.

Zmienił temat.

 – A co do tych ostatnich incydentów, wydają się iść w zapomnienie. Nie było innych raportów.

 – W przyszłości też już pewnie nie będzie.

 – Mogę cię trzymać za słowo?

 – Oczywiście.

 – Więc liczę na ciebie. Jeśli te rzeczy nadal działyby się w mieście, wszystko mogłyby zacząć wyrywać się spod kontroli.

 – To wyjątki.

 – Ale nawet jeśli, to czemu w ogóle się te wyjątki zdarzają? Atakują ludzi, którzy nie są zarejestrowani jako próbki.

 – Musiały być jakieś zaniedbania w poprzednich fazach projektu. Ale nie ma się o co martwić. Wyjątki to tylko wyjątki. Ach...

 – Hm?

 – To się dzieje – Mężczyzna w kitlu wskazał palcem.

Tak zwany przestępca zesztywniał w krześle, wystawiając pierś i odrzucając głowę do tyłu. Trząsł się na boki, krzycząc coś.

 – Chcesz usłyszeć dźwięk? – zapytał mężczyzna w fartuchu, trzymając palec na zielonym przycisku.

 – Nie, tak jest dobrze – odpowiedział szybko Fennec, kręcąc głową i starając się nie okazywać niepokoju.

Gdyby mógł, nie chciałby widzieć czegoś takiego. Chciał opuścić ten pusty pokój i wrócić do swojego biura.

„Mój pokój, na najwyższym piętrze Kropli Księżyca. Ekskluzywne meble i doskonały widok – bez wątpienia to najlepsze miejsce dla mnie”.

 – Spójrz, przyjrzyj się. Wychodzi – głos mężczyzny w kitlu trząsł się. Na jego twarzy malował się rozmarzony wyraz. Człowiek na krześle już się nie ruszał. Jakże łatwo został pokonany. Jego włosy zaczęły robić się białe. Śnieżne strąki spadały lekko na podłogę, gdy tylko odeszła siła, która trzymała je na miejscu. Nalot zaczynał przebijać się na jego prześwitującej skórze. Fennec mógł to stwierdzić nawet z miejsca, w którym stał.

 – Przybliżmy. Spójrz – mężczyzna w kitlu zbliżył sie do monitora. Większy obraz twarzy człowieka z przechyloną głową, wypełnił ekran. Jego oczy były szeroko otwarte, a usta wykręcone – miał twarz kogoś, kto stracił życie zanim zdążył się zorientować, co się dzieje. Brązowe miejsca były rozsiane po całej jego poprzecinanej zmarszczkami twarzy. Jego zęby wystawały z na wpół otwartych ust; wydawało się, że mogą lada chwila wypaść. Wyglądał jakby dożył już setki. Zaś u podstawy jego szyi ukazał się ciemniejszy nalot, napuchnięty i kręcący się. Cały dźwięk był zamknięty w tamtym pomieszczeniu. Jednak z jakiegoś powodu Fennec słyszał przegryzanie ludzkiego mięsa.

„Wyszło”.

Błyszczące srebrem skrzydła. Antenki. Niezliczone, poruszające się bez przerwy nogi. Pojedyncza osa narodziła się z ludzkiego ciała.

 – Złapiemy cię – mruknął mężczyzna w kitlu. Jego twarz nadal była rozmarzona. Czysta bańka wyleciała z jakiegoś miejsca pod krzesłem. Był to okrągły robot–pułapka, mający około dziesięć centymetrów średnicy. Unosił się niczym bańka mydlana. Złapał pszczołę do środka gdy tylko zaczęła walczyć i uwięził w środku swojego sferycznego ciała.

 – Sukces! – zawołał naukowiec. Jego oczy błyszczały od łez szczęścia.

– W końcu nam się udało. Ach, znaczy... Nie, to dopiero pierwszy krok do sukcesu. Ale to już niezły postęp, co nie, Fennec?

 – Niewątpliwie. Gratulacje.

 – Ciągle nie jest perfekcyjnie. Nie, nawet nie jest blisko perfekcji. Ale sukces to sukces. Jeszcze trochę, tylko odrobinkę i będą całkowicie pod kontrolą. Wylęganie, przyspieszenie wzrostu, rozwój i składanie jaj. Będziemy kontrolować to wszystko. Będziemy mogli je skierować gdzie tylko zechcemy. Genialne. W końcu zaszliśmy tak daleko.

Mężczyzna zacisnął dłoń w pięść i przeszedł niespokojnie po pokoju. Jego policzki rumieniły się z podniecenia, zaś usta traciły swój kolor.

 – Przy ostatniej próbce nie mogliśmy przejąć kontroli nad fazą wyklucia. W sprawie męskiego przypadku i mężczyzny z parku, najlepszym co udało nam się zrobić było przewidzenie okresu wyklucia. Ile miesięcy już od tego czasu minęło? W tylko kilka miesięcy byliśmy w stanie zajść tak daleko. Jeszcze trochę...

„Niektórzy mówią, że cienka granica dzieli geniusza od szaleńca. Nie mógłbym tego lepiej opisać”.

Fennec przestał patrzeć na mężczyznę, który chodził w kółko mrucząc do siebie i spojrzał na ścianę, do środka Komnaty Eksperymentów I. Pomyślał, że lepszą nazwą byłaby raczej „Komnata Egzekucyjna”.

Ciało zniknęło. Zostało zabrane do sali autopsyjnej. Krzesło także wyniesiono, a pokój stał się teraz nagą, pustą przestrzenią. Nie pozostało w nim żadnych oznak śmierci.  Tylko próżnia.

 – Nie, nie, nie mogę dawać się ponosić szczęściu. Sam fakt, że jesteśmy w stanie perfekcyjnie kontrolować wyklucie nie znaczy, że jesteśmy wolni od wszelkich problemów. Oczywiście, nie żebyśmy żadnych nie mieli. Ach, tak, nadal mamy jeden wielki problem. Teraz, jak już przy tym jestem – Fennec!

Głos mężczyzny załamał się w podnieceniu, gdy wyszczekał przezwisko burmistrza. Niezadowolenie stało się maleńkimi kolcami, wbijającymi się irytująco w jego skórę.

 – Co jest?

 – Potrzebuję ludzi.

 – Na próbki?

 – Tych też.

 – Jaki typ? Jak wielu?

 – Tym razem typ nie ma znaczenia. Chcę wielu.

 – Mają być z miasta?

 – To bez znaczenia. Chcę ilości, nie jakości. Wielu, Fennec.

 – Doskonale. Zaplanowałem Sprzątanie.

 – Genialnie! Zależy mi na czasie. A, i siłę roboczą.

 – Siłę roboczą...

 – Uzdolnioną. Potrzebuję pracowników, którzy byliby przedłużeniem moich kończyn, posiadając jednocześnie najwyższy poziom inteligencji.

 – Nie wystarczą ci ludzie, których już masz?

 – Zdecydowanie, ale potrzebuję inteligentniejszych.

 – To będzie ciężkie – powiedział z wahaniem burmistrz. – Już na dzień dzisiejszy jest niedobór elity. Jeśli przeniosę tu ich jeszcze więcej, zrobi nam się spory deficyt.

 – Chcę, żebyś dał temu najwyższy priorytet! – krzyknął mężczyzna w kitlu. W tym samym czasie zapaliła się lampa na ścianie. – Przygotowania w sali autopsyjnej są gotowe. Muszę iść. Co zrobisz?

 – Wrócę do Kropli Księżyca.

„To moje miejsce, mimo wszystko”.

 – Rozumiem. Więc liczę na ciebie. W sprawie próbek i siły roboczej.

Część ściany otworzyła się bezgłośnie, a mężczyzna w fartuchu laboratoryjnym wyszedł.

„Naprawdę go potrzebujemy?”

Nagle przyszło mu na myśl pewne podejrzenie. Było tak nagłe, że musiał złapać się za pierś, by uspokoić oddech.

„Czy ja naprawdę go tutaj potrzebuję? Czy sam projekt jest w ogóle potrzebny? Czy nie mogę rządzić tą ziemią bez polegania na nim czy jego projekcie?”

Wziął kilka głębokich oddechów, by przywrócić im normalny rytm. Wpatrywał się w pustą przestrzeń przed nim.

„Jak pozbyć się człowieka po egzekucji?” – pomyślał.

Zamiast ogłaszać śmierć wywołaną chorobą, co by się stało, gdyby powiedział, że został skazany na egzekucję? Pokazałby wszystkim co się dzieje tym, którzy łamią zasady Świętego Miasta No.6 – tym, którzy próbowali je oszukać, tym, którzy mścili się i odmawiali posłuszeństwa. Nie pozwoliłby, żeby chociaż jeden włos odstawał przeciw niemu. Jasno oświadczyłby to stanowisko. Wymusiłby je siłą. Wymusiłby je tak, żeby wszyscy o nim wiedzieli. Wszelkie podejrzane jednostki zostałyby aresztowane i wywiezione. Jeśli okoliczności by tego wymagały, zamknąłby kongres.

„Co by się stało? Obywatele by się sprzeciwili? Ci ludzie, którzy całe swoje życia wiedli z daleka od czegoś takiego jak sprzeciw czy zemsta, czy nadal posiadali własne umysły czy sposoby na sprzeciw? Czy moi najdrożsi obywatele, będąc lojalnymi jak psy, jak bezsilne kocięta, odważą mi się sprzeciwić?”

Wykręcając wargi, wydał chichot.

„Niemożliwe”.

„Nie ma mowy, żeby stało się coś takiego. Wszyscy skulą się przed moją siłą, klękną i mnie posłuchają”.

 – Burmistrzu, za chwilę odbędzie się pańskie umówione spotkanie – poinformował go głos jego sekretarki z głośniczka w godle miasta.

 – Bardzo dobrze.

 – Samochód już na pana czeka.

 – Już idę.

„Ale nie mogę sam siebie wyprzedzać. Zaszliśmy już tak daleko. Nie ma potrzeby zbytnio się tym ekscytować. Pozwolę wszystkiemu posuwać się do przodu dyskretnie i pomysłowo”.

Szedł blisko ściany. Drzwi otworzyły się, ukazując ledwie oświetlony korytarz. On także był srebrny.


==Koniec rozdziału trzeciego==